Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - The Moth (Ćma)
Gitka - Pon 19 Lut, 2007 13:10
A tu Agnes z bratem (aktora oczywiście poznamy bliżej w Perswazjach 2007)
http://www.tailoronthemoo...ryjones/tm.html
Anonymous - Pon 19 Lut, 2007 14:10
no tam to wyjątkowo wyjątkowo germańsko-btytyjsko.
Monika - Wto 27 Lut, 2007 13:11
Zrobiła zakupy na głównej ulicy Newcastle. Zostawiła wóz na peryferiach miasta i tramwajem dostała się do centrum. Kupiła materiał na suknię Millie i zapragnęła sprawić sobie nowy kapelusz.
Minęły trzy lata od czasu, kiedy ostatni raz kupiła dla siebie coś nowego, oprócz żałobnego stroju na pogrzeb matki i ojca, który odłożyła głęboko w szafie z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie musiała go wkładać, nie mogłaby tego znieść.
Kapelusz był z zielonego weluru: brzeg z jednej strony był lekko podniesiony do góry, podczas gdy przód przyozdobiony był szeregiem fiołkowo różowych filcowych kwiatków. Ujrzała go po środku sklepowej witryny i pomyślała, że jest dla niej całkowicie niestosowny, lecz kiedy w kilka minut później przymierzyła go i usłyszała od ekspedientki okrzyk ‘Jest bardzo twarzowy, madam, kolorem pasuje do pani palta, nie znajdzie pani lepszego’, zgodziła się z nią, zostawiła funta, dwanaście szylingów i sześć pensów, pomyślała przy tym, że nigdy dotąd aż tyle nie wydała na taką rzecz.
Poprosiła by jej codzienny, brązowy kapelusz zapakowano do pudełka, wyszła ze sklepu niezwykle podekscytowana. Możliwe, że podniecenie biło z jej twarzy, ponieważ wielu przechodniów odwracało się by na nią popatrzeć, kiedy mijała ich idąc ulicą Northumberland. Była tak zaabsorbowana nowym nabytkiem, że omal nie zapomniała o głównym celu swego przyjazdu, jednak, kiedy tylko znalazła się w wozie zdała sobie z tego sprawę, jednocześnie czując jak cała się spina, opanowała się zaraz przekonując siebie, że nic niezwykłego nie ma w chęci dowiedzenia się, co zamierza dalej ten człowiek, w końcu, Bradley był jej pracownikiem. Nie było go od pięciu dni, chciała wreszcie dowiedzieć się czy zamierza wracać, czy też nie.
Była niezwykle rada, kiedy opuściła główną drogę i skręciła na cichą dróżkę, prowadzącą do Lamesley. Przejechała przez wieś i kiedy wjechała do wioski jej serce zaczęło mocniej przyspieszać, spróbowała przemówić sobie do rozsądku ‘Nie bądź niemądra; nie ma w tym nic zdrożnego’.
Drżała, kiedy zatrzymała konia przy drodze, kiedy zawiązywała lejce przy słupie, drżała przemierzając parę metrów i stając przed domem, ze sporą przybudówką będącą warsztatem.
Dom wyglądał niezwykle przyjemnie, zbudowany z kamienia, zadziwiająco duży, pomyślała, jak na dom stolarza. Lekko zastukała do drzwi, minutę później drzwi otworzyły się i oto stał, patrząc na nią, jego twarz rozszerzyła się w zdziwieniu, które niemal natychmiast przemieniło się w uśmiech, kiedy powiedział ‘Proszę wejść. Zapraszam’.
...
QaHa - Wto 27 Lut, 2007 13:22
\
ale super następny kawałeczek
Anonymous - Wto 27 Lut, 2007 13:23
oj takich ciasteczek nigdy dość !!!
Alison - Wto 27 Lut, 2007 14:49
Oj, a kiedy będzie ta miła uwaga o ślicznym kapeluszu?
