Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2
Caroline - Śro 25 Lip, 2007 09:15
Dywagacje poetyckie Fletchera, rozwiązana zagadka "przypadkiem"
Here we go!
Rozdział IV, cz.9
Przyznał to, a zaraz po nim przyszło pełne zrozumienie następnego wersu. „Dola twarda” Tak! Dokładnie tak się czuł pozbawiony jakichkolwiek nadziei na szczęście i radość, odrzucony przez Fortunę. „Chcę mieć bogatszą nadzieję przyszłości”. Nic w teraźniejszości nie wzbudzało jego zainteresowania, nic w przyszłości nie dawało mu nadziei, że ta sytuacja się zmieni. Darcy zamknął oczy i skoncentrował się na powstrzymaniu jęku, który obudził się w jego piersi i przenikał całe ciało. Nadzieja – słowo tak przepełnione, brzemienne powagą i znaczeniem – kpiło z niego. Skąd miała nadejść nadzieja? Jego kuzyn musiał tylko czekać na następną śliczną buzię, która ukoi jego rozczarowanie. Pomysł, by rzucić się w matrymonialne targowisko w poszukiwaniu kogoś na zastępstwo do jego serca był zbyt odrzucający. Czegoś takiego nie mógł zrobić, nie on. Elizabeth była nie do zastąpienia. Upewnił się o tym w Broughton Castle. „…bogatszą nadzieję w przyszłości”? Darcy zaśmiał się z samego siebie. Był jej pozbawiony.
- Ręcznik, proszę pana? – Fletcher skończył go golić.
Dacy skinął, ale zatrzymał swojego lokaja, zaciekawienie słowami Fletchera wzięło górę nad postanowieniami. W tej chwili, byle drobiazg by to potrafił.
- Lecz? Co miałeś na myśli, Fletcher?
- „Lecz” i „przypadkiem”*, proszę pana – Fletcher starannie unikał jego wzroku koncentrując się na układaniu drobiazgów do golenia na tacy. – „Lecz” wprowadza zmianę w sonecie. Wcześniej wszystko jest pozbawione nadziei i nagle, w samym środku samoudręczenia poety pojawia się „lecz”, słowo, które sugeruje, że nadzieja jeszcze istnieje, że jeszcze nie wszystko stracone.
- Hmm – Darcy parsknął niezadowolony – Nadzieja przeciwko nadziei, romantyczne rozwiązanie poety dla czegoś, co reszta słów rozpoznaje jako nuda veritas** życia.
- Miałby pan całkowicie rację – odpowiedział Fletcher – gdyby nie obecność „przypadkiem”.
- Przypadkiem? Niechcący? – Darcy się skrzywił.
- Za sprawą Fortuny, podążając za myślą Poety – poprawił Fletcher. – Powrót nadziei zaczyna się od jednej myśli, ale ta myśl jest zdolna przeprowadzić poetę od nieszczęścia do radości. „Wraca o tobie myśl” i rozpacz zamienia się w hymn, który „bramy niebios wzrusza” – jego głos zmienił się prawie w westchnienie.
- Wszystko to za sprawą jednej myśli – przerwał Darcy, niezadowolenie i sceptycyzm wyostrzały jego głos.
- Nie, proszę pana, nie jakaś myśl, ale myśl podsunięta przez Fortunę. Życzy pan sobie ręcznik? – Fletcher podniósł jego twarz do zaparowanego ręcznika, którego kojący zapach drażnił już nos Darcy’ego. Skinął i oparł się na krześle, zamykając oczy. Ciepłe zawiniątko bezceremonialnie opadło na jego twarz, usłyszał zszokowany okrzyk swojego lokaja:
- Panna Darcy!
* krótki wyjaśnienie, w polskich tłumaczeniach (zamieszczam poniżej oryginał i tłumaczenie) nie ma słowa „przypadkiem” ani jakiegokolwiek jego odpowiednika, w angielskiej chodzi o słowo „haply”, które oznacza „przypadkiem”, „ni z tego ni z owego”
Fortuna, która pojawia się w angielskiej wersji, po polsku występuje jako „los”.
** nuda veritas – naga prawda
Sonet 29
Gdy los i ludzie częstują mnie wzgardą,
Chcę miłosierdzie wzbudzić w głuchym niebie;
Płaczę i żalę się na dolę twardą,
I klnę upadek mój patrząc na siebie.
Chcę mieć bogatszą nadzieję przyszłości,
Mieć rysy innych i przyjaciół rzeszę,
Dobra jednego, innego zdolności,
Gdyż tym, co moje, zgoła się nie cieszę.
Lecz gdy od myśli tych brzydnie mi życie,
Wraca o tobie myśl, a moja dusza
Niby skowronek zrywa się o świcie
I hymn podnosząc, bramy niebios wzrusza;
Gdyż twej miłości najsłodsze wspomnienie
Sprawia, że z królem losu nie zamienię.
