Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - The Moth (Ćma)
Gitka - Pią 28 Lip, 2006 16:12
Ach Moniczko, jak ładnie prztłumaczyłaś ten fragment, tyle w nim poezji.
‘Jedyny uśmiech nocy to księżyc’.
Robert poznał już Agnies...
Monika - Nie 30 Lip, 2006 11:18
Tym razem historia Agnes
Rozdział 3
Agnes Thorman prowadziła młodszą siostrę między zaroślami, nagle przystanęły.
Spojrzała na Millie, ton w jej słowach przeczył miękkości i współczuciu, które kryły jej oczy, kiedy wyrzekła ‘Jak mogłaś! Przyrzekłaś mi. Jak mogłaś? Przecież wiesz, że w domu są goście’.
‘Ja… przepraszam, Aggie, ale… ale to ten księżyc’.
Skierowała wzrok ku górze, gdzie małe chmury mknęły wokół księżyca, kontynuowała: ‘Odsłoniłam zasłony. Wiem, że nie powinnam, ale przecież nie zrobiłam nic złego, nie wyszłam na drogę. Obiecałam ci to, czyż nie? Obiecałam’.
‘Obiecałaś mi, że zostaniesz w łóżku’.
‘Och, Aggie!’. Opadła bez sił, prosto w objęcia siostry.
Agnes patrząc ponad ramieniem dziewczyny, wzrokiem niemal bezsilnym, wpatrywała się w ciemny pień drzewa. Zastanawiała się, po raz kolejny, co się z nią stanie, z tą kochaną istotą, która nie była stworzona dla tego świata, ale dla miejsca gdzie dusza mogła wznieść się ponad wszelkie ograniczenia, gdzie nie było kłamstw i oszustw, gdzie można głośno wypowiedzieć swoje najskrytsze myśli, gdzie wszystko było czyste.
Miała siedem lat, kiedy na świat przyszła Millicent i właściwie od tamtej chwili stała się dla niej matką.
Dlatego że własna matka nie chciała mieć nic wspólnego z jej wychowaniem. Nawet wtedy, kiedy dziewczynka znalazła się blisko niej, jedyne, co potrafiła zrobić to skłonić małą do płaczu. Po jakimś czasie odmawiała spotkania z córką nawet przez kilka miesięcy; opieka nad niemowlęciem spadła na opiekunkę, Watson, opiekującą się praktycznie nimi wszystkimi, młodszym o rok Arnoldem, Ronaldem młodszym o rok od brata i Stanley’em, najmłodszym synem.
Od chwili narodzin Millicent, Agnes wiedziała, że wszystko się w domu zmieniło.
Przedtem było inaczej, pamiętała rozbrzmiewającą wesołość, unoszącą się z przyjęcia na dole, aż do pokoju dziecinnego. Na dole zawsze odbywały się jakieś rausze. I zawsze było tak dużo służących, przemykających z wewnątrz i z zewnątrz domu, że nie potrafiła spamiętać ich imion.
Dopiero wiele lat później zrozumiała, kto tak naprawdę płacił za te wszystkie przyjęcia i wynagrodzenie dla pracowników.
Ojciec jej matki, dziadek Barrington, mieszkał razem z nimi odkąd pamiętała. Ale umarł na trzy miesiące przed narodzinami Millicent, i właśnie ten fakt, nie Millie, przyniósł tak wielkie zmiany.
Agnes wiedziała już, że jej ojciec ożenił się z matką nie tylko dla jej urody, ale dlatego że była córką bogatego człowieka.
Ale było coś czego nie wiedział, ten bogaty mężczyzna przez wiele lat żył ponad stan. Swojej córce w spadku zapisał jedynie długi i podejrzane interesy, które mogły zaprowadzić go prosto do więzienia.
Pamiętała, w jaki sposób służba została zwolniona: niczym kosa ścinająca letnie pole kukurydzy, wydawało się jej, że wszyscy oni odeszli jednego dnia, w domu zostali tylko Dave i Peggy Waters, ich córka Ruthie oraz Betty Trollop, pracująca w kuchni.
Na zewnątrz, odeszło trzech z czterech pracujących ogrodników, pozostał Arthur Bloom. Troje stajennych również musiało odejść, co znaczyło, że do obowiązków Greg’a Hubbard’a należało teraz doglądanie koni.
Ale nagle również liczba koni została mocno ograniczona. Ben Cullen, dozorca i jego żona odeszli wraz z innymi, a ich dom stał od tamtej pory pusty.
Troje mężczyzn nie dało rady utrzymywać dom w porządku, jak to wcześniej czyniło dziewięciu. To miejsce, w którym teraz stali, było kiedyś częścią różanego ogrodu, a teraz było czymś na kształt miniaturowej dżungli.
Agnes westchnęła, gładząc rękę Millie. Życie było trudne i będzie jeszcze bardziej, jeśli czegoś nie zrobi.
Musi wykonać jakiś ruch, i to szybko, bardzo szybko. Była już zmęczona odpowiedzialnością, która na niej spoczywała; ona sama pragnęła ramienia, na którym mogła się oprzeć, opieki męża.
Była zaręczona od trzech lat i może być tak dalej przez kolejne trzy, jeśli czegoś nie zrobi. Na dziś zaplanowała pewną ważną rozmowę, ale nie przewidziała ucieczki Millie.
Millie była ciężarem, ale bardzo kochanym ciężarem.
Gdyby tylko jej uczucia wobec niej były inne; i gdyby inni kochali ją tak jak ona, wszystko byłoby łatwiejsze.
Ale jedynymi ludźmi, którzy dostrzegli tak jak ona przebłysk człowieka w Millie byli, Dave, Peggy, Ruthie, ach, i jeszcze ta nowa pomoc kuchenna, irlandzka bratanica Dave’a, Maggie.
To dziwne, ale Maggie zdawała się widzieć Millie zupełnie w innym świetle, czasami wydawało się, że czuje się z nią w jakiś sposób związana.
Była kolejną, która nie potrafiła przystosować się do ogólnie przyjętych zasad. Ona nawet nie zdawała sobie sprawy z miejsca, jakie zajmowała w hierarchii społecznej, do wszystkich mówiła jednakowo, nawet do swoich pracodawców, ku ich wielkiemu oburzeniu.
Jej matka czasami przekonywała ją, że powinna pozbyć się tego nawyku, ale jak sama przyznawała Irlandczycy byli tani, a w dzisiejszych czasach służący stali się grymaśni, a zwłaszcza, jeśli chodzi o pracę na wsi.
Były czasy, kiedy dziękowała Bogu za Maggie, ponieważ jako jedyna dawała promyk ulgi w tych zimnych dniach które następowały po sobie i co najważniejsze, wciąż mogła na nią liczyć, w opiece nad Millie.
Widząc, że zbliża się Dave Waters, chwyciła Millie i we trójkę udali się w stronę domu. Dave nie powiedział ani słowa na temat intruza, ale wiedziała, że jak tylko przekroczy próg kuchni wszystko opowie Peggy.
Była pewna nawet jego słów: ‘Coś wreszcie trzeba zrobić z ogrodzeniem’ – powie – ‘Musisz porozmawiać z panienką, aby to z nim omówiła. Ja zrobiłem, co mogłem. Inne sprawy mogą poczekać, ale ta nie, albo wszystko znowu będzie na naszej głowie’.
Wspinali się po stopniach zapadłego ogrodu. Księżyc ogarniał blaskiem front domu, szary kamień wyglądał jak srebro, a szereg okien po drugiej stronie dębowych, frontowych drzwi skrzył się niczym wielkie oczy.
Dom nie był bardzo stary, datowany był na około 1805 rok. Front nie był efektowny, choć kominy były ozdobne.
Z zewnątrz wyglądało to tak jakby były tylko dwie kondygnacje, ale jeśli obejdzie się tył domu, można dojrzeć trzecie piętro, poddasze, w którym mieścił się pokój dziecinny i szkolny.
Tył domu miał swoją własną klatkę schodową, biegnącą z korytarza a także od drzwi, prowadzących do kuchni, od holu służących.
Na samym dole była piwnica, która była podzielona na pomieszczenia, w których przechowywano gospodarskie produkty; np. jedna część na wino i piwo, inna na wołowinę i ptactwo, a na samym końcu przegroda na węgiel i drewno.
Od trawnika posypanego żwirem biegły w górę cztery grafitowe schodki na plac, po którego obu stronach tkwiły dwa wielkie filary, pod którymi stały czarne sylwetki trzech mężczyzn. Palili cygara, wyjmując z ust trzymali je między palcami, jak gdyby pozowali do zdjęcia.
...
Mag - Pon 31 Lip, 2006 12:08
Moniko ślicznie tłumaczysz, a książka wciąga......
Monika - Wto 01 Sie, 2006 11:14
Jak fajnie, że jesteś Mag
Myślałam, że nikt oprócz Gitki tu nie zagląda
Wkleję dziś kolejną część trzeciego rozdziału.
Harry_the_Cat - Wto 01 Sie, 2006 11:27
| Monika napisał/a: | | Myślałam, że nikt oprócz Gitki tu nie zagląda |
No wiesz!
Monika - Wto 01 Sie, 2006 11:34
Rozdział 3 cd.
Wciąż trzymając ramię Millie, Agnes podeszła do nich, podczas gdy Dave Waters nie zatrzymując się przeszedł przez żwirowany piasek, w kierunku stajennego podwórza, który biegł równolegle z częścią domu.
Zatrzymała się przed schodami, przez chwilę nie wiedząc, co zrobić, spojrzała na gości: okrągła, rumiana twarz uwieńczona przerzedzonymi siwymi włosami, brzuch, który mocno opinał kamizelkę i ciało, które zdawało się być za ciężkie by mogły je unieść stopy. Samuel Bennett był znany z tego, że miał swój duży udział w niemal każdej fabryce w Tyne, a także w głąb kraju, zwłaszcza w kopalnianym interesie.
Mówiło się, że dokładnie nie wie na ile można oszacować jego majątek. No cóż, mógł tego nie wiedzieć, ale to, co było o nim pewne to, że nigdy nie daje pożyczek, jeśli nie jest pewny ich zwrotu, to był dla niego dobry interes, jeśli coś nie wypaliło miał pewność, że są pieniądze na pokrycie długu. Szeptało się, że Samuel Bennett właśnie w ten sposób zdobył większość swojego majątku.