Gosia - Wto 27 Lut, 2007 18:34
W pierwszym momencie nie moglam sie zorientowac w ktorym momencie historii jestem (bo pare ładnych dni minelo od kiedy przeczytalam zamieszczone wczesniej tlumaczenie ), ale zaraz sobie przypomnialam ten filmowy fragment
I oczywiscie czekam na jakże interesujący ciag dalszy
migotka - Wto 27 Lut, 2007 18:46
dziekuję;) ja sobie drukuje i czekam na wszystko;) nie lubie czytać na raty , bo zapominam- nota bene obecnie w czytaniu mam 3 ksiązki
Mag - Wto 27 Lut, 2007 19:04
Dzięki Moniko
Monika - Śro 28 Lut, 2007 12:15
Masz rację Alison, niebawem będzie scenka z kapeluszem, a także o daltoniźmie Roberta :grin: (ech, ci mężczyźni )
Bez słowa przestąpiła próg i stanęła niewielkiej sieni. Nie spuszczał z niej oczu, zamykając drzwi, rzekł ‘Wejdź do salonu; moja ciotka jest na górze’.
Przepuścił ją w drzwiach pokoju, zauważyła z pewnym zdziwieniem dobrobyt i swojskość bijące z tego miejsca, w przeciwieństwie do innych wiejskich domów, które znała, nie było upchane niepotrzebnymi sprzętami, na kominku stał jedynie zegar i dwie dekoracje. Meble wyglądały niezwykle solidnie, pewnie, dlatego że wykonane były ręcznie. Lecz tym, co najbardziej wydało się jej niezwykłe, była wielka pokryta perkalem kanapa, ustawiona naprzeciw kominka, poduszki były wzburzone, jakby niedawno ktoś na nich siedział. Nie był to wystrój preferowany przez większość pracującej klasy.
Poprosił ‘Usiądź i ogrzej się’. Dopóki nie usiadła nie potrafiła wydobyć głosu, wreszcie spojrzała w górę, na niego, mówiąc ‘Chciałam dowiedzieć się jak się czuje twój wuj?’. ‘Polepszyło się, dzięki Bogu. Jak ręką odjął, już jest lepiej. Poza tym, miałem zamiar dzisiaj wrócić; właściwie to chciałem niebawem wyruszyć’.
‘Naprawdę?’
‘Tak’. Przez chwilę zapanowała niezręczna cisza, nim zapytał ‘Napijesz się herbaty? Pójdę po ciotkę. Chciałaby cię poznać’.
‘Proszę, nie rób sobie kłopotu’. Chciała wstać, ale zaprotestował wyciągając rękę w jej kierunku, zmienił się ton jego głosu, tak samo jak wyraz twarz, kiedy odrzekł ‘Nie wstawaj, odpocznij przez chwilę, za moment będę’.
Wybiegł z pokoju zostawiając otwarte drzwi, zobaczyła jak przeskakuje po trzy lub cztery stopnie, to przypomniało jej Millie. Z taką lekkością się poruszał, a przecież był wysoki, mocny i przysadzisty, można by rzec, ciężki… Nie wstawaj, odpocznij. Mówił do niej jak… jak… No właśnie, jak? Jak z równym sobie. Musi mieć się na baczności, musi, bo w przeciwnym razie sprawy wymkną się z pod kontroli. Jakże głupia była, przyjeżdżając tu, kompletna idiotka. Sama prosiła się o kłopoty; da mu palec, on zażąda całej ręki. Nie, nie, na pewno tego nie zrobi. Znał swoje miejsce równie dobrze jak ona własne. Czyż nie rozważała tego w myślach już po tysiąckroć?
Kiedy ujrzała idącą w jej stronę kobietę podniosła się i niemal natychmiast zaczęła mówić ‘Byłam w pobliżu i chciałam zapytać o zdrowie pani męża. Cieszę się… że jest już lepiej. Musiało to być dla pani ogromnym zmartwieniem’.
