Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2
Alison - Śro 01 Sie, 2007 10:37
No i gdzie tu miejsce na walkę z uczuciami?
Caroline - Czw 02 Sie, 2007 13:08
| Dione napisał/a: | | A co to? Dziś nie ma odcinka? |
Wszak napisano powyżej, że z poślizgiem, czyż nie?
Rozdział IV cz.17
Dy’owi znów udało się wzbudzić jego ciekawość enigmatycznymi słowami. Wiedział, że dalsze dopytywanie się albo żądanie wyjaśnień byłoby bezużyteczne. Dy po prostu zbyłby go wzruszeniem ramion i z pustym, zaskoczonym spojrzeniem odpowiedziałby, że „zupełnie zapomniał, jakie głupstwa wyleciały z jego ust przed chwilą i Darcy nie powinien na to zwracać uwagi”. Poza tym wiedział, że jego pojawienie się u Genuardiego nie było przypadkowe i miało coś wspólnego z Georgianą, a to martwiło go bardziej niż towarzystwo, w jakim obracał się Monmouth. Po kilku minutach rozgrzewki Dy opuścił broń i spojrzał na niego z krótkim:
- Gotów?
- To cała rozgrzewka, jakiej potrzebujesz? – Darcy spojrzał powątpiewająco na przyjaciela. – Ile czasu minęło, Dy? Robiłeś cokolwiek od czasów studenckich? Ledwie udaje ci się utrzymać dobrze broń…
- Boisz się, że cię zawiodę, Fitz – przerwał mu Dy. – Nie obawiaj się, przyjacielu. Moja krew jest wystarczająco wzburzona i to od więcej niż pół godziny. – Po czym odszedł i zajął wolną pozycję, nie pozostawiając Darcy’emu wyboru, musiał podążyć za nim, choć zmrużył oczy ze zdziwienia. Co znaczyło to dziwne zachowanie? Jeśli, jak bez wątpienia, Georgiana posłała Dy’a za nim, to dlaczego, by się z nim pojedynkował? W stylu Dy’a byłoby bardziej zasugerować bilard albo klub albo jakiś pojedynek sportowy, który by „przegonił znudzony wyraz z jego twarzy”, jak nazywał jego obsesyjną ochronę prywatności. Poza trudami walki, Darcy nie przypominał sobie, by widział go kiedykolwiek spoconego w ciągu ostatnich dwóch lat, kiedy powrócił do Londynu. Zajął miejsce naprzeciwko Dy’a i po powitaniu przyjął pozycję „en garde”, od której ich pojedynek miał się zacząć.
- Na Boga! Panie Darcy! Scusatemi! – zawołał Signore Genuardi pospiesznie zbliżając się od hallu do nich. – Perdono, Signori, znają się panowie? Prodigioso! – uśmiechnął się rozpromieniony z zadowoleniem nauczyciela, który zwraca się do swoich najlepszych uczniów. Darcy spojrzał na Broughama niepewnie, zaczęło w nim kiełkować podejrzenie.
- Per cortesia – mistrz szermierki mówił dalej – pozwólcie panowie, że będę sędziował.
Skierował ich znów na pozycje i dźwięcznym głosem odbijającym się echem o marmur hallu, w którym wszyscy zwracali teraz na nich uwagę, zawołał:
- En garde!
- Wygląda na to, że mamy publiczność – Dy odpowiedział podejściem na podejście, ale nie uczynił żadnego ruchu znamionującego atak. – Nie spodziewałem się takiego zainteresowania. Ot, pech!
- Znasz Genuardiego? – Darcy wygiął nadgarstek sprawiając, że czubek floretu zakreślił ciasny okrąg w powietrzu między nimi.
- Wszyscy znają Genuardiego.
Och, jak nie znosił, gdy Dy grał z nim w te głupie gierki! Pokierowała nim irytacja. Wyskakując do ataku zmusił Dy’a do cofnięcia się kilka kroków zanim został zblokowany i odparowany. Odpowiedź Broughama była skuteczna, ale nie nadzwyczajna, dokładnie taka, jakiej Darcy mógł spodziewać się po dobrym szermierzu, który nie miał do czynienia ze sportem od kilku lat. Zablokował pchnięcie Dy’a, odparował i ponowił atak, ale tym razem nie zdołał odepchnąć go tak daleko, został zablokowany. Brougham dobrze odparował, pierwsza część jego ataku była dokładnie taka, jakiej uczyli się za czasów uniwersyteckich. Odparł go z łatwością, ale atak został ponowiony, tym razem towarzyszył mu skręt nadgarstka i skuteczniejszy ruch ciała – Darcy uniknął go o włos i cofnął się o krok, dwa.
- Touche! – oświadczył mistrz szermierki – na rzecz jego lordowskiej mości.
Alison - Czw 02 Sie, 2007 16:50
Ale mu fajnie, od 2 lat sie nie spocił. Ja to już bez wachlarza w tym zwariowanym klimacie nie istnieję Jednego dnia człowiek marznie, drugiego się rozpływa....
Caroline - Pią 03 Sie, 2007 10:29
Rozdział IV cz.18
Brougham natychmiast wycofał się po odniesieniu tego zwycięstwa i posłał mu pozdrowienie.