Patrząc na niego, Agnes nie miała wątpliwości, w jakim celu lustrował badawczo Foreshaw Park. Musiał sprawdzić, czy dom był dobrym zabezpieczeniem pieniędzy, które jej ojciec miał nadzieję pożyczyć od niego.
Dom będzie tą hipoteką? Tego nie wiedziała. Nawet Arnold mało na ten temat wiedział, a przecież jako najstarszy powinien być tym, który orientuje się jak sprawy stoją. Ale to go bynajmniej nie martwiło, tak samo jak Rolanda. Obydwaj przebywali ostatnie dwa, czy trzy lata w Oxfordzie, nigdy też całych wakacji nie spędzali w domu, najwyraźniej mieli mnóstwo przyjaciół chętnych do goszczenia ich.
Skierowała wzrok tym razem na ojca. Jego długa, chuda twarz była trupio biała, światło księżyca zabrało mu znikomą ilość rumieńca na policzkach, nawet jego wąsy z tej odległości zdawały się być napuszone. Miał czterdzieści pięć lat, ale w tej chwili wyglądał jakby był rówieśnikiem pana Bennett'a, sześćdziesięciolatka.
Nawet z tej odległości mogła stwierdzić, że całe jego ciało wręcz wibruje od ledwo powstrzymywanego gniewu. Tyle razy wcześniej była świadkiem jego wściekłości, że nie robiło to już na niej wrażenia.
Na koniec spojrzała na swojego narzeczonego. James Crockford był dwudziestosiedmioletnim mężczyzną, wysokim o ciemnych, brązowych włosach i jak zawsze nieskazitelnie ubranym, co było częścią jego uroku, a niezaprzeczalnie był bardzo atrakcyjny.
Często zastanawiała się, dlaczego wybrał właśnie ją, nie była piękna, nie była nawet ładna. Wiedziała, że jest zwyczajna, bezbarwna. Już od dawna nie miała złudzeń, co do swojej osoby: wiedziała, że jej figura nie rozbudzi zmysłów mężczyzn, ale miała dwie zalety, oczy i głos. Jej oczy były wielkie i szare, pełne ciemnej głębi. Jej głos był niski… oprócz chwil, gdy była zdenerwowana, a wtedy podnosił się. Posiadała jeden talent, znakomicie grała na fortepianie.
Mężczyźni odsunęli się, pozwalając jej i Millie przejść, ojciec piskliwym głosem powiedział: ‘Jesteś oczekiwana w salonie, Agnes’.
Millie wysuwając jedno, wolne ramię impulsywnie w kierunku Samuela Bennett’a powiedziała ‘Witaj. Czyż nie jest to piękna noc? Mam na imię Millicent’.
Agnes zatrzymała się, jej głowa lekko się przechyliła do przodu, ale nadal mocno trzymała siostrę, Samuel Bennett po krótkiej chwili wahania odrzekł, ‘Więc to ty jesteś Millicent… O tak, jak powiedziałaś, jest dziś piękna noc’.
‘Idziesz do…’.
‘Matka czeka na ciebie, Agnes’. Ojciec przerwał jej spokojnie mówiąc, akcentując każde słowo, słysząc ton jego głosu silnie szarpnęła Millie wchodząc do sieni, przez szklane drzwi, które prowadziły do hallu.
Czekała tam już na nie Peggy Waters i Maggie, i przemawiając jak matka do córki Peggy chwyciła Millie, natomiast do Agnes szepnęła ‘Idź do salonu, dziewczyno, oczekują cię tam. On nie jest w najlepszym humorze’. Skinęła w kierunku sieni, dodała ‘A ty Maggie, zabierz panienkę Millie na górę, do jej pokoju i zostań przy niej aż do mojego powrotu’.
‘Dobrze, tak zrobię. Chodźmy panienko, Millie. Miała panienka przyjemny spacer? Dziś jest taka piękna noc’.
‘O tak Maggie, to cudowna noc. Woda w jeziorze lśni, a księżyc był tuż po środku i …’. Głos Millie oddalał się.
Peggy Waters odwracając się do Agnes rzekła ‘Daj mi swój płaszcz i przygładź włosy. I spójrz’ – pokazała na stopy Agnes – ‘masz ziemię na swoich butach. Proszę, pozwól’.
Kiedy Peggy schyliła się by wyczyścić jej buty, Agnes powstrzymała ją, przyciągnęła za ramiona mówiąc ‘Zostaw, wytrę je w dywan’.
‘Znalazłaś ją nad jeziorem?’.
‘Tak, rozmawiała z nieznajomym mężczyzną’.
‘Uchowaj Boże, co zrobi następnym razem? Wiesz, kto to był?’
‘Tak, później ci wszystko opowiem’. Obie szeptały.
Kiedy usłyszała poruszenie w sieni, Peggy popychając lekko Agnes wymamrotała ‘Idź i zrób co należy’. Odwróciła się, szybko przeszła przez hall, w stronę drzwi ...
Caitriona - Wto 01 Sie, 2006 11:37
| Monika napisał/a: |
Myślałam, że nikt oprócz Gitki tu nie zagląda |
A ja?! Zapomniałaś o mnie...
Dzięki za kolejną porcję deseru
Monika - Wto 01 Sie, 2006 11:43
| Harry_the_Cat napisał/a: | | No wiesz! |
| Caitriona napisał/a: | A ja?! Zapomniałaś o mnie...
Dzięki za kolejną porcję deseru |
No tak, wystarczy troszkę narzekania z mojej strony i już jesteście :grin:
Ale wielkie thanks, doceniam bardzo że chce się Wam to czytać
Harry_the_Cat - Wto 01 Sie, 2006 13:07
| Monika napisał/a: | | No tak, wystarczy troszkę narzekania z mojej strony i już jesteście |
Oj Moniko, co to za kokietowanie?
Balbina - Wto 01 Sie, 2006 13:16
Czytam, czytam i już jestem wciągnięta . Świetne
Monika - Wto 01 Sie, 2006 20:28
Oj, Harry Koteczku, jakie tam kokietowanie, stwierdzam co widzę :grin:
I zaraz wklejam kolejną część
Balbinko, cieszę się że się podoba
Monika - Wto 01 Sie, 2006 20:52
Rozdział 3 cd.
Agnes nie czekała na powrót mężczyzn, weszła do salonu. Na jej widok, matka siedząca na kanapie powiedziała ‘Czekaliśmy na ciebie. Pani Bennett pragnie posłuchać twojej gry’.
‘Przepraszam’. Agnes skłoniła teraz głową w kierunku drugiej kobiety, siedzącej przy kominku, w którym płonął ogień, mimo że wieczór był ciepły i dodała ‘Ja… coś mnie zatrzymało’.
‘Jak rozumiem, wykonujesz utwory muzyczne na fortepianie’.
Wykonuję utwory muzyczne, zaiste. Ta wypowiedź znakomicie pasowała do tej kobiety, była obwieszona i obleczona w dekoracyjną biżuterię, wśród tych kosztowności brakowało tylko diademu na głowie.
Gdyby potrzebny był jeszcze inny dowód prostactwa tej kobiety, jej ordynarny głos byłby ku temu dobrym przykładem. Peggy pewnie powiedziałaby, że jest prostacka jak gnój.
Dawno temu przestała zastanawiać się, że dziwne jest to, że Peggy mówi dokładnie to, co Agnes myśli. Właściwie nie było w tym nic niezwykłego, ponieważ tak samo jak dla Millie, Peggy była matką również dla niej od chwili narodzin, robiąc sobie wrogów z licznych nianiek.
Siedziała przy fortepianie, gdy do pokoju weszli mężczyźni. Gdy usadowili się wygodnie, zaczęła grać. Nie zapytała, jak to miała w zwyczaju wcześniej, co chcieliby posłuchać, ale zdecydowała się zagrać coś, co współgrało z jej nastrojem: „The Rage Over A Last Penny” Beethovena. Pragnęła czegoś głośnego, ostrego, musiała uderzyć mocno w klawisze, walnąć w nie całą swoją siłą. Chciała zmazać z siebie całą miękkość, miękkość, która była w Millie, czułość, która była w niej, ponieważ ta wrażliwość i czułość były niczym łańcuch, który przykuwał ją do tego miejsca.
Kończąc utwór była zmęczona i spocona, przez chwilę nie ruszała się z miejsca, jej palce wciąż spoczywały na klawiszach, jej oczy również patrzyły w tym kierunku. Nie padły żadne wyrazy uznania, dopiero Samuel Bennett śmiejąc się rzekł ‘To dopiero było wykonanie. A niech mnie’.
‘O tak, rzeczywiście, rzeczywiście’. Jego żona kiwała głową do wszystkich. Wreszcie zwracając się do pani domu powiedziała ‘Mogłaby zarobić na życie grając takie koncerty, czyż nie? Chodzi mi o to, że ma to uderzenie – prawda? – profesjonalne’.
Nie słyszała odpowiedzi matki, ponieważ ojciec rozmawiał teraz bardzo głośno z panem Bennettem. Ale James stał blisko niej. Pochylał się ku niej, dotykając nuty, jakby chciał przewrócić następną stronę i głosem, świetnie naśladującym panią Bennett powiedział ‘Profesjonalistka, o to kim jesteś. Mogłabyś żyć z takich koncertów’.
James dobrze naśladował mimikę innych ludzi, czym bardzo często ją rozśmieszał, chociaż czasami jego żarty były okrutne. Ale tej nocy nie śmiała się z jego głupich min, kiedy wyprostował się i zapytał cicho ‘Pospacerujmy po ogrodzie’, wstała od fortepianu, podczas gdy on lekko ukłonił się Kate Thorman, zwracając się do pani Bennett: ‘Proszę nam wybaczyć’. To było stwierdzenie, nie prośba. Właściwie, bardzo rzadko o coś prosił.
Gdy weszli do hallu ze schodów schodziła Maggie. Agnes patrzyła na nią z lękiem, chciała coś powiedzieć, gdy Maggie ze swoim odwiecznym szerokim uśmiechem uspokoiła ją ‘Wszystko w porządku, panienko Agnes, moja ciocia jest z nią, zawinęła się w kołdrę i głęboko zasnęła’. Stojąc na schodach, Maggie spoglądała na ich oboje, odważyła się powiedzieć ‘Taki dziś uroczy wieczór, w sam raz na przechadzkę, to wam dobrze zrobi na duszy’, kiwnęła i odeszła do kuchni.