‘Tak było. Tak było. Proszę, usiąść’. Alice wyciągnęła dłoń wskazując na kanapę, ‘Lecz jestem pewna, że gdyby nie troskliwa opieka z pani strony, nie byłoby go dzisiaj z nami. Robbie opowiedział mi jak miłosiernie się pani zachowała. Może napije się pani herbaty?’
‘O tak. Dziękuję. Z wielką przyjemnością’.
‘Nie wstawaj’. Robert odezwał się do ciotki. ‘Zajmę się tym’.
Uśmiechnęła się nieśmiało do niego, patrząc na Agnes stwierdziła ‘Przyrządza nienajgorszą herbatę’.
Zostały same, siedząc na dwóch krańcach kanapy. Lekko skrępowane zapatrzyły się w ogień, wreszcie Agnes odezwała się ‘Proszę przyjąć ode mnie wyrazy współczucia, to wielka tragedia’.
Alice spoglądała jeszcze przez chwilę w płomienie nim odpowiedziała ‘Tragedia, to właściwie określenie’. Nie dodała przy tym ani, proszę pani, ani panienko. Agnes nie przejęła się tym, lecz uważniej zaczęła przyglądać się kobiecie, kiedy ta ciągnęła dalej ‘Czuję się zagubiona, dom opustoszał. Pan Bradley był do niej zawsze bardziej przywiązany, należała do niego bardziej niż do mnie, ale przecież była moją córką’ – zwilżyła usta – ‘stałyśmy się sobie bliższe przez te ostatnie miesiące, pewnie też dlatego że obie miałyśmy swój udział w niegodziwym postępku’. Odwróciła się i spojrzała na Agnes. ‘To ja zawiniłam. Zrzuciłam wszystko na Robbiego z kilku powodów. Myślałam, że może złagodzi gniew pana Bradley’a, ale także, dlatego że takiego męża pragnęłam dla córki. I na koniec, lecz niemniej ważne było to, że był dla mnie jak syn. Skrzywdziliśmy go… to, dlatego mój mąż wybrał się do niego w tamten sylwestrowy wieczór. Ale o tym pani już wie’. Przez chwilę siedziały w ciszy, w końcu Alice powiedziała ‘Dziś do pani wraca’, na co Agnes pokiwała głową. Kiedy jednak Alice dodała ‘Do pracy; mówił że sporo tam roboty’, Agnes uświadomiła sobie bezpośredniość tej wypowiedzi. Te słowa, on wraca do pani, zastanowiły ją, czy rozmawiał o niej z tą kobietą? Lecz oczywiście, to byłaby niedorzeczność. Poza tym co takiego mógłby powiedzieć.
Wszedł do pokoju niosąc tacę z chińskim imbryczkiem, dzbaneczkiem mleka, cukrem, trzema filiżankami i spodkami. Deseń na filiżankach był błękitny, z jasnym tłem i złotą obwódką. Agnes szybko rozpoznała jakość mówiąc ‘Cóż za śliczny serwis. To stary angielski Wedgwood*, prawda?’
‘O tak, jest całkiem stary’. Alice pokiwała głową. ‘Należał do matki mego męża. Dostaliśmy go w prezencie ślubnym. To trochę osobliwy serwis: było dwanaście filiżanek i spodków, bez talerzy. Mówiła nam, że niegdyś dżentel…, ludzie pijali popołudniową herbatę, nic więcej, bez żadnych ciast, czy ciastek’.
Tak, Alice miała rację. Popijała swoją herbatę. To była dobra herbata, żadna tania mieszanka. Znała się na tym całkiem dobrze. To jedyne, czego matka ją nauczyła. W domu zawsze były rozmaite gatunki indyjskiej i chińskiej herbaty, natomiast do kuchni kupowano tylko jedną, gorszą mieszankę, którą zamawiała do dziś. Wypiwszy rozejrzała się po pokoju, jak jasno tu było, jakże wygodnie mieć dwa wysokie okna, przez które można oglądać ogród. I wybieg dla koni, ciekawe czy należał do nich? Owszem, ten i ten drugi, który spłonął. Do pana Bradley’a należało dziesięć akrów ziemi za domem i wszystko to na własność. Dwa pola były dobrze wyjeżdżonym wybiegiem dla dwóch koni.
