To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Mapp i Lucia

Trzykrotka - Śro 04 Cze, 2025 10:26

:banan: :banan: :banan: Prawda, że sama rozkosz? Juruś i Lucia rozdzieleni tylko cienkimi drzwiami, drżący przez pół nocy, że to drugie zapuka do owych drzwi :rotfl:
Tilling szykujące się do wielkiej przeprowadzki.
Riseholme w przededniu tygodniowego festynu na niespotykaną skalę.
I my - bo wiemy, że będzie z tego wiele uciechy :excited:

Tamara - Śro 04 Cze, 2025 13:52

Noo, Lucia już ma londyńskie doświadczenie w takich sprawach :rotfl:
Taaaak , to będzie arcywspaniałe ! :serce: :serce: :serce: :party: :party: :party: :excited: :excited: :excited:
No i starcie Lucia-Mapp, w sytuacji gdy żadna nie docenia tej drugiej i każda myśli, że zawładnie nią bez problemu, ach ja na to się szykuję :excited: :excited: :excited: :angeldevil: :angeldevil:

Trzykrotka - Śro 04 Cze, 2025 22:22

Ja też chętnie spędziłabym lato w wynajętym pięknym domu z pięknym ogrodem :serce:


Rozdział trzeci

Wybiła ledwie dziewiąta gdy oni już wyruszyli do biura pośrednictwa nieruchomości, a wyższe kręgi towarzyskie Tilling jeszcze w pełni się nie rozbudziły. Ale miejski herold w niebieskim fraku dzwonił dzwonkiem na środku High Street ogłaszając, że dziś od południa do trzeciej po południu nastąpi przerwa w dostawie wody. Trudno było dojechać do agentów, bo ulica, przy której mieściło się biuro była właśnie intensywnie rozkopywana, a oni wybrali złą stronę drogi i choć widzieli je po przeciwnej stronie, to żeby się tam dostać musieli zrobić potężny objazd.
- Ale to takie charakterystyczne, jakie czarujące – powiedziała Lucia. – To jasne, że w Tilling musi być herold i oczywiście ulice są strome. Nie bądź taki niecierpliwy, Jurusiu, Ach, możemy przejść tutaj.
Nastąpił kolejny okres niepewności.
- Właścicielka Mallards Cottage – powiedział pan Woolgar (a może był to pan Pipstow) – chce wynająć dom na trzy miesiące, lipiec, sierpień i wrzesień. Nie jestem pewien, czy rozważy….
- To proszę do niej zadzwonić – przerwał Juruś - i powiedzieć, że ma pan wiążącą ofertę wynajmu na dwa miesiące.
Pan Woolgar obrócił korbką podobną do tych, jakich używano do rozruchu staromodnych samochodów i kiedy telefon zadzwonił, podał numer i został połączony z brązowym bungalowem bez odpowiedniej kanalizacji.
- Bardzo mi przykro, sir – powiedział – ale panna Poppit poszła oddawać się kąpieli słonecznej wśród wydm. Zwykle zabiera jej to około trzech godzin jeśli nie więcej.
- Ale my wracamy do siebie dziś rano – powiedział Juruś. – Czy jej służąca, czy kogokolwiek tam ma, przeszukać wydmy i zapytać ją?
- Dowiem się, sir – rzekł pan Woolgar ze współczuciem – ale mamy tu ze dwie mile widm piaskowych, a ona może być wszędzie.
- Proszę się dowiedzieć – odparł Juruś.
Nastąpił okropny kwadrans, w czasie którego pan Woolgar powtarzał tylko „O tak,” „No właśnie,””Rozumiem, Tak, moja droga” z nużącą monotonią odpowiadając na niezrozumiałe kwakanie z drugiej strony.
- Obawiam się, że sprawa jest beznadziejna – powiedział w końcu. – Panna Poppit ma tylko jedną służącą, która musi zajmować się domem. Poza tym panna Poppit lubi… Nie lubi by jej przeszkadzać kiedy zażywa kąpieli słonecznej.
- Co za uciążliwość – powiedział Juruś. – Co ja mam teraz zrobić?
- Otóż, sir, jest matka panny Poppit, z którą mógłby się pan skontaktować. Nazywa się teraz pani Wyse. Świeżo po ślubie. Piękna uroczystość. Dom, który wpadł panu w oko to jej własność.
- Wiem – wtrąciła się Lucia. – Sobole i Rolls-Royce. Pan Wyse nosi monokl.
- Ach, jeśli pani ją zna, to świetnie, dam państw jej adres. Starling Cottage, Porpoise Street (*ulica Morświnowa :-D ), zapiszę go pani.
- Jurusiu, Porpoise Street! – szepnęła Lucia w zachwycie – Com’e bello e molto characteristuoso!
Gdy to wszystko się odbywało, nagle do środka wpadła Diva, zaczynając mówić nim jeszcze całkowicie weszła. Nastąpiła krótka, burzliwa przerwa.
-… dobry, panie Woolgar – powiedziała Diva. – No i wynajęłam Wasters, może pan je wykreślić z ksiąg: co za dobry poranek.
- Rzeczywiście, madame – powiedział pan Woolgar. – Bardzo udany. I mam nadzieję, że pani drogi kanareczek ma się lepiej.
- Żyje i mniej obolały, dzięki, pypeć – rzekła Diva i przedarła się przez wykopy na zewnątrz nie tracąc czasu na ich obchodzenie.
Pan Woolgar ewidentnie rozumiał, że „pypeć” nie było pożegnaniem, tylko nazwą choroby kanarka i nie odpowiedział „Do zobaczenia” ani „To pypeć.” Do agencji wrócił spokój.
- Zadzwonię do pani Wyse i zapowiem panią, madame – rzekł. – Proszę mi przypomnieć – jak godność? Uciekło mi z pamięci.
Trudno było powiedzieć, jakim cudem mu uciekło, skoro nigdy go nie słyszał.
- Pani Lucas i pan Pillson – powiedziała Lucia. – Gdzie leży Porpoise Street?
- Dwie minuty spaceru stąd, proszę pani. Tak jakby szła pani do Mallards, ale najpierw skręciła w prawo dla skrócenia sobie drogi.
- Wielkie dzięki – powiedziała Lucia. – Znam Mallards.
- To najlepszy dom w Tiling, madame – powiedział pan Woolgar – jeśli szuka się czegoś większego niż Mallards Cottage. Widnieje również w naszych księgach.
Duma właścicielki kusiła przez chwilę Lucię do powiedzenia „już go wynajęłam,” ale się pohamowała. Komplikacje, które mogłyby nastąpić gdyby spytała o cenę byłyby nieskończone…
- W Tilling jest mnóstwo domów do wynajęcia – powiedziała.
- Tak, madame, o tej porze roku jest sporo ofert wynajmu – rzekł pan Woolgar – ale są szybko rozchwytywane. Wiele pań z Tilling lubi małą odmianę latem.
Nie dało się nawet myśleć (bo czas był tak cenny, a Juruś tak rozgorączkowany po tym ostrzeżeniu, że ktoś inny sprzątnie mu Malladrs Cottage sprzed nosa, choć właścicielka bezpiecznie opalała się na wydmach) by obchodzić wykopki na ulicy i wzorem Divy przedarli się dzielnie na skróty przez rury gazowe, pompy wodne, piecyki i cegły na drugą stronę.
Smutna pecyna błota przykleiła się do płowych spodni Jurusia gdy ten wdepnął w kałużę, co było paskudne, ale nie było sensu próbować jej oczyścić, póki błoto nie wyschnie. Kiedy weszli znów w już znajomą uliczkę przy której stał Mallards, zobaczyli dziwaczną Irene wychylającą się w okna na piętrze małego domku i usiłującą odczepić tabliczkę wiszącą na zewnątrz i głoszącą, że dom jest do wynajęcia: zdjęcie tabliczki świadczyło, że i on został już wynajęty.
Gdy przechodzili obok, tabliczka pomalowana w niesamowite kolory wysunęła jej się z ręki i roztrzaskała się na chodniku, mijając o włos Divę, która w tym momencie wyszła przez drzwi frontowe. Roztrzaskała się u jej stóp, a Diva wydała piskliwy okrzyk przerażenia. Potem dostrzegła Irene i zawołała ”Nic się nie stało, kochana,” a Irene głosem pełnym furii zawołała: „Nic się nie stało? Moja piękna tabliczka poszła w drzazgi. Czemu jej nie łapałaś, głuptasie?” Jedyną właściwą odpowiedzią było prychnięcie nieskończonej pogardy i Diva gładko ruszyła znów na High Street.
- Ależ to jak gra w pocztę, Jurusiu – powiedziała podekscytowana Lucia - i my też gramy. Czy oni wynajmują sobie nawzajem swoje domy? O to chodzi?
- Nie obchodzi mnie komu je wynajmują – powiedział Juruś - bylebym tylko dostał Mallards Cottage. Popatrz na to paskudne błoto na spodniach, a ja nie odważę się spróbować go wywabić. Co sobie pomyśli pani Wyse? No nic, jest i Porpoise Street, a oto Starling Cottage. Znów elżbietański.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 05 Cze, 2025 14:57

Piękne :serce: :serce: :serce: napięcie lepsze niż u Hitchcocka :excited: :excited: :excited: ach, co to będzie za lato :serce: :serce: :serce: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:
Trzykrotka - Czw 05 Cze, 2025 21:55

Zobacz jaki Los jest niełaskawy dla Elżbiety - tak sobie ładnie umyśliła, że będzie Lucię oprowadzać po Tilling i wydzielać po łyżeczce jego mieszkańcom i rządzić nią i kierować - a tu już na drugi dzień pobytu Lucia celnie zmierza wprost do najbardziej elitarnego domu i towarzystwa w mieście :mrgreen:


Drzwi zrobione były ze starego dębu i nie miały klamki, tylko szpulę wykonaną wedle najsurowszego kanonu, a przy niej wisiał pokryty grubą patyną brązowy łańcuch, który Juruś słusznie uznał za sznur od dzwonka, więc za niego pociągnął. Wielki dzwon z brązu, którego nie zauważył, wisiał tuż nad jego głową. Odezwał się z taką mocą, że słychać go było nie tylko w domu, ale na pewno w całym Tilling i przestraszył go śmiertelnie. Potem szpula i zapadki zostały poruszone od wewnątrz i zaprowadzono ich do pokoju, w którym dało się zauważyć wpływ dwóch zupełnie różnych gustów. Dębowe belki podtrzymywały sufit, dębowe belki krzyżowały się na ścianach, był duży otwarty kominek z szarych holenderskich cegieł, a po obu stronach kraty wnęka z wysuniętą kolejną belką, na której można było usiąść. Okna złożone były z małych szybek i manipulowało się nimi przy pomocy antycznych dźwigni; był stół refektarzowy i skrzynia na przyprawy i kilka cynowych kubków i pudło na Biblię i stołek trumienny. To wszystko reprezentowało jeden gust, ale równocześnie pojawiał się drugi, bo pokój pełen był pięknych przedmiotów zupełnie innego rodzaju. Refektarzowy stół zastawiony był fotografiami w srebrnych ramkach: na jednej widniał mężczyzna w mundurze z wieloma dystynkcjami podpisany „Cecco Faraglione,” na innej dama w sukni dworskiej z mnóstwem piór na głowie podpisana „Amelia Faraglione.” Na innej widniał król Włoch, obok mężczyzna w surducie podpisany „Wyse.” Przed nimi, dość wyeksponowane, leżało otwarte fioletowe marokańskie pudełko, w którym spoczywała wstęga i krzyż Orderu Imperium Brytyjskiego. W jednym kącie stała chińska szafka z malachitowym wazonem nad nią, stał tam też stolik z blatem zdobionym marmurową mozaiką, fortepian z satynowego drewna z udrapowaną na nim kapą haftowaną w drzewo palmowe oraz zielona aksamitna sofa, na której końcu spoczywały sobole, a wszystko to razem pokazywało wyrafinowany gust post-elżbietański. Nim Lucia miała czas by to wszystko popodziwiać, od drzwi z których zwisała zasłona z trzciny i koralików dobiegło lekkie brzęczenie i weszła przez nie pani Wyse.
- Przepraszam, że kazałam pani czekać, pani Lucas – powiedziała – ale myśleli, że jestem w ogrodzie, podczas gdy byłam w buduarze. Proszę wybaczyć też mój dezabil, to sukienka na zakupy. I pan Pillson, jak mniemam? Bardzo mi miło. Proszę się rozgościć.
Zrzuciła futro z soboli z końca sofy na siedzisko przy oknie.
- Byliśmy właśnie w biurze pośrednictwa nieruchomości – powiedział Juruś bez żadnych wstępów chowając ubłoconą nogę w cieniu – i tam powiedziano nam, że to pani może mi pomóc.
- Zapewniam, że będę szczęśliwa jeśli istotnie mogę. Proszę mi powiedzieć, w czym rzecz – powiedziała pani Wyse, ewidentnie nie mając pojęcia, w czym mianowicie miałaby mu pomagać.
- Mallards Cottage – rzekł Juruś. – Wydaje mi się, że nie ma nadziei na skontaktowanie się z panną Poppit, a my będziemy musieli wyjechać nim ona wróci z kąpieli słonecznej. Tak bardzo pragnę wynająć go na sierpień i wrzesień.
Pani Poppit wydała cichy, gruchający dźwięk.
- Kochana Isabel! – powiedziała. – Moja córka. Przez cały poranek wśród piaskowych wydm. A co jeśli przyplącze się jakiś włóczęga? Powtarzam jej to. Ale jak grochem o ścianę: mówi że to Brązowe Stowarzyszenie i że nie może opuścić żadnego zebrania. Ależ zgrabnie powiedziane. Brązowe, nie w sensie pomników, tylko działania słońca.
- To bardzo ciekawe! – powiedział Juruś. – A co do Mallards Cottage—
- Domek jest mój, jak bez wątpienia powiedział panu pan Woolgar – rzekła pani Wyse, zapominając, że przecież jest zupełnie nieświadoma takich spraw – ale musicie najpierw się w nim rozejrzeć nim cokolwiek ustalimy… Ach, jest i pan Wyse. Algernonie: pani Lucas i pan Pillson. Pan Pillson chce wynająć Mallards Cottage.
Lucia pomyślała, że w życiu nie spotkała kogoś tak doskonale i poprawnie grzecznego jak pan Wyse. Kłaniał się lekko i uśmiechał do każdego, do kogo się zwracał, ale nie protekcjonalnie, nie pod nosem, ale jak ktoś obcujący z równymi sobie i równie wysokiej klasy.
- Z pani pięknego Riseholme, jak rozumiem – powiedział do Luci (kłaniając się również Riseholme) - A my wszyscy pocieszamy się nadzieją, że na co najmniej dwa miesiące urok naszego malowniczego – czy też tak pani sądzi? – Tilling da Susan i mnie niewypowiedzianą przyjemność bycia pani sąsiadami. Będziemy z niecierpliwością wyczekiwać sierpnia. Przypomnij mi droga Susan, bym opowiedział Amelii co nas czeka.
Ukłonił się przy sierpniu, Susan i Amelii i kontynuował:
- A na dodatek słyszę teraz, że pan Pillson (ukłonił się Jurusiowi i wpatrzył się w błotnistą plamę) chce „wziąć,” jak mówią, Mallards Cottage. To będzie niezapomniane lato w Tilling.
Podczas tej pięknej przemowy, którą pan Wyse wygłosił w najbardziej wytworny z możliwych sposobów, Juruś robił w głowie notatki z jego stroju i wyglądu. Jego gładko ogolona twarz z gęstwiną siwych włosów sczesanych w tył z czoła była twarzą aktora, który ma już najlepsze dni za sobą, ale który kiedyś grywał główne role w Windsorze. Miał na sobie aksamitny żakiet, kołnierz w stylu Byrona i krawat ściągnięty pierścieniem z kameą; odziany był w brązowe pantalony i pasujące do nich pończochy oraz schludne buty do golfa. Wyglądał jakby wybierał się grać w golfa, ale jakoś po drodze mu się odechciało…
Juruś i Lucia wydali uprzejme dziękczynne pomruki.
- Mówiłam właśnie panu Pillsonowi, że musi najpierw obejrzeć dom – powiedziała pani Wyse. – Klucze do niego są w moim buduarze, gdybyś łaskawie mógł je przynieść, Algenorze. A Royce stoi przed drzwiami, jak widzę, więc jeśli pani Lucas pozwoli, pojedziemy tam razem i pokażemy jej i panu Pillsonowi wnętrze.
Kiedy Algernon wyszedł, pani Wyse podniosła fotografię podpisaną Amelia Faraglione.
- Rozpoznajecie państwo bez wątpienia rodzinne podobieństwo – powiedziała do Luci. – Siostra mojego męża, Amelia, która poślubiła hrabiego di Faraglione, ze starej neapolitańskiej szlachty. Oto i on.
- Czarująca – powiedziała Lucia. – I jaka podobna do pana Wyse. A ten order? Co to takiego?
Pani Wyse szybko zamknęła marokańskie pudełko.
- To bardzo w stylu służby, tak to zostawić – powiedziała. – Ale wydają się być z niego dumni. Łaskawie mnie nim odznaczono. Order Imperium Brytyjskiego. Ach, jest i Algernon z kluczami. Mój drogi, pokazywałam pani Lucas zdjęcie Amelii. Od razu zauważyła podobieństwo. A teraz pakujmy się wszyscy. Ciepły poranek, prawda? Futro nie będzie mi potrzebne.
Całkowita odległość do przebycia nie przekraczała stu jardów, ale Porpoise Street była bardzo stroma, a po jej brukowcach bardzo źle się chodziło, jak wyjaśniła pani Wyse. Musieli chwilę poczekać na rogu, dwadzieścia jardów od miejsca, z którego ruszyli, bo od strony Mallards nadjeżdżała ciężarówka, a Royce nie byłby w stanie się z nią wyminąć i tym sposobem znaleźli się w polu obserwacyjnym pokoju ogrodowego panny Mapp. Jak zwykle o tej porze siedziała z poranną gazetą w dłoni, w której mogła się zagłębić gdyby przechodził ktoś, kogo nie chciała widzieć, ale poza tym była zajęta obserwacją ruchu ulicznego. Zajrzała do niej Diva z informacją, że widziała Lucię i Jurusia w agencji nieruchomości i że jej kanarek żyje. Panna Mapp wyraziła radość na wieść o kanarku, ale potajemnie zwątpiła, że Diva widziała jej gości. Diva miała bujną wyobraźnię; sam widok nieznajomych kobiety i mężczyzny wystarczył, żeby uznała, że widziała ICH. Wtedy w zasięgu wzroku pojawił się Royce wyjeżdżający zza rogu i panna Mapp poczuła falę ekscytacji.
- Wydaje mi się Divo – powiedziała – że nadjeżdża piękny samochód pani Lucas. Pewnie jedzie do mnie zapytać o coś, czego nie jest pewna. Jeśli usiądziesz przy fortepianie, zobaczysz ją jak będzie wysiadała. Wtedy przekonamy się, czy ty rzeczywiście….
Samochód podjechał wolno, zawarczał głośni i zamiast zatrzymać się przed drzwiami frontowymi Mallards, skręcił w stronę Mallards Cottage. Jednocześnie panna Mapp uchwyciła wzrokiem sylwetkę tego paskudnego szofera pani Wyse. W samym aucie widziała jedynie kolana pasażerów (to była jedyna wada okna pokoju ogrodowego, że umieszczono je tak wysoko nad ulicą), ale na pewno było ich tam kilka par.
- Nie, to tylko ta ciężka landara Susan – powiedziała – jak zwykle blokuje ulicę. - Pewnie Susan odkryła, że pani Lucas zatrzymała się w Trader’s Arms i poszła zostawić kartę wizytową. Takiej kobiety, która wpycha się wszędzie tam gdzie jej nie chcą, to ja jeszcze nie widziałam. Na szczęście powiedziałam pani Lucas jaka z niej snobka.
- To wielkie rozczarowanie dla ciebie, kochana, skoro myślałaś, że pani Lucas jedzie z wizytą – powiedziała Diva. – Ale to ją widziałam rano w agencji i nie ma sensu temu zaprzeczać.
Panna Mapp wydała przenikliwy okrzyk.
- Divo, zatrzymali się przy Mallards Cottage. Wysiadają. Susan pierwsza—cała ona--i . . . to ONI. Jakoś ich dopadła . . . Jest pan Wyse z kluczami, kłania się . . . Wchodzą do środka . . . A więc miałam rację, widziałam wczoraj jak zaglądali przez okna. Pan Pillson przyjechał obejrzeć dom, a Wyse’owie ich dopadli. Mogę się założyć, że do tej pory zdążyli już usłyszeć o hrabim i hrabinie Fanfarone i Orderze Imperium Brytyjskiego. Naprawdę nie myślałam, że pani Lucas tak łatwo da się nabrać. Ale to nie moja sprawa.
Nie mogło być lepszego powodu, dla którego panna Mapp była tak gwałtownie zainteresowana tym, co się działo. Nagle do głowy wpadł jej pewien pomysł i zmarszczki zdenerwowania na jej twarzy znów się wygładziły.
- Zajrzyjmy do Mallards Cottage, Divo kiedy jeszcze tam są – powiedziała. – Wstrętna jest mi myśl, że pani Lucas nabierze wyobrażeń o towarzystwie, które tu spotka od biednej, pospolitej Susan. Pewnie chętnie zjedzą lekki lunch przed długą drogą do Riseholme.
Inspekcja domku zajęła bardzo mało czasu. Dla Jurusia najważniejszą kwestią było, czy Foljambe będzie zadowolona, a był tam doskonały pokój dla Foljambe, w którym mogła sobie siedzieć gdy nie miała zajęcia. Pokoje dla niego oglądali już przez okno wczorajszego wieczoru. W rezultacie panna Mapp ledwie miała czas założyć swój kapelusz ogrodowy i przetruchtać z Divą przez ulicę, gdy towarzystwo oglądające dom wyszło z niego.
- Słodka Susan! – powiedziała. – Widziałam jak twój samochód przejeżdżał obok domu… Droga pani Lucas, dzień dobry, właśnie wpadłam z naprzeciwka – to jest pani Plaistow – by zapytać, czy nie zechciałaby pani zjeść ze mną wczesnego lunchu zanim wyruszy pani w drogę powrotną do pani pięknego Riseholme. O którejkolwiek godzinie pani będzie wygodnie, bo ja nie jadam śniadań. Dwunasta, wpół do pierwszej? Małe co nieco?
- Jak to miło z pani strony – powiedziała Lucia – ale pani Wyse właśnie zaprosiła nas na lunch.
- Ach tak – powiedziała panna Mapp uśmiechając się przerażająco. – Co za szkoda. Miałam nadzieję… ale trudno.
Najwyraźniej słodka Susan powinna teraz zaprosić i ją na ten wczesny lunch, ale słodka Susan nie okazała nawet śladu podobnego zamiaru. Lucia i Juruś wrócili do Trader’s Arms by spakować swoje rzeczy i mieć wolną resztę poranka, a Wyse’owie, po daremnych próbach namówienia ich by udali się tam Roycem, wsiedli do niego sami i zjechali na wstecznym biegu w dół ulicy aż do punktu, gdzie mogli skręcić w niego szerszym miejscu naprzeciwko pokoju ogrodowego panny Mapp. Trwało to dość długo, a ona nie mogła dotrzeć do własnych drzwi frontowych póki odbywały się te manewry, bo kiedy tylko próbowała obejść przód samochodu, ten wykonywał szybki ruch w przód i groził jej rozpłaszczeniem na ścianie własnego domu jeśli spróbuje się za nim przecisnąć.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 06 Cze, 2025 14:55

Uuuuuuu, zaczyna wyjeżdżać ciężka artyleria, biedna droga Elżbieta, znowu wszystko nie tak i pod górkę :rotfl: :rotfl: :rotfl: to jest PRZEUROCZE :serce: :serce: :serce: :serce2: :serce2: :serce2: :serce2:
Trzykrotka - Pią 06 Cze, 2025 20:41

Ten Royce! Te malutkie odległości i ogromny Royce który nie potrafi tam wymanewrować :mrgreen: ale zawsze jest wprawiany w ruch. I sobole Susan. Aj, sam smak to miasteczko.

Co dalej:

Ale ten akt piractwa towarzyskiego Wyse’ów wynagrodziły jej inne sprawy, z których mogła się cieszyć. To było mistrzowskie posunięcie wynająć Mallards za piętnaście gwinei tygodniowo bez korzystania z plonów z ogrodu i równie błyskotliwe – wynająć dom od Divy z prawem korzystania z plonów, bo Diva miała kilka nadzwyczajnych śliw, których owoce dojrzeją akurat w okresie wynajmu, nie mówiąc już o jabłkach: panna Mapp już widziała w wyobraźni kuchenny kredens, którego drzwiczki nie domykają się z powodu obfitości słoi z przetworami. Takie refleksje tworzyły pogodne tło w jej myślach gdy spieszyła do miasta by załatwić nie cierpiące zwłoki interesy. Najpierw poszła do agencji nieruchomości, gdzie czekało ją niełatwe zadanie przekonania pana Woolgara, że wynajęcie Mallards było skutkiem jej własnego ogłoszenia w Timesie, więc nie jest winna jego firmie żadnej prowizji, a jej logika okazała się nie do odparcia. Rozemocjonowana, ale mile orzeźwiona tym spotkaniem złożyła wizytę w sklepie warzywnym i zawarła z nim miłą umowę na sprzedaż produktów z własnego ogrodu w Mallards przez sierpień i wrzesień. To zajęcie przywiodło ją na wschodni kraniec High Street, a tam Juruś już usadowił się w punkcie widokowym i pilnie szkicował Landgate przed pójściem na śniadanie które Wyse’owie nazywali lunchem) na Porpoise Street. Panna Mapp nie wiedziała jeszcze, czy wynajął on Mallards Cottage czy nie i musiała się natychmiast upewnić.
Oparła się o balustradę blisko za jego plecami trochę się poruszyła, zaszeleściła, aż w końcu podniósł wzrok.
- Och, panie Pillson, wstyd mi za siebie! – powiedziała. – Ale nie mogłam się pohamować żeby nie zerknąć na pański śliczny mały szkic. To bardzo nieeleganckie z mojej strony, zachowałam się jak ciekawski intruz. Nie chciałam przeszkadzać, tylko się wymknąć kiedy już rzucę okiem. Każda chwila jest cenna, wiem, jako że wyjeżdża pan po wczesnym lunchu. Lecz zapytam tylko, czy hotel był wygodny. Byłabym niepocieszona, gdybym go poleciła, a on państwu by się nie podobał.
- Był bardzo wygodny, dziękuję – rzekł Juruś.
Panna Mapp wśliznęła się na ławkę, na której siedział.
- Przysiądę na chwilę nim polecę dalej – powiedziała – jeśli obieca pan, że nie będzie zwracał na mnie uwagi, jakby mnie tu nie było. Jak świetnie uchwycił pan perspektywę! Zawsze siadam tutaj na minutę czy dwie co rano aby nacieszyć oczy pięknem widoku. Co za szkoda, że nie zostaje pan dłużej! Zdążył pan ledwie rzucić okiem na nasze słodkie Tilling.
Juruś podniósł rysunek.
- Jak pani myśli, dobrze uchwyciłem perspektywę? – zapytał. – Czy to nie paskudne, kiedy chcesz narysować drogę biegnącą w dół, ale ona u ciebie wspina się pod górę?
- Tego proszę się nie obawiać! – krzyknęła panna Mapp. – Gdybym miała śmiałość, poprosiłabym, żeby posłał pan swój rysunek do tutejszego Towarzystwa Sztuki. Mamy małą wystawę co lato. Może pana namówię?
- Obawiam się, że dziś rano nie skończę – powiedział Juruś.
- Nie ma nadziei, że pan tu wróci? – zapytała panna Mapp.
- W sierpniu, mam nadzieję – odpowiedział – bo wynająłem Mallards Cottage na dwa miesiące.
- Och, panie Pillson, to znakomite wieści! – zawołała panna Mapp. – Cudownie! Cały sierpień i wrzesień, pomyśleć tylko!
- Bez jednego tygodnia w sierpniu – rzekł Juruś – bo urządzamy w Riselohme elżbietański festyn. Będę Francisem Drake.
To dla panny Mapp była istna skarbnica informacji i musiała ją jak najszybciej ogłosić. Przygotowała się do odlotu.
- Och, wspaniale! – powiedziała. – Ojej, widzę pana w tej roli. Złota Łania! Hiszpański skarb. Cały ten przepych i majestat. Może udałoby mi się wpaść żeby to zobaczyć. Ale już dłużej panu nie przeszkadzam. Jak miło wiedzieć, że to tylko au reservoir, a nie żegnaj!
Ruszyła w gorę ulicy wręcz pękając od wiadomości. Tylko Wyse’owie zapewne wiedzieli, że Juruś wynajął Mallards Cottage, ale nikt, że wcieli się w Francisa Drake… A tu właśnie padre rozmawiał z majorem Benjy bez wątpienia spieszącym na pola golfowe, a trochę dalej Diva i Irene.
- Dzień dobry padre, dzień dobry majorze Benjy! – powiedziała.
- Dobry ranek, panienko Mapp – odrzekł padre. – Jakaż to pora dzionka u ciebie? Powiadają, że masz porządnego dzierżawcę w Mallards.
Panna Mapp wystrzeliła wszystkie wiadomości jedną salwą.
- A jakże, padre, mam – powiedziała. – Jest też Mallards Cottage, o którym nie wiecie. Pan Pillson go wynajął, choć nie będzie mieszkał przez cały czas, bo przez tydzień gra Francisa Draake podczas festynu w Riseholme.
Major Benjy był w kwaśnym humorze. To był poranek owsianki na śnadanie, a jego owsianka okazała się przypalona. Panna Mapp już zdążyła się domyślić, bo kiedy przechodziła pod oknami jego jadalni, dobiegały z niej głośne, gniewne okrzyki.
- Ten gość, którego widziałem wczoraj z panią Lucas z pelerynką na ramionach? – spytał zgryźliwym tonem. – Nie zdaje mi się, żeby miał czym nastraszyć Hiszpanów. Niedorzeczne! Bardziej mu pasują herbatki ze starymi kocicami. Phi!
I poszedł w stronę tramwaju, spychając pieszych z chodnika.
- Podejrzewam przypaloną owsiankę – rzekła panna Mapp z namysłem – choć nie wiem na sto procent. Dobry, kochana Irene. Kolejny artysta zjeżdża do Tilling na sierpień i wrzesień.
- Dalibóg, dobra kobieto – powiedziała Irene, zerkając na padre. – Wiem ci ja to, bo nadobna pani Wyse mi rzekła pół godziny temu.
- Ale na tydzień wyjedzie, choć to też na pewno wiesz – rzekła panna Mapp, lekko poirytowana. – Gra Francisa Drake w Riseholme.
Przykulała się do nich Diva.
- Pewnie nie słyszałaś, Elizabeth – powiedziała szybko – że pan Pillson wynajął Mallards Cottage.
Panna Mapp uśmiechnęła się z politowaniem.
- Dobra informacja, droga Divo – powiedziała. – Pan Pillson sam mi o tym powiedział godzinę temu. Rysuje teraz Landgate - słodki wybredniś – i nalegał, żebym przy nim usiadła gdy będzie pracował.
- Rany! Jak ty ich wszystkich przyciągasz, Mapp! – powiedziała dziwaczna Irene. – Wygląda obiecująco jak na swój wiek, ale już czas, żeby ufarbował włosy. Siwe u nasady.
Padre zebrał się do odejścia; musiał pospieszyć do domu żeby wszystko opowiedzieć żonce.
- Ajoj, nie mogę dłużej czasu mitrężyć – powiedział – O kazaniu mus mi pomyśleć.
anna Mapp poszła jeszcze na małe zakupy, pokręciła się licząc na ponowne spotkanie z Lucią i wróciła do Mallards, by zająć się swymi słodkimi kwiatami. Niektóre z grządek domagały się pielenia, a kiedy już zajęła się tym pożytecznym zajęciem i usunęła wierzbówkę, każda roślina, którą wyrywała i ciskała do koszyka równie dobrze mogła być panem i panią Wyse. Jakie to było irytujące, że już wyciągnęli macki po Lucię (jak podpowiadała jej żywa wyobraźnia), bo panna Mapp zakładała, że jedyna macka, która to zrobi, będzie należała do niej. Chciała nią zarządzać, być jej sponsorką, organizować dla niej małe przyjątka i skłaniać Lucię by organizowała małe przyjątka pod jej dyktando i pokazać ją całemu Tilling trzymając ją w ryzach. Opatrzność, czy jakakolwiek mniej dobroczynna siła rządząca światem nie wzięła widocznie pod uwagę jej prawa do takich działań, a to przecież ona poniosła koszta ogłoszenia Mallards w Timesie, a dzięki niemu przecież Lucia przyjechała i wprawiła w ruch ten przyjemny proces podnajmowania łańcuszkowo domów, dzięki któremu każdy zyskiwał i miał odmianę. Ale póki co nic się nie dało z tym zrobić, trzeba było czekać aż Lucia tu zjedzie i wtedy być dla niej jednocześnie dobrotliwą i królewską. Póki co werdykt brzmiał, że to bardzo słodka kobieta, choć zapewne brakowało jej dobrego rozeznania, jako że zaprzyjaźniła się z Wyse’ami. Był też Juruś: w razie czego była do niego równie dobrze nastawiona, ale i on, jak Lucia, musi być grzeczny i uznać, że to ona jest najwyższą wyrocznią życia towarzyskiego w Tilling. Jeśli zachowa się w tej kwestii jak należy, to ona zaproponuje jego kandydaturę na członka Towarzystwa Sztuki w Tilling i – jako członkini komitetu wieszającego obrazy dopilnowałaby, by jego szkice zajmowały poczesne miejsce na ścianach wystawy, lecz warto było zapamiętać (gdyby przypadkiem nie był grzeczny), co dziwaczna Irene powiedziała o jego farbowanych włosach i że major Benjy uważał, że nie poradziłby sobie przeciwko Hiszpanom. Ale że myślenie wywoływało głód, a plewienie było brudną robotą, weszła do domu żeby umyć ręce i zjeść lunch po tym ekscytującym poranku.
Na Porpoise Street panował straszny tłok gdy Luci samochód przyjechał by odebrać ją i Jurusia po śniadaniu w Starling Cottage, bo Royce pani Wyse już tam stał. Oba auta warczały, cofały się i podjeżdżały do przodu kawałek po kawałku, objeżdżały bokiem i zahaczały o chodniki dla pieszych i dopiero gdy auto Luci cofnęło się za róg muru pokoju ogrodowego panny Mapp, a auto pani Wyse ruszyło do przodu na High Street, samochód Luci mógł podjechać do drzwi i droga w dół Porpoise Street stanęła otworem umożliwiając im wyjazd do Riseholme. Póki byli w zasięgu wzroku Susan machała, a Algernon się kłaniał.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Trzykrotka - Pią 06 Cze, 2025 20:50

Dociągnęłam do momentu wyjazdu Luci i Jurusia z Tilling :kwiatek: Teraz znów przeskoczymy do Riseholme, bo wszak elżbietańska feta czeka. A potem znów Tilling :banan:
Małe ogłoszenie: wyjeżdżam na trochę dłuższy weekend, więc następny odcinek wrzucę w środę :kwiatek:

Tamara - Sob 07 Cze, 2025 18:49

Miłego odpoczynku wśród słodkich kwiatów zatem :kwiatek: :mrgreen: :kwiatki_wyciaga:
Oj biedna droga Elżbieta, obawiam się, że nie ma pojęcia co ją czeka, w starciu z mistrzynią podboju Londynu chyba nie ma większych szans :lol:
Widzę te limuzyny :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Trzykrotka - Śro 11 Cze, 2025 21:14

Już jestem! Pora wracać do naszych baranków, a nade wszystko - wyjaśnić sprawę spędzającą Jurusiow sen z oczu :wink:

Podczas jazdy Lucia kilka razy próbowała, lecz zawsze na próżno, poruszyć temat, przez który nie mogli oboje zasnąć ubiegłej nocy i powiedzieć Jurusiowi, że nie zamierza po raz drugi wychodzić za mąż, ale kiedy tylko wymawiała słówko o przyjaźni, czy nawet zastanawiała się, jak długo pani Plaistow jest wdową i czy major Benjy się kiedyś ożeni, Juruś dostrzegał krowę lub tęczę, czy coś innego za oknem i gwałtownie się tym czymś interesował. Nie mogła za nic domyślić się, co mu chodzi po głowie. Unikał takich tematów jak przyjaźń czy wdowieństwo, a ona zastanawiała się czy to dlatego, że nie czuł się jeszcze gotowy, ale już zamęczał się myślami. Gdyby tylko pozwolił jej rozwinąć te tematy, mogłaby oszczędzić mu męki bezpośredniej odmowy i złagodzić cios. Na razie jednak musiała odpuścić, postanawiając jednak, że gdy przyjdzie dziś do niej na kolację, ona nie da się uciszyć jakimiś jego błahostkami: nim Juruś złoży swoje namiętne oświadczyny, ona da mu jasno do zrozumienia, że nigdy go nie poślubi. . . Biedny Juruś!
Podrzuciła go do domu i umówili się, że jak tylko on powie Foljambe o wynajęciu domu w Tilling (to trzeba było zrobić natychmiast), odwiedzi ją w Domku przy Zagajniku.
- Mam nadzieję, że pomysł jej się spodoba – powiedział Juruś bardzo poważnie kiedy wysiadał – a ten pokój dla niej jest znakomity, prawda?
Foljambe otworzyła mu drzwi.
- Mam nadzieję, że wycieczka była przyjemna, sir? – powiedziała.
- Bardzo przyjemna, dziękuję Foljambe – odparł Juruś. – I przywożę świetne wiadomości. Pani Lucas wynajęła dom w Tilling na sierpień i wrzesień i ja także. Blisko jej domu. O rzut kamieniem.
- To będzie miła odmiana – powiedziała Foljambe.
- Myślę, ze ci się spodoba. Jest tam piękny pokój dla ciebie.
- Na pewno mi się spodoba – odrzekła Foljambe.
Juruś odczul natychmiastową ulgę i kiedy wesoło wędrował do Domku przy Zagajniku, na chwilę zapomniał zupełnie o ślubnym zagrożeniu.
- Podoba jej się pomysł – powiedział nim otwarł furtkę do ogrodu Perdity, w którym siedziała Lucia.
- Jurusiu, to najcudowniejsze nowiny – wykrzyknęła. – Och, Foljambe jest zadowolona, prawda. Tak się cieszę. Wspaniały pokój. Wiedziałam, że się ucieszy. Ale znalazłam list od Adeli Brixton; wiesz, lady Brixton, która zawsze płynie do Ameryki gdy jej mąż przybywa do Anglii i odwrotnie, tak że tylko mijają się na Atlantyku; chce wynająć Domek przy Zagajniku na trzy miesiące. Przyjechała to na niedzielę, pamiętasz i była zachwycona. Natychmiast zadzwoniłam i powiedziałam, że się zgadzam.
- Cóż, to dla ciebie szczęśliwy traf – rzekł Juruś. – Ale te trzy miesiące; co z sobą zrobisz w trzecim?
- Jurusiu, nie wiem i nie zamierzam się tym martwić – odpowiedziała. – Coś się wydarzy, jestem pewna. Mój drogi, to wspaniałe uczucie, że nadpływa znów ogromna fala życia. Jak ja zabiorę się do pracy nad starymi i nowymi sprawami. Tilling, epoka królowej Anny i zdobędę tłumaczenie Iliady Pope’a i Sypozjonu Platona aż znów odświeżę moją grekę. Zaczęłam się rozleniwiać i zaczęłam – chodźmy do jadalni – zawężać horyzonty. Ty chyba podobnie. Musimy się otworzyć, przyjąć nowe wrażenia, dostosować się do nowych warunków!
Ostatnie zdanie wytrąciło Jurusia z równowagi, choć mogło odnosić się tyko do Tilling, ale Lucia wydawała się nie zauważać jego chwiejnego kroku kiedy szedł za nią do wyłożonej boazerią jadali ze stołem refektarzowym, pod którym trudno było wygodnie ułożyć nogi z racji na listwę przypodłogową.
- Tamci ludzie w Tilling – powiedziała – jacy oni będą interesujący. Wydawali mi się bardzo żywotni, zwłaszcza kobiety, które zdaje się mają swoich majorów i padre całkowicie pod kontrolą. Prawda, że to pyszne, to oczekiwanie na nową porcję doświadczeń, która jest przed nami. Tu nic się nie dzieje. Nasza Daisy robi się okrąglejsza, a pani Antrobus głuchsza. Pogrążyliśmy się w rutynie, całe Riseholme zabrnęło w rutynę. Chcemy, oboje chcemy, wydostać się stąd i teraz mamy tę możliwość. Świeża trawa i pastwiska nowe, Jurusiu. . . Coś cię nurtuje, mój drogi? Byłeś taki zdenerwowany kiedy wracaliśmy do domu.
Jakieś przerażające odrodzenie – pomyślał biedny Juruś – przydarzyło się Luci. Jeszcze kilka dni temu przyjemnie było patrzeć jak wraca ona do swoich zwykłych zainteresowań, ale teraz odrzucenie Riseholme i pragnienie Iliady i Tilling i Sympozjonu pokazywało prawie niebezpieczny głód nowości. A może tylko, skoro na rok zamknęła emocje w butelce, teraz to było normalne, że kiedy korek wyskoczył, jej energia zaczęła dosłownie wrzeć? Jakby rozkładała pawi ogon, potrząsała nim, pobudzając się do dalszego ujawniania mentalnych i duchowych potrzeb. Aż otrząsnął się a myśl, o jakie nowe pomysły wypłyną za chwilę.
- Przepraszam, byłem zdenerwowany – powiedział – Oczywiście że tak, nie byłem pewien, jak Foljambe przyjmie pomysł Tilling.
Lucia zadzwoniła pomanderem i Juruś poczuł ulgę na myśl, że za chwilę przez drzwi wsunie się Grosvenor. .. Roześmiała się z i czule położyła dłoń na jego dłoni.
- Jurusiu drogi, straszna z ciebie – tu uciekła we włoski, bo weszła Grosvenor – una vecchia signorina (czyli „stara panna” – pomyślał Juruś). Szersze horyzonty, Jurusiu: tego ci trzeba. Postaw resztę na stole Grosvenor, sami się obsłużymy. Kawa w salonie muzycznym kiedy zadzwonię.
To już było strasznie: Lucia, z całą tą przemową o tym, że on jest starą panną i że musi przystosować się do nowych warunków, była naprawdę przerażająca. Niemal zaczął się zastanawiać, czy podczas przymusowego odosobnienia brała małpie hormony. Chciała mu się oświadczyć w połowie kolacji? Nigdy, przez wszystkie te lata przyjaźni z nią nie czuł się przy niej tak dziwnie obco. Jednak nadal to on był panem swojej woli (tak przynajmniej umiał nadzieję) i nie powinien tak się czuć.
- Nałożyć ci truskawkowego foola? – zapytał żałośnie.
Lucia chyba go nie słyszała.
- Jurusiu, musimy pogadać zanim zadzwonię po kawę – powiedziała. – Od jak dawna jesteśmy bliskimi przyjaciółmi? Dłużej niż którekolwiek z nas chciałoby pomyśleć.
- Ale to takie przyjemne – jęknął Juruś, wycierając zimne, wilgotne dłonie serwetką… Myślał, że tak chyba się tonie.
- Mój drogi, co znaczą lata, jeśli tylko pogłębiły i poszerzyły naszą przyjaźń? Szczęśliwe lata, Jurusiu i szczęśliwe ich plony. Ta piękna scena w Esmondi; katedra w Winchester! A teraz oboje tam wchodzimy. Ty jesteś raczej sam na świecie, ja też, ale ludzie tacy jak my, z silną, drogą więzią przyjaźni mogą spokojnie patrzeć w oczy starości, prawda? – bez żadnych obaw. Spokój przychodzi z wiekiem, a ta straszna rzecz, którą Freud nazywa seksem staje się nieważna. Musimy poczytać trochę Freuda, tak sądzę, nic jego ostatnio nie czytałam. To jest to, co chciałam ci powiedzieć przez cały ten czas gdy ty pokazywałeś mi krowy przez okno. Nasza przyjaźń jest idealna, taka, jaka jest.
Ulga, jaką Juruś odczuł widząc, że Foljambe podoba się pomysł Tilling była niczym, dosłownie niczym, wobec tej, którą odczuł teraz.
- Moja droga, jak cudownie, że to powiedziałaś – rzekł. – Ja także uważam, że nasza przyjaźń jest doskonała pod każdym względem. Naprawdę niemożliwe byłoby pomyśleć o--- znaczy – całkowicie się z tobą zgadzam. Tak jak powiedziałaś, starzejemy się, to znaczy, ja się starzeję. Po tysiąckroć masz rację.
Lucia dostrzegła słoneczny świt ulgi na twarzy Jurusia i choć szczerze miała nadzieję, że nie będzie on strasznie zraniony kiedy zasugeruje mu, że musi on porzucić wszelką nadzieję na bycie kimś więcej niż jest, to nie spodziewała się takiej promienności. Zupełnie jakby zamiast wydać wyrok, zdjęła z niego ciężar jakiegoś strasznego niepokoju. Na chwilę jej własne zadowolenie, że udało jej się zrobić to bez zadawania mu bólu zostało pochłonięte przez zaskoczenie, jak daleko od tego bólu był. Czy to możliwe, że wszystkie jego wysiłki by zainteresować ją krowami i tęczami wynikały z obawy, że ona, wywołując tematy przyjaźni i ślubu, chce doprowadzić go do czegoś odwrotnego niż to, co ewidentnie go uszczęśliwiło, a nie odwrotnie?
Uderzyła w pomander raczej ostro.
- Chodźmy więc i napijmy się kawy – powiedziała. – Cudownie, że jesteśmy zgodni. Cudownie! Jest jeszcze jeden temat, którego nie poruszaliśmy. Panna Mapp. Jakie jest twoje zdanie o pannie Mapp? Kiedy usłyszała, że jemy lunch z panią Wyse, miała takie spojrzenie w oczach, że mnie zadziwiła. Jakby chciała ją ugryźć lub podrapać. Co to miało znaczyć? To było tak, jakby pani Wyse – właśnie, prosiła, żeby nazywać ją Susan, ale bez praktyki chyba się na to nie zdobędę – jakby pani Wyse ukradła coś, co do niej należy. Coś takiego. Nie jestem własnością panny Mapp. Oczywiście widać jak na dłoni, że uważa się za lepszą od wszystkich innych w Tilling. Mówi o przyjaciołach że to anioły i baranki, a potem ich podszczypuje. Marcate mie parole, Georgino!8 Coś mi się wydaje, że ona chce mną rządzić. Uważam, że Tilling aż buzuje od intryg. Ale przekonamy się. Jak ja nie znoszę takich spraw! Trochę tego mamy teraz nawet w Riseholme. Jakby to miało znaczenie, kto stoi na czele. Wszyscy powinniśmy być obywatelami o równych prawach w szlachetnej republice, gdzie tylko sztuka i literatura i wszelkie wspaniałe sprawy tego świata nas obchodzą. A teraz trochę muzyki.

*Pamiętaj moje słowa!

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 12 Cze, 2025 14:44

Och jakie to piękne :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: i biedny Juruś całkowicie nietaktownie zachwycony perspektywą absolutnego braku ryzyka małżeńskiego :rotfl: i chyba droga Elżbieta niezupełnie będzie zadowolona z zachowania swojej nowej lokatorki :angeldevil:
Trzykrotko, balsam na moje skołatane nerwy :serce: :serce2: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga:

Trzykrotka - Czw 12 Cze, 2025 14:53

:kwiatek: :kwiatek: :kwiatek:
I w dodatku Lucia rozczarowana skrycie, że Juruś tak się ucieszył na wieść, że nie chce ona go łapać na męża :mrgreen: Bo co innego samej nie chcieć, a co innego wiedzieć, że ta druga strona przyjmuje to z ulgą :lol: Cudni są oboje.

Teraz wkroczymy już w świat przygotowań do festynu.

Tamara - Czw 12 Cze, 2025 16:22

No właśnie to miałam też na myśli, dlatego napisałam , że Juruś nietaktownie ucieszony :mrgreen: :rotfl:
Festyn , rożen i droga Daisy na koniu :excited: :excited: :excited: :serce: :serce: :serce:

Trzykrotka - Czw 12 Cze, 2025 20:34

Lucia wraca do żywych, a Daiey zaczyna panikować.


Jakkolwiek wyglądały sprawy w Tilling, Riseholme przez cały lipiec wrzało i dyszało z podniecenia. Było jak za dawnych czasów i jak wtedy wszystko kręciło się wokół Luci. Zrobiła ten krok, wróciła (choć teraz tylko na krótką chwilę przed objęciem Mallards) do swego rodzimego centrum. Stopniowo i w coraz szerszych aspektach szarość, fiolet i biel wkraczały w niezłomną czerń, w której spędziła rok wdowieństwa; jednego dnia założyła biały pasek, drugiego miała szare kliny na spódnicy, innego – fioletową wstążkę na ogrodowym kapeluszu. Nawet Juruś, choć miał świetne oko do damskich strojów, nie nadążał za tymi kumulującymi się przemianami: nie był pewien, czy wcześniej miała na sobie szary płaszcz, czy w ostatnią niedzielę w kościele nosiła białe rękawiczki. Następnie, zamiast pozwalać włosom opadać w luźnych, żałobnych pasmach zakładanych za uszy, wróciła do dawnej fryzury w eleganckie fale, a na jej bladych policzkach (poszarzałych z żalu) zakwitł lekki brązowawy róż, który sprawił, że wyglądała, jakby znowu grała w golfa, a jej usta zrobiły się czerwieńsze. Wszystko to było nadzwyczaj ekscytujące, seria subtelnych zmian, a na ich końcu, pod koniec lipca, pełna epifania w kościele bez śladu czerni, za to z rozkwitem witalności, przeszła niemal niezauważona.
Te zewnętrznie widoczne znaki były ledwie słabym odbiciem tego, co działo się w jej wnętrzu. Czas, wspaniały lekarz, odwiedził jej salę chorego, położył rękę na sennym czole i wyniki okazały się olśniewające. Lucia stała się tak dobra jak nowa, lub raczej jak dawna. Pani Antrobus i jej wysokie córki, Świnka i Gąsia, Juruś i Daisy i jej mąż, smakosz Robert, pułkownik Boucher i jego żona i cala reszta zostali znów zaproszeni do Domku przy Zagajniku, a Lucia to grała im wolne części Sonaty księżycowej, to uczyła ich zasad brydża kontraktowego, jakie sama opanowała w ciągu kilku dni. Rysowała, grała na organach w kościele pod nieobecność organisty, który złapał odrę, śpiewała solo 'O for the wings of a Dove' kiedy organista wyzdrowiał, ale główny chórzysta zachorował na ospę, brała lekcje introligatorstwa w 'Ye Signe of ye Daffodille', siedziała w ogrodzie Perdity czytając już nie Szekspira, ale Iliadę Pope’a i mruczała na pół zapomniane fragmenty greckich czasowników nieregularnych kiedy kładła się spać. Planowała odwiedzić Ateny wiosną („Koronowane fiołkami” czyż to nie piękne określenie, Jurusiu?”) i – ukłon w stronę królowej Anny - częstowała gości gęstą, aromatyczną czekoladą. Ogary wiosny podążały śladami jej zimowego wdowieństwa i rozrywały każdy jego fragment i naprawdę wydawało się, że wiosna całkowicie do niej wróciła, jak różne i wielobarwne kwiaty się w niej rozwijały. Jeszcze nigdy Riseholme nie widziało Luci w lepszej formie artystycznej i intelektualnej i od dawna nie wyglądała ona tak radośnie. Świat, a przynajmniej Riseholme, co w Riseholme oznaczało mniej więcej to samo, stał się znów jej parafią.
Juruś, pracujący jak wyrobnik, a to grając duety, a to omawiając z Foljambe kwestię zastawy stołowej i obrusów (bo zdaje się, że Isabel Poppit, goniąc za prostotą życia, sypiała między kocami w ogrodzie za domem i jadała surowe warzywa wprost z drewnianej miski, jak pies) a to zapoznając się z konwencjami Venderbilt, a to maszerując w królewskich procesjach przez błonia, a to pakując bibeloty i wysyłając je do banku, a to szkicując, żeby być w dobrej formie kiedy zacznie malować w Tilling z myślą o przyszłej wystawie w Towarzystwie Artystycznym zastanawiał się, co jest źródłem tej lucinej aktywności – czy nabierała formy, czy też trenowała – by tak rzec – przed rozpoczęciem kampanii w Tilling. Jakoś to ostatnie wydało mu się prawdopodobne, bo zapewne nie uważałaby za sensowne wydatkować tyle energii na sprawy Riseholme, skoro planowała zniknąć z niego na trzy miesiące. A może zamierzała pokazać Riseholme jak okropnie płaskie wszystko się stanie, gdy ona ich opuści? Całkiem możliwe, że chodziło o obie te sprawy; to bardzo w jej stylu, upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. A właściwie mogły być to nawet trzy pieczenie, bo jakkolwiek różnorodne były sprawy, którymi się teraz zajmowała, była jedna, coraz ogromniejsza, a mianowicie elżbietański festyn, którego wydawała się być tak dziwnie nieświadoma. Jej zapał, jej talent do zarażania przyjaciół własnym zapałem, zawsze omijały tę sprawę: wydawało się, że w ogóle nie wie, że organizowany jest jakiś festyn, choć obecnie nie było dnia bez jakiejś procesji po błoniach czy tancerzy morris zaplątanych z chórzystami ćwiczącymi madrygały, czy tłumu żołnierzy i dworzan zebranych przed wejściem do Ambermere Arms, podczas gdy Daisy wygłaszała do nich mowy z krzesła postawionego na stole, zatrzymując się co rusz, bo zapominała tekstu, tylko po to, by mogli na koniec wyrzucić w górę kapelusze i zawołać „Boże chroń Jej Królewską Wysokość,” „Na pohybel Hiszpanii” i inne stosowne hasła. Daisy, czasami nawet w pełnym stroju, z kryzą i perłami, stawała przy furtce Domku przy Zagajniku czekając, by dołączył do niej orszak, a Lucia siedząc w ogrodzie Perdity rozmawiała z nią o Tilling lub o koniecznej ostrożności przy podpisywaniu umowy, ewidentnie nieświadoma, że Daisy stoi przed nią w sukni z epoki. Kiedyś Lucia wyszła z Ambermere Arms gdy Daisy właśnie wspinała się na wierzchowca od wózka z mlekiem przed próbą w pełnym kostiumie i zdawało się, ze w ogóle nie widzi wierzchowca. Powiedziała po prostu: „Pamiętaj, że jecie dziś z Robertem kolację u mnie. Wpół do ósmej, żebyśmy mieli czas na wieczornego brydża” i poszła dalej… Albo gdy mijała staw, z wybudowanym już szkieletem Złotej Łani, na którym klęczał Juruś czekając na czekającego go wyróżnienie wśród słabych okrzyków Świnki i Gąsi, pomachała tylko do Jurusia dłonią i powiedziała: „Musica po lunchu, Jurusiu?” Nie robiła żadnych uszczypliwych uwag, nie miała świadomości, że wszyscy zajmują się czymś niezwyczajnym.
Pod wpływem tej ostentacyjnej nieświadomości, w plany, którym Riseholme powinno poświęcać swe najbardziej entuzjastyczne energie, wkradły się bakterie jakiejś zarazy. Dworzanie spóźniali się na próby i nawet nie fatygowali się wyjmowaniem papierosów z ust gdy pochylali się by ucałować dłoń królowej, Świnka i Gąsia podskakiwały w Morrisie gdy powinny były podtrzymywać tren królowej, a Juruś wyjął poduszkę do ochrony ramienia gdy nadeszła chwila pasowania. Chłopcy z chóru monotonnie ciągnęli madrygały ssąc miętówki . Nie było w tym życia, nie było zapału, bo Lucia, która zwykle inspirowała wszelkie działania Riseholme, była nieświadoma, że cokolwiek w ogóle się dzieje.
Pewnego ranka, gdy do końca lipca zostały tylko dwa tygodnie, Drake zajęty był uderzaniem w kule na swym trawniku do krykieta i próbując rozchodzić białe satynowe buty, które piły go okrutnie. Z sąsiedniego ogrodu dobiegały znajome frazy przemowy królowej do żołnierzy.
- I choć jestem tylko słabą kobietą – deklamowała Daisy, która zaparła się, że powie całą mowę bez zaglądania do ściągi – Choć jestem tylko słabą kobietą… słabą kobietą… - powtórzyła.
- To jednak mam serce księcia – krzyknął Drake podpowiadając jej po przyjacielsku.
- Dzięki Jurusiu. A może powinno tam być „księżniczki”, co powiesz?
- Nie, księcia – odrzekł Juruś.
- … księcia! – krzyknęła Daisy. – Choć jestem tylko słabą kobietą, jednak mam serce księcia… zaraz… księcia.
Nastała cisza.
- Jurusiu – powiedziała Daisy zwyczajnym głosem. – Daj na chwilę spokój krykietowi i podejdź do płota. Chcę pogadać.
- Usiłuję rozchodzić te buty – powiedział Juruś – Okropnie uwierają. Wezmę je do Tilling i tam w nich pochodzę. Och, nie mówiłem ci, lady Brixton przyjechała wczoraj wieczorem…
- Wiem – odrzekła Daisy.
- … i sądzi, że jej brat wynajmie mój dom na kilka miesięcy, pod warunkiem, że bez służby. Przyjedzie tu na festyn jeśli się namyśli, więc tak sobie myślałem, czy mogłabyś mnie przenocować. Jak katar Roberta?
- Gorzej – powiedziała. – Ze mną też coraz gorzej. Nie jestem w stanie zapamiętać połowy tego, co powinnam umieć już tydzień temu. Jest jakiś system?
- Na pewno całe mnóstwo – odparł Juruś – ale jest dość późno. Nie poprawią twojej pamięci w minutę. Naprawdę uważam, że lepiej przeczytałabyś wojsku tę przemowę, tak jak się to robi na otwarciu parlamentu.
- Nie – powiedziała Daisy ściągając kryzę. – Nauczę się tego nawet gdyby miało mnie to kosztować ostatni oddech krwi z ciała – znaczy – kroplę.
- Ale będzie klapa jeśli zapomnisz wszystko – rzekł Juruś – Nie możemy wiwatować bez żadnych słów. Co za szkoda, zwłaszcza, że twój głos brzmi teraz perfekcyjnie. Słyszałem cię kiedy jadłem śniadanie.
- A to nie wszystko – powiedziała Daisy. – W tym nie ma życia. Nie wygląda, jakby naprawdę się działo.
- Nie, to prawda – rzekł Juruś. – Tylko te moje tragiczne buty są aż za bardzo prawdziwe!
- Zaczynam myśleć, że powinniśmy mieć producenta – powiedziała Daisy. – Ale było o wiele szykowniej zrobić wszystko własnymi siłami, jak – jak Oberammergau. Czy Lucia choć zająknęła się kiedyś o święcie? To byłoby wręcz podłe z jej strony, nie zainteresować się nim.
- No cóż, musisz pamiętać, że zaprosiłaś ją jedynie do bycia moją żoną – powiedział Juruś. – Oczywiście, że to się jej nie spodobało.
- Powinna nam pomóc zamiast przechodzić obok jakbyśmy byli niewidzialni – krzyknęła Daisy.
- Moja droga, zaproponowała ci pomoc. Na pewno powtórzyłem ci wieki temu, że czuję, że pomoże jeśli ją o to poprosisz.
- Mam ochotę rzucić tym wszystkim – powiedziała Daisy.
- Ale nie możesz. Sprzedano już masę biletów. I kto zapłaci za Złotą Łanię i pieczone jagnię i wszystkie te kostiumy?- spytał Juruś. Już nie mówiąc, ileśmy się namęczyli. Czemu jej nie poprosić jeśli chce pomóc?
- Jurusiu, poprosiłbyś ją? – spytała Daisy.
- Oczywiście że nie – odparł Juruś bardzo stanowczo. – Ty kierowałaś tym od początku. To twoje przedstawienie. Na twoim miejscu prosiłbym ją już zaraz. Będzie u mnie za kilka minut, bo mamy grać. Wpadnij.