Nie było nic ordynarnego w tym, co mówiła Maggie, nigdy ją to nie denerwowało, ale musiało to poruszyć James’a, ponieważ w sieni powiedział do niej ‘Czy musisz zatrudniać takich ludzi? Ta dziewczyna nie zna swojego miejsca’.
‘Chce dobrze. A poza tym jest z Irlandii, nigdy u nikogo nie służyła’.
‘Powinnaś się jej pozbyć’.
‘James’. Odwróciła głowę.
W ciszy schodzili po stopniach, wzdłuż żwiru i dalej do zatopionego ogrodu. Dopiero wtedy ponownie przemówił, tym razem szorstko ‘Twój ojciec jest zrujnowany, prawda?’.
‘Chyba można tak to nazwać’.
‘Czy spodziewa się pożyczki od Bennett’a?’
‘Nie wiem’.
‘Na pewno wiesz Agnes, powinnaś wiedzieć’.
‘Już dobrze’. Odwróciła się i spojrzała na niego. ‘Wiem, i owszem, jest zrujnowany i to od bardzo dawna’.
‘No cóż, jedyne co mogę powiedzieć to, że musi temu stawić czoło, powinien to zrobić już wcześniej. Posyłać trzech chłopców do Oxfordu nie mając pensa przy duszy? Żyjąc na wysokiej stopie z pożyczonych pieniędzy? A tak w ogóle to gdzie oni są?’.
Mieszały się w niej uczucia, rosło w niej coś sprzecznego z jej naturą, coś na kształt szalonej wściekłości. A przecież pragnęła polegać na nim, na tym mężczyźnie, którego kochała, którego ubóstwiała od lat, tzn. od chwili, gdy pierwszy raz go ujrzała, mając 16 lat.
Pragnęła przylgnąć do niego i płakać. ‘A co to ciebie obchodzi? A co ty właściwie zrobiłeś ze swoim życiem? Jesteś zależny od matki we wszystkim. Gdyby nie twoja chińska porcelana i twoje sklepy żelazne, nie byłbyś w stanie na siebie zarobić. I jesteś zwyczajnie zazdrosny, bo nigdy nie byłeś w Oxfordzie, nie uczęszczałeś nawet do publicznej szkoły’.
Ale te myśli zachowała dla siebie, wołała w skrytości, Co ze mną jest nie tak? Co złego? Ale przecież wiedziała, co było nie tak. Wiedziała od dawna.
Jedyne, czego teraz rozpaczliwie potrzebowała to zrozumienia, współczucia, pieszczoty, po prostu czułej pieszczoty: pragnęła by powiedział jak bardzo ją kocha, jak bardzo jej potrzebuje. Ale ich związek nie na tym polegał. Gdy byli razem trzymali się za ręce, wtedy on najczęściej mówił o koniach. Uwielbiał konie; żył dla nich. A kiedy ją całował nie było w tym namiętności.
Sprawiał, że nie czuła się przy nim kobietą. I wiedziała, że to jej wina, czuła to, za każdym razem, kiedy czekała na pocałunek w jego ramionach, zawsze był taki przyzwoity, właściwy. I wtedy przez chwilę rozumiała, co musi czuć Millie.
Kiedyś, kiedy pocałowała go z całym swoim oddaniem, on przez krótką chwilę odwzajemnił ten uścisk, ale tylko na chwilę, później trzymając ją na dystans, śmiał się z niej mówiąc ‘No, no. Musisz ograniczyć ostre potrawy’. Później, tej samej nocy biorąc kąpiel, szorowała z całej siły ciało, by zmyć z siebie cały brud, który w niej dostrzegł.
Odpowiedziała na jego pytanie, mówiąc ‘Są u przyjaciół, przynajmniej Arnold i Roland. Stanley pojechał na przedstawienie do Newcastle. I wiesz co James, oni nie są już dziećmi. Poza tym tylko Stanley i Roland wracają do Oxfordu. Arnold wyjeżdża do Australii’.
‘Co takiego! Kiedy się o tym dowiedziałaś? Dlaczego nie zostanie w domu i nie spróbuje uporządkować spraw. Kogo ma w Australii?’.
Na chwilę przymknęła oczy, łapiąc głęboko oddech, wreszcie usiadła na drewnianym siedlisku, które stało od strony ścieżki, nim odpowiedziała ‘Uważa, że jest tam dla niego większe pole do popisu, niż tutaj. Wuj jednego z jego przyjaciół z Oxfordu ma business w Melbourne. Arnold jedzie tam właśnie z tym przyjacielem’.
‘Ścisły umysł. Był na matematyce, prawda? Na cóż mu się przyda matematyka w tym interesie? Co to za interes w ogóle?’
‘Nie jestem pewna. To chyba ma coś wspólnego z maszynerią’.
‘Wielki Boże! A Roland i Stanley wracają? A skąd weźmiecie pieniądze na ich dalsze studia?’.
Spojrzała na niego, jej głos zdawał się wzrastać z każdym słowem, gdy krzyczała na niego ‘Nie wiem, James, a może spytasz się matki czy nie zechciałaby ich wesprzeć?’. Na te słowa podniosła się i zaczęła iść w drugą stronę. Nim dosięgła schodów James złapał ją, potrząsając, trzymał ją w ramionach, patrzył prosto w jej twarz ‘Chciałem tylko pomóc. Nasze stosunki pozwalają mi chyba na wyrażenie opinii o rodzinie’.
Spoglądała w jego ciemne oczy. Ich stosunki, tak powiedział. Jakie stosunki? Ile czasu minęło odkąd wspominał małżeństwo?
Czuła ogromną chęć się wypłakać, ale mocno zamknęła oczy, powstrzymując łzy. Wiedziała, że łzy przełamują decyzje niektórych mężczyzn, ale tego mężczyznę znała już na tyle dobrze, że wiedziała, że płacz zrobi na nim niewielkie wrażenie. Kiedy skłoniła się i oparła głowę na jego ramieniu, objął ją mówiąc delikatnie ‘Jesteś podenerwowana. I nic dziwnego. Muszę to powiedzieć, Agnes. Wiem, że nie będzie to przyjemne, ale uważam to za swój obowiązek. Większość twoich problemów tkwi w Millicent. Powinniście ją oddać do zakładu’. Wyrwała się z jego objęć, stanowczo mówiąc ‘Nie zaczynaj, James, proszę cię. Wiesz, co do niej czuję. A poza tym, ona nie jest szalona’.
‘No cóż, nie jest też zdrowa na umyśle’.
Agnes zagryzła mocno dolną wargę, poruszając głową z jednej strony na drugą, patrzyła się na jego przystojną twarz, odburknęła ‘Jest po prostu ekscentryczna, oryginalna tylko w tym, że nie wie co to ograniczenia, tak jak my.
‘Och, proszę cię Agnes, zamilknij!’. Niemal odepchnął ją od siebie. ‘Dlaczego nie przestaniesz się oszukiwać. Musisz pamiętać, co mi obiecałaś; czy nie pomyślałaś, co się stanie, jeśli ciebie zabraknie by ją rozpieszczać, przymykać oczy na jej ekscentryczne wybryki, jak je nazwałaś?’.
Jego słowa ‘Obiecałaś mi’, na chwilę sprawiły, że zapomniała powód, dla którego się kłócili, ponieważ te słowa sugerowały, że on spodziewa się, że niedługo do niego odejdzie. Jej głos zmiękł, gdy powiedziała ‘Wiem. Wiem, James. Myślałam nad tym, tym razem całą odpowiedzialność przejmie Matka’.
‘Powinna była to zrobić dawno temu’. Przez chwilę patrzyła na niego i ponownie oparła się o jego pierś, uniosła głowę, a jej usta czekały na pocałunek. I pocałował ją. Nie był to długi pocałunek, przerywał go, zamieniając w kilka krótkich pocałunków, zupełnie jak ptak dziobiący nasiona. Taki pocałunek mógł przeistoczyć się w namiętny, ale tak się nie stało; skończył się w momencie, gdy ujął jej podbródek kręcąc delikatnie jej głową. I gdy jej świadomość podpowiedziała jej, że to już koniec i powinna być zadowolona z tego, co ma, jej ciało zaprotestowało gorąco.
Wracali do domu trzymając się za ręce, zobaczyli odjeżdżających powozem Bennettów. Pięć minut później James Crockford również się pożegnał, dosiadł konia i pogalopował pięć mil do domu ....
Mag - Wto 01 Sie, 2006 22:18
Dzięki Moniko!
Biedna ta Agnes, taka Matczyno-siostrzana odpowiedzialność i taki mydłek u boku,
Zadnego wsparcia, liczydło w piersi i symbole dolara w oczach! Lepiej by jej było z Jaśkiem.
Może przeoczyłam, ale ile Agnes ma lat?
PS. Moniko, dostałaś PM ode mnie?
Monika - Wto 01 Sie, 2006 22:34
Tak, obrzydliwy typ, a ona jeszcze biedactwo czuje się winna, z powodu takiego chłystka :mad: I zupełnie bez oparcia w rodzinie :sad:
Ale i ona prędzej czy później trafi na swojego Jaśka :grin:
Agnes ma 24 lata.
Nie dostałam żadnej wiadomości :
Caroline - Śro 02 Sie, 2006 19:17
| Monika napisał/a: | | No tak, wystarczy troszkę narzekania z mojej strony i już jesteście :grin: | Czytamy i milczymy, to znaczy my, Karoliny
Bez żartów, Monique, jesteśmy dla książki i Twojego tłumaczenia a nie z powodu narzekania, no, rzekłam!
Monika - Śro 02 Sie, 2006 23:17
| Caroline napisał/a: | Czytamy i milczymy, to znaczy my, Karoliny
Bez żartów, Monique, jesteśmy dla książki i Twojego tłumaczenia a nie z powodu narzekania, no, rzekłam! |
No, to sem rada :grin:
Jutro postaram się wkleić dalsze koleje losów rodziny Thormanów, staram się jak mogę jak najwięcej przetłumaczyć, bo od soboty nie będzie mnie trzy tygodnie :cry:
Harry_the_Cat - Śro 02 Sie, 2006 23:19
| Monika napisał/a: | | Jutro postaram się wkleić dalsze koleje losów rodziny Thormanów, staram się jak mogę jak najwięcej przetłumaczyć, bo od soboty nie będzie mnie trzy tygodnie |
Moniko! Jak możesz...