- Nie doceniasz mnie, Fitz! Mógłbym się tego spodziewać po innych, ale nie po tobie. Nie powinienem był tego zdobyć.
- To się nie powtórzy, obiecuję – wydukał Darcy i wrócił na pozycję.
- En garde! – zawołał ponownie Genuardi. Tym razem Darcy czekał zamierzając obserwować postawę i styl Dy’a, ale Brougham niczego nie zdradzał, uśmiechał się tylko i trzymał nonszalancko floret przed nim. Darcy uśmiechnął się także, potem zaatakował pierwszy z zaciekłością, która zmusiła ich obu do wymiany pchnięć wzbudzających okrzyki podziwu patrzących, gdy na przemian atakowali i parowali.
- Touche! Na rzecz signore Darcy!
Krew wrzała mu w tętnicach, gdy odpowiadał na pozdrowienie Dy’a. Toczyli wspaniały pojedynek i czuł się z tym… świetnie!
- Tym razem to ja ciebie zaskoczyłem? – rzucił do niego zanim wrócili na pozycje.
- Więcej niż spodziewałem się po tobie, tak, całkiem nieźle – Brougham uśmiechał się tak jak zwykle, ale gdy Dy się odwrócił, Darcy odniósł nagle dziwne, nieprzyjemne wrażenie, że o coś więcej niż jego szermierkę tu chodziło. Było to dziwne, niepokojące uczucie, jakiego doświadczył więcej niż raz w ciągu ostatnich dwóch lat odkąd ich przyjaźń została odnowiona. Wrócił na swoją pozycję i spojrzał Dy’owi w twarz, natknął się na wzrok wbity w niego z przenikliwą uporczywością. Darcy uniósł floret.
- En garde!
Ich trzecie starcie było takie jak wcześniejsze: szybkie, mocne, eleganckie.
Darcy zauważył, że przyjaciel odpowiadał mu ciosem na cios, przeznaczony dla nich czas prawie upłynął, gdy czubek floretu Dy’a dotknął go tuż pod sercem.
- Touche! Dla jego lordowskiej mości! – prawie cała szkoła zgromadziła się wokół, reakcja była ogłuszająca.
Gdy wymieniali pozdrowienia, Darcy pochylił się do przyjaciela
- Gdzie trenowałeś nie wspominając o tym ani słowem? Gdyby to była walka na poważnie…
- Nadal byłbyś cały i zdrowy – przerwał mu Brougham, uśmiech zniknął z jego twarzy. Wzrok wbił w twarz Darcy’ego. – Żeby kogoś zraniło to uderzenie, musiałby mieć serce.
- Co? – Darcy podniósł brwi zdziwiony, ale ogień, który dostrzegł w oczach przyjaciela zastąpiła już typowa dla niego nonszalancja.
- Wybacz, przyjacielu, ale mogę poświęcić ci tylko jeszcze jedno starcie. Ważne wcześniejsze zobowiązanie, sam rozumiesz. Tego małego tete-a-tete – westchnął – nie miałem na dzisiaj w planie.
Ukłonił mu się lekko i odszedł, by zająć swoją pozycję, zostawił za sobą Darcy’go, który wpatrywał się w niego stopniowo zaczynając rozumieć. Dy był na niego zły! Wrócił na swoje miejsce zamyślony, starał się dociec przyczyny. Dlaczego? I o co chodziło z tym brakiem serca? Gdy odwrócił się, by stanąć z nim twarzą w twarz natychmiast przyjął pozycję. Głosy publiczności umilkły, gdy jasnym się stało, że obaj są gotowi. Wziął głęboki wdech. Bez manier, bez sumienia, a teraz jeszcze bez serca! „Widzi pani, co zapoczątkowała, panno Bennet!” parsknął gorzko. Został tylko ten grecki chór!
Maryann - Pią 03 Sie, 2007 17:30
| Caroline napisał/a: | - (...) Gdyby to była walka na poważnie…
- Nadal byłbyś cały i zdrowy – przerwał mu Brougham, uśmiech zniknął z jego twarzy. Wzrok wbił w twarz Darcy’ego. – Żeby kogoś zraniło to uderzenie, musiałby mieć serce. |
Musiałby mieć serce... Oooch... Dy, jak możesz...
Alison - Sob 04 Sie, 2007 14:10
Z tego Dy'a to taki dworski intrygancik, ale kochamy takich słodkach drani prafta?
Maryann - Sob 04 Sie, 2007 14:21
Przepraszam za opóźnienie i zapraszam na ciąg dalszy...
Rozdział IV część 19
- En garde !
