To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Panna Mapp

Trzykrotka - Pią 28 Mar, 2025 22:08

Tak, tak, w Tilling w ogóle nie interesują się królami, królowymi i innymi osobistościami :mrgreen: :mrgreen: I zaraz dadzą temu dowód :mrgreen:

Choć odraza do snobizmu i odporność na wszystkie jego przejawy tak pięknie cechowały życie społeczne w Tilling, to wieść o spodziewanym przejeździe znamienitego gościa przez miasto w przyszłą sobotę szybko stała się powszechnie wiadoma i nim wiklinowe kosze pań robiących poranne zakupy następnego ranka były ledwie do połowy zapełnione, nie było zaułka, którego nie dosięgła. Major Flint usłyszał ją od pani Plaistow kiedy szedł do tramwaju wiozącego na pola golfowe o 12:30, a choć nie miał wiele czasu do stracenia (bo praca nad starymi dziennikami ubiegłej nocy sprawiła, że śniadanie jadł niezwykle późno i z udziałem potwornego bólu głowy z przedawkowania), to zatrzymał się aby natychmiast potem pogawędzić z panną Mapp jednym okiem zerkając na zegarek, bo naturalnie takiej wieści nie mógł ot tak przekazać jej wprost, jakby miała ona jakieś znaczenie czy wagę.
– Dzień dobry miłej pani – powiedział. – Na Jowisza! Ależ z pani okaz zdrowia i świeżości!
Panna Mapp rzuciła szybkie spojrzenie na koszyk, żeby sprawdzić, czy papier okrywa dokładnie ową część garderoby, którą perfidna pralnia jednak odnalazła. (Prawdopodobnie od początku wiedzieli, gdzie jest i – w przenośni – tak się do niego przymierzali).
– Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje, majorze – powiedziała. – Widziałam jak moje słodkie kwiaty otwierają rankiem oczy! Jaka piękna rosa!
– Moje pamiętniki nie dały mi wczoraj szybko zasnąć – odpowiedział. – Jedyny czas gdy mogę się im oddać to wtedy, gdy nasze fascynujące panie znikają z oczu.
– Pozwolę sobie zarekomendować godziny od szóstej do ósmej rano, majorze – odparła z powagą panna Mapp. – Umysł jest wtedy taki trzeźwy.
Major od razu zauważył ślepą uliczkę w drodze do ważnego tematu i spróbował od innej strony.
– Dobrą, ostrą partię wczoraj rozegraliśmy – powiedział. – Właśnie spotkałem panią Plaistow; została jeszcze na pogawędkę po naszym wyjściu.
– Tak ją obchodzą sprawy innych ludzi. To takie ludzkie i ciepłe. Jestem pewna, że nasza gospodyni opowiedziała jej wszystko o swoich przygodach w pałacu.
Do odjazdu tramwaju zostało tylko siedem minut, więc choć nie był to najlepszy wstęp, musiał wystarczyć. Poza tym major ujrzał że pani Plaistow nadchodzi szybko na swych obrotowych stopach od strony High Street.
– Tak i nie skończyliśmy jeszcze z – ha – królewskimi mościami – powiedział, wymawiając to wraże słowo z trudnością. – Książę Walii przejedzie przez nasze miasto w drodze do Ardingly Park, gdzie spędzi niedzielę.
Panna Mapp nie okazała najmniejszej oznaki zainteresowania.
– To na pewno miło z jego strony – powiedziała. – Będzie mógł rzucić okiem na nasze urocze Tilling.
– O, tak! Cóż, golf czeka. Może Marynarka Wojenna będzie dziś skuteczniejsza.
– Na pewno obaj zagracie doskonale – odrzekła panna Mapp.
Diva „wpadła” do sklepu spożywczego. Ostatnio zawsze wszędzie wpadała: wpadła naprzeciwko na spotkanie z przyjaciółką i wpadła znów do domu, wpadała do kościoła w niedzielę i czasami wpadała do miasta i panna Mapp zaczynała mieć poczucie, że ktoś powinien jej powiedzieć, wprost lub aluzyjnie, że limit wpadek się wyczerpał. Uznawszy że teraz nadarzyła się okazja, panna Mapp czytała wiadomości na tablicy ogłoszeń przed papierniczym tak długo, aż Diva wypadła na powrót ze spożywczego. Nagłówki wiadomości, nawet te największe, z trudem docierały do jej mózgu, bo całkowicie zajmował go inny temat. Oczywiście najpierw trzeba było się dowiedzieć, jakim pociągiem…