Melodyjny okrzyk „Georgino mio!” rozległ się z otwartych okien salonu Jurusia, a on pokuśtykał ścieżką ogrodową. Od chwili osiągnięcia tego pięknego porozumienia gdy oboje, jak od kielicha z cykutą, odsunęli się od myśli i ślubie, rozmawiali zaskakująco dużo po włosku lub dziecinnemu z czystej lekkości serca.
- Me tummin – zawołał. – O, dobra dziewczynka z tej Luci. Oo molto punctuale.
(nie był pewien ostatniego słowa, Lucia też nie, ale grunt, że zrozumiała)
- Georgino! Che curiose scarpe! * powiedziała Lucia wychylając się z okna.
- Nie bądź taka cattiva. Już one są wystarczająco cattive – powiedział Juruś. – Ale buty Drake’a były dokładnie takie.
Wzmianka o Drake’u natychmiast skłoniła Lucię do zmiany tematu. Nie rozumiała żadnej aluzji do Drake’a.
- No to czas na dobre ćwiczenie – powiedziała gdy Juruś przykuśtykał do salonu. – Foljambe uśmiechnęła się do mnie promiennie. Jak szczęśliwie wszystko się układa! Mam nadzieję, że zapowiedziałeś, że nie ma cię dla nikogo. Zaczynajmy od razu. Podołasz pedałowi sostenuto w tych dziwnych butach?
Weszła Foljambe.
- Pani Quantock, sir – powiedziała.
- Daisy kochana – powiedziała Lucia wylewnie. – Przyszłaś posłuchać naszej malutkiej próby? Musimy grać najlepiej jak umiemy, Georgino.
Daisy nadal miała na sobie królewski kostium, tylko bez kryzy. Lucia jak zwykle wydawała się tego nieświadoma.
- Luciu, zanim zaczniecie... – rzekła Daisy.
- Lepiej tak, niż przerywać – odparła Lucia. – Dziękuję, kochana. Tak?
- Ten festyn. Och, na miłość boską, nie zaczynaj znów udawać, że nic o nim nie wiesz. Zawiadamiam cię, że ma się takowy odbyć. I jesteśmy w lesie. Możesz nam pomóc?

*Co za dziwne buty

c.d.n
Trzykrotka

Tamara - Pią 13 Cze, 2025 12:51

Nieeee, Daisy przyszła do Canossy :mrgreen: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Boże jakie to wszystko jest cudowne :serce: :serce: :serce:
Trzykrotka - Pią 13 Cze, 2025 22:05

Światło kompromitacji zaświeciło jej w oczy...
Opis próby to arcydzieło :serce:

Lucia poderwała się z krzesła muzycznego. Czekała na tę chwilę, może nie niecierpliwie, ale z niezłomną pewnością, że nadejdzie, bo nadejść musiała, bez żadnego knucia i podchodów z jej strony. Z ogrodu Perdity oglądała rozlazły orszak palący papierosy, ospałych halabardników nie idących w krok, dworzan ziewających w twarz Jej Wysokości, brak dyscypliny i rozluźnienie wynikające z braku inspirującego umysłu. Scena na Złotej Łani i przemowa Elżbiety do żołnierzy były jej szczególnie bliskie, bo choć nie miała ich tak blisko, by obserwować ukradkiem spod ronda kapelusza ogrodowego, to jako, że jej mąż był wielbicielem astronomii, miała i mały i wielki teleskop, które całkiem dobrze te sceny przybliżały. Co więcej, tę mowę której Daisy nie mogła za skarby świata opanować, znała na pamięć. Bułka z masłem, ten sam rodzaj taniej pompatyczności jakiej hołdowała Elżbieta: znalazła ją w małej historii Anglii i zapamiętała, na wszelki wypadek..
- Ależ chętnie wam pomogę, droga Daisy – odparła. – Zdaje się, że pamiętam, że coś mi mówiłaś. Ty jako królowa Elżbieta, prawda? Pieczone jagnię na Złotej Łani, mowa do wojska, tańce Morris, szczucie niedźwiedzia, nie, bez szczucia niedźwiedzia. Pewnie wszystko pięknie idzie?
- Nie, nie idzie – powiedziała Daisy żałosnym głosem. – Pomóż nam, dobrze? Wszystko rozłazi się w szwach.
Lucia była wielka.. Nie trzeba było jej błagać: żadnego wahania, nic, tylko pogodna, pomocna serdeczność w odpowiedzi na S.O.S.
- Jak wy wszyscy mną dyrygujecie! – powiedziała – ale spróbuję pomóc jeśli zdołam. Jurusiu, musimy odłożyć nasze próby i uporać się z tym wszystkim jeśli festyn ma stać się chlubą Riseholme. Na razie Addio, caro Mozartino. Zaczynaj, droga Daisy, opowiedz o wszystkich kłopotach.
Przez następny tydzień Mozartino i Sympozjon i brydż kontraktowy przestały istnieć, a od rana do wieczora trwały próby. Lucia zademonstrowała Daisy jak ma wyglądać jej pierwsze pojawienie się i kiedy trębacze zadęli w fanfary wyszła z drzwi Domku przy Zagajniku i bez pośpiechu, majestatycznie przemaszerowała przez szalony chodnik. Nie szarpała się z furtką jak to zawsze robiła Daisy, ale szybkim władczym skinieniem głowy w stronę Roberta Quantocka, który zatrzymał się w połowie kichnięcia skłoniła go by podbiegł, otworzył ją i przyklęknął gdy przechodziła. Wykonała cudowny ukłon przed wasalami i skinieniem ręki dała im znać by ustawili się przez nią. A wszystko to w codziennym stroju, bez kryzy i pereł do pomocy.
- Coś w tym stylu, jak ci się zdaje Daisy, na początek pochodu? – powiedziała. – Powtórzysz to w ten sposób i zobaczymy, jak wychodzi? Trochę żywiej, panowie halabardnicy. Pani Quantock wchodzi do domu, a wy, proszę, uformujcie teraz szereg przede mną…. O, tak ma to więcej werwy, prawda? Doskonale. Zupełnie jak prawdziwi gwardziści. Świnko i Gąsiu kochane, pamiętajcie, że jesteście hrabinami z dworu Elżbiety. Dostojnie, proszę i pamiętajcie, że hrabiny nie chichoczą. Dwa niskie dygi i kiedy jeszcze jesteście w dołu chwytacie tren królowej. Znakomicie otworzyłeś furtkę, Robercie. Naprawdę bardzo ładnie. Teraz możemy zacząć od nowa. Królowa, proszę – zawołała do Daisy.
Daisy wyszła z domu z całym dostojeństwem Majestatu i pamiętając by się nie spieszyć szła tak wolno, jakby szła za karawanem („trochę szybciej, kochanie” zawołała Lucia krzepiąco. „Wszyscy czekamy.”) Potem potknęła się na luźnej płytce chodnikowej. Potem kichnęła, bo chyba złapała katar od Roberta. Potem zapomniała ukłonić się wasalom póki nie sformowali orszaku przed nią i dygnęła za ich plecami.
- Hej ho, nonny nonny – zaśpiewała Lucia dając znak chórowi. – I ruszamy! Prawa-lewa – Oj, przepraszam, głupio mówię – lewa- prawa. Chór, crescendo. Żwawo, proszę. Jesteśmy przecież w wesołej Anglii! Doskonale!
Lucia szła obok orszaku wzdłuż błoń nadając rytm parasolką, pełna zapału i zachęty. Czasami wybiegała do przodu i patrzyła, jak nadchodzą, czasami stała i patrzyła, jak ją mijają.
- Rozejdźcie się trochę, halabardnicy – zawołała – żebyśmy od przodu mogli zobaczyć królową. Hej nonny! Chłopcy z chóru, trzymajcie to wysokie G! Królowo droga, nie staraj się równać kroku z halabardnikami. Bardziej królewski krok, jeśli można. Tren trochę wyżej, Świnko i Gąsiu! Hej nonny, nonny, HEJ!
- Marynarze, do tańca proszę – wrzasnęła – Kucharze, nie przestawajcie polewać póki procesja się nie zatrzyma, a potem na ostatnim „nonny hej” wchodzi chór marynarzy. Kucharze też muszą dołączyć, bo inaczej będzie za cicho. Rozsuńcie się, halabardnicy, zostawcie dużo miejsca, żeby królowa mogła wejść pomiędzy was. Elżbieta powoli! „Kiedy sztormy wyją, fale biją o brzeg.” Głośniej! Jurusiu, gotowy? Nie, nie schodź ze Złotej Łani przyjmujesz królową na pokładzie. Elżbieto, trochę szybciej, chór skończy nim tu dotrzesz.
Lucia klasnęła w dłonie.
- Jedną chwilę poproszę – powiedziała. – Cudowna scena. Ale jedna sugestia. Mogę być przez minutkę królową i pokazać się efekt, jaki chciałabym osiągnąć, droga Daisy? Orszak, cofnijmy się proszę o dwadzieścia jardów. Halabardnicy nadal przed królową. Chór żeglarzy od nowa. Ruszamy! Teraz halabardnicy rozsuńcie się. Jeden rząd półobrót w prawo, drugi w lewo. Teraz dwa kroki i stop, utwórzcie aleję.
To było wymierzone perfekcyjnie. Lucia poszła przez aleję halabardników i na ostatnie „Jo-ho” wykrzyczane przez kucharzy, dworzan i marynarzy weszła z nieopisanym majestatem na pokład Złotej Łani. Przez moment stała zupełnie nieruchomo i szepnęła do Jurusia:
- Uklęknij i ucałuj moją dłoń, Jurusiu. A teraz wszyscy razem: „Boże chroń królową!” i „Hurra!” Kapelusze w górę. Głośniej, głośniej! A teraz wyciszamy. O tak.
Lucia machała własnym kapeluszem, sama głośno wiwatowała a potem znów zaklaskała prosząc o uwagę, gdy skontrolowała pokład Złotej Łani.
- Nie widzę żony Drake’a – powiedziała. – Żonę Drake’a proszę.
Żona Drake’a się nie stawiła. Była również żoną właściciela sklepu spożywczego, a że miała tylko wystąpić na moment, zrobić dyg i zniknąć, na próby raczej nie chadzała.
- Nic nie szkodzi – powiedziała Lucia. – Ja będę żoną Drake’ a, tylko na potrzeby próby. Teraz zróbmy to jeszcze raz. To jeden z najważniejszych momentów, to wejście królowej na pokład Złotej Łani. Musi mieć przestrzeń, romantyczność, majestat. Czy mogę prosić orszak żeby zawrócił i zrobił to jeszcze raz?
Tym razem biedna Daisy była za wcześnie. Dotarła do Złotej Łani na długo przed tym, nim kucharze i tłum byli na nią gotowi. Ale wśród zebranych rozległ się pochwalny pomruk kiedy pani Drake (a wkrótce już lady Drake) wybiegła naprzód i rzuciła się do stóp królowej w ekstazie lojalności i ucałowawszy jej dłoń cofnęła się sprzed jej pblicza z pochyloną głową, jakby w adoracji.
- Teraz podejdź do królowej od lewej, Jurusiu – powiedziała Lucia – i ujmij ją za lewą dłoń, trzymając ją wysoko i zaprowadź ją na bankiet. Daisy, kochanie, musisz pamiętać o trenie. Świnka i Gąsia opuściły go kiedy weszłaś na pokład, odtąd musisz sama nim operować. Jeśli nie będziesz uważała, nadepniesz na niego i wpadniesz do Tamizy. Musisz tak się poruszać, żeby biegł za tobą gdy się obracasz.
- Mogę go kopnąć za siebie? – spytała Daisy.
- Nie, masz to zrobić bez kopania. Poćwicz to.
Teraz już całe towarzystwo, marynarze, żołnierze, dworzanie i reszta byli entuzjastyczni jak pieski, które pańcia ma wyprowadzić na spacer, a Lucia z ociąganiem zgodziła się przyjść i obejrzeć scenę przeglądu w Tilbury. Być może, powiedziała nieśmiało, jakiś nowy pomysł przyjdzie jej do głowy, świeżym okiem czasami coś się dojrzy i jeśli naprawdę sobie tego życzą, ona jest do ich dyspozycji. Spotkali się więc wszyscy przed Ambermere Arms i świeże oko natychmiast dostrzegło, że przy obecnym ustawieniu żołnierzy i tłumu żaden widz nie obejrzy nawet kawałka królowej. Poprawiono to, a tłum został przećwiczony by szybko zajmować wyznaczone stanowiska z należytą gorliwością i Lucia usiadła w pierwszym rzędzie na widowni by wysłuchać wielkiej mowy. Kiedy skończyli, pogratulowała królowej gorąco.
- Och, tak się cieszę, że ci się podobało – powiedziała królowa. Czy było coś, co cię uderzyło?
Lucia siedziała przez chwilę w pełnym namysłu milczeniu.
- Tylko jedna czy dwie drobne rzeczy, kochanie – powiedziała z namysłem. – Słabo cię słyszałam. Czasami się zastanawiałam, nad czym tłum tak wiwatuje. I może bezpieczniej byłoby przeczytać mowę? Sporo podpowiedzi dało się wyraźnie słyszeć. Oczywiście czytanie ma swoje wady. Mowa nie wydaje się tak inspirująca i spontaniczna gdy co chwilę zerkasz do kartki. Ale śmiem twierdzić, że do premiery zapamiętasz tekst. Tak naprawdę jedyna moja krytyczna uwaga dotyczy twoich gestów, twoich ruchów. Nie dość.. dość majestatyczne, za mało inspirujące. Czasami wygląda to, jakbyś opędzała się od much. Większy oddech!
Lucia westchnęła i wydawało się, że zatonęła w medytacji.
- Ale jaki to ma być oddech? – spytała Daisy.
- Tak trudno to wyjaśnić – powiedziała Lucia. – Musisz włożyć w to więcej różnorodności, więcej siły, w gesty i w słowa. Czasami musisz być ostra, zażarta nieprzyjaciółka Hiszpanii, musisz też być czuła, jak matka dla swoich ludzi. Musisz być Tudorką. Córą tego olśniewającego łotra, króla Hala. Szorstka i królewska. Może pokażę ci po prostu, o co mi chodzi? Łatwiej to pokazać niż wyjaśnić.
Daisy z lekka oklapła. Pełna była niejasnych obaw. Ale skoro prosiła o pomoc, nie mogła teraz odmówić tak szlachetnej propozycji, bo rzeczywiście Lucia poświęciła im cały poranek.
- To bardzo miło z twojej strony – powiedziała.
- To pożycz mi swoją kopię tekstu – rzekła Lucia – i jeśli mogę, to także kryzę, żebym poczuła się lepiej. Teraz tylko przeczytam sobie tę mowę. Tak… tak… crescendo, a tutaj wybuch i… znowu pauza, powiew czułości… Cóż, skoro nalegasz, to spróbuję pokazać, o co mi chodzi. Choć strasznie się boję.
Lucia podeszła do swojej armii i tłumu i przemówiła najbardziej pochlebnym tonem:
- Proszę, miejcie dla mnie cierpliwość, panie i panowie – powiedziała – gdy jeszcze raz wygłoszę tę mowę. Prawda, że wspaniałe słowa? Wiem, że nie oddam im sprawiedliwości. Zobaczmy: wierzchowiec z królową wyjeżdża z ogrodu Ambermere Arms, prawda? Proszę więc, niech cały tłum szybko przejdzie do ogrodu i wyjdzie stamtąd, skacząc, wiwatując, wydając okrzyki i tego typu rzeczy przede mną. Kiedy dojdę tam, gdzie jest stół, to znaczy, gdzie stanie wierzchowiec, gdy będę wygłaszać mowę, część z was musi się cofnąć, a reszta usiąść na trawie, żeby widzowie też coś zobaczyli. A teraz proszę.
Lucia wyszła z ogrodu wraz z tłumem, pokazując im jak wiwatować i wskoczyła zwinnie (dzięki kalistenice) na stół z postawionym na nim krzesłem, na którym zasiadła jak w siodle. Potem z mocnym gestem dłoni zaczęła mówić. Kopia przemówienia, którą trzymała wyfrunęła z jej dłoni, ale nie miało to znaczenia, bo pamiętała ją słowo w słowo i bez pauzy, z wyjątkiem tej na wiwaty tłumu, gdy na niego wskazywała, wydeklamowała wszystko, a jej głos to wznosił się, to opadał, raz pełen ognia, raz łagodny i matczyny. Potem zeszła ze stołu i przeszła wzdłuż linii żołnierzy, skinęła na tłum, który w poprzedniej scenie stanowili kucharze, żeglarze i kto tylko mógł – by zamknąć krąg za jej plecami z okrzykami, wiwatami i podskokami i wejść znów do ogrodu.
- Coś takiego, droga Daisy, jak sądzisz? – powiedziała do królowej zwracając jej kryzę. – Na szybko i niezgrabnie, ale może to sposób, żeby tchnąć w to więcej życia. O, to twoja kopia przemówienia. Jak się okazuje, całkiem mi znana, nauczyłam się jej jeszcze w szkole. Teraz naprawdę muszę iść. Mam nadzieję, że choć trochę się przydałam.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Sob 14 Cze, 2025 19:21

Jeżuuuuuu, jak Daisy da radę to przetrzymać, z tymi szpilami ukrytymi w jedwabiu, to się chyba upiję (herbatka oczywiście) :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: tu wszystko jest absolutnie doskonałe :serce: :serduszkate: a biedna droga Elżbieta wyobraża sobie że będzie dyrygować kimś, kto jest urodzoną królową Elżbietą :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Sob 14 Cze, 2025 21:32

Biedna Daisy musi abdykować, już chyba sama to pojęła.


Następnego ranka Lucia była zbyt zajęta by przewodzić próbie: pewna była, że Daisy da sobie z tym pięknie radę, a ona była faktycznie bardzo zajęta obserwowaniem przez teleskop z salonu muzycznego ślamazarnego i bladego występu. Halabardnicy maszerowali z rękami w kieszeniach, Świnka i Gąsia usiadły na trawie, a Daisy jeszcze nigdy tak słabo nie pamiętała tekstu przemówienia. Świadomość zbiorowa Riseholme zaczynała rozumieć, że bez Luci nic z tego nie będzie i konspirujące grupki naradzały się ukradkiem, rozpraszając się lub zniżając głosy, gdy zbliżała się królowa Elżbieta i zbierając na nowo, kiedy ich minęła. Chór, który śpiewał tak przekonująco „hej nonny, nonny” teraz w nosie miał wysokie G i je opuszczał; młodzi Elżbietanie, którzy pod jej stymulującym okiem brykali jak upojone jagnięta, teraz siedli i żuli stokrotki, kucharze nawet nie próbowali polewać wałka, a mowa królowej do jej wojska została przyjęta z pełnym szacunku spokojem.
Juruś w butach Drake’a, które udało mu się trochę rozchodzić, jadł lunch z pułkownikiem i panią Boucher. Pani Boucher była praktycznie jedyną Riseholmianką, która nie brała udziału w festynie, bo jej przemieszczanie się zależało całkowicie od wózka inwalidzkiego. Ale uczestniczyła w każdej próbie i poglądy miała równie mocne jak głos.
- Czy wam się to podoba czy nie – powiedziała stanowczo – jedyną osobą, która może to udźwignąć jest Lucia.
- Jednak nikt nie udźwignie biednej Daisy – rzekł Juruś. – Beznadziejna sprawa.
- O tym właśnie mówię – odrzekła. – Jeśli Lucia nie będzie królową, to powiem: dajcie sobie spokój. Daisy porwała się z motyką na słońce. Mój kot kuchenny – i nie obchodzi mnie, kto to usłyszy – byłby lepszą królową.
- Ale Lucia w przyszłym tygodniu wyjeżdża do Tilling – powiedział Juruś. Nawet jej tu nie będzie.
- No to proście i błagajcie by nie opuszczała Riseholme – powiedziała pani Boucher. – Przecież wszyscy przez cały ranek o tym mamrotali, wojsko, marynarka, wszyscy. To było jak rewolucja. Była tam pani Atrobus; powiedziała do mnie: „Ojej, ojej, to się nigdy nie uda!”a biedna Daisy stała tuż obok; wszyscy zaczerwienili się po uszy. Okropnie niezręczna sytuacja. I od pana wiele zależy, Jurusiu, musi pan uklęknąć przez Lucią i powiedzieć „Ratuj Riseholme!” Ot co!'
- Ale powiedziała, że nie chce mieć z tym nic wspólnego po tym, jak Daisy poprosiła ją by była moją żoną – odparł Juruś Drake.
- Naturalnie, że się oburzyła. To była obraza. Ale pan i Daisy musicie ją przekonać. Może mogłaby pojechać do Tilling, zadomowić się i wrócić na festyn, bo żadnych prób jej nie trzeba. Każdą rolę mogłaby zagrać sama, gdyby potrafiła być tłumem.
- Wspaniała kobieta! – powiedział pułkownik Boucher. – Każde słowo przemówienia królowej z pamięci, śpiewanie z chórem, polewanie z kucharzami, tańczenie z marynarzami. To się właśnie nazywa instynktem, co? Myślałby kto, że trenowała to przez cały czas. Popieram słowa mojej żony, Jurusiu. Jedyna przeszkoda to Daisy. Zgodzi się ustąpić?
Twarz Jurusia pojaśniała.
- Kilka dni temu mówiła, że ma ochotę to rzucić – powiedział.
- No i proszę – powiedziała pani Boucher. – Przypomnij jej, co powiedziała. Zabierz ją do Luci zanim zmarnujecie czas na kolejną próbę bez niej i błagajcie ją. Błagajcie! Nawet się nie zastanawiam, czy powie tak. I tak naprawdę, gdyby ktoś pytał, to uważam, że trzymała się z daleka tak długo, aż wszyscy zobaczyli, że bez niej nie da rady. Potem przychodzi na próbę i wszyscy zobaczyliśmy, jakby to wyglądało, gdyby ona przyłożyła do tego rękę. Naprawdę, sama wiwatowałam kiedy powiedziała, że ma serce księcia. Potem znów się wycofuje, tak jak to zrobiła dziś rano, a my bardziej niż kiedykolwiek widzimy, że bez niej ani rusz. Mówię wam, czeka na tę prośbę. To byłoby całkiem w jej stylu, wiecie.
To było jak iluminacja; rzeczywiście wyglądało niesamowicie w stylu Luci w jej najlepszym wydaniu.
- Ma pani rację. Jest sprytniejsza od nas wszystkich razem wziętych – powiedział Juruś. – Idę od razu do Daisy i ją wybadam. Dzięki Bogu moje buty są już wygodniejsze.
Juruś zastał ponurą królową, królową Saby, bez krzty ducha, a tylko spokojem rozpaczy.
- Dziś poszło gorzej niż kiedykolwiek – stwierdziła – A śmiem twierdzić, że jeszcze nie sięgnęliśmy dna. Jurusiu, co tu począć?
Najmniej przykre było danie Daisy szansy na dobrowolną abdykację.
- Naprawdę nie wiem – powiedział. – Ale coś trzeba zrobić. Chciałbym mieć jakiś pomysł.
Daisy była rozdarta pomiędzy ukłuciami dotkliwej zazdrości, a świadomością własnej całkowitej niemocy. Wypiła pół kieliszka porto, co według jej reżimu żywieniowego było śmiertelną trucizną.
- Jurusiu! Czy myślisz, że istnieje choć promyk nadziei, że da się namówić Lucię by była królową i pokierowała całą imprezą? – spytała drżącym głosem.
- Możemy spróbować – rzekł Juruś. – Boucherowie są za tym, cała reszta też, jak sądzę.
- To chodźmy do niej szybko, zanim tego pożałuję – powiedziała Daisy.
Lucia widziała, że nadchodzą i szybko usiadła do fortepianu. Nie miała czasu otworzyć nut, więc zaczęła grać pierwsze takty Sonaty Księżycowej.
- Och, jak miło – powiedziała. – Jurusiu, będę ćwiczyć przez całe popołudnie. Biedne palce tak zesztywniały! Mieliście piękną próbę dziś rano? Mowa poszła dobrze, Daisy? Na pewno tak.
- Nie mogłam sobie przypomnieć ani słowa – powiedziała Daisy. – Luciu, chcemy oddać sprawę w twoje ręce, królową i wszystko. Czy ty…
- Prosimy, Luciu – rzekł Juruś.
Lucia patrzyła to na jedno to na drugie w zadziwieniu.
- Ale moi kochani, jak to? – zapytała. – Już nie mówię, że mnie to nie będzie, będę w Tilling. Poza tym te wszystkie trudy, które przeszłaś, Daisy. Nie mogę. Niemożliwe. Okrutne.
- Bez ciebie tego nie zrobimy – powiedziała stanowczo Daisy. – Więc raczej to jest niemożliwe. Proszę, Luciu.
Lucia wydawała się całkowicie zdezorientowana tymi tchnącymi szczerością prośbami.
- Czy nie mogłabyś po prostu wrócić na festyn? – spytał Juruś. – Do końca miesiąca próby dzień w dzień, przez całe dni. Potem wyjazd do Tilling, a potem ty i ja wrócimy na tydzień festynu.
Lucia wydawała się toczyć straszliwą walkę z sobą.
- Kochany Jurusiu, kochana Daisy, żądacie ode mnie wielkiej ofiary – powiedziała. – Zaplanowałam moje dni bardzo starannie. Moja muzyka, mój Dante, moje lekcje! Będę musiała z tego wszystkiego zrezygnować, wiecie, żeby nadać festynowi jaki taki kształt. Na nic innego czasu nie będzie.
Pełna żałości fuga na dwa głosy „prosimy Luciu. To jedyna nadzieja. Nic nie zdziałamy jeśli to ty nie będziesz królową” nagle wybuchnęła radosnymi „jak to cudnie z twojej strony, Och, dzięki ci, Luciu” i dzień był uratowany.
Lucia w jednej chwili przeszła w tryb rzeczowy.
- No to nie mamy czasu do stracenia – powiedziała. – Zróbmy pełną próbę o trzeciej, a potem ja wezmę do galopu tancerzy Morrisa i halabardników. Ty i Juruś musicie być moimi asystentami, droga Daisy. Musimy w trójkę tym pokierować. A przy okazji, kogo ty teraz zagrasz?
- Kogokolwiek zechcesz – powiedziała Daisy potulnie.
Lucia utkwiła w niej nieruchome oko, jakby oceniając w najwyższym stopniu jej możliwości.
- Zobaczmy więc, droga Daisy – powiedziała – co zdołasz wydobyć z żony Drake’a. To mała rólka, wiem, ale jakże ważna. Musisz w jednej chwili pokazać całą lojalność, całe oddanie kobiet Anglii dla królowej. Zaczynajmy od raz. To jest Złota Łania: ja właśnie weszłam na jej pokład. Wejdź teraz za fortepian a potem wyjdź zza niego, pełna zachwytu, pełna szacunku… O nie, tak to się nigdy nie uda. Mam ci to zagrać jeszcze raz?...