(tł. M. Słomczyński)
Sonnet 29
When, in disgrace with fortune and men's eyes,
I all alone beweep my outcast state
And trouble deaf heaven with my bootless cries
And look upon myself and curse my fate,
Wishing me like to one more rich in hope,
Featured like him, like him with friends possess'd,
Desiring this man's art and that man's scope,
With what I most enjoy contented least;
Yet in these thoughts myself almost despising,
Haply I think on thee, and then my state,
Like to the lark at break of day arising
From sullen earth, sings hymns at heaven's gate;
For thy sweet love remember'd such wealth brings
That then I scorn to change my state with kings
Alison - Śro 25 Lip, 2007 09:37
Niniejszym jako zarówno Matka Przedłużona, jak i szefowa ABT udzielam oficjalnej pochwały koleżance Carolince, za niemal naukowy rozbiór na czynniki pierwsze dzieła Pameli, dojście do źródeł, wyjaśnienia wszelakie i absolutny, w każdym calu profesjonalizm translatorsko-edukacyjny.
Uwaga! odsunąć się! robię
Caroline - Śro 25 Lip, 2007 15:39
Dziękuję, dziękuję!
trifle - Śro 25 Lip, 2007 15:49
Jaka emotka piękna
PS. Ja nie wiem no, tak się zastanawiam, jak taki mądry, oczytany Fletcher mógł być lokajem (służącym?) IMO to jest jakieś dziwne
Marija - Śro 25 Lip, 2007 19:10
I pomyśleć, że jego pan (jak to brzmi ) z definicji powinien być jeszcze bardziej oczytany i inteligentny . I oczywiście znacznie przystojniejszy oraz bogatszy .
Ulka - Śro 25 Lip, 2007 21:50
Zrobię oftopa- i znów wyjdę na ignorantkę - co znaczy IMO ? Często się z tym spotykam i nie rozumiem
(Och, jak ja chciałam użyć tej emotki to nic że trochę nie na miejscu ;p )
Alison - Śro 25 Lip, 2007 22:41
| Ulka napisał/a: | Zrobię oftopa- i znów wyjdę na ignorantkę - co znaczy IMO ? Często się z tym spotykam i nie rozumiem
(Och, jak ja chciałam użyć tej emotki to nic że trochę nie na miejscu ;p ) |
In My Opinion...
OMG - Oh My God!
To tak IE (in example)
Ulka - Śro 25 Lip, 2007 22:54
THX OMG znam. a jeszcze jest coś dłuższego o jedną literkę od IMO tylko nie pamiętam o jaką...może wiesz, Mateczko?
ps. a IE to mi się nieodparcie z przeglądarką kojarzy
Maryann - Czw 26 Lip, 2007 07:01
Rozdział IV część 10
Jednym szybkim ruchem Darcy odrzucił ręcznik i usiadł prosto.
- Georgiano !
Jeszcze nigdy jego siostra bez zaproszenia nie weszła do jego prywatnych apartamentów ! Nie pamiętał nawet, kiedy w ogóle ostatnio tu była. A z pewnością nigdy, gdy nie był stosowanie ubrany.
- J-ja bardzo przepraszam, Fitzwilliamie – wyjąkała pod jego pełnym niedowierzania spojrzeniem.
Choć bez wątpienia zdenerwowana, popatrzyła na niego uważnie, zerknąwszy tylko przelotnie na Fletchera, który zaniemówiwszy ze zdumienia stał obok jego krzesła.
- Czy, eh, czy coś się stało ? – jego umysł zdawał się nie funkcjonować prawidłowo.
- Śniadanie – odparła po prostu.
Powód jej pojawienia się w jego apartamentach był nie mniej zaskakujący od samej jej tu obecności. Zdawał sobie sprawę, że przyjmie wiadomość co najmniej z rozczarowaniem. Najwyraźniej jednak odebrała ją znacznie gorzej i odważnie postanowiła wejść do jaskini krnąbrnego lwa. Darcy przesunął dłonią po świeżo wygolonym policzku, gdy tak przyglądał się jej prostej, pełnej godności postawie, pomijając łagodne, czułe oczy. Niemal natychmiast przypomniał sobie ich matkę.
Niech tak będzie, westchnął do siebie. Jak mógłby odmówić w obliczu tak wiele mówiącej zapowiedzi kobiety, którą stawała się jego siostra ?
- Chętnie przyłączę się do siebie, jak tylko się ubiorę – dał za wygraną – Powiedz służbie, żeby położyła dla mnie nakrycie.
- Proszę, wolałabym zjeść z tobą śniadanie tutaj… w twoich apartamentach – wyraźnie starała się wykorzystać przewagę, jaką dawało jej jego zaskoczenie. Jej głos drżał odrobinę, ale pod koniec był już mocny. Mimo to jeszcze nie skończyła – Wydałam już polecenie, żeby przyniesiono tu śniadanie dla nas obojga.
- Doprawdy ?
Darcy spojrzał na siostrę z nową świadomością. Stawała się kimś więcej, niż była. Kolejna oznaka wpływu Dy’a, czy dowód na jego stwierdzenie, że nie była już dziewczynką ? Jeśli miał odkryć prawdę, musiał zgodzić się na jej plany. Skłonił głowę, oficjalnie przystając na jej życzenie.
- Więc chętnie dołączę do ciebie, jak tylko się ubiorę.
Jej uśmiech był zachwycający.