Monika - Czw 03 Sie, 2006 20:16
No niestety Harry, siła wyższa, ale trzy tygodnie przelecą jak z bicza trzasnął
...
Godzinę później Agnes stała w sypialni matki. Kate Thorman zdjęła z siebie biżuterię i suknię, siedziała w koszuli nocnej przed toaletką. Agnes stała tuż za nią, wyjmując szpilki z mnóstwa obfitych loków. I kiedy spojrzała w lustro, na odbicie twarzy matki, powiedziała ‘Muszę z tobą porozmawiać, Mamo’.
‘Nie teraz, Agnes, proszę. Jestem zmęczona, nie do życia, ci ludzi byli niemożliwi’.
‘Mamo, nie możesz mnie znowu zbywać i przejdę tym razem prosto do sedna sprawy. Pragnę wyjść za mąż… Wychodzę za mąż’.
‘Co takiego!’. Kate Thorman odrzuciła włosy opadające jej na twarz, obróciła się na stołku.
‘Ustalił datę?’
‘Hm… tak, prawie’. To było potrzebne kłamstwo.
‘Nie możesz tego zrobić, Agnes. Poza tym nie długo jesteś zaręczona’.
‘Co? Trzy lata. Czekałaś trzy lata, aby poślubić ojca? Z tego, co słyszałam poznaliście się i pobraliście w przeciągu trzech miesięcy’.
‘To było, co innego, nie było żadnych przeszkód. Nie możesz…. jeszcze nie teraz. Poza tym ojciec nie da ci swojej zgody’.
‘Mamo, nie mów głupstw’. Patrzyły na siebie groźnie, Kate podnosząc się powiedziała ‘Chyba powinnam przypomnieć ci, do kogo mówisz, Agnes’.
‘Nie zapomniałam. Ale to nonsens mówić, że ojciec będzie miał jakieś obiekcje. On sam namawiałby mnie do małżeństwa choćby z… druciarzem, gdyby miało to jakiś wpływ na jego budżet. Mniejsza o to, James ma pieniądze’.
‘James nie ma pieniędzy’. Powiedziała te słowa bezbarwnie. ‘To jego matka jest bogata i cały majątek trzyma silną ręką, jak zwykły skąpiec. I mogę jeszcze coś ci powiedzieć, ona już nie chce ciebie jako jego żony tak jak ja nie chcę, ale z zupełnie innych powodów’.
‘Mamo, jesteś okrutna. Pani Crockford zawsze była dla mnie miła’.
‘Tak, ponieważ jest przebiegła, ale ja dobrze znam Janet Crockford, znam ją od dziecka. Ona chce żeby jej syn poślubił dziewczynę z pieniędzmi. I doprawdy nie rozumiem jak mógł przyjść i poprosić cię o rękę, skoro tak bardzo boi się matki’.
‘To nieprawda. Nieprawda’.
‘Jesteś ślepa, dziewczyno. Mówiąc prawdę’ – zatrzymała się na chwilę, spuściła z tonu mówiąc dalej – ‘wolałabym byś poślubiła kogokolwiek, tak, kogokolwiek innego niż jego. Więc teraz wiesz. I powiem ci jeszcze, że nie powinnaś oczekiwać szczęścia w takim związku, z kimś, kto będzie chciał za wszelką cenę złamać twoją wolę, uniezależnić cię od siebie. Z jednej rzeczy jednak nie zdaje sobie sprawy, masz charakter i nie jesteś osobą łatwą we współżyciu. Musisz ukrywać te cechy przed nim, bo jeśli pokażesz mu prawdziwą siebie, jestem pewna, że odwróci się na pięcie i ucieknie’.
‘Och mamo, sprawiasz, że czuję się jakbym…’ – nie mogła znaleźć słów – ‘jak możesz mówić takie rzeczy’.
‘Mogę, ponieważ wiem, że to prawda. I żeby do końca być z tobą szczera powiem, że nie możesz mnie opuścić, zostawić samą z Millie. Jesteś jedyna, która potrafi się z nią obchodzić, ale jeśli odejdziesz ona również’.
‘Nie! Nie!’. Agnes postąpiła krok do tyłu i powtórzyła ‘Nie!’. I wykrztusiła ‘Szantażujesz mnie. Millie można pokierować, ona potrzebuje jedynie miłości, a ty nigdy nie okazałaś jej uczucia, choćby uwagi, przez te wszystkie lata’.
‘Wiem, wiem’. W zdumieniu Agnes patrzyła jak ciało jej matki się ugina, obserwowała jak przyciska rękę do żebra, jakby chciała powstrzymać ból, wyszeptała ‘Ja… mam własne brzemię, które muszę nieść’. Obserwowała dłoń pocierającą miejsce poniżej żeber, tak jakby ból umiejscowił się właśnie tam, zapytała ‘Źle się czujesz Mamo?’
Kate uniosła nieznacznie głowę i łapiąc z trudem oddech powiedziała ‘W garderobie, na trzeciej półce w szafie, z tyłu znajdziesz butelkę, niebieską butelkę. Przynieś ją’.
‘Dobrze Mamo’. Popatrzyła na nią z lękiem i szybko weszła do garderoby. Gdy tylko się tam znalazła usłyszała, że drzwi sypialni otworzyły się i domyśliła się, że przyszedł ojciec.
Znamienny fakt, że nie zapukał do sypialni żony sugerował Agnes, że musiał sporo wypić, ponieważ zawsze wtedy tracił wszelkie cechy dżentelmena i stawał się pospolitym brutalem.
Od wielu lat miał swoje własne pokoje po drugiej stronie półpiętra i kiedy był trzeźwy odwiedzając pokój jej matki z grzeczną kurtuazją pukał do drzwi.
Teraz jednak mówił, jego głos brzmiał niewyraźnie, a słowa niczym pijacki bełkot. Złorzeczył ich gościom, wplatając swoje opinie o nich w najbardziej nie wybrednym języku. To kolejna rzecz, którą alkohol uwidaczniał, wulgarną stronę jego natury. Przeklinał również wtedy, kiedy był trzeźwy, ale w zupełnie innym stylu.
Straciła trochę czasu na poszukiwanie butelki. Nie było jej na trzeciej półce, na której ułożona była bielizna, ani poniżej gdzie na palecie poukładane były nocne koszule i gorsety. Wreszcie znalazła ją z tyłu na samym dole półki, która napełniona była pończochami o różnym odcieniu. Stanęła z butelką w ręku wahając się czy wrócić do sypialni, przypuszczała, bowiem, że jej widok może rozwścieczyć ojca jeszcze bardziej. Miał niemiły zwyczaj szukania jej, kiedy był pijany, mówić do niej, całe jej ciało zesztywniało, gdy usłyszała jak mówi ‘Zaczekaj aż przemówię jej do rozumu. Zrobiła to naumyślnie, wyjść bez żadnego słowa. Ale nie bez żadnego sygnału. Ta przeklęta Peggy przyszła i zapytała czy nie chcemy więcej kawy. Czy zrobiła coś takiego przedtem? Nie. I cóż robi Madam Agnes? Zwiała z pokoju tuż za nią. I po co? Bo ta niedorozwinięta kretynka znowu uciekła. I mówię ci, jeśli Bennett wybuli forsę ona odchodzi. Lepiej te pieniądze wydać na zamknięcie jej w jakimś miejscu’.
‘Nie, Reginaldzie, nie. Nie możesz jej oddać. To byłby grzech’.
‘Grzech? Powiedziałaś grzech, kobieto? I ty mówisz o grzechu!’
Agnes z miejsca gdzie stała nie słyszała odpowiedzi matki. Cokolwiek to jednak było sprawiło, że gniew ojca rozpalił się jeszcze bardziej, jego głos urósł niemal do wrzasku ‘Wiesz, o czym mówisz gadając o grzechu. Bo sama powiedz, kto zgrzeszył jako pierwszy w raju, no? No powiedz. Kto zgrzeszył jako pierwszy? Ona nie jest moja. Prawda? Powiedz to. Powiedz. Jest żyjącym wspomnieniem twojego grzechu, czyż tym właśnie nie jest? Przez te wszystkie lata, była zapłatą za twoją eskapadę z drogim Lancelotem. Lancelot, rycerz, romantyczny kapitan. Myślisz, że nie wiem, myślałaś, że jestem cholernie ślepy, co?’
‘To nie prawda’. Głos matki przypominał jęk, a kiedy dodała ‘Jest twoja’ – głos jej ojca stwardniał ‘Nie kłam! Byłem cicho stanowczo za długo’.
‘O tak, byłeś’. Przez chwilę słyszała jak gdyby w głos matki wstąpiły nowe siły, bez najmniejszych wyrzutów sumienia mówiła dalej ‘Tylko, dlatego że utrzymywałam ciebie i ten dom, nie tylko przed śmiercią ojca, ale od chwili, gdy ciotka Jess mnie opuściła, oto, co powstrzymywało cię przed mówieniem. Gdybym odeszła byłbyś skończony. Na nic by ci przyszła moja śmierć, prawda Reginald? Mógłbyś mnie zabić, co często chodziło ci po głowie, ale razem ze mną odeszłyby pieniądze, i to byłby twój koniec, ponieważ nie jesteś w niczym dobry, nigdy nie byłeś, ani w pracy ani w miłości…’.
Agnes usłyszała uderzenie i towarzyszący temu płacz, wkroczyła do pokoju, zobaczyła matkę skuloną na podłodze, obejmującą ramionami łóżko. Ojciec pochylał się nad nią, jego twarz zmieniła się niemal nie do poznania, pokrywała ją teraz rozszalała wściekłość. W jednej chwili zdumiony odwrócił się, patrzył się przez chwilę na Agnes, nim rzucił na nią stek nieprzyzwoitych przekleństw. Zamknęła oczy, zgarbiła ramiona jakby chciała schować się przed nim najgłębiej jak tylko mogła. Kiedy skończył z jego ust ciekła ślina, kciukiem wytarł ją i zataczając się wyszedł z pokoju.
‘Mamo, mamo’. Obróciła twarz matki, którą tamta przyciskała do łóżka i przez chwilę poczuła strach, kiedy głowa opadła do tyłu. Czy umarła? Szybko odszukała jej puls: był ledwie wyczuwalny.