Słuchając tego Agnes pomyślała sobie, dwa konie, dziesięć akrów, wygodny dom, ta kobieta była lepiej uposażona od niej. Co więcej, miała interes na miejscu, który ją dobrze zabezpieczał, żadnej troski o służbę i braci, którym należało się godne wykształcenie i ziemia, która bardziej przypominała dżunglę.
Kiedy wstała by się pożegnać, Alice podziękowała za wizytę, Agnes natomiast za herbatę, spojrzała na Roberta, pytając ‘Więc dziś możemy się ciebie spodziewać?’
Alice weszła mu w słowo ‘Zamierzał wyruszyć tuż przed pani przyjazdem. Kilka minut później i zapewne byście się minęli’. Robert odpowiedział ‘Prędko się zbiorę’. Spojrzała na niego ‘Wracasz? To znaczy komunikacją?’
‘Nie, nie; spacer nie zaszkodzi’.
‘Właściwie to wracam do domu’ – zaczęła formalnym tonem – ‘nie musisz wracać pieszo’. Odwzajemnił śmiało jej spojrzenie, nim cicho odpowiedział ‘Dziękuję. Wezmę tylko płaszcz’. Nie padły żadne dalsze słowa między Agnes i Alice, czekały na jego powrót, kiedy zszedł ze schodów podszedł do ciotki, ucałowała ją, ‘Nie martw się, będę tu często zaglądać, dopóki wuj nie stanie na własnych nogach. I nie przejmuj się warsztatem, Tim się nim zajmie. A co do pomocy w domu, drzwi nie będą się zamykały dopóki Nancy tu będzie’. Roześmiał się dodając ‘I pamiętaj, nie pozwól jej powiedzieć na mnie złego słowa’. Alice uśmiechając się poklepała go po ramieniu ‘Niegrzeczny z ciebie chłopak’.
Odwracając wzrok na Agnes wyjaśniła ‘Droczy się ze mną’. Agnes zignorowała tą uwagę, grzecznie pożegnawszy się.
*
English Wedgwood
Wedgwood
Anonymous - Śro 28 Lut, 2007 13:26
śliczne te imbryczki
Moniśku - jak zawsze głęboki ukłon dla Ciebie
Gitka - Czw 01 Mar, 2007 14:06
A na mnie czekały dwa piękne fragmenty i dwa cudne imbryczki
Moniczko, bardzo dziękuję
Monika - Czw 08 Mar, 2007 15:33
Kolejny fragmencik, tym razem znowu skromniutko
Pomógł jej wsiąść do powozu, wrzucił paczkę owiniętą brązowym papierem na skórzane siedzenie, nieopatrznie zrzucając ją na podłogę, odsłonił zawartość pakunku. Agnes, zamierzając ująć lejce w dłonie, obejrzała się za siebie, ich oczy się spotkały.
‘Przepraszam’, powiedział, wkładając kapelusz na powrót do paczki i odkładając ją na siedzenie, zajął miejsce na wprost Agnes.
Ruszyli w powrotną drogę, zbliżyli się do chaty Parkinsów, zdał sobie wtedy sprawę, że są obserwowani: Nancy stała przy furtce, a kiedy podjechali bliżej mógł dostrzec minę, nieprzyjemny wyraz twarzy postarzał ją. Nie chciał mieć z nią nic wspólnego, lecz kiedy ją minęli przesunął się bliżej Agnes i patrząc na Nancy przesadnym gestem uchylił czapki, siedząc dalej z diabelskim uśmieszkiem na ustach.