Komenda Genuardiego zabrzmiała w cichej teraz sali. Tym razem Dy nie czekał, aż on zdecyduje się wykorzystać pierwszą sposobność, ale natarł na niego natychmiast, z siłą i szybkością. Nie tylko on sam, ale również wszyscy zgromadzeni wokół mogli zobaczyć, że Brougham walczy na serio, a Darcy nigdy nie czuł się tak zaatakowany. Jeśli tak ma to wyglądać, więc niech tak będzie ! postanowił parując pchnięcie Dy, odbierając mu inicjatywę i biorąc się do dzieła. Użył w swoim ataku każdego ruchu, każdego manewru, każdego skrętu ciała, czy nadgarstka, jakie znał i z satysfakcją odepchnął Dy niemal do punktu wyjścia. Ożywcza świadomość własnego ciała jako świetnie nastrojonego i żywo reagującego instrumentu wróciła razem ze świetnym wyczuciem, które zdawało się kierować każde pchnięcie dokładnie tam, gdzie chciał. Chociaż Dy zdołał jak dotąd uniknąć czubka jego floretu, to wiedział, że będzie musiał wykorzystać całą swoją wiedzę i umiejętności. Posuwali się tam i z powrotem, a widzowie nie mogli dłużej pohamować wyrazów uznania. Z upływem czasu, gdy żaden z nich nie zadawał decydującego ciosu w tym olśniewającym pokazie, głosy poparcia mieszały się z okrzykami zaskoczenia. Ale Darcy, całkowicie skupiony na swoim celu, ani nie słyszał, ani nie widział tego poruszenia. Nagle pojawiła się sposobność.
- Trafienie ! – Geuardiego ledwie było słychać, ale ci stojący wokół niego zaczęli krzyczeć – Na rzecz Signore Darcy !
Zdawało się, że sala pogrążona jest w chaosie, ale dwaj mężczyźni, na których skupiało się podniecenie, znajdowali się poza nim, dysząc z wysiłku i spoglądając na siebie z rezerwą. Z wolna na twarzy Dy pojawił się niechętny uśmiech. Uniósł swój floret w pozdrowieniu.
- Dobra robota, stary draniu ! Może jeszcze zostaniesz szermierzem !
- Ha ! – zaśmiał się Darcy odwzajemniając gest – Mógłbym powiedzieć to samo o tobie ! Po dwa dla każdego z nas – nierozstrzygnięty wynik ! – po czym spojrzał poważnie na przyjaciela – Masz zamiar mi powiedzieć, po co to wszystko ?
Dy odwrócił wzrok. Darcy zastanawiał się, który odpowie – przyjaciel, czy błazen ?
- Wstąpiłem dziś rano do Erewile House, żeby sprawdzić, czy doszedłeś już do siebie po wyprawie do Kent – odparł przyjaciel patrząc mu prosto w oczy – Znalazłem pannę Darcy samą i w bardzo złym nastroju – przerwał i wziął głęboki oddech – Cokolwiek się stało w Kent, Fitz, nie denerwuj tym panny Darcy ! Ona bardzo się o ciebie martwi, a ty zachowujesz się wobec niej w podły, protekcjonalny sposób, pielęgnując swoje żale.
- Brougham ! – warknął Darcy. Kim on był, żeby…
Ignorując go Brougham mówił dalej, cicho, ale bardzo wyraźnie.
- Ona nie powiedziała nic przeciwko tobie. Nie zrobiłaby tego nawet gdyby czuła się źle traktowana. Za bardzo cię szanuje – potrząsnął lekko głową – Ale ja nie mam takich skrupułów i powiem ci, że tak jak jesteś moim przyjacielem, że jeśli będziesz nadal postępował wobec panny Darcy nie mając względu na jej uczucia, to ten pokaz był tylko początkiem !
- Zainteresuj się raczej sobą ! – odpalił Darcy – Przekraczasz granice, Brougham i całkiem…
- Czyżby, Fitz ? – Brougham przyjrzał mu się badawczo – Więc znając mnie, tak jak ty mnie znasz, może powinieneś zapytać samego siebie, dlaczego z twojego powodu zdecydowałem się na tak nietypowy dla mnie, kłopotliwy krok !
Powiedziawszy to Brougham rzucił floret czekającemu służącemu i wyszedł z sali.
- Lis płaczący z zazdrości, Darcy ? – odezwał się Momounth wysunąwszy się z tłumu i podchodząc, żeby pogratulować szermierzom. Wskazał głową na oddalającą się sylwetkę Broughama.
- Nie – odparł w roztargnieniu Darcy patrząc za nim – Bardziej chór grecki.
*******
Gunia - Sob 04 Sie, 2007 17:10
A niech to... Kto temu Darcy'emu dał zremisować?
Alison - Sob 04 Sie, 2007 18:21
Cokolwiek się stało w Kent, Fitz, nie denerwuj tym panny Darcy ! Ona bardzo się o ciebie martwi, a ty zachowujesz się wobec niej w podły, protekcjonalny sposób, pielęgnując swoje żale.
Yes, yes, yes!
For Dy
MiMi - Sob 04 Sie, 2007 20:17
I dobrze, że ktoś mu oczy otworzył! dla Dy!!
Maryann - Nie 05 Sie, 2007 10:50
No cóż... Z tym "otwieraniem oczu" to Dy'owi się nie do końca udało...
Rozdział IV część 20
Kwadrans później, kiedy wyraził wdzięczność wszystkim, którzy go popierali w walce, Darcy w przypływie irytacji i zaciekawienia zabrał swoje rzeczy i poszedł śladem Broughama. Wyglądało na to, że Dy opuścił salę szermierczą nawet nie odświeżywszy się i nie doprowadziwszy do porządku swego zwykle nienagannego stroju. Dokąd on poszedł ? Zawiązawszy krawat i zapinając pośpiesznie surdut Darcy wyszedł z budynku i zawołał dorożkę.
