North and South - serial BBC - Pierwsze wrażenia i późniejsze
Trzykrotka - Pon 19 Cze, 2006 12:20
Wiecie, ja jakoś nie lubię tego Bella. Wydaje mi się, że był wścibskim trochę-intrygantem bardzo zainteresowany - wzorem starszych panów - wtykaniem nosa w cudze życie. Margaret dała mu raz, bardzo elegancko, do zrozumienia, co o tym myśli. Na przyjęciu u Thorntonów podjudzał jakby specjalnie - rozmowę o koszu, po której wszyscy obecni zaczęli sarkać na Margaret, nie pomógł jej ani trochę wyjaśnić Johnowi sprawee Fryderyka. Mimo tego, że w końcu przysłużył się im obojgu zapisując córce chrzestnej majątek, to tez mam brzydkie podejrzenie, że sam miał zamiar się z nią ożenić i na tym polegałaby jego nad nią opieka.
Kaziuta - Pon 19 Cze, 2006 19:19
Ja też odniosłam wrażenie, że w rozmowie przed kościołem Pan bell miał zamiar ośwaidczyć sie Margaret, ale zrezygnował z tego gdy dowiedział się, że jest chory. Poza tym o ile sie nie myle padło w filmie stwierdzenie, że Bell był jej ojcem chrzestnym. Czy w epoce wiktoriańskie było to normalne aby ojcowie chrzestni żenili się ze swoimi chrześnicami?
GosiaJ - Pon 19 Cze, 2006 21:00
Ach, normalnie czepiłyście się tego pana Bella jak rzepy Ale faktem jest, ze ja też za Bellem nie przepadam. I nie dlatego, że może chciał się oświadczyć Margaret - nie wiem, może tak, może nie, ja przyjmuję wyjaśnienie Sandy Welch. Po prostu jakoś tak "po ludzku" za nim nie przepadam. Wiem, nie powinnam i jestem mu wdzięczna za to, że dzięki niemu Margaret mogła złożyć biznesową propozycję Johnowi, ale niezbyt go lubię. Chyba najbardziej lubię go w scenie, kiedy przychodzi powiedzieć Margaret o śmierci pana Hale'a -nie ma na twarzy tego irytującego uśmieszku.
Monika - Pon 19 Cze, 2006 21:08
Wydaje mi się, że pan Bell nie oświadczył się Margaret kiedy zobaczył jej zdumioną minę, zdał sobie sprawę, że trochę się zagolopował. Ja również nie za bardzo przepadam za tą postacią, zrobił właściwie tylko dwie miłe rzeczy, zapisał swojej chrześnicy duży spadek i chciał powiedzieć Johnowi o bracie Margaret. W końcu tego nie zrobił, to mnie trochę zdziwiło, czy nieprzyjemna i nieprzejednana postawa Thorntona była powodem jego milczenia? A może zwykła złośliwość?
GosiaJ - Pon 19 Cze, 2006 21:16
Nie wiem, ale chyba nie złośliwość... Może raczej był przekonany, że Thornton w tym stanie, w jakim jest, i tak nie uwierzy w jego słowa. Przecież Bell zaczął mówić, że Margaret go wcale tak źle nie ocenia, a Thornton mu przerwał - chyba nie był w stanie słuchać czegokolwiek na temat Margaret.
bezpaznokcianka - Pon 19 Cze, 2006 21:52
mi się podoba angielski w wykonaniu pana Bella. Akcent ma pierwszorzędny. Ja tam do niego nic nie mam. Choć racja - zniesmaczona byłam jego prawie-że-oświadczynami. Jednakże bardziej mnie flegmatyczny do bólu pan Hale irytuje. Ała, nie bić.
Trzykrotka - Wto 20 Cze, 2006 01:02
| bezpaznokcianka napisał/a: | | mi się podoba angielski w wykonaniu pana Bella. Akcent ma pierwszorzędny. Ja tam do niego nic nie mam. Choć racja - zniesmaczona byłam jego prawie-że-oświadczynami. Jednakże bardziej mnie flegmatyczny do bólu pan Hale irytuje. Ała, nie bić. |
Bezpaznokcianko, ja nie mogę znieść pana Hale. I pani Hale też. Nie mogę i już.
bezpaznokcianka - Wto 20 Cze, 2006 01:43
uf.. myślałam, że to tylko ja tak mam...
a w ogóle - jeśli chodzi o moje późniejsze wrażenia Z N&S... matko kochana jest ze mną coraz gorzej. Płaczę na 4 odcinku od "Look back at me" a kończę pod koniec napisów... a na scenie peronowej to już w ogóle.. *thud*
GosiaJ - Wto 20 Cze, 2006 02:32
| Trzykrotka napisał/a: |
Bezpaznokcianko, ja nie mogę znieść pana Hale. I pani Hale też. Nie mogę i już. |
A ja pana Hale'a lubię, lubię tę jego bezradność. I starałam się zmusić do polubienia pani Hale - w końcu mi się udało, chociaż ciągle w niektórych scenach mnie irytuje. Zresztą pan Hale też i zdaję sobie sprawę, jak bardzo niewielkim oparciem byli dla Margaret. Jednak staram się ich zrozumieć.