Koniec rozdzialu trzeciego

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Sob 14 Cze, 2025 22:20

To MUSIAŁO się tak skończyć :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: biada niewiernym, którzy wężowa podnoszą głowę, albowiem zdeptani zostaną mieczem sprawiedliwości i czołgać się w prochu będą, aż prośby ich żałosne do serca księcia zanoszone z płaczem usłyszane w miłosierdziu zostaną, i przebaczenie rozleje się miarą serdeczną jak oliwa po wzburzonych falach, gdy wpełzną znów w swe pospolite poddaństwo :angeldevil:
Trzykrotka - Nie 15 Cze, 2025 14:38

Nic dodać nic ująć :rotfl:
Trzykrotka - Nie 15 Cze, 2025 17:00

Już w Tilling:


Rozdział czwarty

Poprzedniego wieczoru Lucia wróciła do Tilling po tygodniu festynu w Riseholme i następnego ranka siedziała po śniadaniu przy oknie pokoju ogrodowego w domu panny Mapp. Było to miejsce magiczne dla każdego, kto interesował się życiem tak jak Lucia, bo co rano przed oknem płynęła fala spraw Tilling, przybierająca wręcz kształt powodzi. Royce pani Wyse kolebał się ulicą, Diva wyszła z koszem na zakupy z domu dziwacznej Irene, którego teraz była najemczynią, ogrodnik panny Mapp (na jej specjalne życzenie zwanej teraz „Elizabeth”) wiózł do warzywniaka codzienną taczkę produktów z ogrodu. Elizabeth wpadła żeby powitać ją po powrocie z Riseholme i pogratulować sukcesu festynu, o którym rozpisywały się wszystkie codzienne gazety ilustrowane i – spacerując z nią po ogrodzie – z roztargnieniem zerwała kilka róż (te u Divy miały mszyce); padre przechodząc obok magicznego okna życzył jej dobrego dzionka, mistress Lucas, a na końcu major Benjy wyszedł z domu zamierzając złapać tramwaj na pola golfowe. Lucia zawołała „Quai-hai” srebrnym głosem, bo w dniach, które już spędziła w Tilling zdążyli się wspaniale zaprzyjaźnić – i przypomniała mi, że przychodzi on dziś do niej na kolację. Z wielką galanterią zdjął czapkę i odwrzasnął, że „nie jest to zobowiązanie, o którym mógłby zapomnieć, au reservoir.”
Fala zaczęła opadać i Lucia odeszła od okna. Tyle miała do przemyślenia, że nie wiedziała, od czego zacząć. Jej oczy zatrzymały się najpierw na fortepianie, który nie był już nadzwyczajnym Blumenfeltem należącym do Elizabeth, granie na którym było jej przywilejem zagwarantowanym umową, ale instrumentem z wypożyczalni w Brighton. Bez wątpienia było prawdą, że Blumenfelt, jak powiedziała Elizabeth, uważany był za świetny instrument, ale przez mniej więcej ostatnich dwadzieścia lat nikt nie traktował go jak nic poza zwykłą ciekawostką. Niektóre dźwięki brzmiały jak ćwierkanie kanarków (kanarek Divy czuł się już całkiem dobrze po usunięciu pypcia), inne nie brzmiały w ogóle, a pedał sostenuto jakby nie istniał. Więc Lucia wypożyczyła inny fortepian, a ten kanarkowy umieściła w małym pokoiku telefonicznym z boku holu. Wypełniał go co prawda całkowicie, ale dało się korzystać z telefonu gdy wchodziło się bokiem. Elizabeth zauważyła zmianę i zrobiła kwaśną minę kiedy ją odkryła i zauważyła w zamyśleniu, że fortepian należał do jej najdroższej mamy i że ma nadzieję, że pokój telefoniczny nie jest zawilgocony. Wydawało się całkiem możliwe, że należał do jej matki, jeśli nie babci, ale wszak Lucia nie przysięgła, że będzie na nim grać.
Tyle co do fortepianu. Teraz stała na nim porcelanowa misa pełna wycinków prasowych. Lucia zerknęła na kilka, wspominając tryumf minionego tygodnia. Festyn, pobłogosławiony wspaniałą pogodą i specjalnymi pociągami z Worcester i Gloucster i Birmingham okazał się kolosalnym sukcesem. Orszak został sfilmowany, podobnie scena na Złotej Łani, a klikanie aparatów fotograficznych w ciągu całego przedstawienia brzmiało jak granie cykad na południu. Domek przy Zagajniku był celem niezliczonych obiektywów (Lucia była bardzo wyrozumiała) i została sfotografowana przy fortepianie i w ogrodzie Perdity i zamyślona w altanie, jako królowa Elżbieta i we własnej postaci i (namówiła jednego z tych fotografów, raczej niechętnie) na specjalnym zdjęciu z biedną żoną Drake’a. Zdjęcie niezbyt się udało, bo Daisy się poruszyła, ale intencje Luci były kryształowe. A Lucia przez cały czas mówiła zarówno fotografom jak przeprowadzającym wywiady (wiedząc, że nikt nie uwierzy) że cała zasługa leży po stronie żony Drake’a, która to wszystko zaplanowała i (prawie) wykonała.
Niewiele brakowało, a doszłoby do jednej strasznej katastrofy. W istocie nastąpiła katastrofa, ale niezwykła Lucia od ręki wycisnęła z niej osobisty tryumf. To w ostatnim dniu festynu, kiedy to błonia z trudem wytrzymywały napływ gości i dostawiono jeszcze jeden rząd ławek wokół stawu, na którym cumowała Złota Łania doszło do tego groźnego wydarzenia. Królowa Elżbieta właśnie zeszła z pokładu na którym ucztowała nad talerzem kiperowanych popiołów, a jej dwór ją eskortował, gdy cała rufa Złotej Łani, na której było palenisko i wcześniej upieczone jagnię i maszt, objuczona antykami i tłumem wiwatujących kuchcików załamała się i ze strasznym pluskiem i świstem wpadła do wody. Zanim ktokolwiek zdążył się roześmiać, Lucia (pomna, że woda miała tam tylko najwyżej trzy stopy głębokości i nikomu nie groziło utonięcie), wybuchnęła dźwięcznym okrzykiem.
- Na pohybel! – krzyknęła. – Tak właśnie postąpimy z przeklętymi hiszpańskimi galeonami! – i z wspaniałym gestem pogardy w stronę kuchcików stojących po pas w wodzie oddaliła się wraz z orszakiem. Reporterzy poświęcili szczególną uwagę temu przykładowi cudownego symbolizmu. Kliku największych niedowiarków wspomniało, że nie jest to do końca legalne, ale nikt nie kwestionował najwyższej próby efektu dramatycznego całej sceny, bo prowadziła ona cudownie gładko ku kolejnemu tematowi, jakim było nadciąganie Armady. Kucharze wygramolili się na brzeg i pobiegli do domów przebrać się i zdążyli na czas aby zająć swe miejsca w tłumie eskortującym jej białego wierzchowca. Kto by się przejmował zaliczeniem klapnięcia do wody w służbie tak pomysłowej królowej? Z wszystkich lucinych tryumfów tego tygodnia ten olśniewający epizod był koroną dzieła, a ona sama nie mogła powstrzymać się przez myślą, co też biedna Daisy zrobiłaby w tej sytuacji, gdyby to ona tego dnia zasiadała na tronie. Pewnie powiedziałaby: „Ojej, ojej, wpadli do wody. Musimy przerwać.”
Nic dziwnego, że Riseholme było dumne z Luci, a Tilling, w którym pochłaniano ilustrowane czasopisma też było dumne. Tylko jedna osoba się wyłamała, pomyślała, a była to Elizabeth., która podczas wizyty powitalnej powiedziała:
- Jak okropna musi być dla ciebie cała ta wrzawa, moja droga. Jak musisz się przed nią wzdragać!
Ale Lucia, jak zwykle, pokazała klasę.
- Jak to miło, że jesteś tak współczująca, Elizabeth – powiedziała. – Ale moim obowiązkiem było pomóc kochanemu Riseholme bez oglądania się na konsekwencje.
To wystarczyło by uciszyć Elizabeth: ani słówkiem nie wspomniała już o festynie.
Podczas gdy te oderwane myśli przywołane przez wycinki prasowe błądziły jej po głowie, czuła, że wkrótce trzeba będzie zająć się Elizabeth, bo powoli zaczynała stawać się czymś w rodzaju problemu. Ale najpierw, bo było to pilniejsze zmartwienie, musiała skupić się na Jurusiu. Juruś w obecnej chwili, nieświadomy swojego losu oraz w stanie najwyższego zadowolenia z życia jako takiego, przebywał nadal w Riseholme, bo brat Adele Brixton, pułkownik Cresswel, wynajął jego dom na dwa miesiące, a w domu było zatrzęsienie drobiazgów, haftów, rysunków, buteleczek z nalepkami „wyłącznie do użytku zewnętrznego,” które musiał spakować i zmagazynować. Podczas festynu mieszkał u Daisy, bo Foljambe i reszta służby przybyła do Tilling na początku sierpnia i nie warto było ściągać ich z powrotem, choć bez Foljambe trudno było przetrwać ten tydzień. Gdy święto się skończyło, zatrzymał się na jeszcze jeden dzień u Daisy, by sprawdzić, czy wszędzie jest schludnie i dyskretnie, a Lucia spodziewała się jego przyjazdu dzisiejszego poranka. Miała dla niego niepokojące wieści, właściwie to nawet gorzej. Niejasne plotki, które krążyły po Riseholme okazały się prawdą i Cadman, jej szofer, przyszedł do Luci wczoraj wieczorem z bombą w postaci wieści, że on i Foljambe myślą o ślubie. Widziała się też z Foljambe i Foljambe błagała ją, by to ona przekazała wieści Jurusiowi.
- Byłabym pani dozgonnie wdzięczna, gdyby pani się zgodziła – powiedziała Foljambe – bo wiem, że sama nigdy się na to nie zdobędę, a on nie chciałby mieć poczucia, że podjęłam decyzję bez powiadomienia go. Nie spieszymy się, ja i Cadman, nie powinniśmy myśleć o ślubie przed powrotem do Riseholme na jesieni, a to da panu Jurusiowi kilka miesięcy na oswojenie się z tą myślą. Jestem pewna, że pani jedyna jest w stanie przedstawić mu to tak jak należy.
Ten miły hołd dla jej taktu nie pozostał nie zauważony i Lucia obiecała być posłańcem tych ponurych wieści. Juruś miał przyjechać dzisiaj w porze lunchu, a ona postanowiła, że zawiadomi go od razu. Ale straszna była myśl o biednym Jurusiu który jedzie tu właśnie pełen najprzyjemniejszych nadziei na przyszłość (bo Foljambe wyraziła więcej niż zadowolenie z pięknego pokoju) i cały w skowronkach z powodu nieprzeciętego sukcesu jego Drake’a i bardzo tłuściutkiej kwoty za jaką wynajął swój dom na dwa miesiące, nieświadom, jak potworny cios padnie na niego z jej ręki. Lucia nie miała pojęcia, jak on to przyjmie, prócz tego, że na pewno szalenie się zdenerwuje. Opuszczając więc pokój ogrodowy i usadawiając się w kojącym cieniu na trawniku, zaczęła snuć krzepiące i wartościowe refleksje.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Nie 15 Cze, 2025 18:40