- Do Boodle’s – rzucił woźnicy wskakując do pojazdu.
Jeśli, jak podejrzewał, historia o wcześniej umówionym spotkaniu była tylko bajką, to było prawdopodobne, że Brougham poszedł do ich klubu, spodziewając się, że on za nim podąży. Jeśli nie… Cóż, nie miał zamiaru szukać go po całym Londynie. Będzie mógł odpocząć wśród dżentelmenów w swoim klubie i zaczekać na bardziej stosowny moment, żeby przyprzeć Dy’a do muru. A po prawdzie, przyznał przed sobą, nadal żadną miarą nie był gotów wrócić do domu.
Jazda nie trwała długo, pozwalając mu zaledwie na rozważenie znaczenia prowokacyjnych słów przyjaciela. Było jasne, że Broughamowi nie podobało się, że trzyma się od Georgiany na dystans, sprawiając, że cierpiała z powodu jego zachowania i że martwiła się o jego zdrowie oraz – jak podejrzewał – o jego duszę. Ale do licha, co on miał do tego ! Jego postępowanie dziwnie przypominało zachowanie zakochanego ! Darcy poruszył się nerwowo, zaniepokojony, że taka myśl pojawiła się ponownie. Czyż Dy nie przyrzekł mu, że z jego strony siostrze przyjaciela nie grozi żadne niebezpieczeństwo ? I była jeszcze kwestia różnicy wieku i usposobienia…
- Nie, to nie może być ! – zapewnił sam siebie głośno. Musiał być inny powód. To pewnie dlatego, że kiedy była pod jego opieką, Dy zaczął uważać Georgianę za siostrę, której nigdy nie miał. Przyjaciel ostrzegał go, że jego zachowanie wobec niej nie było takim, jakie Brougham, przy swoim bardzo ograniczonym doświadczeniu, uważał za „braterskie”. Darcy oparł się o poduszki. Tak, to musi być to !
Odwróciwszy teraz uwagę od dostarczyciela wiadomości, mógł tylko stwierdzić, że Brougham miał rację. Wiedział to od razu. Powinien przywiązywać większą wagę do delikatnych uczuć Georgiany – czyż zawsze tak nie robił ? – ale teraz niechętnie postępował zgodnie z tą zasadą. Ta niechęć, jak tyle innych myśli i emocji, których doświadczył w tym tygodniu, uderzyła go jako coś dziwnie niepodobnego do niego. Stłumiwszy szybko tę myśl, Darcy spojrzał na mijane luksusowe sklepy i ekskluzywne kluby modnego Londynu. Sprawy się ułożą… w odpowiednim czasie, a kiedy odzyska równowagę i panna Elizabeth Bennet stanie się odległym wspomnieniem, wrócą do dawnego trybu, do życia, które zaplanował zanim postradał zmysły w salonie plebanii w Hunsford.
Kiedy znalazł się w hallu Boodle’s szybko minął wejście wyłożone płytkami z czarno-białego marmuru i przez szeroką klatkę schodową pośpieszył do znajdujących się za nią pokoi klubowych. Rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że Broughama nie ma wśród obecnych. Byli tu jednak inni jego znajomi i kiedy szedł przez pokoje, witano go z entuzjazmem.
- Darcy – sir Hugh Goforth skinął mu głową, gdy przechodził przez jeden z pokoi bilardowych – Ten pański przyjaciel pana szukał.
- Sir Hugh – Darcy zatrzymał się i ukłonił – Brougham ?
- Nie, nie… Nie widziałem Broughama od wieków. Bingley, chyba tak się nazywał. Powiedział, że zabiera swoją siostrę z wizytą do pańskiej siostry, czy coś w tym rodzaju. Jak rozumiem, miał nadzieję, że pana tu spotka.
Darcy niemal poczerwieniał z gniewu, który ogarnął go, gdy dziękował sir Hugh za tę informację. Bingley, którego szalona ucieczka w miłość zapoczątkowała tę całą żałosną sprawę i którego wyciągał z opresji sam parząc się przy tym dotkliwie ! Bingley, za którego porzucenie siostry Elizabeth oskarżono jego z tak zapiekłą goryczą. Darcy westchnął ciężko. Cóż, wyglądało na to, że Bingley i jego siostra wrócili z dorocznej podróży do Yorkshire i znowu bawili w Londynie. Gdyby zadał sobie trud i spojrzał na stos kart wizytowych, które Hinchcliffe zawsze starannie układał na jego biurku, może by już o tym wiedział i wysłał liścik ubiegający jakikolwiek zamiar złożenia przez Charlesa wizyty. Teraz jednak…
- Darcy ! – zawołał sir Hugh z drugiej strony stołu bilardowego – Koń Deveraux biegnie i on musi wyjść. Zagra pan ?
Powinien iść do domu. Powinien iść do domu, poprosić Georgianę o wybaczenie i przywitać Bingleya i jego siostrę z powrotem w Londynie. Powinien być tam w tej chwili i rozładowywać górę papierów czekających na niego na biurku i jak zawsze miał w zwyczaju. Darcy odwrócił się i sięgnął po kij bilardowy.