Gosia - Wto 20 Cze, 2006 07:56
A ja oboje tez lubie. Ona taka delikatna i bezradna, wzbudza opiekuncze uczucia.
Z tym wiecznie udreczonym wyrazem twarzy. Zraniona wewnetrznie, tym ze zostala wyrwana z korzeniami ze swojego domu i rzucona w obcy, ponury swiat, w ktorym nie potrafi sie odnalezc, ktory ja przeraza.
On zyjacy we wlasnym swiecie, intelektualista, nieporadny zyciowo.
Aga85 - Wto 20 Cze, 2006 12:36
Ja również lubię ich oboje. A czy mnie irytują? Może tak było na początku. Jednak im więcej razy ogladam "N&S", tym bardziej rozumiem rodziców Margaret. Dobrze to, Gosiu ujęłaś:
| Gosia napisał/a: | Ona taka delikatna i bezradna, wzbudza opiekuncze uczucia.
Z tym wiecznie udreczonym wyrazem twarzy. Zraniona wewnetznie, tym ze zostala wyrwana z korzeniami ze swojego domu i rzucona w obcy, ponury swiat, w ktorym nie potrafi sie odnazlezc, ktory ja przeraza.
On zyjacy we wlasnym swiecie, intelektualista, nieporadny zyciowo.
|
Poza tym dochodzi ta jej troska o Fredericka, o jego los, ból że byc moze nigdy go już nie zobaczy, a gdy chora dowiaduje się o jego przyjeździe, niepokój o życie syna powraca ze zdwojoną siłą.
W przypadku Pana Hale'a uderza - jak to tarfnie określiłaś, Gosiu - jego życiowa nieporadnośc. Oboje są postaciami głęboko tragicznymi.
Mimo tych ich słabości i tak zyskali moją sympatię. Moze nie są wzorowymi rodzicami, ale bardzo kochają swoje dzieci, chcą dla nich jak najlepiej. A że mają wady... a któż ich nie ma?
Anonymous - Wto 20 Cze, 2006 14:28
Z takimi bezradnymi i delikatnymi rodzicami Margaret po prostu musiała być silna. W końcu ktoś musi nosić w domu spodnie.
Gunia - Wto 20 Cze, 2006 14:31
I to częściowo dzięki temu była tym, kim była i pokochał ją Jasiek. Gdyby jej matka miała charatker, jak pani Thornton, Margaretka skończyłaby jak Fanny i z romantycznej historii nici.
bezpaznokcianka - Wto 20 Cze, 2006 16:25
z waszych wypowiedzi wynika, że beznadziejni rodzice mają udane dzieci. Ale przecież Thornton nie miał beznadziejnej matki. Jego matka była silna i nie dała sobie w kaszę dmuchać... A jakiego miała syna
Aga85 - Wto 20 Cze, 2006 17:02
Tak, John się pani Thornton udał... ale w przypadku Fanny silny charakter matki nie wystarczył. No cóż... nie ma co się dziwic skoro dla pani Thornton istniał tylko jej ukochany syn, zaniedbała wychowanie córki, skoncentrowała się tylko na Jaśku, przez co Fanny wyrosła na głupią salonową lalę.
Gunia - Wto 20 Cze, 2006 18:39
| bezpaznokcianka napisał/a: | z waszych wypowiedzi wynika, że beznadziejni rodzice mają udane dzieci. Ale przecież Thornton nie miał beznadziejnej matki. Jego matka była silna i nie dała sobie w kaszę dmuchać... A jakiego miała syna | Nie mówiłam, że pani Thorhnton jest beznadziejna. Wcale tak nie uważam.
Aga85 - Wto 20 Cze, 2006 18:46
| Gunia napisał/a: | | Nie mówiłam, że pani Thorhnton jest beznadziejna. Wcale tak nie uważam. |
Żadna z nas tak nie uważa. Pani Thornton to dopiero KOBITA . Z taką to lepiej nie zaczynac, a beznadziejna w żadnym wypadku nie jest. No to, żeby sobie nie ubzdurała, że posądzamy ją o beznadziejnośc i żeby się nie obraziła, banan dla Pani Thornton
Gunia - Wto 20 Cze, 2006 19:21
| Aga85 napisał/a: | | Gunia napisał/a: | | Nie mówiłam, że pani Thorhnton jest beznadziejna. Wcale tak nie uważam. |
Żadna z nas tak nie uważa. Pani Thornton to dopiero KOBITA . Z taką to lepiej nie zaczynac, a beznadziejna w żadnym wypadku nie jest. No to, żeby sobie nie ubzdurała, że posądzamy ją o beznadziejnośc i żeby się nie obraziła, banan dla Pani Thornton |
Obawiam się, że ona nie zrozumiałaby naszego systemu wartości na tyle, aby docenić wartość banana i mogłaby się obrazić...