- Dziękuję, Fitzwilliamie.
Dygnęła i wyszła z garderoby, rzuciwszy jeszcze jedno zaciekawione spojrzenie na Fletchera, który oszołomiony, nie odwracał od niej uwagi przez całą rozmowę. Gdy zamknęła za sobą drzwi, przez całą minutę żaden z nich się nie poruszył, ani nie odezwał. Obaj w zamyśleniu wpatrywali się w zamknięte drzwi. W końcu Darcy odchrząknął.
- Cóż, wygląda na to, że rozkazy zostały wydane, Fletcher.
- T-tak, sir – padła niepewna odpowiedź – Na to wygląda.
Gosia - Czw 26 Lip, 2007 08:00
IMHO - In My Humble Opinion lub In My Honest Opinion - moim skromnym zdaniem.
Slowniczek:
http://www.krzywish.republika.pl/skroty.htm
Marija - Czw 26 Lip, 2007 08:13
Hm, afera taka, jakby tego ręcznika nie zrzucał z oblicza, a wręcz z piętra niżej . O tempora, o mores...
Dione - Czw 26 Lip, 2007 13:41
Właśnie stwierdziłam, że nasz Darsik sie trochę jak primadonna zachowuje.
Maryann - Pią 27 Lip, 2007 08:27
Rozdział IV część 11
*******
Teraz stosownie ubrany, Darcy z wahaniem wyszedł z garderoby. Podczas zabiegów Fletchera rozmyślał tylko nad tym, co znajdzie po drugiej stronie jej drzwi. Ta nowa pewność siebie Georgiany, choć interesująca, źle wróżyła jego pragnieniu pielęgnowaniu swoich ran w samotności. Będzie chciała znać powody jego zachowania. Zastanawiał się, jak się do tego zabierze i jak mógłby tego uniknąć.
Georgiana stała za jednym z dwóch krzeseł przysuniętych do małego, rozkładanego stolika, teraz otwartego na całą szerokość i zastawionego przykrytymi półmiskami. Mimo przykryć, smakowite zapachy znajdujących się pod nimi specjałów wypełniały każdy kąt pokoju. Mimo woli zabruczało mu w żołądku.
- Och, to dobrze, że jesteś głodny ! – powitała go.
Na jej znak służący zdjęli pokrywki z półmisków i podczas, gdy on pomagał jej usiąść, wynieśli je z pokoju. Zostali sami. Darcy zajął miejsce naprzeciwko siostry i przysuwając się do stołu posłał jej niepewny uśmiech. Wszystko było bardzo dziwne i czuł się wytrącony z równowagi. Spojrzał na stół. Przed nim znajdowały się najbardziej apetyczne dania, a unoszącym się nad nimi wybornym zapachom nie można było się oprzeć. Węzeł, którym był jego żołądek, rozluźnił się nieco, gdy sięgnął po talerz. Gdy go napełniał, Georgiana uśmiechnęła się szerzej, ale nie powiedziała ani słowa na temat jego na nowo rozbudzonego apetytu, tylko z wdziękiem zajęła się swoim posiłkiem. Zesztywniałe mięśnie karku Darcy’ego stopniowo się rozluźniały. Może ona zadowoli się tym, że odzyskał apetyt i na razie nie będzie chciała od niego nic więcej ?
- Fitzwilliamie ? – jej słowa, z zawartym w nich ukrytym pytaniem, padły, gdy kończył nalewać pierwszą filiżankę kawy – Czy musimy organizować oficjalne odsłonięcie mojego portretu ?
Przygotowany na pytanie zupełnie innego rodzaju Darcy spojrzał na siostrę zaskoczony.
- A nie chcesz tego ?
- Nie, nie chcę – odparła nieśmiało – To nie tak, że portret mi się nie podoba. Jest bardzo ładny. To po prostu dlatego… – przerwała.
Widząc, że szuka właściwych słów, Darcy w milczeniu podniósł filiżankę do ust. Czyżby znowu wracała jej nieśmiałość ? Młoda panna tuż przed swoim debiutem towarzyskim zawsze miała malowany portret, a jego prezentacja była pierwszym etapem tego życiowego procesu.
Zaczęła jeszcze raz.
- Jak czułeś się, kiedy malowano twój portret ?
Odnosiła się oczywiście do portretu wiszącego w galerii w Pemberley, malowanego z okazji jego dwudziestych pierwszych urodzin. Przypominał sobie, że czuł się ogromnie zakłopotany, a do dziś dnia unikał patrzenia na niego, kiedy przechodził przez hall. Zamiast na własną, wolał patrzeć na twarze swoich przodków, szczególnie ojca, malowanego w tym samym wieku oraz na portret obojga rodziców, malowany, gdy miał dziesięć lat.
- Pamiętam, że nie lubiłem tego zainteresowania i zamieszania i myśli, że ten facet na obrazie to nie mogę być ja - przyznał.
- Tak ! – Georgiana skwapliwie nachyliła się ku niemu – Jak to nie ty ?
- Och, przypuszczam, że dojrzalszy i lepszy. Z pewnością mądrzejszy, niż ja mogłem sądzić o sobie w tamtym czasie.
A nawet teraz, pomyślał z żalem.