- Tyle partii, ile pan sobie życzy, Goforth. Mam całe popołudnie.
Alison - Nie 05 Sie, 2007 11:28
Ale ten biedny facet ma problemów! Bougham'y, delikatne siostry, wizyty, gonitwy końskie, no po perostu normalny człowiek nie byłby w stanie tego unieść! A co dopiero taki miłośnie pogruchotany. Bez nas nie dałby sobie rady!
Maryann - Nie 05 Sie, 2007 17:23
| Alison napisał/a: | | Ale ten biedny facet ma problemów! |
On sam jest jeden wielki problem...
Ktoś nim musi mocno potrząsnąć, żeby mu się azymut naprostował.
MiMi - Nie 05 Sie, 2007 18:44
On wszędzie widzi winnych, tylko nie w sobie...
Gunia - Nie 05 Sie, 2007 19:31
| Maryann napisał/a: | Darcy odwrócił się i sięgnął po kij bilardowy.
- Tyle partii, ile pan sobie życzy, Goforth. Mam całe popołudnie. |
On wszyscy są tacy sami...
Maryann - Pon 06 Sie, 2007 08:12
Dziś Matka Przedłużona częstuje per procura.
Rozdział IV część 21
Wizyta Bingley'a nie mogła być odsuwana w nieskończoność i chociaż Darcy zorganizował sobie uniknięcie jej poprzedniego dnia, karta wizytowa Charles'a pojawiła się po raz kolejny następnego ranka. Przyjmując ją zrezygnowany, Darcy spotkał siostrę w salonie czekającą na ich wejście. Króciutko rozmawiał z Georgianą poprzedniego wieczora, jego ciekawość co ona wiedziała o zwycięstwie Brougham'a, doprowadziła go do poszukania jej, po ich wzajemnym unikaniu się w domu przez większość dnia. Odpowiedziała wystarczająco niewinnie "Tak, lord Brougham przyszedł żeby się z nim spotkać, ale rozmawiali bardzo mało, po tym jak jego lordowska mość dowiedział się, że wyszedł".
- A o czym "bardzo mało" rozmawialiście, Georgiano? - zapytał ją w pezpardonowy sposób, przygladając się fragmentowi jej haftu rozpiętego na tamborku. Jej praca była, jak wszystko co robiła, śliczna i precyzyjna. Jedwabne nitki starannie portretowały jedną ze scen z Edenu, ogrodu-cieplarni ich matki w Pemberley. Zbiór różnych kolorówych nitek porozrzucanych obok przyciągnęły jego wzrok i bezmyślnie sięgnął po nie.
- Zapytał jak się trzymasz od powrtou z Kent jako, że nie widział cię odkąd przywiózł nam Trafalgara. Wtedy, uprzejmie zapytał o odsłonięcie portretu.
- Nic więcej? - przebierał palcami wśród nitek, ich chłodna jedwabistość tak znajomo prześlizgiwała się między jego palcami.
- Rozmawialiśmy trochę o książce, którą przysłał i zachęcał mnie do przeczytania jej. Nic więcej sobie nie przypominam, chociaż, przez chwilę... - zawahała się po czym spojrzała na niego ciekawie. Podążył nieprzytomnym wzrokiem za jej spojrzeniem na jego rękę i zaczerwienił się widząc, że bezwiednie skręca jedwabne nitki między palcami. Pospiesznie, ale tak obojętnie jak tylko potrafił, odplątał je i odłożył z powrotem na stolik.
- Och jeśli chcesz, możesz je dodać do tych swoich - zapewniła go z ledwie zauważalnym uśmiechem.
- Przez chwilę? - podsunął jej i i odwrócił się plecami do przeklętej pokusy.
- Przez chwilę - brew Georgiany zmarszczyła się w zdumieniu - nie wyglądał dobrze, ale... nie wyglądał też źle, mówiąc dokładnie. Nie jestem pewna, to się odbyło tak szybko. Ty znasz go tak dobrze, - spojrzała na niego - co to mogło znaczyć?
- Hmm - prychnął - To znaczy, że uparł się wtrącać w sprawę, w której wie, że jest natrętny i niegrzeczny. Spojrzał w bok rozdrażniony, zaintrygowany niewyjaśnionymi zamysłami Dyfed'a Brougham'a. Czyżby naprawdę "znał go tak dobrze"? Jego uważna opieka nad Georgianą nie była typowa dla Brougham'a jakiego znał.
- Jaką książkę ci przysłał? - porwał go irracjonalny strach, że Dy mógłby igrać z nią przy użyciu poezji. Jeśli myśli, że mógłby pominąć obietnicę przez staranie się o nią poprzez jakieś namiętne książki...
- Którą masz na myśli? - zapytała Georgiana nieszczerze.
- Którą? - ton jego głosu wyraźnie się podniósł - Przysłał ci więcej niż jedną?
Georgiana pospieszyła do swojego saloniku i wróciła, trzymając przed sobą cienki tomik.
- Ta jest ostatnia. Nie wiedziałam, że mógłbyś mieć coś przeciwko temu, żebym je przyjmowała, Fitzwilliam'ie, przecież lord Brougham jest od zawsze twoim przyjacielem.