NO cóż, chapeaux bas, Lucia w istocie jest królową wszystkiego, czego dotknie (oczywiście w wymiarze Riseholme :-P ) droga Elżbieta ma strasznie twardy orzech do zgryzienia, rzekłabym , ze pomiędzy fistaszkami zaplatał się kokos :angeldevil:

:shock: :shock: :shock: :opad_szczeny: :confused3: :paddotylu: ooo nieeeee, jak teraz biedny Juruś sobie poradzi ???? :confused3: :deprecha: :dramasmiley:

Trzykrotka - Pon 16 Cze, 2025 12:49

Gdyby Elizabeth nie była taką podłą, małą żmijką, to byłoby mi jej naprawdę z góry żal. Biedactwo., nie wie, na co, a raczej kogo, się porywa. Lucia to taka sama pozerka jak Elizabeth, tyle że o dziesięć poziomów wyżej.


Jej myśli wróciły do Elizabeth Mapp. W czasie tych dziesięciu dni nim Lucia pojechała do Riseholme na festyn, wpadała do niej codziennie: oczywiste było, ze Elizabeth ma ją na oku. Zawsze miała w pogotowiu jakąś marną wymówkę: chciała termofor, naparstek lub śrubokręt, który zapomniała zabrać ze sobą i odrzucając wszelką pomoc szła ich szukać sama, pewna, że dokładnie wie, gdzie sa i nikomu nie będzie robić kłopotu. Szła do kuchni, cała w uśmiechach i miłych uwagach do lucinej kucharki zaglądała do korytarza dla służby, mówiła coś miłego Cadmanowi i otwierała szafki żeby znaleźć to, czego szukała (to w czasie jednej z tych ekspedycji odkryła fortepian najdroższej mamy w pokoju telefonicznym). Często wchodziła bez pukania czy dzwonienia, a kiedy Lucia czy Grosvenor słyszały jej ukradkowe wejście i wychodziły sprawdzić kto to, beształa samą siebie za jej głupotę i zapominanie, że obecnie to nie jest jej dom. Taka jest zapominalska.
Przy jednej z tych okazji zajrzała do ogrodu i zobaczyła Lucię jedzącą figę z drzewa rosnącego obok pokoju ogrodowego i pokrytego owocami.
- Och, ty droga złodziejko! – zawołała – A co z produktami z ogrodu?
Następnie, widząc wyraz całkowitego osłupienia na twarzy Luci, wybuchnęła śmiechem.
- Lulu kochana! Żarcik! – zawołała. – Żartuję sobie troszkę z królowej Elżbiety. Możesz jeść każdą figę z ogrodu, a szkoda, że nie ma ich więcej.
Przy innej okazji Elizabeth odkryła, że major Benjy jest na podwieczorku u Luci i powiedziała:
- Och, jestem bardzo rozczarowana! Miałam wielką nadzieję, że was sobie przedstawię, a tu ktoś inny odebrał mi tę przyjemność. Kim był ten niegrzeczny człowiek?
I może tym razem też był to żarcik. Lucia nie była pewna, czy lubi żarty Elizabeth bardziej niż jej nieformalne wizyty.
Tego ranka Lucia zlustrowała swój ogród. Trawnik głośno domagał się skoszenia, rabaty kwiatowe odchwaszczenia, otaczający je żywopłot bukszpanowy – przycięcia i nagle przyszło jej do głowy, że ogrodnik, którego pensję płaciła, nie przepracował tu chyba nawet godziny gdy jej nie było. Świtało jej, że nigdy nie widziała go nawet w tej części ogrodu, ale zawsze albo zbierał owoce i warzywa w warzywniku, albo przekopywał grządki szparagów, sadził chryzantemy i w ogóle wykonywał prace nie dla niej, tylko dla Elizabeth. Teraz znów tu był, miły, serdeczny człowiek, przygotowując drugi transport plonów ogrodu dla sklepu z warzywami, w którym Lucia je znów kupowała. Należało natychmiast przeprowadzić dochodzenie.
- Dzień dobry, Coplen – powiedziała. – Chciałabym, żeby skosił dziś trawnik. Strasznie zarósł.
- Strasznie przepraszam, p’sze pani – odpowiedział. – Chyba sam nie będę miał czasu. Może przyślę tu człowieka, żeby się tym zajął.
- Wolałabym, żeby znalazł pan ten czas – odparła Lucia. – Raczej niech pan znajdzie człowieka żeby zebrał warzywa.
- Nie tylko o to się rozchodzi – powiedział. – Panna Mapp kazała mi jeszcze ponawozić dziś grządki z truskawkami.
- Ale co ma panna Mapp z tym wspólnego? – zapytała Lucia. – Jesteście moim pracownikiem.
- Po prawdzie to i racja – powiedział bezstronny Coplen. – Ale widzi pani, mam takie rozkazy, żeby co rano iść do panny Mapp, a ona mówi mi, co ma być zrobione.
- Na przyszłość proszę do mnie przychodzić co rano i pytać, co ja chcę żeby było zrobione – odpowiedziała. – Skończcie co robicie i potem zabierzcie się od razu do trawnika. Możecie powiedzieć pannie Mapp, że to moje instrukcje, I żadne truskawki nie będą dziś nawożone, mowy nie ma, póki mój ogród wygląda jak włóczęga, który nie golił się od tygodnia.
Wspierana niezniszczalnym poczuciem sprawiedliwości, ale wciąż niebezpiecznie wściekła, Lucia wróciła do pokoju ogrodowego by się uspokoić godzinnymi wprawkami na nowym fortepianie. Bardzo ładny tom; ona i Juruś będą mogli wznowić swoje muzyczne godziny. Może dziś wieczorem, jeśli on otrząśnie się z tragicznych wiadomości, jakiś duet podniesie mu nastrój. Podczas tryumfalnego tygodnia w Riseholme nie zagrała nawet nuty. Najpierw zagrała gamy, a teraz pracowała nad nowym Mozartem, którego ona i Juruś rozpracują potem razem.
Ktoś zapukał do drzwi pokoju ogrodowego. Utworzyła się szpara i Elizabeth zapytała swym najsłodszym głosem;
- Mogę wpaść jeszcze raz, kochana?
Elizabeth była bez tchu. Przybiegła tu z High Street.
- Tak mi przykro, że przerywam twą słodką muzykę, Lucia mia – powiedziała – Co za piękna melodia! Ależ masz sprawne palce! Ale właśnie mój dobry Coplen przyszedł do mnie w wielkim pomieszaniu. Lepiej takie sprawy wyjaśnić od ręki, pomyślałam, więc przyszłam od razu, choć dziś mam sporo na głowie. To jakieś nieporozumienie, bez wątpienia. Coplen jest trochę nierozgarnięty.
Elizabeth wydawała się targać jakaś emocja, która mogła spowodować tę zadyszkę. Lucia czekała więc, aż oddech jej się wyrówna.
- I nowy fortepian, moja droga? – spytała Elizabeth. – Podoba ci się? Brzmiał bardzo słodko, choć nie miał takiego tonu jak instrument drogiej mamy. No więc, co do Coplena?
- Tak, co z Coplenem? – spytała Lucia.
- Jestem pewna, że źle zrozumiał to, co mu przed chwilą powiedziałaś. Był okropnie zdenerwowany. Bał się, że się na niego zezłoszczę. Powiedziałam mu, że pójdę do ciebie i wyjaśnimy całą sprawę.
- Nic prostszego, moja droga – powiedziała Lucia. – W minutę będzie po wszystkim. Powiedział mi, że nie ma czasu dziś na skoszenie trawnika, bo musi nawieźć twoje grządki z truskawkami, a ja powiedziałam „trawnik proszę i to natychmiast,” czy podobne słowa. Chyba nie zrozumiał jeszcze, że jest moim pracownikiem, więc mu to po prostu przypomniałam. Teraz już rozumie, jak mam nadzieję.
Elizabeth wyglądała na poruszoną, że te uwagi były tak stanowcze i Lucia od razu wiedziała, że tak należy z nią postępować.
- Ale plony z mojego ogrodu, no wiesz, droga Lulu – rzekła Elizabeth. – Nie będę miała z nich większego pożytku jeśli te wszystkie piękne gruszki zostaną na drzewach aż osy je zjedzą.
- Bez wątpienia – powiedziała Lucia – ale Coplen, którego zatrudniam, nie ma dla mnie żadnego pożytku, jeśli spędza cały twój czas na pielęgnowaniu twoich owoców z ogrodu. Płacę za jego czas, droga Elizabeth i zamierzam z niego korzystać. Powiedział mi też, że codziennie chodzi do ciebie po dyspozycje. Tak być nie może. Nie mogę się absolutnie na to zgodzić. Gdybym zatrudniła twoją kucharkę tak jak twojego ogrodnika, nie pozwoliłabym jej spędzać całego dnia w twojej kuchni na pieczeniu baraniny dla ciebie. Tak więc to jest ustalone.
Do Elżbiety dotarło, że nie ma kontrargumentów do wsparcia i usiadła.
- Lulu – powiedziała – wszystko, tylko nie nieporozumienie z osobą tak drogą mi jak ty. Nie będę się spierać, nie będę przedstawiać swojego punktu widzenia. Ustępuję. Sama widzisz! Gdybyś tylko mogła dać Coplenowi godzinkę co rano żeby zebrał troszkę moich owoców i warzyw dla sklepu, byłabym wdzięczna.
- To raczej niemożliwe, obawiam się, droga Elizabeth – rzekła Lucia jak najserdeczniej. – Coplen już strasznie zaniedbał ogród kwiatowy i obecnie muszę zabrać cały jego czas, żeby go znów uporządkował. Musisz nająć kogoś innego.
Przez chwilę Elizabeth wyglądała strasznie; potem jej twarz znów rozpromieniła się uśmiechem.
- Moja kochana! – powiedziała. – Będzie dokładnie tak, jak sobie życzysz. Teraz muszę uciekać. Au reservoir. Nie masz wolnego wieczoru, żeby zjeść ze mną małą kolację? Zaproszę majora żeby do nas dołączył i naszą kochaną Divę, która ma pasję, po prostu pasję do ciebie. Major Benjy zresztą też. Rozpływa się nad tobą. Podła kobieto, żeby tak skraść serca całego Tiling.
Luci dosłownie żal się zrobiło biedactwa. Nie wyjechała w zeszłym tygodniu do Riseholme, zaprosiła Divę i majora na kolację na dziś i raczej nie wierzyła, że Elizabeth się o tym przez ten czas nie dowiedziała.
- Miło z twojej strony – odrzekła - ale mam dziś swoje malutkie przyjątko. Jedna czy dwie osoby mają wpaść.
Elizabeth zatrzymała się jeszcze na chwilę, a Lucia powiedziała sobie, że rozpalonymi cęgami nie wydrą z niej zaproszenia dla niej, choćby nie wiem ile jeszcze zwlekała z wyjściem.
Lucia i ona posłały sobie pocałunki gdy Elizabeth wyszła przez drzwi frontowe i zaczęła schodzić w dół ulicą.
- Widzę, że muszę być wobec niej stanowcza – pomyślała Lucia – a kiedy nauczę ją gdzie jej miejsce, przyjdzie czas na uprzejmości. Ale na kolację jeszcze jej nie zaproszę. Musi się nauczyć nie zapraszać mnie gdy wie, że mam inne plany. I oduczę ją wpadania bez pukania. Muszę powiedzieć Grosvenor żeby założyła łańcuch do drzwi.


c.d.n
tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 16 Cze, 2025 18:15

No, królowa zaczyna pokazywać co potrafi, i kto tu jest królową :angeldevil: ostatecznie Lucia może i nie potrafi rozpoznać kwartetu hiszpańskiego, ale z ludźmi (w przeważającej większości) radzi sobie po mistrzowsku :-P biedna Elżbieta, jak mi wcale nie jest jej żal :twisted:
Trzykrotka - Pon 16 Cze, 2025 20:19

Oj tak, na szczęście Lucia dość szybko "wymacała" że z Elżbietą trzeba twardo. Uprzejmie i słodziutko, ale twardo.
Swoją drogą - bezczelność panny Mapp też jest ponad wszelkie granice. Ile kasy ona chciała wycisnąć z tego wynajmu w trzy miesiace :zalamka:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group