- Idealne wyobrażenie ciebie, a nie ktoś, kim wiesz, że jesteś – podpowiedziała mu i uśmiechnęła się – Chociaż zawsze sądziłam, że twój portret jest bardzo udany.
Darcy skłonił głowę w odpowiedzi na jej komplement.
- Z pewnością stosowny punkt widzenia dla młodszej siostry – uśmiechnął się – Ale co z tamtym ? Oczekuje się jego prezentacji. Bez niej Lawrence mógłby się poczuć urażony. Mógłby to uznać za ocenę jego umiejętności – z wyrazu jej twarzy zauważył, że ta ostatnia uwaga ją zmartwiła – To nie musi być wielkie wydarzenie. Tylko rodzina i bliscy przyjaciele – powiedział – To jest doskonały, piękny portret, Georgiano.
Maryann - Sob 28 Lip, 2007 07:38
Rozdział IV część 12
Opuściła oczy na ten opis, ale kiedy je podniosła, zobaczył w nich spokój, ale nie obojętny na świat.
- Tak, „doskonale” piękny – przysunęła się bliżej i wyciągnęła rękę. Jej palce muskały lekko grzbiet jego dłoni – Fitzwilliamie, to nie jestem ja ! Nie jestem tą „doskonale piękną” dziewczyną na obrazie i nie chcę brać udziału w tym oszustwie stojąc obok niego i udając, że wszystko, co przedstawia, to prawda.
- Chciałabyś może, żeby Lawrence dodał kilka pryszczy, czy może brodawkę lub dwie ? – droczył się z nią, ale w rzeczywistości był skrępowany i zażenowany jej powściągliwością – Georgiano, temu portretowi nic nie brakuje !
- Nic oprócz szczerości co do tego, kim naprawdę jestem i pokusa uwierzenia, że to prawda – oparła się o krzesło i westchnęła – Fitzwilliamie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłeś swój własny portret, który cię idealizował, co innego czułeś ? Co myślałeś ?
Zamknął na chwilę oczy pod jej badawczym spojrzeniem, Darcy westchnął ciężko i zacisnął szczęki. Czego ona od niego chciała ? Prawdy, usłyszał jasną odpowiedź, tylko prawdy.
- Miałem w Bogu nadzieję, że pewnego dnia stanę się tym człowiekiem z portretu – lepszym, mądrzejszym – że nie będę rozczarowaniem dla mojej pozycji, mojego nazwiska… czy dla mnie samego – dodał odwracając wzrok pod jej wnikliwym spojrzeniem. Ale zawiódł siebie samego. Broughton Castle pokazało mu mroczne głębie jego duszy, których nie był zdolny usunąć. Mówił dalej, czuł jednak, że jego pewność siebie słabnie – Że mógłbym… pod każdym względem… być prawdziwym dżentelmenem – przerwał, zakrztusiwszy się przy tym słowie, które Elizabeth w czasie ich rozmowy cisnęła mu w twarz, sprawiając, że się wzdrygnął. Znowu ten druzgocący osąd !
Gwałtownie podniósł się z krzesła i odszedł od stołu. Wyglądało jednak na to, że nie ma dokąd pójść, dokąd uciec przed tym, co stało się obciążającą prawdą. Nawet jeśli prawdą było, że występował jako dżentelmen wszędzie indziej, poniósł kompletną klęskę w oczach tej, przez którą najbardziej pragnął być uważany za godnego podziwu. Jeśli tak bardzo okazał się nieodpowiedni w małym światku Elizabeth, to czy kiedykolwiek znał samego siebie ? Szyderstwa Sylvanie otrzymały nowe znaczenie. Czy rozpoznała to w nim i wykorzystała to ? Z tym objawieniem przyszło podejrzenie o prawdziwości innych epitetów Elizabeth: arogancki, zarozumiały, traktujący z pogardą uczucia i nadzieje innych. Zdawały się przedstawiać charakter monstrum, które – jak sądził – narodziło się z jej gniewu i w jednej chwili zlekceważył, jako zupełnie nie związane z nim samym. Jednakże, czyż nie rozmyślał ze złością nad tymi słowami po całych dniach, dotknięty małodusznym połączeniem ich przez Elizabeth z jego osobą ? Dlaczego te słowa nie kazały mu jej znienawidzić ? Ponieważ, mimo całego swego gniewu i urazy, dosłownie cierpiał z powodu jej utraty. Nogi zaniosły go do okna sypialni. Rozpostarłszy ramiona chwycił jego ramy i wyjrzał, niemal oślepiony przez wpadający blask słoneczny. Nienawidzić Elizabeth ? Jakby mógł ? Jak mógłby nienawidzić kobiety, którą kochał za to, że żądała od niego, żeby był człowiekiem, którym zawsze pragnął się stać ?
Lekki dotyk dłoni na ramieniu kazał mu się odwrócić. Spojrzał w dół, w oczy pełne współczucia, gdy jego siostra delikatnie ciągnęła go za rękaw. Nie umiejąc się oprzeć jej prośbie pochylił się, a ona pocałowała go w policzek.
- Braciszku, powiedz mi – wyszeptała Georgiana – Powiedz mi, co się stało w Rosings.