Nie było to mądre zagranie, wiedział o tym, ale nie mógł się oprzeć, nie po tym co się stało w wieczór Nowego Roku, kiedy nasłała na niego swoją matkę, nie ojca, nie, ale dopilnował by natrzeć jej porządnie uszy.
Ten gest nie uszedł uwadze Agnes. Ostatnie słowa, jakie wyrzekł do ciotki dotyczyły kogoś o imieniu Nancy. Najwidoczniej to była ona. Czyżby była kolejną dziewczyną, która szukała u niego pocieszenia? Och! dlaczego zaproponowała mu wspólny powrót. A co jeśli ktoś ich zobaczy, a przecież na pewno tak będzie. Podwoziła własnego stajennego. Czyż było w tym coś dziwnego, to z pewnością nie powinno nikogo zajmować.
Przejechali niemal milę drogi nie mówiąc słowa, w końcu odezwał się Robert ‘To było głupie, wiem o tym’.
Nie powiedziała ‘O czym mówisz?’ Czy, co było bardziej w tonie jej obecnego stanu ducha, ‘Do czego nawiązujesz?’
Zaczął się bronić ‘Ta dziewczyna ma ostry język, lubi oczerniać ludzi. Miałem okazję powiedzieć jej, co o niej myślę’.
Dlaczego nic nie powiedziała? Ale cóż mogła odrzec na to, nie zdradzając swych uczuć. Wiedząc to, miałby nad nią przewagę. Och, na miłość boską! Walcząc z sobą, odwróciła głowę, pomyślała żałośnie ‘Nie weźmie od ciebie niczego, czego byś sama nie chciała mu dać’.
Znowu zaległa cisza, po pewnym czasie usłyszała pytanie, ‘Czy mogę coś powiedzieć?’
Roześmiała się mówiąc, ‘Wątpię czy jest ktoś, kto mógłby ci zabronić czegokolwiek’.
Sztywno odpowiedział jej ‘I tu się pani myli. Nie mogę powiedzieć tego co mam na sercu. Muszę się przed tym powstrzymywać. Lecz tym razem jest to coś zwykłego, po prostu chciałem powiedzieć, że nosi pani bardzo ładny kapelusz’.
Zaczęła szybko mrugać powiekami. Poczuła się głupio, dlaczego zawsze robiła problemy? ‘Dziękuję’. ‘To właśnie pomyślałam, kiedy pierwszy raz go ujrzałam w szybie. Nie mogłam się mu oprzeć’.
‘Myślę, że niewielu kobietom by się to udało. Poza tym, to pani kolor, taki uroczy brąz’.
‘Brązowy?’ Uśmiechnęła się rozbawiona. ‘Jest zielony’.
‘Zielony?’
‘Owszem’.
Niewzruszenie patrzyła na niego, w końcu zapytała ‘Jakiego koloru jest mój płaszcz?’
Popatrzył na nią, zmierzył wzrokiem od górnego guzika, w połowie ukrytego pod małym, aksamitnym kołnierzykiem, aż po dół płaszcza, który spływał aż do jej stóp, odpowiedział, ‘To też jest brąz, tyle że inny odcień’.
‘Jest blado zielony. Coś niesłychanego… jesteś kompletnym daltonistą’.
‘Nie. Ja, daltonistą? To nie może być!’
...
Alison - Czw 08 Mar, 2007 16:20
Ojej jak miły fragment. Zostawiłam pracowe brudy w pracy, a po powrocie do domu same miłe rzeczy mnie czekają. Dziękuje Wam dziewczynki, Tobie Gitko jeszcze raz za to co Wiesz , a Monisiu Tobie za ten śliczny fragment z kapeluszem. Bardzo lubię tą scenę w filmie :grin:
A swoją drogą faceci to się znają na kolorach jak kot na kwaśnym mleku
QaHa - Czw 08 Mar, 2007 16:33
jaki wspaniały prezencik z okazji 8 marca
Anonymous - Czw 08 Mar, 2007 17:32
he he - mój brat w liceum miał nauczyciela-daltonistę. Do momentu, w którym się zakochał nie zdawał sobie sprawę, że chodzi ubrany w osobliwe kolory (nikt nie śmiał mu zwrócić uwagi): pomarańcze łaczył z ziekeniami widząc stonowane odcienie szarości, jego ulubiony krawat w kolorze pieknego popielu w rzeczysitości był ostroróżowy (a wszyscy nie mogli wyjść z podziwu gdzie on wynajduje takie kolory, bo jak sami szukali - nie mogli znaleść ). W zasadzie wszyscy myśleli, że on ma taki styl ...