Diva gładko przepłynęła przez ulicę.
- Dzień dobry, Elizabeth – powiedziała. – Za wcześnie wczoraj wyszłaś z przyjęcia. Dużo cię ominęło. Jak to król się uśmiechał! Jak to królowa powiedziała: „bardzo mi miło”!
- Wymarzona sytuacja dla naszej drogiej gospodyni – rzekła w zamyśleniu panna Mapp. – Jej też było bardzo miło. Jej i królowej było bardzo miło. Całkiem z nich dobrana para.
- A przy okazji, w sobotę…- zaczęła Diva.
- Wiem, moja droga – powiedziała panna Mapp. – Major Flint mi powiedział. Wydaje mi się, że bardzo się tym interesował. Muszę teraz do papierniczego….
Diva wykazała się tępotą.
- Ja też tam wpadam – rzekła. – Po rozkład jazdy pociągów.
Pannie Mapp nawet dzikimi końmi nikt nie wyrwałby z piersi takiego wyznania, choć w tym samym celu tam szła.
- Ja potrzebuję tylko rulon papieru – powiedziała. – O proszę, oto i droga Evie wypada stamtąd, dokąd my wpadamy! Dzień dobry, słodka Evie. Znów mamy śliczny dzień.
Pani Bartlett upchnęła w koszyku coś, co bardzo przypominało rozkład jazdy pociągów. Mówiła szybko niskim głosem, jakby bała się, że ktoś podsłuchuje. I w ogóle przypominała mysz. Kiedy była czymś podekscytowana, piszczała.
- Świetna prognoza dla plonów – powiedziała. – To takie ważne, dobre plony. Mam nadzieję, że w sobotę będzie pięknie; szkoda byłoby gdyby spadł deszcz. Zastanawialiśmy się z Kennethem, jak należałoby się zachować gdyby zjawił się na nabożeństwie – o, jest i Kenneth!
Urwała raptownie jakby się bała, że okaże za dużo zainteresowania następną sobotą i niedzielą. Kenneth poradził sobie znacznie lepiej.
- Ach, nadobne damy! – wykrzyknął. – Małe zderzenie z mą połowicą? Jakieś wieści w ten jasny ranek?
- Nie, padre – powiedziała panna Mapp pokazując dziąsła. – Ja przynajmniej nie słyszałam nic interesującego. Jedyne wieści jakie mam pochodzą z mojego ogrodu. Jakie cudne róże rozkwitły dziś w moim ogrodzie, niech im Bóg da zdrowie!
Pani Plaistow wpadła do papierniczego, więc to jawne kłamstwo pozostało niezauważone.
Padre słynął ze swych zdolności dyplomatycznych. Teraz pragnął stworzyć wrażenie, że nic, co miało wydarzyć się w sobotę czy niedzielę nie interesuje go w najmniejszym stopniu, choć spędził niemal bezsenną noc zastanawiając się, czy w określonych okolicznościach będzie wypadało wykonać ukłon przed rozpoczęciem kazania i drugi na końcu; czy powinien przywitać gościa przy zachodnim wejściu; czy nie trzeba powiadomić burmistrza, czy nie wybrać stosownych psalmów…
- Cóż, piękna damo – rzekł – poszedł chyr, że imć książę Walii wybiera się na niedzielę do Ardingly; zaiste jeśli tak, to ja tuszę, w sobotę po południu przejeżdżać będzie przez Tilling…
Panna Mapp przyłożyła palce do czoła, jakby coś sobie przypominając.
- A tak, ktoś mi to mówił – rzekła. Chyba major Flint. Ale gdy pytał wielebny o wieści, myślałam, że chodzi o coś, co naprawdę mnie interesuje. Tak, padre?
- A cóż jeśli raczy się stawić na nabożeństwie w niedzielę?
- Drogi padre, na pewno usłyszy bardzo dobre kazanie. Ach, rozumiem, o co wielebnemu chodzi! Czy powinien zaintonować specjalny hymn? Proszę nie pytać mnie, biedactwa. Z pewnością pani Poppit każdego oświeci. Ona wie wszystko o dworach i etykiecie.
W tej chwili Diva wypadła z papierniczego.
- Wyprzedany! – ogłosiła. – Dziś rano każdy zaopatrywał się w rozkład jazdy. Evie kupiła ostatni. Trzeba mi iść na stację.
- Pójdę z tobą Divo droga – powiedziała panna Mapp. – Paczka, którą mam odebrać…. Do widzenia droga Evie, au reservoir!
Posłała dłonią całusa pani Bartlett, a uśmiech spłynął z jej twarzy w stronę padre.