Odciągnęła ją od łóżka, złapała ją pod ramiona, lecz nie mogła jej unieść, więc ponownie delikatnie ułożyła ją na podłodze, obiegła łóżko z drugiej strony i pociągnęła linkę dzwonka. Klęczała na podłodze, na kolanie spoczywała głowa jej matki, kiedy do pokoju Waters okrzykiem na ustach weszła Ruthie Waters ‘O mój Boże! Panienko’.
‘Idź i sprowadź Peggy… nie, zaczekaj. Czy panicz Stanley jest w domu?’
‘Tak, panienko, jakieś pół godziny temu wszedł do swojego pokoju’.
‘Idź po niego, szybko’.
Upłynęło może kilka minut, kiedy do pokoju wkroczył najmłodszy z braci. Ubrany był w nocną koszulę i szlafrok. Podszedł natychmiast do Agnes ‘Co się stało?’
‘Myślę… że to atak serca’.
‘Atak serca! Czy… czy wcześniej coś takiego się stało?
‘Nie wiem. Ale brała to’. Pokazała na nocny stolik, na którym stała mała niebieska buteleczka. Podniósł ją i przeczytał etykietkę: ‘Stosować sześć tabletek w razie potrzeby’.
‘Co to jest, laudanum?’
Zaprzeczyła ‘Nie pachnie jak tamto, musiało być przepisane’. Jedź lepiej po lekarza’.
Wstał mówiąc ‘Myślisz, że to konieczne?’
‘Stanley!’. Wypowiedziała cedząc to imię między zębami, niczym skarcony chłopiec jej brat odrzekł ‘Przecież… chodziło mi tylko…’. Przerwała mu ‘Stanley, sprowadź doktora jak najszybciej się da. Chwileczkę, jest Peggy. Pomóżcie ją podnieść’.
Peggy Waters weszła do pokoju, tylko na chwilę zatrzymała się by spojrzeć, że jej pani nadal leży na podłodze, nic jednak nie powiedziała. We troje unieśli bezwładne ciało na łóżko, Agnes ponownie zwracając się do brata ‘Prędko, postarasz się? Jedź tak szybko jak tylko możesz’. Po tych słowach przypomniała sobie rozmowę z James’em i zaprzeczenie, jakoby jej bracia byli dziećmi. Musiała stawić czoło rzeczywistości, bardzo mało w tej chwili z mężczyzny miał w sobie Stanley.
Kate Thorman rozebrana leżała jak nieżywa pod prześcieradłami, Agnes podniosła butelkę ze stolik i zwróciła się do Peggy ‘Czy wiesz coś na ten temat? ‘. Peggy kiwając głową ‘Taa, w pewnym sensie, to pozwala ci zasnąć, łagodzi bóle i inne sprawy’.
‘To nie laudanum?’
‘Nie, to mikstura którą dostała od doktora Miller’a. Sądziłam że to bezpieczne, ale wiem że chowała to przed wszystkimi. Co spowodowało atak? Możesz mi powiedzieć?’
‘Mój ojciec, przyszedł do niej’.
‘To znaczy, uderzył ją?’
‘Tak’. Agnes poczęła uprzątać toaletkę i gdy pozbierała porozrzucane spinki do włosów zapytała ‘Co wiesz na temat Kapitana z Armii Indyjskiej?’
Po tym pytaniu zapadła długa cisza, po chwili Peggy odpowiedziała ‘Wiem tylko to że był miłym facetem, młodym i przystojnym, buńczuczny byłoby chyba lepszym określeniem’.
‘Czy był tutaj kiedykolwiek?’
‘O tak, był częstym gościem podczas urlopów’.
‘Czy był sam… To znaczy…’
‘Był żonaty. Jego żona pochodziła z Dublina. Ale jego przodkowie żyli gdzieś w Midlands i posiadali majątek ziemski. Przyjechał tutaj na zaproszenie twojego dziadka. Ojciec tego młodego człowieka i twój dziadek byli ponoć przyjaciółmi od wielu lat. Ale dlaczego o to pytasz, dziewczyno?’
‘Właśnie o to się kłócili’.
‘Ach tak, no cóż, to musiało wreszcie wyjść, lepiej, że nie na zewnątrz. To powinno wyjść na jaw lata temu, gdyby miała, choć trochę rozsądku’.
‘Co wiesz o Millie?’
‘Co wiem o Millie?’. Peggy usiadła na krześle u wezgłowia łóżka, ujęła w ręce chudą dłoń swojej pani i ciągnęła dalej ‘Wiem tylko tyle, że jest naszym światłem i bez niej życie w tym domu byłoby bezbarwne. Jest utrapieniem, co do tego nie mam wątpliwości, ale wszystko, co jest warte zachodu, przynosi problemy. Życie jest doświadczeniem, to walka, rozgrywka, z którą przyjdzie ci się zmierzyć od chwili narodzin. I tylko w tym nie różnią się od siebie bogaci i biedni, tylko dobry Bóg zdaje się być bardziej łaskawszy dla biednych, jeśli wiesz, co mam na myśli’.
‘Peggy, czy myślisz, że… że Millie nie jest ojca? I dlatego taki jest?’
‘Jeśli chodzi o pierwszą część pytania, nie wiem. A co do drugiego, twój ojciec urodził się takim, jaki jest i cokolwiek by się nie działo on się nie zmieni, zwłaszcza, jeśli ma obok alkohol. Widziałam, co alkohol robi z niektórymi mężczyznami, przemienia ich charaktery. Ale jeśli chodzi o pana, powiem to, co myślę, alkohol odsłania jego prawdziwe „ja”. Był tutaj panem od czasu, kiedy zmarł jego ojciec, to jest jakieś 30 lat temu. Zawsze dziękowałam Bogu, że nic z niego nie przeszło na ciebie i tylko w małej części na panicza Arnolda i Rolanda. Ale panicz Stanley odziedziczył po nim najwięcej: mimo że jak do tej pory nie pije, to jednak jest synem swojego ojca i wziął w związku z tym wszystkie jego słabości’.
Agnes nawet przez chwilę nie pomyślała o krytyce jej rodziny jak o czymś dziwnym, bo kim była Peggy, jak właśnie matką, nie biologiczną, ale duchową. Była w tym domu dłużej niż ktokolwiek z nich. Urodziła się w stróżówce pięćdziesiąt sześć lat temu i w wieku sześciu lat zaczęła pracować w kuchni. Dave Waters urodził się w tym domu: jego matka była kucharką a jego ojciec stajennym, przyszedł na świat w pokoiku, na końcu korytarza dla służby. Dołączył do pracujących w wieku ośmiu lat, jego zarobkiem był jeden szyling tygodniowo, mimo że pracował w obejściu, gdy tylko stanął na własnych nogach. W jakiś przedziwny sposób to miejsce tak naprawdę należało do nich. We dwoje doglądali całego gospodarstwa, kiedy było jeszcze w rozkwicie i teraz, kiedy chyliło się ku upadkowi wciąż byli tutaj, mając na celu nie dopuścić do całkowitego upadku. Dlatego nie widziała nic bezsensownego w jej stosunku do nich.
Lekarz przyjechał półtorej godziny później. Stwierdził ciężki atak serca, zalecił bezwzględny spokój.
Na dole, w salonie nic nie powiedział na temat nieobecności jej ojca, ale stwierdził 'Wasza matka jest bardzo chora; jeśli przetrwa noc, być może z tego wyjdzie. Wszystko zależy od jej siły wewnętrznej i chęci do życia’.
Jego słowa wciąż brzmiały w myślach Agnes: ‘Chęć do życia’. I pomyślała, że jeśli jest to niezbędny element zdrowienia, jej matka umrze. Zdała sobie teraz sprawę, że od dłuższego czasu wokół matki unosiła się aura beznadziejności i znużenia. Gdyby myślała o tym wcześniej pewnie zrzuciłaby wszystko na nudę, ponieważ żyli oddzielnie, robiąc wyjątek jedynie podczas wspólnych występów lub dla dobra odwiedzających ich gości, lub gdy w goście chodzili.
Zrozumiała teraz, że to nie nuda, ale właśnie brak miłości podkopywało jej chęć by żyć. Zamknęła swoją miłość na wiele lat, przed mężem, przed synami, nawet przed samą sobą, nie potrzebowała tego uczucia żyjąc w odrętwieniu, na zewnątrz stwarzając pozory wygodnej egoistki, która miała mało do czynienia z własną córką, odrzucając całą odpowiedzialność za Millicent, ale teraz rozumiała jej pobudki i czuła się w jakiś sposób współwinna.
Gdy lekarz odszedł, wróciła do sypialni matki, gdzie Peggy nadal siedziała czuwając. Stanley wrócił do łóżka mówiąc, że jeśli matce się pogorszy musi go natychmiast wezwać. Chciała mu odpowiedzieć, że gorzej już nie może być, następna będzie już tylko śmierć, ale po prostu skinęła głową i pozwoliła mu odejść. I znowu przyszła jej do głowy myśl, że to młodsza wersja ojca.
Monika - Pią 04 Sie, 2006 00:41
Cd. rozdziału trzeciego
...
Agnes spała jak zabita przez całą noc. Całe jej ciało zdrętwiało od siedzenia w fotelu. Otworzyła oczy i spojrzała na krzesło, stojące po drugiej stronie łóżka. Było puste. Peggy pewnie zeszła na dół, zrobić coś do picia. Zerknęła na matkę i ujrzała jak jej powieki lekko się poruszają, szybko podbiegła do niej mówiąc delikatnie ‘Mamo’.
Kate Thorman otworzyła oczy, jej usta poruszyły się jakby chciała coś powiedzieć; ale nie padło ani jedno słowo. Agnes uspokoiła ją ‘Już wszystko dobrze. Już dobrze, mamo’. Przysunęła krzesło bliżej łóżka, usiadła, obserwowała matkę, próbującą coś powiedzieć.
‘Postaraj się na razie nic nie mówić, mamo, po prostu odpoczywaj’.
‘Agnes’. Jej imię padło niczym westchnienie i było ledwie słyszalne, odpowiedziała ‘Tak, mamo?’
‘Moja…’
‘Proszę cię, nie przemęczaj się’.
‘Moje klucze’.
‘Twoje klucze. Mam je przynieść? Dobrze, przyniosę je’.