Ledwie się powstrzymał od wyrwania jej z ręki ofiarowanego tomu. Odwracając go grzbietem, przeczytał głośno:
- Chalmers? - to było nieznane mu nazwisko, ale poeci wyrastali teraz jak chwasty! Szybko otworzył ją i przekartkował. Nagle zobaczył, że to nie poezja. No cóż, zawsze to jakaś pociecha! Wrócił do strony tytułowej, ciekaw co Dy mógłby uznać za odpowiedni rodzaj prozy do zalotów i niemal roześmiał się z poczucia ulgi. Kazania!
- Lord Brougham przywiózł to w zeszłym tygodniu, z powrotem ze swojej podróży do Szkocji. Plebania wielebnego Chalmers'a jest blisko miejsca, gdzie jego wysokość był w odwiedzinach - wytłumaczyła mu siostra - i pomyślał, że mogłabym chcieć przeczytać coś, co pokazuje miejscowy temperament.
- Doprawdy? - zaśmiał się i potrząsając głową z niedowierzania, oddał jej książkę. Dy może gra w interesie Georgiany, ale nie mógłby próbować załatwić swojego interesu z nią, próbując zdobyć ją kazaniami!
- Możesz ją wziąć z powrotem. - pochylił się i pocałował w czoło - Dobranoc, moja droga.
- Tobie też życzę dobrej nocy, bracie - jej uśmiech ocieniała niepewność - Och! - jej okrzyk zatrzymał go już podczas opuszczania jej pokoju.
- Tak? - odwrócił się.
- Możesz je sobie wziąć, proszę. - jedwabne niteczki błysnęły w świetle świec na jej rozłożonej dłoni. Spojrzał na nie, udręczony wstrzymując dłoń przed podniesieniem, zanim zacisnął ją w pięść. - Do twojej kolekcji? - upierała się w obliczu jego milczenia na jej propozycję.
- N-nie, dziękuję - potrząsnął głową - Nie mam już tamtych; Zniknęły.
asiek - Pon 06 Sie, 2007 19:04
| Maryann napisał/a: |
Sprawy się ułożą… w odpowiednim czasie, a kiedy odzyska równowagę i panna Elizabeth Bennet stanie się odległym wspomnieniem, wrócą do dawnego trybu, do życia, które zaplanował zanim postradał zmysły w salonie plebanii w Hunsford. |
Jakiż zmyślny plan działania, ...jasny i prosty jak... konstrukcja cepa. Tylko dlaczego nie działa ???
***
A Georgiana...Żal dziewczyny.
Rodziciele pomarli, ukochany porzucił, brat niczym inkwizytor fuka i inwigiluje, a do tego przyjaciel ofiarowuje jakoweś k a z a n i a do poduszki.
Cudownym Tłumaczkom ślę podziękowania.
Maryann - Pon 06 Sie, 2007 21:44
| asiek napisał/a: | Jakiż zmyślny plan działania, ...jasny i prosty jak... konstrukcja cepa. Tylko dlaczego nie działa ??? |
No bo to "zmysłów postradanie" najwyraźniej zostało mu na dłużej...
| asiek napisał/a: | A Georgiana...Żal dziewczyny.
(...) ukochany porzucił |
UKOCHANY ?
asiek - Pon 06 Sie, 2007 22:53
| Maryann napisał/a: | | UKOCHANY ? |
Mowa tu o Wickham'ie of kors.
Georgiana musiała być zakochana skoro spotykała się z nim i zgodziła na wspólny "wypad do Szkocji". Nie wierzę, że od razu pogodziła się z faktami. Odejście Wickahma, po konfrontacji z Darcym, musiała odczuwać jako porzucenie. Nie walczył o nią, nie zabiegał o dalsze względy. Z taką sytuacją ciężko radzi sobie dojrzała kobietka, a co dopiero młode dziewczę. Zrozumienie przychodzi duuużo później...niestety.
Tak sobie... wykombinowałam.
Maryann - Pon 06 Sie, 2007 23:07
| asiek napisał/a: | | Maryann napisał/a: | | UKOCHANY ? |
Mowa tu o Wickham'ie of kors. |
of kors
Nie wątpię, że musiała być zakochana (czy może zadurzona) - i to bardzo. Zgodziła się na tę eskapadę mając (w co nie wątpię) pełną świadomość konsekwencji i tego, jak zareaguje jej ukochany, tak bardzo szanowany przez nią brat.
| asiek napisał/a: | | Nie wierzę, że od razu pogodziła się z faktami. Odejście Wickahma, po konfrontacji z Darcym, musiała odczuwać jako porzucenie. Nie walczył o nią, nie zabiegał o dalsze względy. |
Na pewno było jej trudno. Książkowa Georgiana jest bardzo nieśmiała, a więc ma też pewnie dosyć niską samoocenę. Tym łatwiej było Wickhamowi ją oczarować - i tym boleśniejsze było przebudzenie, kiedy przekonała się, że to nie jej ponętna osoba, a 30.000 funtów posagu było tym, co go w rzeczywistości skusiło.
Jeśli dołożymy do tego świadomość, że omal nie zrujnowała reputacji własnej i całej rodziny... Dobrze, że choć ciocia Catherine pozostała w błogiej nieświadomości...