C.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Sob 29 Mar, 2025 18:19

O jeżuniu jakie to jest piękne :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: normalnie widzę jak każdy aż podskakuje, żeby wszystkiego się dowiedzieć, usiłując udawać, że akurat TO w ogóle go nie obchodzi :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Sob 29 Mar, 2025 21:31

I aż podskakują, kiedy Diva pełnym głosem mówi, po co idzie do papierniczego :rotfl: Oczywiście nie zaspoileruję kiedy powiem, że panna Mapp znów da czadu :mrgreen:
BTW, jeśli to początek lat 30, to księciem Walii jest Dawid, późniejszy Edward VIII, ten od Wallis Simpson...

Pracując tego dnia wśród słodkich kwiatów w swym ogrodzie panna Mapp była tak zatopiona w myślach, że wpatrywała się w czarnuszkę, którą nieświadomie wyrwała z korzeniami zamiast lebiody i nawet serce jej nie zabolało z żalu za słodkim kwiatkiem. Były dwa pociągi, którymi On mógł przyjechać – jeden o 16.45, który pozwoliłby mu być w Ardingly na herbacie i drugi o 18.45. Była zdeterminowana by go zobaczyć, lecz mocniejsze od tego postanowienia był euklidesowy postulat, że nikt w całym Tilling nie może pomyśleć, że ona czyni jakieś konkretne kroki w tym kierunku. Na chwilę obecną uciszyła wszelkie podejrzenia okazując kompletny brak zainteresowania tym, co mogło się wydarzyć w sobotę lub niedzielę, ale w duchu miała silne podejrzenie, że wszyscy inni, mimo oficjalnego stosunku Tilling do takich tematów, także byli zdecydowani go zobaczyć. Jak widzieć i nie być widzianym, ta kwestia ją dręczyła i choć przecież mogło się zdarzyć, że przypadkiem znajdzie się o 16:15 na tym ostrym zakręcie przed stacją gdzie każdy samochód musi zwolnić, to nigdy w życiu nie zaryzykowałaby pokazania się tam ponownie dokładnie o 18:45. Pani Poppit, ze swym ostentacyjnym snobizmem bez wątpienia będzie ze swym orderem na dworcu w obu tych terminach jeśli przyjazd nie nastąpi już w pierwszej godzinie i Isabel będzie się wiercić obok niej lub za nią i że tak naprawdę, choć ta myśl była zbyt wstrętna żeby ją rozważać, niechętnie musiała założyć, że całe Tilling będzie tam się szwendać… Nagle olśnił ją pewien pomysł, tak wspaniały, że włożyła wyrwaną czarnuszkę do kosza z chwastami zamiast zasadzić ją z powrotem, szybko weszła do domu, na strych i stamtąd wyskoczyła – dosłownie wyskoczyła, tak ciasno tam było – przez klapę na dach. Tak: dworzec był stamtąd doskonale widoczny i jeśli tym wybranym pociągiem miał być ten o 16:45 to samochód z Ardingly Park będzie przed nim czekał odpowiednio wcześniej. Wypatrzy go z dachu i będzie miała dość czasu by zejść ze wzgórza, zajrzeć do składu węglowego na ostrym zakręcie przed stacją i spytać stanowczym głosem kiedy może się spodziewać dostawy koksu do centralnego ogrzewania. Tak się należało o tej porze roku, a choć pechowo koks mógł dotrzeć do jej piwnicy przed sobotą, mogłaby bez trudu uśmiechnąć się na swój władczy sposób i powiedzieć, że Withers jej nie poinformowała. Panna Mapp nie znosiła podstępów, ale czasami nie było wyjścia… A gdyby (wyszpiegowane z dachu) żaden samochód z Ardingly Park nie czekał na pociąg o 16:15, nie musiałaby ryzykować, że zostanie zauważona w pobliżu stacji i wznowi obserwacje na kilka minut przed 18:45. Bo już innego pociągu, którym mógłby przyjechać nie było…
Następny dzień czy dwa nie przyniosły żadnych zauważalnych zmian w sytuacji, ale wytrenowany szósty zmysł panny Mapp podpowiadał, że toczą się jakieś zakulisowe działania, niemal słyszała stłumione stukanie i słabe odgłosy i że – można powiedzieć – cisza nabrzmiewa czymś nieoczekiwanym. Zauważyła, że na High Street jej przyjaciele toczą jakieś szeptane narady, który urywają się raptownie gdy ona się zbliża. To tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że te tajne narady mają związek z sobotnim popołudniem, bo nikt nie oczekiwał, że po chłodnej obojętności, z jaką przyjęła nowiny należy