Wiedziała, że matka trzyma klucze od kasetki z biżuterią w biurku stojącym przy oknie. Podeszła do niego, wysunęła górną szufladę i wyjęła je. Na obręczy wisiały cztery klucze i kiedy położyła je na dłoni matki, jej palce ześlizgnęły się w kierunku najmniejszego. I wtedy, jak gdyby ich waga ciążyła jej, upuściła je na kołdrę, po chwili patrząc uważnie na Agnes powiedziała ‘Sekretna szuflada… biurko… kasetka w biurku’.
To, co matka nazywała biurkiem tak naprawdę było sekretarzykiem. Było jednym z mebli wykonanych jakieś 50 lat temu, kiedy sekretne szuflady były robione we wszystkich meblach, ale najczęściej właśnie w sekretarzykach.
Przycisk, który uwalniał sprężynę był w górnej części małej, ręcznie robionej szuflady. Agnes wiedziała wszystko na ten temat, rozpracowywała je wiele razy, kiedy była małym dzieckiem. Nie pamiętała ile miała lat, gdy powiedziano jej, że nie powinna dotykać tego więcej, ponieważ przewód kierujący ciężarem szuflady był postrzępiony. Teraz jednak biorąc klucze leżące na kołdrze, opuściła szybko pokój, wcisnęła przycisk w szufladzie i obserwowała jak górna skrytka podnosi się i ujawnia swoje tajne przegródki. Środkowa miała swoją oddzielną skrytkę, którą otwierało się przyciskiem znajdującym się pod fałszywą górą. Kiedy go wcisnęła małe drzwiczki otworzyły się. Odkryła w nich perłową skrzyneczkę. Wyjęła ją, chciała podnieść wieczko, ale była zamknięta. Oczywiście, to do niej pasował klucz, który dostała od matki. Ostrożnie otworzyła skrzynkę i ujrzała w jej wnętrzu zwitek jakiś kartek i kopertę. Szybko zabrała je, ale zanim podeszła do łóżka, wsunęła ponownie skrzynkę do sekretarzyka.
Będąc blisko łóżka ujrzała, że matka jest bardzo poruszona, a kiedy ułożyła listy w jej dłoni, matka podniosła kopertę. Jej palce drżały, kiedy ją uniosła i wyleciał z niej pierścionek. Szukała go po omacku, Agnes podniosła go i uniosła w kierunku matki. Kate Thorman przez chwilę spoglądała na niego, w końcu uniosła dłoń mówiąc ‘Dla ciebie. Nie rozstawaj się z nim, nigdy. Jest dla mnie bardzo cenny. Ale… listy spal. Obiecaj mi’. Nim skończyła mówić usłyszały ciche pukanie do drzwi sypialni, które natychmiast się otworzyły. Agnes wiedziała, że to ojciec. Błyskawicznie wepchnęła listy wewnątrz swojej sukni, mocniej się sznurując wokół talii. A kiedy ojciec znalazł się obok niej, podnosiła właśnie pustą skrzynkę z łóżka.
Matka leżała tymczasem z zamkniętymi oczami, świadoma obecności męża. Jakby coś wyczuwając spojrzał na pudełko i pierścionek, który Agnes trzymała teraz w dłoni, wskazał go palcem i zapytał pochmurnie ‘Co to jest?’.
‘Pierścionek. Mama chce bym go zachowała’. Wyciągnął rękę i zabrał pierścionek, jego oczy zwężyły się, najwidoczniej nigdy wcześniej go nie widział.
‘Gdzie był? Gdzie go znalazłaś?’
‘W jej biżuterii… w szufladzie’ – wskazała nocny stolik – ‘w tej skrzynce’. Podniósł ją, potrząsając nią, w końcu oddał jej oba przedmioty, uważnie przyglądając się Agnes. Wreszcie spojrzał na żonę mówiąc ‘Jak ona się czuje?’.
‘Jest bardzo chora. Doktor mówi, że… musi odpoczywać w całkowitym spokoju’.
‘Jest świadoma?’
‘Tylko na chwilę, budzi się i zasypia’.
‘Sama do tego doprowadziła. Wiesz o tym, prawda?’
Wiedziała, że to nieprawda, nie odpowiedziała mu, spojrzała tylko prosto w twarz. Odwrócił się i gdy wychodził z pokoju powiedział ‘Zawiadom mnie następnym razem, kiedy przyjdzie lekarz’. Przycisnęła dłoń mocno do piersi i poczuła, że listy spoczywają bezpiecznie pod spodem. Spojrzała w dół, na matkę, której oddech stawał się coraz bardziej płytki. Wyciągnęła dłoń w kierunku swojej sukni, by wydobyć listy, gdy drzwi znowu się otworzyły i weszła Peggy i Ruthie.
Ruthie Waters była bardzo podobna w posturze do swojej matki: miała małą, masywną budowę ciała, była zupełnie zwyczajna, ale jej twarz przeważnie naznaczona była uśmiechem, podczas gdy jej matki przybierała wyraz pełen łagodnego spokoju.
Peggy podeszła do swojej pani, przyklękła przy niej, tymczasem Ruthie patrząc na Agnes powiedziała ‘Tyle tu panienki siedzi. Proszę iść się umyć i przebrać. Maggie przygotowała dla panienki śniadanie, taca jest w pokoju śniadaniowym. Kto by pomyślał, że jeszcze wczoraj słońce ogrzewało drzewa, a dzisiejszego poranka wszystko jest oszronione’.
Agnes kiwając głową popatrzyła na Peggy mówiąc ‘Jeśli… jeśli będzie jakaś zmiana, przychodźcie prosto do mnie, dobrze?’.
‘Tak zrobimy. Proszę już iść. Tak jak powiedziała Ruthie, idź i coś zjedz, bo jeśli chcecie znać moje zdanie to będzie długi dzień i kolejna długa noc’.
‘A co z tobą?’
‘Co do mnie to zdrzemnęłam się przez większość nocy. Teraz usiądę sobie tam. Ale ty jesteś na nogach od szóstej rano, więc idź’.
Spojrzała na skrzynkę, którą Agnes trzymała, ale nic nie powiedziała, Agnes wyszła z pokoju razem z pudełkiem. W swoim pokoju położyła pierścionek na tacy na nocnym stoliku; w końcu usiadła na krawędzi łóżka i wyjęła listy spod sukni. Trzymając je daleko od siebie wpatrywała się w nie. ‘Spal je’, tak powiedziała matka, ale zanim tak zrobi musi je przeczytać. Czuła, że właśnie w tych listach znajdzie prawdę dotyczącą narodzin Millicent.
Pierwszy, który otworzyła i zaczęła czytać był tym, który leżał w kopercie. Gdy przeczytała pierwszą linijkę otworzyła szeroko oczy i usta:
Najdroższa, najdroższa moja. Wiem, że obiecaliśmy nie pisać do siebie, ale nie potrafię opuścić kraju i Ciebie bez pożegnania. Wciąż pytam siebie, dlaczego tak to się musiało skończyć? Wszystko za późno, o osiem lat za późno dla ciebie i dla mnie.
Cóż za cynik zaplanował, że wzięliśmy ślub tego samego tygodnia i w kościołach oddalonych od siebie o niecałą milę, i nie spotkaliśmy się przez kolejne siedem i pół roku. Ale już wiemy, że przeznaczenie pomyliło się planując nam nasze życie. Wiem, że pewnie już nigdy ciebie nie ujrzę, najdroższa, ale twoja twarz stoi mi przed oczami w każdej chwili, trzymając mnie w ramionach marzeń.
Nigdy tak bardzo nie nienawidziłem słowa obowiązek jak właśnie teraz, przez ostatnie kilka tygodni: obowiązek wobec króla i wobec kraju, obowiązek wobec rodziców… wobec rodziny. Ta ostatnia powinność przykuła nas do siebie kajdanami.
Może i dobrze, że nie jesteśmy w tym śmiesznym młodzieńczym wieku, bo może wtedy byśmy wszystko rzucili nie myśląc o innych.
Ale i tak tej pokusie nie jeden raz niemal nie uległem. Ale wiem, że nie mogę poddać cię takiej próbie, ponieważ widziałem twoje dzieci i pamiętałem o swoich własnych.
Załączam to w liście do twojej lojalnej Peggy. Czuję jak dużo jej zawdzięczam. Tak wiele rozumiała i była zawsze tak pomocna nam. Oto ona, służąca, prosta kobieta, a jednak bliżej nas niż ktokolwiek z naszych rodzin. Jak długo masz ją, moja najukochańsza, nie potrzebujesz innych przyjaciół.
Wyjeżdżam do Southampton. Wypływamy o szóstej rano.
Żegnaj moje najdroższe kochanie.
Przede mną kolejna długa noc, ale kiedy świt nastanie spotkamy się znowu.
Tego jestem pewien.
Na zawsze twój
Tylko twój.
Lance.
...
Caroline - Pią 04 Sie, 2006 18:34
O Matko, ale kobyła Niezła jesteś Moni! Dzięki.
Powiedz, masz oryginalną książkę, czy tłumaczysz z jakiegoś e-booczka?
Monika - Pią 04 Sie, 2006 18:46
| Caroline napisał/a: | O Matko, ale kobyła Niezła jesteś Moni! Dzięki. |
Ja sama jestem przerażona, widząc ile tego wychodzi na stronę
| Cytat: | | Powiedz, masz oryginalną książkę, czy tłumaczysz z jakiegoś e-booczka? |
Tłumaczę z książki, ebooka z tego co nie wiem niestety nie ma.
Monika - Pią 04 Sie, 2006 20:26
A oto ostatnia część rozdziału trzeciego.
Agnes wypuściła list z ręki, opadł między inne listy złożone na jej kolanach, podniosła ręce i uniosła je do twarzy, czuła jak cała się trzęsie. Och, być tak kochaną, nawet przez krótką chwilę, choćby przez jeden dzień, jedną godzinę, mieć kogoś, kto mówiłby ci takie słowa jak ten mężczyzna do jej matki. Pewnie powtarzał jej to raz po raz przez ten krótki czas, jaki mieli dla siebie. Ich miłość musiała być jak płomień. Jakże pragnęła by taki płomień także i ją strawił. Ale jedyne namiętne słowa, jakie powiedział do niej James brzmiały ‘Moja droga Agnes’, a najczęściej jego ‘Moja droga’ brzmiało bardzo lekceważąco. Otworzyła oczy, położyła dłonie na kolanach, wpatrywała się w drzwi i myślała 'Mama umiera, ale przynajmniej żyła naprawdę'.