Nellie - Sob 28 Lip, 2007 14:14
Powie czy nie powie?
MiMi - Sob 28 Lip, 2007 15:05
Powie, choć może nie wszystko... Musi się komuś wygadać, bo jak to będzie w sobie dusił, to daleko nie zajdzie.
Ania1956 - Sob 28 Lip, 2007 16:12
Ja też uważam że powie. Przedstawi Lizzy w jak najlepszym świetle (mimo wszystko) i siostrzyczka bardzo ją polubi
Alison - Nie 29 Lip, 2007 20:55
Chyba się rozczarujecie... Przepraszam za dzisiejszą zwłokę, ale dopiero dotarłam do domku.
Rozdz. IV, cz. 13
Pod pretekstem pytania Georgiany, Darcy spojrzał w twarz siostry, jego serce znieruchomiało w piersi, zanim odwrócił wzrok z powrotem do okna jego sypialni.
Kochający głos Georgiany i jej delikatny pocałunek przeszyły go błyskawicznie, zachęcając go by złożył przed nią cały ten druzgocący ból, wywołany stanowczą odmową Elizabeth i gorzką świadomość samego siebie, którą zyskał po tym wszystkim. Ale było coś takiego w jej oczach, co przykleiło mu język do podniebienia z nagłą, gniewną zaciętością. Czy to możliwe żeby zrozumiała taki ból? Tak, mógłby założyć, że to czego doświadczyła w rękach Wickhama było podobnie niszczące, zanim doprowadziło do tych nieoczekiwanych zmian w niej i tego szczególnego rodzaju dojrzałości, którą teraz prezentowała. Ale, o ile był wdzięczny za pociechę jaką znalazła w religii, to nie mógłby ze swoimi doświadczeniami zwrócić się w tym kierunku, który był dla niego chłodną ekonomią Niebios, nawet jeśli przemawiała za tym współczująca troskliwość w oczach Georgiany. To zawsze sprawiało, że czuł się niezręcznie, a teraz, po tym wszystkim co przeszedł pod okiem Opatrzności, zaczynał się na to zdecydowanie uodparniać.
Słodkie posługiwanie się nieszczęściem? Ha! Parsknął ironicznie w myśli kiedy patrzył niewidzącym wzrokiem na park. "...wszystko się łączy by czynić dobro?" Dziwił się swojemu zuchwalstwu wygłaszając tak protekcjonalne zdanie do lady Sylvanie tyle miesięcy temu. "Bezsilność albo okrucieństwo" oto co ona deklarowała Niebiosom z przerażająco silnym przekonaniem, zanim sprowokowała go "Będziesz się pan smucił nieszczęściem i nazywał tragedię "dobrą" ponieważ to Bóg ci ją zesłał?" Dziwaczny rodzaj ognia rozpalił jego wnętrze na to wspomnienie, uwalniając go nieco od tego bólu, który wydawało się, że zagościł w nim już na stałe. Nie, pomyślał gwałtownie, nie zrobi tego! Słowa Sylvanie ujawniły mu więcej niż jego marne przekonanie, i przyrzekł sobie, że mógłby, przynajmniej teraz być pod tym względem uczciwy w stosunku do samego siebie!
- Fitzwilliam? - głos Georgiany ostrzegł go, że jego zachowanie zdradziło to, co się z nim działo. Cokolwiek to było, i jakkolwiek by to nazwać, wiedział już, że nie jest to nic dla jej wrażliwych uczuć. Pracując nad złagodzeniem wyrazu swojej twarzy, odwrócił się do niej, chwytając jej dłoń i unosząc ją do ust.
- To nic takiego, kochanie. Nie wolno ci się martwić - pogłaskał jej dłoń kciukiem, ale nie mógł spojrzeć w oczy. Nagle jego pokój, cały Erewile House, wydał mu się duszny i ograniczający. Musiał wyjść, albo to z siebie wyrzucić albo się udusi! Puścił dłoń Georgiany.
- Dziękuję ci za śniadanie i za twoje towarzystwo, ale muszę cię teraz opuścić - podszedł szybko do dzwonka i szybko pociągnął.
- Opuścić? - brwi Georgiany ściągnęły się ze zdziwienia - Gdzie musisz iść?
- Muszę wyjść moja droga - odpowiedział Darcy niemal oschle. Potrzeba ucieczki spod badawczego spojrzenia jego siostry była jak nieznośny ciężar gniątący mu pierś.
- A-ale... nie skończyliśmy jeszcze rozmowy o odsłonięciu portretu - jąkała się, jej oczy prosiły go o pozostanie.
- Odsłonięciu - powtórzył nieobecnym głosem, nie życząc sobie spotkać jej spojrzenia - myślę, że nie da się tego uniknąć.
- Fitzwilliam, proszę... - protestowała, ale on jej przerwał.
- Musisz się z tym pogodzić, Georgiano, i postępować w ogólnie przyjęty sposób z takim wdziękiem, jak jak ty to potrafisz. Przyznaję, że lista gości może być ograniczona tylko do rodziny i naszych najbliższych przyjaciół, ale odsłonięcie musi nastąpić.