zawiadamiać ją o każdym planowanym snobizmie i choć chciałaby wiedzieć, co Diva i Irene i kochana Evie planują, to fakt, że żadna z nich nie szepnęła jej ani słówka wskazywał, że są świadome, że ona pod każdym względem jest niezainteresowana i ponad takimi rzeczami. Podejrzewała, że i major Flint stał się ofiarą tej nietillingowskiej manii, bo kiedy w piątek mijała jego drzwi, które akurat były na oścież otwarte, całkiem wyraźnie ujrzała, jak stoi on przed lustrem w hallu (stoi na głowie jednego z tygrysów żeby zapewnić sobie lepszy widok własnej postaci) przymierzając jedwabny cylinder. Jej zajęciem w tej chwili była wizyta w pasmanterii, gdzie kupiła sporą ilość jasnoniebieskiej taśmy do jakichś zaległych robótek i trochę wstążki tego samego koloru. W tej szczęśliwie niezwykłej godzinie jak na zakupy High Street była oczywiście pusta i po chwili wahania i wielu niespokojnych spojrzeniach rzucanych w prawo i w lewo wpadła do sklepu z zabawkami i kupiła małego przyjemnego Union Jacka* z krótkim kijkiem. Bardzo dobitnie powiedziała panu Dabnetowi, że jest to prezent dla bratanka i wsunęła go do parasola, gdzie leżał sobie na płask i nie tworzył zauważanego wybrzuszenia…
O czwartej w sobotę przypomniała sobie, że w czasie zimowej burzy przez sufit jej sypialni dostawała się wilgoć i powiedziała Withers, że idzie sprawdzić, czy dachówki się nie obluzowały. Aby sprawdzić to z całą pewnością wysunęła przez klapę w dachu lornetkę, dzięki której mogła łatwo zobaczyć każdego, kto pojawiłby się na otwartym placu przed dworcem. Kiedy tak się przyglądała, pani Poppit i Isabel przeszły przez plac w stronę poczekalni i kasy biletowej. Nieobecność innych przyjaciół w okolicach dworca trochę ją zaskoczyła, ale już po chwili usłyszała głośne qui-hi z ulicy poniżej i wychyliwszy cię z ciekawością przez parapet zyskała uroczy widok majora we fraku i cylindrze. Odpowiedziało mu „coo-ee” i dołączył do niego kapitan Puffin w nowym garniturze (panna Mapp była tego pewna) i panamie. Poszli wzdłuż ulicy i skręcili za róg… Po drugiej stronie wylotu High Street dostrzegła postać drogiej Divy. Czekając, aż pojawią się znowu na placu przed stacją, panna Mapp zerknęła by sprawdzić, jakie stoją tam pojazdy. Było już dziesięć po czwartej i jeśli coś miało się dać o 16:15, to auta z Ardingly już powinny być podstawione. Ale dosłownie jedynym pojazdem jaki dostrzegła była ciężarówka z otwartą platformą z załadowanym na nią fortepianem. Pomijając, że wiedziała wszystko o tym fortepianie, bo przed wizytą w pałacu Buckingham pani Poppit nie mówiła prawie o niczym innym, tylko o swoim nowym Bluthnerze, to panna Mapp doszła do wniosku, że ten pojazd raczej nie jest przeznaczony do transportu jakiegokolwiek gościa… Patrzyła jeszcze przez chwilę, ale żaden z przyjaciół nie pojawił się na placu, więc uznała, że kręcą się gdzieś biedactwa po ulicy i postanowiła, że jeszcze nie pójdzie dopytywać się o koks.
Piła herbatę układając kwiaty tuż przy oknie swojego pokoju ogrodowego i miała wielką satysfakcję patrząc jak gromadka zmieszanych rojalistów wraca do domu. Nie musiała robić nic więcej, tylko uśmiechnąć się, postukać w okno i posłać całusy; wszyscy widzieli, że jest zajęta przy kwiatach, a ona wiedziała, czym oni byli zajęci…O wpół do szóstej wszyscy oni ruszyli w tę samą drogę, a kiedy tylko ostatni zszedł z wzgórza, pobiegła znów na strych żeby finalnie sprawdzić te obluzowane dachówki przez lornetkę. Inspekcja była krótka ale owocna, bo naprzeciwko stacji podjechał samochód. Powietrze było tak czyste, a jej lornetka tak ostra, że wyraźnie widziała wulgarną małą koronę na listwach, a kiedy tak patrzyła, pani Poppit i Isabel pospieszyły przez plac dworcowy. Wystarczyła chwila, aby zarzuciła płaszcz obszyty niebieską taśmą, nałożyła kapelusz zdobny niebieską wstążką i wzięła parasol ze zwiniętym w środku Union Jackiem. Kijek flagi trochę wystawał i mogła ją wyjąć w jednej chwili.