Wybrała kolejny arkusz listu, otworzyła go i zaczęła czytać:
Najdroższy, musiałam zniszczyć pamiętnik, to co było w nim nie było bezpieczne. Ale muszę o czymś ci powiedzieć, a nie potrafiłabym zdobyć się na odwagę, gdy jesteśmy razem. Reginald przyszedł do mojego pokoju zeszłej nocy. Nie opierałam się mu, mimo że całe moje ciało skurczyło się w sobie, ale jego obecność dała mi wymówkę, ponieważ jestem przy nadziei, noszę dziecko, Lance, twoje dziecko. Czuję się źle i samotnie. Och, moje serce, w tej chwili pragnę jedynie umrzeć.
List kończył się nagle w tym miejscu. Kolejny tak samo jak pierwszy nie miał daty. Zaczynał się tak:
Millicent ma trzy lata. Jest śliczna i bardzo żywa, niezwykle wesoła, ale taka malutka, jest jak maleńki elf. Ma twoje oczy, więc dlaczego nie kocham jej tak jak powinnam. Umyślnie nie interesuję się nią w obawie, że Reginald mógłby przejrzeć, że mój stosunek do niej jest inny niż do pozostałej czwórki, ponieważ jak już kiedyś ci wyznałam nigdy nie chciałam mieć dzieci. Pewnie jestem egoistką, ale po prostu chciałam być kochana i nigdy nie byłam kochana dopóki nie poznałam ciebie. Czepiam się kurczowo wspomnienia naszych wspólnych nocy, a jednak one zaczynają się oddalać, tak jak twoja twarz. Żałuję, że nie nalegałam na twoje zdjęcie. Słyszałam o tobie u Morley’ów. George Morley powiedział że pracujesz na swoje nazwisko. Powiedział też, że twoja żona spodziewa się kolejnego dziecka. To mnie uderzyło prosto w serce, ale w tej samej chwili zrozumiałam.
Ten list także urywał się nagle. Następny pisany był jakieś trzy lata wcześniej:
Masz córkę, najdroższy. Wszyscy myślą, że jest wcześniakiem. Doktor Miller potwierdził domysły Peggy. Ciekawa jestem, czy on wie. Jest miły. Dziecku nadaliśmy imię Millicent po ciotce Reginald’a. Jest przekonany, że to się opłaci. Wszystko, co robi zawsze ma jakiś cel. Dziecko ma cztery dni, wstałam dziś po raz pierwszy. Jestem pusta w środku. Przytul mnie ukochany, przytul, schowaj mnie w swoich ramionach, jestem taka samotna. I proszę przebacz mi, przebacz ostatnią noc. Modliłam się o to bym mogła nigdy cię nie znać, ponieważ wcześniej życie było znośne, po prostu. Ale światło, które wniosłeś w moje życie pokazało mi, w jakiej ciemności i monotonności dotychczas żyłam. Lance. Lance.
Po chwili Agnes podniosła ostatni list. Zauważyła, że był bardzo zgnieciony, tak jakby ktoś go gniótł i ponownie wygładzał. I kiedy zaczęła go czytać, po policzkach spływały jej łzy, a głęboko w sobie czuła coś na kształt żałoby, jak gdyby było odbiciem bólu jej matki, zmuszające ją do napisania tego listu:
Jesteś martwy. Nie żyjesz od trzech miesięcy, a ja nic o tym nie wiedziałam. Nie dostałam żadnego znaku. Twoja twarz była dla mnie zamazana, aż do ostatniej nocy na obiedzie u Welding’ów. Mówili o tym jak o czymś zwykłym, że to wielka szkoda: smutny koniec dla tak świetnie zapowiadającej się kariery. To dziwne, tak mówili, dla żołnierza umrzeć z powodu gorączki, a nie na polu walki. I wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna ujrzałam twoją twarz tak wyraźnie. Usłyszałam wtedy jak ktoś mówi ‘Moja droga’. Musiałam wtedy zemdleć. Cokolwiek myślał Reginald, nie powiedział nic, gdy dotarliśmy do domu. Uważał to pewnie za bezpieczną taktykę, jako że zależny jest teraz wyłącznie od tego małego dochodu, który zostawiła mi ciotka Jess i który pozwala mi uciekać od tego domu, a jemu utrzymywać jego kochankę w Newcastle. Jestem jej niezmiernie wdzięczna, jej, która niegdyś była moją dobrą przyjaciółką, ponieważ uwalnia mnie od jego towarzystwa w łóżku od wielu lat. Ale za te przyjemności musi on sporo płacić. Zdaję sobie sprawę, że w porównaniu do naszych znajomych żyjemy biednie.
Dlaczego w ten sposób piszę? Odszedłeś, a ja jestem jak sparaliżowana. W tej chwili nie czuję nawet żalu. Co ze mną jest nie tak? Czy tracę rozum, jak nasza córka? Ponieważ ona jest nienormalna. Siedem lat i nie potrafi ani czytać ani pisać. Jedyne czego pragnie to wędrować po polach, mknąć jak zając, hasać niczym młoda sarna. O tak, ona jest jak sarna.
Co złego jest ze mną? Dlaczego piszę takie rzeczy? Głowa mi puchnie, a przecież nic w niej już nie ma, jest tak pusta jak pusta jest twoja. Gdzie cię pochowali? Czy to ważne? Nie mogłabym mówić do ciebie nad twoją mogiłą. Już nigdy więcej nie przemówię do ciebie. Nie ma cię i nie ma mnie.
List kończył się tak i Agnes, schyliła głowę i ramiona, płaczliwym głosem mówiąc do siebie ‘Mamo, mamo. Najdroższa mamo’.
Nagle drzwi gwałtownie się otworzyły, przestraszona podskoczyła, uniosła rękę do gardła, z ulgą widząc Peggy.
Peggy stała naprzeciwko niej, ujęła ją za ramię ‘Nie powinnaś ich czytać, dziewczyno. Przeszłość nie żyje, jest pogrzebana. Weź te zapałki i podpal je. Albo ja to zrobię’. Chwyciła listy, wrzuciła je do pustego paleniska. Z kieszeni spódnicy wyjęła pudełko zapałek, podpaliła papiery czekając aż nie było tam już nic oprócz sterty popiołu. A kiedy wstała z kolan, Agnes również stała, wycierając twarz powiedziała ‘Myślisz, że ojciec wie?’. ‘Tak, wie’.
‘O spotkaniach z panem Lance’em?’.
‘O tak, ale nigdy nie był pewny, co do dziecka, dopóki mała nie zaczęła okazywać oznak szaleństwa. I powiązał ją z ciotką Lance’a, która była trzymana w przytułku przez wiele lat’.
‘Naprawdę! Była…?’.
‘Oj tak, była nieźle zbzikowana w swoim czasie’.
‘A co… z jego własnymi dziećmi?’
‘Z nimi wszystko dobrze, z tego co wiem. Minęły lata odkąd o nich słyszałam. Są w podobnym wieku co ty i chłopcy’.
Agnes zdjęła szlafrok, podeszła do miednicy, zaczęła myć twarz, po chwili powiedziała ‘Jaki on był, ten Lance?’.
‘Dobry. Dobry człowiek, życzliwy. Nigdy byś nie pomyślała, że był żołnierzem. Nie mogłam go sobie wyobrazić z nożem czy strzelbą zabijającego innego człowieka. Ale myślę, że musiał to robić. Ale jedno wiem na pewno, gdyby poślubiła kogoś takiego jak on jej życie byłoby inne. Byłaby Millie, o tak – pokiwała głową – ale z pewnością by sobie poradzili. Kiedy jesteś zakochana, radzisz sobie, bez tego życie jest ciężarem’.
Kiedy jesteś zakochana możesz poradzić sobie ze wszystkim. Peggy chodziło o namiętność, nieprzepartą pasję, którą jej matka czuła do tego człowieka, a on do niej, prawdziwą miłość. Bez względu jak to nazwiesz, wiedziała od tej chwili, że oddałaby lata życia by doświadczyć czegoś takiego. Było w niej coś od dawna, coś ukrytego, a fizyczne potrzeby były tylko znikomą jej częścią.
Drzwi ponownie otworzyły się, obie odwróciły się w ich kierunku i spojrzały na Maggie, która mamrocząc coś swoim irlandzkim akcentem powiedziała ‘Ruthie prosiła byś przyszła. Pogorszyło się, naszej pani. To chyba koniec’.
Agnes chwyciła szlafrok, pośpiesznie weszła do sypialni matki. Ruthie Waters podtrzymywała matkę, która próbowała złapać oddech. Jedną ręką trzymając się za serce Kate Thorman spoglądała na córkę i między oddechami zaczęła mówić ‘Nie… pozwól mu… jej oddać…’.
‘Nie, nigdy na to nie pozwolę. Nigdy’.
‘Przyrzekasz?’
‘Przyrzekam. Całym sercem’.
Kate zamknęła oczy, jej ciało słabło z minuty na minutę, delikatnie ułożyli ją na poduszkach. Piętnaście minut później umarła, wokoło łóżka zgromadzili się jej mąż, najmłodszy syn po jednej stronie i po drugiej Agnes i Peggy Waters. Była przytomna do końca, ani razu nie spojrzała na męża, ani jednego słowa nie powiedziała do niego. Gdy Peggy zamknęła jej powieki, zaprowadziła Agnes do łóżka, Reginald Thorman wciąż stał i patrzył się na żonę, nie wyglądał na kogoś pogrążonego w cierpieniu, był raczej zmartwiony.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
Monika - Sob 05 Sie, 2006 01:07
No dobrze, to ostatnie przed wyjazdem, tak więc do zobaczenia za trzy tygodnie
CZĘŚĆ II
Carrie
Był wielkanocny poniedziałek, 1913 roku, według Johna Bradley’a było to wielkie święto. To było wielkie ustępstwo, Robert wiedział o tym, ponieważ dla wuja święta oznaczały nie tylko picie, ale i hulanki i wszystko, co nieprzyzwoite. Rozpętała się awantura tuż po śniadaniu, kiedy Carrie, na tyle głupia zapytała czy może pojechać do Newcastle na przedstawienie w Town Moore. Zauważył, że wuj był nawet skłonny się zgodzić. Przez te miesiące, które tu spędził widział wielką zmianę, jaka dokonała się w Carrie. Stała się zuchwała i impertynencka. O tak, niezwykle zuchwała, ilekroć wchodził do tego pokoju i to często na w pół ubranym widział jej spojrzenie, było za dorosłe jak na nią. Jego ciotka, tak sądził, także była świadoma przemian, jakie nastąpiły w córce, ale zdawała się całkowicie pokładać w nim zaufanie. Minęły dwie niedziele i Carrie prosiła o pozwolenie na spacer do Lamesley z Gladys Parkin, lecz matka powiedziała nie, ponieważ dróżki pełne były chłopców, którzy nie mieli nic lepszego do roboty. To go niezwykle bawiło, alejki pełne młodzieńców. Najczęściej można było dostrzec pary opierające się o bramy gospodarstw. Ale dzisiaj ciotka powiedziała ‘Możesz iść z Robertem, jeśli się zgodzi’. Cóż mógł zrobić innego, musiał powiedzieć, że umówił się już z Nancy Parkin. No proszę, ich spojrzenia spotkały się. Od jak dawna to trwało? Jego ciotka powiedziała to tonem zbliżonym do tego, jaki mogła używać jego matka.