Gitka - Czw 08 Mar, 2007 19:02
Tak to jest, jak facet prawi komplementy!
Zawsze wychodzi na "daltonistę"
Moniczko, dziękuję
Alison - Czw 08 Mar, 2007 19:14
| Gitka napisał/a: | Tak to jest, jak facet prawi komplementy!
Zawsze wychodzi na "daltonistę"
Moniczko, dziękuję |
Gitko, patrzę na Twój avatarek i nazachwycać się nie mogę, o czym tak marzysz?
Gitka - Czw 08 Mar, 2007 19:21
Zawsze jest o czym
Może o nowym kapeluszu
Monika - Pią 09 Mar, 2007 10:12
To jeszcze nie koniec zabawy z kolorami :grin:
Roześmieli się ubawieni, Agnes skierowała konia na główną drogę. ‘Nigdy nie zastanawiasz się nad kolorami?’, zapytała go.
‘Nie, muszę przyznać, że nigdy. Dla mnie wszystko jest białe lub czarne, albo brązowe i szare. Niemal całe życie zajmowałem się drewnem, kiedy patrzę na pień drzewa, dostrzegam różne odcienie brązu, w środku drzewo jest po prostu białe. Pracowałem przy statkach. Hmm, żelazo zawsze ma kolor rdzawo brązowy’.
‘Twoim zdaniem, jaki kolor mają kwiaty na moim kapeluszu?’. Wskazała, pochylając delikatnie głowę, a on, lekko się podniósł, spojrzał na dół, zaczął uważnie badać filcowe kwiatki, w końcu odpowiedział, ‘Niektóre z nich są szaro białe, na pewno nie jest to czysta biel, a pozostałe… Hmmm, właściwie to nie wiem jak je określić, może niebieskie?’
‘Są różowe i fiołkoworóżowe’.
‘Naprawdę?’
Zaczęli się znowu śmiać. ‘Naprawdę nie zdawałeś sobie sprawy, że nie widzisz kolorów takimi, jakie są?’
‘Nie, naprawdę nie. Nigdy nie miałem okazji by się nad tym zastanowić. Zawsze wybierałem czarne lub brązowe ubranie. Tak samo buty… zawsze były czarne. Co do koszul, na lepsze okazje zawsze białe, a do pracy, zwykle szare, które moja matka określała błękitnymi’.
‘Nigdy nie byłeś w galerii sztuki?’
‘Ależ tak, w mieście’.
‘Więc nie zauważyłeś tam jakiś różnic? Chodzi mi o to, że niektóre kolory tam są doprawdy porażające’.
‘Tak, pewnie tak, ale nie zastanawiałem się nad tym. Lubiłem popatrzeć na rzeźby i obrazy. Poza tym, kiedy jesteś w kinie… przesuwające się obrazy są biało czarne. Nie, nigdy dotąd o tym nie myślałem. Hmm, to zabawne’ – pokiwał głową – ‘nie odróżniam kolorów. Żyłem z taką wadą całe życie i nie zdawałem sobie z tego sprawy’.