*Union Jack - flaga UK

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Sob 29 Mar, 2025 23:38

Nie nie, jeżeli spotykają się z Lucią po jej podboju Londynu, to to raczej połowa lat 20, jakiś 1925-26 rok. I zimorodkowy błękit z pomarańczowa szarfą pasują idealnie, połowa lat 20 lubowała się w ostrych kontrastowych kolorach.

Ajajajaaaaaaaj, jak to, przypadkiem Unin Jack wypadnie jej z parasolki :lol: ?

Trzykrotka - Nie 30 Mar, 2025 09:07

Żebyż tylko to :mrgreen:
Masz rację co do sukienek, wolałabym, żeby to były lata 20. Jakoś milej się kojarzą. W tej części cyklu która dzieje się w Rolling więcej się mówi o ekonomii, sytuacji finansowej. Pewnie jest tak dlatego, że to trochę uboższa społeczność, ale i echa sytuacji światowej tam docierają.

Trzykrotka - Nie 30 Mar, 2025 23:35

Nie zwlekajmy, następca tronu nadjeżdża!

Panna Mapp dopracowała swoje wystąpienie co do joty. Kiedy tylko doszła do ostrego kąta naprzeciwko stacji, gdzie wszystkie samochody zwalniały i było biura handlarza opałem, na stację wjechał pociąg. Przy bramie prowadzącej na plac stali major w swoim cylindrze, kapitan w panamie, Irene w przyzwoitej spódnicy, Diva w nowiutkiej sukni spacerowej i padre z połowicą. Wszyscy patrzyli w stronę dworca i nikt nie zauważył jak panna Mapp wchodzi do biura handlarza opałem. O dziwo, koks wysłano trzy dni wcześniej i nie było potrzeby używania zasobów stanowczości.
– Jak miło z pana strony, panie Wootten! - powiedziała – i czemu wszyscy tu stoją dziś po południu?
Pan Wootten wyjaśnił powód i panna Mapp ściskając swój parasol wyszła na zewnątrz gdy samochód ruszał sprzed dworca. Uznała, że zbyt wielu jest wokół drogich przyjaciół by wyciągać Union Jacka i postanowiła wymknąć się po cichu gdy tylko zobaczy już, co chciała. Cylinder majora już był w jego ręku, a on sam kłaniał się nisko, to samo kapitan Puffin i padre, podczas gdy Irene, Diva i Evie wykonywały jakieś dziwne podrygi…. Panna Mapp zdecydowała, że kiedy przyjdzie jej kolej, to skoro już jest na miejscu, pokaże im jak wygląda prawdziwy dyg.
Samochód wyjechał na wprost niej, a ona dygnęła tak nisko, że nie udało jej się już podźwignąć i z rozmachem siadła na drodze. Parasolka wypadła jej z ręki i wyfrunął z niej Union Jack. Zobaczyła młodego człowieka w ubiorze khaki, który wyglądał przez okno i uśmiechał się szeroko, ale nie – jak myślała – łaskawie i nagle uderzyło ją, że prócz własnego wystąpienia, w tej scenie jest coś nie tak. Kiedy cofnął głowę do samochodu, z jego wnętrza rozległ się głośny śmiech.