Maryann - Wto 07 Sie, 2007 09:28
I ciasteczko made by Alison raz jeszcze...
Rozdział IV część 22
W tym momencie zostawił ją i spędził kolejną, męczącą noc, krążąc po pokojach, nagle niezdolny zasnąć i nie ufając temu, co mogły przynieść mu sny. Ranek był stracony, chociaż próbował uporać się z leżącymi przed nim sprawami pozostawionymi przez Hinchcliff'a, mógł przebrnąć choć przez część z nich, zanim nie odpłynął w zadumę albo w sen. Poddając się, wyciągnął się na kanapie w gabinecie i spędził tam niewygodną, ale bezsenną godzinę, zanim nieśmiałe pukanie Witcher'a obudziło go w związku z pojawieniem się karty wizytowej Bingley'a.
Widok skrępowanej ulgi na twarzy Georgiany w chwili jego pojawienia się w salonie zatrzymał go, a kiedy podniósł jej dłoń do pocałowania, wyczuł w niej napięcie.
- Georgiano? - wymruczał, zerkając na drzwi, które wkrótce miały otworzyć się przed ich gośćmi.
- To nic, bracie - zarumieniła się, uwalniając dłoń z jego uścisku.
- Nonsens! - odpowiedział Darcy, ale delikatnie - Przestań, o co chodzi?
Jej rumieniec się pogłębił
- Panna Bingley - wyznała wstydliwie - Ja... - w tym momencie drzwi salonu otworzyły się, ukazując podmiot zmieszania jego siostry. Nic więcej nie trzeba było mówić. Darcy postąpił naprzód.
- Panno Bingley - ukłonił się jej, po czym zwrócił do jej brata, podając mu dłoń - Charles! Więc wróciłeś.
- Darcy! Tak! - Bingley podał mu rękę i potrząsnął nią żywiołowo - Londyn, albo raczej Sezon wzywał, a Yorkshire nie jest miejscem dla nas, możesz mi wierzyć! Panno Darcy - odwrócił się i ukłonił Georgianie - Będzie dla nas wielką przyjemnością uczestniczyć w oficjalnym Odsłonięciu, w przyszłym tygodniu.
- Charles! W odsłonięciu portretu panny Darcy, jeśli łaska - panna Bingley przewróciła oczami - Wszyscy czekamy z niecierpliwością, panno Darcy - obdarowała pobłażliwym uśmiechem jego adresatkę - To będzie najdoskonalsze Odsłonięcie w całym Sezonie. Czy dobrze zrozumiałam, że sam Lawrence będzie w nim uczestniczył?
Nie czekając na odpowiedź, spojrzała na Darcy'ego - Czy to nie jest największym szczęściem, panie Darcy? Wprowadzenie pańskiej siostry do towarzystwa jest już Tematem. Obecność Lawrence'a zagwarantuje sukces tego Odsłonięcia. Przewiduję, że Erewile House będzie zasypany przyjaznymi duszami!
Darcy poczuł raczej niż zobaczył, drżącą konsternację Georgiany na przesadny komplement panny Bingley. Niesamowite, że ta kobieta, która tak jawnie ją kochała, nie miała najmniejszego pojęcia o prawdziwej naturze jego siostry. Traktowała ją jak ładną lalkę, w najmniejszym stopniu nie dbając o jej myśli czy uczucia! Odwrócił się od niej i zwrócił do Bingley'a.
- Ty jesteś oczywiście mile widziany, ale będziemy mieli zbyt wielu gości, jak mógłbyś oczekiwać. Ostatnio zdecydowaliśmy, że tylko najbliżsi przyjaciele i rodzina, otrzymają zaproszenie.
- Och, nie mówi pan poważnie! - panna Bingley ściągnęła jego uwagę przeraźliwym westchnieniem kiedy opadła na zaproponowane jej krzesło - Panno Darcy... - zwróciła się do Georgiany.
- Owszem, mówię - przerwał jej Darcy, demonstrując jej łobuzerską irytację. Niech go diabli, jeśli pozwoli jej żartować dalej z Georgiany! - To jest życzenie Georgiany.
- Czy zechcą się państwo poczęstować, panno Bingley, panie Bingley? - Georgiana wpadła mu w słowo swoim delikatnym, spokojnym głosem. Obdarzając ją zaskoczonym ale aprobującym uśmiechem, Darcy potwierdził jej propozycję - Tak, musicie napić się herbaty. Nie wątpię, że pani Witcher już ją przygotowała.
Pociągnął za sznur od dzwonka, sadzając wcześniej Bingley'a na kanapie - No, Charles, musisz nam opowiedzieć czym zajmowałeś się przez te ostatnie tygodnie w Yorkshire.
Maryann - Wto 07 Sie, 2007 09:54
Maguś - uważaj z tą obietnicą, bo przed nami taki bardzo "smęcący" kawałek. Ale moim skromnym zdaniem warto go przetrzymać, bo stanowi niejako przygrywkę do jednego z najlepszych fragmentów całej książki...