Roześmiał się jak z dobrego żartu, Agnes uśmiechała się, kiedy wjeżdżali na podwórze, Peggy która stała przy oknie zobaczyła ich, zdumiona pomyślała, ‘Mój Boże! Boże, miał rację, co do nich. A to jej gadanie o zakupach w Newcastle; zwykła wymówka. I cóż na Boga, ma na głowie? Nowy kapelusz! Nie jest sobą, wygląda jak…’. Szukała w myślach właściwego określenia, a kiedy znalazła je, potrząsnęła głową w oburzeniu, bo to, o czym pomyślała było zbyt bezsensowne.
Monika - Pią 09 Mar, 2007 10:56
6.
Tygodnie mijały. Nadeszła wiosna i szybko przemieniła się we wczesne lato, był początek czerwca, John Bradley wreszcie mógł wstać z łóżka i wyjść na zewnątrz, mimo że gorączka spadła, często miał uderzenia gorąca, które lekceważył. Był mężczyzną, który nie mógł już nigdy więcej pracować. Większość czasu spędzał w fotelu, w salonie, wyglądając przez okno, czekając, jak często mawiała Alice, na odwiedziny Roberta.
Niemal w każdy wieczór, przez ostatnie miesiące Robert wracał do domu. Kupił rower, dzięki któremu trzy mile w jedną stronę i trzy w drugą przemierzał w krótkim czasie. Jazda tak mu się spodobała, że dziwił się sobie, że wcześniej tego nie spróbował. Czasami w drodze powrotnej zatrzymywał się w ‘Byku’. Wszyscy w knajpie zmienili zdanie o jego wuju: biedny stary cep, smutny koniec dla kogoś takiego. I dlaczego, Billy Taggart zapytał go pewnego razu, nie zamierza wracać do swojej starej roboty, mógłby pomóc gdyby coś się stało staruszkowi.
Dobrze mi tam gdzie jestem, mawiał, przynajmniej w tej chwili.
Był skończonym idiotą. Nadal dostawał dziesięć szylingów na tydzień. Tak, dobrze wiedział, że był głupcem, często pracował po dwanaście, czasem czternaście godzin dziennie. Nadgodziny spędzał w ogrodzie, urzeczywistniając jej plany, odtwarzając część kuchennego ogrodu i przenosząc różany ogród na tyły domu, gdzie niegdyś słynął ze swej świetności. Lecz najbardziej zdumiewało go ile ona sama godzin poświęcała na pracę w ogrodzie. Najwyraźniej nie bała się pobrudzić sobie rąk. Panienka Millie również miała swój udział w pracy. Nigdy nie widział jej tak szczęśliwej, tak zwyczajnej i zdrowej, jak przez ostatnie miesiące.
Nastał dla nich okres prawdziwego spokoju. Zawsze, kiedy Arthur Bloom, czy Greg byli nieobecni, rozmawiał z Millie, a kiedy w pobliżu była Agnes, często dołączała do rozmowy. Czasem, kiedy pracownicy byli obok, słuchał tego, co Millie mówiła do niego, a ona najczęściej nie potrzebowała wtedy żadnych odpowiedzi.
Lecz nawet, jeśli nastąpił rozejm między nią i nim, to na pewno nie przeniósł się do kuchni, wiedział, że jest uważnie obserwowany. Zdarzało się, że stary Waters patrzył na niego tak jakby chciał go udusić własnymi rękami. Co do Peggy, jej stosunek do niego również się zmienił. Z nich wszystkich, jedynie Maggie pozostała taka jak dawniej. Lecz Maggie ostatnimi czasy czuła się jak w siódmym niebie, miała wyjść za Greg’a, powiedziała już nie raz Robertowi, że zawdzięcza to jego manewrom.
Cieszył się jej szczęściem. Była dobrym duchem, a Hubbard był przyzwoitym gościem.
...
Alison - Pią 09 Mar, 2007 12:19
Dziękuję Monisiu, ale miła atmosfera, aż przykro, że to wszystko niebawem gruchnie, ale narazie sielanka :grin:
Gitka - Pią 09 Mar, 2007 13:30
Moniko
Nie mogłam się powstrzymać
Anonymous - Pią 09 Mar, 2007 13:45
Giteczko, czy mogłabyś częsciej nie móc się powstrzymywać?