Wtedy odważył się spojrzeć na nią, ale z ulgą zauważył, że akurat odwróciła głowę od niego. Stuk drzwi w garderobie ściągnęły jego uwagę.
- Panie Darcy, sir? - formalny ukłon Fletcher'a dowodził, że jednak nie jest on przyzwyczajony do niecodziennego faktu obecności panny Darcy w pokoju pana.
- Mój płaszcz, Fletcher. Wychodzę.
- Wychodzi pan, sir? Ale dokąd? - zapytał Fletcher, zaskoczony surowym rozkazem - Czy życzy pan sobie płaszcz spacerowy, czy pański płaszcz podróżny...
- Wychodzę! - powtórzył Darcy, jego irytacja rosła wraz z poszukiwaniem odpowiedniego celu, który zarówno zadowoliłby obu jego inkwizytorów, jak i jego własną potrzebę przyniesienia sobie ulgi. Rozwiązanie przyszło z nagłą wyrazistością - Wychodzę...na szermierkę!
Dobrze, sir - Fletcher znowu ukłonił się powoli, ale jego delikatność na nic się nie zdała; dlatego że mimo jego delikatności, dźwięk zamykanych za panną Darcy drzwi sypialni odbiły się wyraźnym echem w całym pokoju.
Alison - Pon 30 Lip, 2007 08:48
Guniu, dla Ciebie to chyba był "podkurek"
Rozdz. IV cz. 14
"Tak" Darcy rozejrzał się z zadowoleniem zanim rozpoczął swoją rozgrzewkę. Dokonał właściwego wyboru. Atmosfera sali do ćwiczeń szermierki była dokładnie tym, czego życzył sobie, by wypędzić z umysłu swoje demony i to co krępowało jego ciało, cierpiące od Tamtego Dnia. Odrzucił ramiona i zaczął wolno zataczać nimi kręgi, rozluźniając napięte mięśnie pleców, ramion i kończyn, przygotowując je na wyzwania, którym za chwilę miały sprostać. Już dość długi czas minął odkąd trzymał szpadę czy floret, a chociaż z przyjemnością odczuwał jej ciężar w dłoni a zapał do natychmiastowego działania był wielki, wiedział, że powinien wolno powracać do owej znajomości. Tak, to było dokładnie to czego potrzebował. Nikt tutaj nawet nie pomyślałby, by wypytywać go o coś więcej niż o to, co nakazuje dobry obyczaj, fair play, czy styl jego szermierki. To zdolny był objaśniać jak każdy dżentelmen, a nawet więcej; bo dwie pierwsze sprawy miał we krwi, a co do ostatniej, wiedział, że jego poczynania szpadą są postrzegane zarówno jako pełne siły, jak i elegancji.
Kątem oka Darcy śledził Genuardi'ego, mistrza szermierki, który uhonorował jego obecność salutem szpadą i ukłonem. Przerywając zajęcia, odpowiedział podobną uprzejmością, ignorując tęskne czy zawistne spojrzenia posyłane mu przez pomniejszych szermierzy, którzy tylko marzyć mogli o takim poświęceniu im uwagi, po czym powrócił do ćwiczeń. Krew w jego żyłach zaczęła krążyć szybciej, a mięśnie rozgrzały się. Zesztywnienie odczuwane wcześniej w kończynach zniknęło. Jego ruchy stały się szybsze i płynniejsze, aż w końcu, poczuł taką siłę i kontrolę nad własnym ciałem, że wiedział już, że zrobi ono wszystko, czego od niego zażąda. Boże, cóż za wspaniałe uczucie! Zwolnił ruchy, jego serce biło tylko umiarkowanie, wtedy zatrzymał się by zetrzeć pot z czoła i zaczął rozglądać się po sali za przeciwnikiem. Usłyszał kroki za sobą na sekundę przed stuknięciem jakie poczuł na ramieniu.
- Darcy, staruszku! Gdzieś ty był? - zaskoczony tym głosem, Darcy odwrócił się stając twarzą w twarz z lordem Tristram'em Monmouth'em, który ostrożnie poruszał swoim floretem - Chce ci się? - brew Tris'a wygięła się leniwie, ale był to stary zwyczaj uniwersyteckiego współlokatora Darcy'ego, wywołany napięciem nerwowym, czego Darcy nigdy nie mógł zrozumieć. Tamten Monmouth był teraz tutaj, co samo w sobie było już wystarczająco dziwne. Nie pamiętał by kiedykolwiek w przeciągu ostatnich dwóch lat widział go w sali ćwiczeń.
- Monmouth - odpowiedział Darcy, skinąwszy z akceptacją i odszedł kawałek by przyjąć pozycję. Napięcie było odpowiednie. Czyniło przeciwnika zbyt ostrożnym albo zbyt nierozważnym, a oba stany można było wykorzystać jako przewagę. Umieszczając stopy na znakach na podłodze, spojrzał na przeciwnika i zadecydował, że w przypadku Monmouth'a, będzie on zbyt nierozważny. "Dlaczego?" - nie mógł sprawdzić, bo okrzyk Tris'a "En garde!" już głośno zabrzmiał mu w uszach.