Pan Wootten pomógł jej wstać a całe zgromadzenie przyjaciół stłoczyło się wokół niej wyrażając nadzieję, że nic jej nie jest.
– Nie, drogi majorze, drogi padre, ani trochę, dziękuję – powiedziała. - Jakie to głupie, wykręciłam kostkę. O tak, Union Jack, którego kupiłam dla bratanka, jutro ma urodziny. Dziękuję. Przyszłam żeby się dowiedzieć o koks: oczywiście myślałam, że książę przyjechał kiedy wszyscy wyszliście żeby powitać pociąg o 16:15. Pomyśleć tylko, wybiegłam wprost na niego! Jaki on przystojny.
Wszystko to brzmiało dość marnie i panna Poppit powitała pojawienie się pani Poppit idącej wprost z dworca jako miłą odskocznię… Pani Poppit była wyraźnie zirytowana.
– Mam nadzieję, że dobrze go pani widziała, pani Poppit – powiedziała panna Mapp – po odprawieniu dwóch pociągów i całym tym zachodzie.
– Widziała kogo? - zapytała pani Poppit z godnym ubolewania brakiem manier i gramatyki. – Ależ – na jej odpychającej twarzy zdało się rozlewać światło – chyba pani nie sądzi, że to był książę, prawda, panno Mapp? Książę przyjechał już o pierwszej, jak mi powiedział zawiadowca - i całe popołudnie grał w golfa.
Major popatrzył na kapitana, kapitan na majora. Po raz pierwszy od miesięcy odpuścili sobie dzisiejszą partię popołudniową golfa...
– Z okna samochodu wyglądał książę Walii – powiedziała panna Mapp stanowczo. - Taki miły uśmiech. Poznałabym go wszędzie.
– Młody człowiek, który na stacji wsiadł do samochodu był takim samym księciem Walii jak pani czy ja – powiedziała pani Poppit piskliwie. – Stałam bardzo blisko kiedy wysiadł: dygnęłam przed nim i mu się przyjrzałam.
Panna Mapp natychmiast zmieniła kierunek ataku: z wściekłości ledwie udawało jej się utrzymać uśmiech na twarzy.
– Co za gafa – powiedziała. - Będą się z tego śmiać przez cały wieczór. Pyszne!
Twarz pani Poppit przybrała nagle wyraz najczulszej troski.
– Mam nadzieję, panno Mapp, że nic sobie pani nie zrobiła siadając przed chwilą na ulicy – powiedziała.
– Nic a nic, serdecznie dziękuję – powiedziała panna Mapp, czując, że serce bije jej w gardle… Gdyby miała piętnastocalowe okrętowe działko i wiedziała jak go użyć, z poczuciem spełnionego obowiązku wystrzeliłaby teraz w Order Imperium Brytyjskiego i każdego, kto znalazłby się w zasięgu...