Monika - Pią 09 Mar, 2007 16:13
Tego czerwcowego dnia, słońce mocno ogrzewało jego szyję, kiedy kładł nową grządkę ziemi, zatrzymał się na chwilę, by wytrzeć chusteczką pot wokół kołnierzyka na wpół rozpiętej koszuli, spojrzał w stronę Agnes i Millie, które usuwały starą trawę spomiędzy zagonu truskawek. Uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie wczorajszą reakcję Bloom’a, kiedy wpadła na pomysł, by zasadzić nowy rząd truskawek. Za wcześnie, odrzekł wtedy. Ona odpowiedziała mu, że sporo na ten temat czytała. ‘Możliwe, panienko, lecz książki a doświadczenie to dwie różne rzeczy, a ci co piszą te książki często się na tym nie znają, najczęściej piszą o szklarniach czy innych podobnych sprawach’.
Zgodziła się w końcu z nim, a teraz zdawała się być niezwykle zadowolona, oczyszczając grządki.
Wyglądała ostatnio na szczęśliwszą, bardziej zadowoloną z życia. Może dlatego, pomyślał, że znalazła własne hobby. Nie było niczego bardziej oczyszczającego myśli i umysł od pracy na świeżym powietrzu. Sam to na sobie sprawdził. I nie było lepszego środka na bezsenne noce niż ciężka praca.
Zobaczył młodą Betty idącą przy ogrodzeniu, podeszła do niej i coś powiedziała. Ujrzał jak podnosi się i szybkim krokiem wchodzi do domu, zostawiając Millie pod opieką Betty. Betty podeszła do niego, mówiąc, ‘Ma gościa, lady Emily Clinton-Smyth. To dziwna kobieta. Mówi o obiadach dla psa! No wiesz! Nie chciałabym dla niej służyć. Musiałbyś się bardzo pilnować, swoich manier, zachowywać bez zarzutu*’.
‘Spójrz’, nagle powiedział, ‘Millie poszła za nią. Przyprowadź ją tu, będzie bezpieczna ze mną’.
Lady Emily Clinton-Smyth. Pamiętał tą starą kobietę. Była na pogrzebie i została aż do końca. Od tamtej pory nie była tu ani razu. Była znana ze swych dziwactw. Zastanawiał się po co przyjechała; doprawdy, gdyby się martwiła o panienkę, pojawiłaby się tu wcześniej…
Agnes myślała o tym samym, wchodząc do kuchni, umyła ręce w zlewie i odwróciła się do Peggy, pytając, ‘Masz gdzieś tu grzebień, Peggy?
Peggy podeszła do kominka, zdjęła z niego grzebień, wpierw go czyszcząc nim podała go swej pani, odpowiedziała ‘Schludna fryzura i czyste dłonie na nic się zdadzą przy twojej sukni, a nie możesz pozwolić jej czekać’.
‘Och, pracowałam w ogrodzie, na pewno to zrozumie. Powinna, ponieważ z tego, co słyszałam, sama kiedyś lubiła to robić’.
Oddała z powrotem grzebień, przeszła przez korytarz prosto do salonu, gdzie ujrzała lady Emily usadowioną wygodnie w fotelu, skierowanym w stronę okna, przez które miała dobry widok na drogę.
*mind your p’s and q’s – co oznacza (w jednym z kilku znaczeń), by uważać na swoje zachowanie, zachowywać się przyzwoicie, jest w angielskim użyciu od 17 wieku. Inna teoria mówi, że zwrot ten narodził się w pubach angielskich, jako skrót dla ‘uważaj na swoje pół kwarty i kwartę’, było wskaźnikiem dla właściciela jak ma serwować alkohol – przepraszam za ten mały wkręt znaczeniowy, ale ten zwrot od dawna mnie bardzo zastanawiał i wreszcie wiem co oznacza
|
|
|