Alison - Pon 30 Lip, 2007 11:14
| Matylda napisał/a: | Ja też się biorę za zaległości
Dzięki Ali
A to NEVER to znaczy , że nie będzie tłumaczenia czy nie zwalczy uczucia ??? |
Że w ogóle nie chodzi o walkę z uczuciem jeno z przeciwnościami. Ot co! Ja wierzę, że Darcy to prawdziwy mężczyzna, a prawdziwy mężczyzna widząc przeszkody - walczy.
Nellie - Pon 30 Lip, 2007 14:49
Cały Darcy... Wiedziałam, że nie powie... Za to będzie ciągle wynajdował sobie zajęcia i poświęci mnóstwo energii, żeby się kryć przed siostrzyczką... A co by mu szkodziło się wygadać? Nawet nie wie, jak by mu to ulżyło... Mężczyźni
Alison - Wto 31 Lip, 2007 08:29
Rozdz. IV, cz.15
Skrzyżowali broń. Już po sekundzie Darcy wiedział, że miał rację. Umiejętności szermiercze Tris'a w czasach uniwersyteckich były godne podziwu, ale ewidentnie, nie poczynił postępów od tamtego czasu. Starcie nie trwało długo, co bardziej wynikało z jego przyzwolenia niż z powodu zręczności Tris'a, ale w dalszym przebiegu walki, Darcy zauważył, że nie raz ale dwa razy został zmuszony do zablokowania nielegalnego ciosu. Pierwszy złożył na karb zapału. Za drugim razem nie był już tego taki pewien i szybko położył kres rozgrywce, zawdzięczając swoje "pchnięcia" w ostatnim ataku, precyzji i szybkości. Oszołomiony działaniem Monmouth'a, przyjrzał się jego twarzy kiedy oddali sobie formalny salut, ale Tris tylko uśmiechnął się do niego, najwyraźniej nieświadom tego, że stało się cokolwiek niestosownego. Czy to możliwe, że dał się ponieść czy być może zapomniał zasad przez te wszystkie lata? Wciąż uśmiechając się, jego kolega podszedł, z otwartą dłonią.
- Lepiej niż za studenckich czasów! Niech mnie licho, Darcy, jeśli się mylę!
- Trzymam się - szybko uścisnął dłoń Monmouth'a.
- Słowo daję! - parsknął Monmouth - Po twojej demostracji u Say'ów, kiedy spotkaliśmy się ostatnio, Manning zakładał się, że położyłbyś każdego albo wszystkich nas przed upływem 10 minut. Dobrze, stary, wiesz jak nie znoszę sportowych zakładów!
- Mam nadzieję, że nie wyrządziłem ci znaczącej szkody - powiedział Darcy z ulgą, że znalazł wytłumaczenie na zachowanie Monmouth'a.
- Nie, nie! Nie brak mi funduszy, dzięki mojej pani - mrugnął do niego - która, nawiasem mówiąc, byłaby bardzo zadowolona, gdybyś przyjął jej zaproszenie wysłane ci w tym tygodniu na obiad z nami i kilkoma wybranymi przyjaciółmi. - Monmouth przerwał, czekając na odpowiedź, ale musiał zauważyć delikatny grymas, jaki pojawił się na jego ustach, dlatego pospiesznie dokończył - Mogę obiecać ci interesujący wieczór, Darcy, nie zwykły zestaw Różów i Brylantów. "Powiedz mu, że nie będzie nudzony i nie będą na niego polować!" - powiedziała, ja dałem słowo. To prawda! Sylvanie lubi fascynujących ludzi wokół siebie: artystów, myślicieli, pisarzy - głębokie umysły, takie jak ty. Pozwól mi zakomunikować mojej pani twoją zgodę, to dopiero dobry kolega!
- Zgodę! A cóż ty tym razem akceptujesz, Darcy, "dobry kolego"? - obaj mężczyźni spojrzeli zaskoczeni widząc lorda Brougham'a podpierającego jedną z kolumn, które stały rzędem wzdłuż tej części sali. Monmouth wyraźnie zesztywniał, ale kiedy zobaczył, że to tylko Brougham, Darcy mógł niemal fizycznie odczuć ulgę, która go ogarnęła. Jego własne zaskoczenie pozostało wypisane na twarzy. Nigdy wcześniej ani nie widział Dy'a w salach Genuardi'ego ani nie słyszał o jego członkostwie w żadnej z nich. Co go akurat dziś skusiło? Albo może Georgiana go przysłała?
- Zaproszenie na obiad z kolekcją starych wyjadaczy. Nic co by cię mogło zainteresować, Brougham, zapewniam cię - wycedził Monmouth, podczas gdy jego spojrzenie taksowało elegancję nienagannej sylwetki jego lordowskiej mości - Żadnych gier, niestety - tylko troszkę muzyki i wspaniałe konwersacje. Filozofia i polityka, takie tam.
- Brougham - przerwał Darcy, podchodząc do przyjaciela - Georgiana?