Wyobraźcie sobie to: wchodzi pani Thornton ze swoją zbawianną radą, a Margaretka do niej: "Chce pani banana?"...
Aga85 - Wto 20 Cze, 2006 19:30
| Gunia napisał/a: | Wyobraźcie sobie to: wchodzi pani Thornton ze swoją zbawianną radą, a Margaretka do niej: "Chce pani banana?"... |
Hehe, dobre to było, Guniu. Uśmiałam się prawie, że do łez
Tyle tylko, że my nie chcemy pani Thornton obrażac. Broń Boże! Tym bananem dajemy tylko wyraz temu, że uważamy ją za cool kobitę , twardą, surową, ale naprawde godną szacunku. A poza tym jestesmy jej wdzięczne, bo jakby na to nie patrzec, to dzięki niej mamy naszego wspaniałego Jasia
Banan dla pani Thornton: . No co, Bellowi dałyśmy bo okazał się niewinny i dzięki niemu miała miejsce "biznesowa propozycja" , a matkę naszego bóstwa pominiemy? Toż to się nie godzi. Banan jest i basta :
Gunia - Wto 20 Cze, 2006 19:32
Ja to wiem i rozumiem Potegę Banana, ale mimo wszystko czuję, że jej by się nie spodobał.
Aga85 - Wto 20 Cze, 2006 19:34
Hehe... a ja coś czuję, że lepiej zniosłaby naszego banana, niż Margaretkę w swoim domu . A poza tym biedaczka, będzie miałą mnóstwo roboty ze zmienianiem inicjałów na obrusach
Gunia - Wto 20 Cze, 2006 19:37
| Aga85 napisał/a: | Hehe... a ja coś czuję, że lepiej zniosłaby naszego banana, niż Margaretkę w swoim domu | A ja mam wątpliwości... Margaretka dała szczęście jej synowi, a banan... banan jest kwitenescją luzu, który nie przystoi wiktoriańskiej damie. Ale kończmy z bananem, bo nasze Moderatorki skalpy z nas zdejmą...
Aga85 - Wto 20 Cze, 2006 19:45
Margotka da szczęście Jaśkowi, to to na pewno. Ale Pani Thornton, która była dotąd na pierwszym miejscu, zejdzie na dalszy plan. Dlatego ja obstaję przy swoim i twierdzę, że wolałaby naszego banana .
P.S. Kto czytal fanfik, ten wie co to się działo pod stołem i jak biedna niczego nieświadoma pani Thornton próbowała podtrzymac konwersację. Nie wiedziała, ze Jaśko ma ochotę jak najprędzej uciec od stołu i udac się do... no wiecie dziewczyny gdzie :oops:.
No dobra, kończymy, bo już zaczynam złazic z tematu - najpierw banan, teraz fanfik...
asiek - Wto 20 Cze, 2006 23:44
Banana pewnie nie polubi, ale.....gdyby sie pojawił wnuczek ...to pewnie by złagodniała.
A wracajac go głównego wątku.
Ja też lubię rodziców Margaretki. To prawda mają swoje wady....są niezaradni i momentami irytujący, ale... bije od nich ciepłe światełko. To dobrzy ludzie... uprzejmi i tolerancyjni. Pozwalają swoim dzieciom iść własną drogą.....za co ich szanuję.
Hallowie to dwie romantyczne dusze, zbyt wrażliwe, by przetrwać.
Trzykrotka - Śro 21 Cze, 2006 10:30
Hallowie byli kulturalnymi, subtelymi ludźmi i nie powiedziałabym ani słowa przeciw nim, gdyby zostali w Hellston i prowadzili ciche życie do jakiego byli predystynowani. Jest jednak dla mnie absolutnie nie do przyjęcia podejmowanie decyzji najważniejszych dla rodziny bez porozumienia się z tąże rodziną. Przeniesienie się do Milton przyniosło wszystkim cierpienie i smutek. Większość ciężaru tej decyzji spadło na - zbyt młode i zbyt delikatne - barki córki. Za to nie lubię pana Hale. Co do pani Hale - hmmmm.... Pani Thornton powiedziała o niej "kawał prawdziwej damy". Cóż. Pamiętacie prawdziwą damę literatury - Melanię Wilkes z Przemineło z wiatrem? Pozornie są podobne - delikatne, słabe, koronkowe stworzenia, jakby przeznaczone do tego, aby się nimi opiekować i o nie troszczyć. Tylko melania, przy całej swojej słabości, kruchości i elegancji była najsilniejszą kobietą jaką znam, zdolną stawić czoła wojnie, biedzie, skandalowi, śmierci. Pani Hale ogranicza się do szydełkowania i narzekania. Tego nie mogę znieść u osoby dorosłej i mającej dzieci. Rozumiem jeszcze, że zmogło ją Milton i że się poddała. Ale ona - jak wynika z książki - zachowywała sie tak samo jeszcze w Helston! Tam też jej było niedobrze. A znękanej, osiemnastoletniej w końcu Margaret musiało zawsze być dobrze, musiała być silna za całą rodzinę.
|
|
|