Oj, bęęędzie się działo...
asiek - Wto 07 Sie, 2007 10:30
Dziewczynki, czy może już wiecie, ile Pamelce płacono za stronę ? Jeżeli sporo, to jestem w stanie ją zrozumieć / cóż, kasa dla wielu ma wielką moc /,ale jeżeli pisała te blubry tylko po to, aby dręczyć czytelniczki, to ją ...kurtka wodna znielubię i porzucę.
Mag ma rację, ABT należy obsypać kwieciem.
Maryann - Wto 07 Sie, 2007 10:47
| asiek napisał/a: | | Dziewczynki, czy może już wiecie, ile Pamelce płacono za stronę ? |
Nie sądzę, żeby ta wiadomość była do zdobycia.
Ale - pomimo wszystko - ja za Fletchera, a nade wszystko za milorda Broughama to mogłabym jej nawet ekstra premię dołożyć.
Caroline - Śro 08 Sie, 2007 09:18
Darcy i szemrane towarzystwo, voila!
Rozdział IV, cz.23
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~&~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Gdy Darcy zapinał kamizelkę przed lustrem tego wieczoru, nie mógł się zdecydować, czy cieszył się, że Brougham nie pojawił się aż do dzisiaj, czy wprawiała go w zły humor jego nieobecność. Dy był jak błędny ognik, to prawda, ale potraktować go w taki sposób na macie szermierczej i potem w sprawie Georgiany, a następnie zniknąć? To było nie do pomyślenia! Z drugiej strony, gdyby przyszedł, co by się zdarzyło? Prawdopodobnie sprzeczka nieprzyjemna dla nich obu i postawienie ich przyjaźni pod znakiem zapytania, w końcu właśnie przygotowywał się na spotkanie u Monmoutha i nic, co Dy by powiedział, by go od niego nie odwiodło. I tak doświadczał dezaprobaty z powodu nadchodzącego wieczoru ze strony swojego lokaja, Brougham nie musiał się do tego dokładać. W pierwszej chwili, gdy powiedział Fletcherowi, że wybiera się na formalne spotkanie, lokaj rozpromienił się i zaczął przegląd jego garderoby ze zwykłym sobie entuzjazmem. Dzisiaj jednak jego zapał, by zaprezentować swojego pana jak najlepiej zgodnie z obowiązującą modą, znacznie opadł.
- Powiedział pan lord i lady Monmouth, proszę pana? – powtórzył z niedowierzaniem, gdy usłyszał, kim będą gospodarze dzisiejszego wieczoru. – Jest pan całkiem pewien? – dopytywał go podczas drugiego tego dnia golenia.
- Tak, Fletcher – spojrzał na niego ironicznie. – Jestem pewien, że to właśnie oni objęli mnie zaproszeniem. – wiedząc, że chodzi o coś więcej, dodał – Dlaczego?
- Jednym słowem, Broughton Castle, panie Darcy! – Fletcher skrzywił się z obrzydzeniem. – A od tego czasu, jego lordowska mość, a szczególnie lady, widziano podróżujących z raczej, ekhm, różnorodnym towarzystwem.
- Tak właśnie powiedział mi Monmouth, “filozofia i polityka”, jak opisał. Raczej odległe od tego, co kryło się w cieniach Broughton, Fletcher!
Po tej uwadze lokaj zdobył się tylko na sceptyczne westchnienie:
- „..można nosić na ustach uśmiech…”*, proszę pana. – i wrócił do ostrzenia brzytwy.
Nic więcej nie powiedziano, ale każdy fragment jego wieczorowego stroju został mu podany z niechęcią, a węzeł pod brodą nie wyróżniał się niczym szczególnym. Później, gdy powóz wiózł go do miejskiego domu Monmoutha połączona dezaprobata Broughama i Fletchera spowodowały, że poczuł rodzaj żalu z powodu przyjętego zaproszenia. Ale trwało to krótko, przeważyła ciekawość, jak dawna lady Sylvanie Saye radzi sobie po okropnych wydarzeniach w Broughton Castle i nie mniej, jakiego rodzaju intelektualistów i artystów mogła wokół siebie zgromadzić. To dodawało wieczorowi, jak zdecydował wysiadając z powozu, szczypty pikanterii, a pikanteria i bezpośrednie niebezpieczeństwo były wskazane zważywszy na to, co go teraz gryzło, ściskając jego wnętrze w stary, dobrze znany węzeł. Gdyby kiedykolwiek miał… Gdyby Elizabeth… Drzwi do domu Monmoutha otworzyły się, światło świec i pomruk niezliczonych rozmów wylały się na ulicę. Pragnąc uciec od bólu, Darcy uczepił się zaproszenia, by myśleć o czymś innym i czuć coś innego niż przeklęta pustka po stracie, podążył więc za nim do środka.
- Darcy! Witamy! – powitał go lord Monmouth ze szczytu imponujących schodów, które dominowały nad resztą hallu. – Nie marudź tam na dole! – nakazał, gdy Darcy oddawał kapelusz i płaszcz lokajowi. – Wchodź na górę. Lady Monmouth wypatruje cię z niecierpliwością.
* Shakespeare, oczywiście, Akt 1 scena 5 „Hamleta” „… można nosić na ustach uśmiech i być łotrem”, przekład: Józef Paszkowski
|
|
|