Kilka tygodni – odpowiedział, skracając tą znajomość o kilka miesięcy, ponieważ Nancy nie była pewna, co do ich znajomości, spotykając się z pewnym facetem z, Birtley, który wedle jej słów miał poważne zamiary. Był świadomy tego, że tym oświadczeniem chciała wydobyć z niego poważniejsze zobowiązania wobec niej. Ale tak się nie stało. Lubił ją. Była przyjemną dziewczyną, dobrze było na nią popatrzeć… i przytulić, ale co do poślubienia jej… No cóż, małżeństwo było jak polisa na życie, którą musisz sobie wybrać i musisz za nią płacić do końca życia. Widząc przykłady wśród mieszkańców, którzy zdecydowali się na ową „polisę”, wiedział, że to nie dla niego, kłótnie, gderanie, a nawet rękoczyny. O tak, nie minęła niedziela a w Upper Foxglove Road zawsze były jakieś bijatyki i nie zawsze mężczyzna je wszczynał. Niektóre kobiety były jak tygrysice, kiedy przyszło, co do czego. Nie, małżeństwo to poważny interes, a on nie zamierzał się w to pchać. Coś musiałoby go poruszyć, rozbudzić a wątpił czy znalazłby to w Nancy Parkin.
Chciało mu się śmiać, kiedy twarz jego ciotki zesztywniała mówiąc ‘Szybka ta Nancy, nieprawdaż?’. Odpłacił jej podobnym tonem ‘Tak, no cóż, więc powinienem uważać, czyż nie cioteczko? Bo jak mawiał mój ojciec, szybkie kobiety i wolne konie zaprowadzą cię donikąd’. Carrie zaczęła chichotać, słysząc to jej matka odwróciła się ku niej. Nigdy wcześniej nie widział by straciła panowanie nad sobą. Zazwyczaj była delikatną, spokojną kobietą, ale teraz krzyczała na córkę ‘Nie bądź głupia, dziewczyno! Czekaj cierpliwie. Najpóźniej dziś popołudniu odprowadzimy ciebie z ojcem’.
Biedna Carrie. Było mu jej żal. Miała szesnaście lat i zdecydowanie dojrzewała. Bez wątpienia nadchodzi trudny czas dla niej. Mniejsza o to, miał już plany na dzisiejszy dzień z Nancy. Po pierwsze mieli złapać pociąg do High Shields, później przechadzka w dół plaży. Pragnął znowu ujrzeć rzekę, zwłaszcza w miejscu gdzie stykała się z otwartym morzem. Nie było niczego lepszego niż obserwowanie jak statki powoli wypływają na niebezpieczne wody. Jeśli chce być ze sobą szczery musi przyznać, że chociaż podobało mu się obecne mieszkanie, o wiele bardziej niż poprzednie w Jarrow, brakowało mu rzeki, rozmów z robotnikami, którzy siedząc na drewnach, powyżej oleistej wody opowiadali mu wymyślone historie, często byli to starzy mężczyźni, nieumiejący czytać i pisać, ale myślący i to głęboko.
Znalazł olbrzymią różnicę w sposobie myślenia ludzi z miasta i ludzi na wsi. Biorąc za przykład choćby jego wuja. Jeśli by nawet nie miał tej swojej religii pozostałby i tak człowiekiem o ciasnych poglądach. I był też Tim Yarrow. Był mniej więcej w tym samym wieku, co wuj i rzadko kiedy miał coś do powiedzenia, a kiedy już mówił to najczęściej na temat tego, co działo się w wiosce za jego młodości. Wioska była wtedy trzy razy większa, zanim ogień nie strawił kilka rzędów chat. I nawet teraz mówił o Lamesley jak o mieście, a nie wsi.
A co tam. Schylił się i spojrzał w lustro, poprawiając krawat. Coś w tym jest, jego lustrzane odbicie pokazało mu, że wiejskie powietrze dobrze mu zrobiło. Jego skóra była przejrzysta, tak jak oczy, i trochę przybrał na wadze. Na to jednak musi uważać, nie chce jeszcze bardziej przytyć. Poklepał się po kieszeni. Miał swoje pieniądze i czystą chusteczkę i nowy płaszcz na sobie. Czuł się elegancko, powinien, a jakże. Ten płaszcz sporo go kosztował.
Był gotowy. Umówił się z Nancy przy drodze Lamesley, trochę powyżej rozwidlenia dróg. Spojrzał na zegarek. Chyba powinien się pośpieszyć, nie lubiła na niego czekać.
Pięć minut później minął rozwidlenie dróg i zobaczył Nancy Parkin stojącą w zaciszu krzewów. Gdy podszedł bliżej roześmiał się wołając ‘Nie spóźniłem się. Dzisiaj jestem punktualny, więc schowaj broń’.
Ale ona nie roześmiała się w odpowiedzi. Patrząc mu szczerze w twarz powiedziała ‘Nie… nie mogę z tobą jechać. Nasza Mary Ellen powiedziała, że niedługo przyjdzie Harry. On… on słyszał o tobie i jest wściekły’.
‘Ach tak? No cóż, przykro mi to słyszeć’.
‘Co z tym zrobisz?’
Patrząc jej prosto w oczy zapytał cicho ‘Co masz na myśli Nancy? A co powinienem z tym zrobić?’.
‘Więc’ – odwróciła się do niego plecami, kiwając głową – ‘Mama mówi że powinnam się wreszcie dowiedzieć o twoje zamiary’.
‘Daj spokój. Nie mówisz serio, Nancy. Znamy się parę tygodni’.
Zwróciła się ku niemu, podniosła głos ‘Tygodnie! Nie umiesz liczyć. Poznaliśmy się w listopadzie’.
‘Tak’. Skinął powoli chłodno stwierdzając ‘Ale ile razy od tego czasu się spotykaliśmy? Nie każdego tygodnia, nie każdego następnego. Sześć lub osiem razy, to wszystko. Czy to się według ciebie kwalifikuje na miano poważnego związku? Spójrz – jego oczy zwężyły się a usta ścisnęły ‘jedyną dobrą rzecz, jaką możesz teraz zrobić to iść do matki i powiedzieć jej, że poślubisz tego Harrego, skoro tak bardzo chce się ciebie pozbyć’.
‘Och, ty! Robert Bradley. Zwyczajnie grasz na uczuciach dziewczyny, oto, co robisz. Wodziłeś mnie za nos’.
‘Jeśli naprawdę to robiłem, to najwyraźniej nie tylko ja. Harry miał w tym swój udział’.
‘Myślisz, że jesteś taki zabawny, co?’
‘Nie, nie jestem zabawny’. Jego twarz była poważna. ‘Ale stawiam sprawy jasno. I mogę ci natychmiast powiedzieć i twojej matce również, że nie dam się w nic złapać, tak więc żegnaj Nancy. Możesz już iść, i lepiej się pośpiesz, bo Harry pewnie na ciebie już czeka. I możesz mu powtórzyć, że jesteś cała jego’. Kończąc na tym odwrócił się na pięcie i zostawił ją.
Ale za chwilę jej głos niemal powalił go, gdy wrzeszczała nie gorzej od pijanych dziewek w niedzielną noc w Jarrow ‘Jesteś cholernym parweniuszem, tym właśnie jesteś. Wszyscy to mówią. Po coś przyjechał do tej wioski. Nie jesteś jednym z nas, uważasz się za kogoś lepszego? A kim ty właściwie jesteś? Zakichany mieszczuch. Nienawidzę cię. Słyszysz? Nienawidzę cię, ty parszywcu’.
Był już jakieś pół mili od drogi nim się zatrzymał i opierając się o bramę jakiejś zagrody, spoglądał na owce podskakujące w rytm muzyki. Było ich z tuzin na niskim pagórku, grano ‘King of the Castle’. Pewnie innym razem ten widok wprawiłby go w dobry nastrój i z pewnością śmiałby się głośno, ale w tym momencie był zły, nie bardzo z powodu utraty towarzystwa Nancy, ponieważ nie chciał się angażować, ale właśnie z powodu rzeczy, które mu wykrzyczała, nazwała go parweniuszem, mówiła, że do nich nie należy.
Zdjął łokcie z bramy, chwycił jej górną część i powiedział do siebie ‘Nie jestem parweniuszem. Ponieważ lubię przyzwoicie się ubierać, nie piję i dlatego jestem nowobogackim?’.
Niespodziewanie gniew z niego całkowicie wyparował, roześmiał się krótko. No proszę, on parweniuszem. A kto to właściwie parweniusz? Jakie było jego znaczenie? To chyba ktoś, kto przerasta innych, staje się kimś w świecie i zapomina o swoich początkach, patrząc na wszystkich z góry. Więc parweniusz to był ktoś, kto zdobywa pozycję w świecie. I chyba nie można nazwać go żebrakiem bez grosza. Nie, kiedy się nad tym zastanowić, to był to nawet komplement. No, no, więc był parweniuszem. Więc od tej chwili tym będzie.
...
Caitriona - Sob 05 Sie, 2006 16:53
Monika - dzięki za wielki i smakowity deser!! Wypoczywaj! :grin:
Gitka - Nie 06 Sie, 2006 10:33
Moniczko, jak fajnie tyle przetłumaczonych fragmentów na mnie czekało.
W tym ostatnim, postępowanie Roberta niezbyt mi się pdoba. Ale wiem potem będzie lepiej :grin:
Zasługujesz na długi wypoczynek, po takiej pracy.
Pa
|
|
|