- Jakby to powiedzieć, ale nie kłopocz się - mimo wszystko - Brougham przytrzymał uściśniętą dłoń, po czym zwrócił wyniosły wzrok na Monmouth'a - Filozofia i polityka, tak, Monmouth? Obie w czasie jednego wieczoru? Muszę powiedzieć, że wieczór rzeczywiście będzie wyjątkowy i masz rację, poza zasięgiem mojego biednego mózgu. Ale, powiedz mi milordzie, z kim ty będziesz rozmawiał przez cały wieczór?
Mag - Wto 31 Lip, 2007 11:50
| Alison napisał/a: | | Filozofia i polityka, tak, Monmouth? Obie w czasie jednego wieczoru? Muszę powiedzieć, że wieczór rzeczywiście będzie wyjątkowy i masz rację, poza zasięgiem mojego biednego mózgu. Ale, powiedz mi milordzie, z kim ty będziesz rozmawiał przez cały wieczór? |
Kocham Dy'a za subtelność
Matulku nie denerwuj się, NASZ Darcy na pewno zwalczałby przeciwności , pamelkowaty- uczucie
Maryann - Wto 31 Lip, 2007 12:24
| Mag napisał/a: | | Alison napisał/a: | | Filozofia i polityka, tak, Monmouth? Obie w czasie jednego wieczoru? Muszę powiedzieć, że wieczór rzeczywiście będzie wyjątkowy i masz rację, poza zasięgiem mojego biednego mózgu. Ale, powiedz mi milordzie, z kim ty będziesz rozmawiał przez cały wieczór? |
Kocham Dy'a za subtelność |
i nie tylko...
| Mag napisał/a: | NASZ Darcy na pewno zwalczałby przeciwności , pamelkowaty- uczucie |
Ale czy on rzeczywiście cokolwiek zwalcza ? Uczucia chyba nie, bo sam się przecież przyznał przed sobą, że nawet po tym wszystkim, co od niej usłyszał, nie jest w stanie znienawidzić Lizzy.
Po mojemu on tylko próbuje znaleźć sobie jakieś absorbujące zajęcie, żeby nie myśleć, jak bardzo go serduszko boli.
Caroline - Śro 01 Sie, 2007 08:54
Potyczek ciąg dalszy.
Rozdział IV cz.16
Monmouth napiął ramię uzbrojone w szpadę, ale rozluźnił je natychmiast, gdy Darcy pospiesznie wkroczył między nich.
- Jego lordowska mość i ja mamy niedokończoną sprawę do omówienia! – zmienił pytanie Dy’a i posłał mu ponure spojrzenie. Potem odwracając się do Monmoutha powiedział. – Proszę przekazać lady Monmouth, że przyjmuję jej zaproszenie.
Na tę obietnicę Monmouth zareagował pełnym satysfakcji wyrazem twarzy, który zastąpił wcześniejszy, gniewny, posłał Broughamowi dziwny uśmiech i zwrócił się do Darcy’ego.
- Milady będzie bardzo zadowolona mogąc to usłyszeć. Piątek o ósmej, w takim razie? Dobrze! Do usług, Darcy – ukłonił się. – Brougham – skłonił się zdawkowo i oddalił w stronę przebieralni.
- Chyba się tam nie wybierasz, Fitz! – Brougham wykrzywił usta z odrazą, gdy przyglądali się odchodzącemu Monmouthowi.
- Chyba nie chcesz, żebym zwrócił dane słowo, prawda? – Darcy odwrócił się do niego.
- W tym szczególnym wypadku, tak, i to szybko – odparł Brougham. – Słowo dane diabłu się nie liczy!
- Ostro do tego podchodzisz – zjeżył się – Nie dałbym mu słowa, gdybyś powstrzymał się przed obrażaniem go. Na Boga, Dy, prawie nazwałeś go prosto w twarz idiotą!
- Wybacz, Fitz, ale mam wrażenie, że to właśnie zrobiłem. Ale to nieważne – Brougham postanowił porzucić temat lorda – to co naprawdę chciałbym wiedzieć, to dlaczego po moich usilnych staraniach, by przerwać wzrastającą zażyłość między panną Darcy a lady Monmouth, ty sam teraz zwiększasz jej prawdopodobieństwo?
- Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem – Darcy postanowił odpowiedzieć na niewygodne pytanie pytaniem – Przyszedłeś tu fechtować, czy może Georgiana…
- Fechtować, mój drogi przyjacielu i wygląda na to, że już zaczęliśmy, chociaż nie zdążyłem się jeszcze przebrać! – Brougham zaczął odpinać płaszcz. – Odwróciła moją uwagę twoja niezwykła wyrozumiałość. Wiesz, że dwa razy cię sfaulował?
- To nie czyni z niego diabła!
- To prawda, Fitz, to prawda, Monmouth to tylko żmija i to na dodatek bardzo nieudolnie naśladująca uczynki diabła.
Właśnie wtedy pojawił się jeden z pomocników, by uwolnić Broughama od płaszcza i obaj mężczyźni zamilkli. Darcy przyglądał się, jak przyjaciel pozbywa się ograniczających swobodę ubrań i odsunął się, gdy Brougham zakładał ochronną kamizelę, przyjmował floret podany przez pomocnika i zaczynał własne ćwiczenia rozciągające. Potrząsając głową, Darcy głęboko westchnął.
|
|
|