Pozostała jeszcze niedziela, z wszystkimi jej możliwościami, a dogodnie usytuowane krzesła chóru pomocniczego nigdy nie były tak wypełnione, ale nie było z tego żadnego pożytku i major z kapitanem wyszli w trakcie kazania żeby złapać tramwaj o 12:20 na pola golfowe. Dzień był rozkosznie piękny, więc naturalnym było, że spacer przez mokradła cieszył się wielkim powodzeniem, a golfiści mieli męczący i nerwowy czas, bo panie z Tilling co rusz wyskakiwały zza wydm i bunkrów* gdy, nie zważając na graczy, odbywały szybkie marsze we wszystkich kierunkach. Panna Mapp wróciła wyczerpana do domu w porze herbaty i dowiedziała się od Whithers, że książę spędził godzinę czy dwie włócząc się po mieście i zatrzymał się na całe pięć minut na rogu przy pokoju ogrodowym. Usiadł nawet na schodkach panny Mapp i zapalił papierosa. Zastanawiała się, czy resztka papierosa nadal tam jest: obrzydliwie było mieć schodki do drzwi wejściowych zaśmiecone petami i często wcześniej, gdy siedziało tam wielu rysowników, posyłała pokojówkę żeby zamiatała te niechlujne resztki. Przeszukała je teraz, ale była zmuszona dojść do smętnego wniosku, że tym razem nie ma czego usuwać...

Koniec rozdziału drugiego

*bunkry na polu golfowym: przeszkody, dołki wypełnione piaskiem

c.d.n

Tłym. Trzykrotka

Tamara - Pon 31 Mar, 2025 09:58

O matkooooooo , no tego to naprawdę się nie spodziewałam :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: to jest pech nad pechami jak słowo daję :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 31 Mar, 2025 15:03

Prawda? Biedna, taka szansa przepadła - całe miasteczko dało ciała zresztą :rotfl: Najlepsze te poszukiwania królewskiego niedopałka :mrgreen: I wzmianka o armatce, której chętnie użyłaby panna Mapp przeciw pani Poppit :rotfl:

W rozdziale trzecim sprawy się będą rozkręcać, choć na całkiem inny temat, po królach zamiatamy.


Rozdział trzeci

Diva siedziała przy otwartym oknie bawialni swojego domu przy High Street pracując ostrymi nożyczkami przy perkalowych zasłonach, których, jak uznała służąca, „nie opłaca się” już naprawiać. Skoro więc naprawa się nie opłacała, zamierzała zmusić je, by opłacały się w inny, bardzo sprytny sposób. Wzór na perkalu przedstawiał pączki różowych róż wychylające się zza treliażu – to je właśnie wycinała. Choć Tilling słynęło z pomysłowości, z jaką co modniejsze damy wymyślały sposoby, aby niewielkim kosztem,a modnie i osobliwie urozmaicać swoje stroje, to Diva - choć grzebała w pamięci - była pewna, że jej pomysłu nikt wcześniej nie zastosował.
Upalna pogoda trwała mimo późnego września i nie okazywała póki co oznak odwrotu, więc byłoby miło dla niej, a dotkliwie przykro dla innych, gdyby na sam koniec lata, nim nadejdzie pora swetrów, ciężkich spódnic i wełnianych szali, pojawiła się w nowiutkiej letniej kreacji. Postanowiła więc wziąć lekki biały żakiet, który zakładała na bluzkę i pokryć jego szeroki kołnierz i mankiety tymi ślicznymi różyczkami. Gdyby wystarczyło takich czystych, obszyłaby w ten sam sposób pasek spódnicy i jej dół. Żakiet i spódnica powędrowały już do farbiarza i miały wrócić za dzień lub dwa, nie białe, ale w odcieniu głębokiego fioletu, a do tego czasu ona będzie miała już steki tych różyczek gotowych do przyszycia. Być może można by przyszyć do paska cały kawałek perkalu, kratki i wszystko inne, ale postanowiła, że będzie miała tylko te małe pączki róż na kołnierzu, mankietach i – jeśli się da – dole spódnicy. Wypróbowała już efekt i była zdania, że nikt nie będzie w stanie domyślić się pochodzenia tych róż. Kiedy przyszyło się je starannie, wyglądały jakby były wzorem na materiale.
Pozwalała wyciętym różyczkom spadać na parapet i od czasu do czasu, gdy nazbierało się ich dużo, zgarniała je do kartonowego pudełka. Choć pracowała z wielką pilnością, miała oko na to, co dzieje się na ulicy, bo była to godzina zakupów i można było poczynić wiele obserwacji.
Nie miała ani w części geniuszu dedukcji panny Mapp, ale jej pamięć była przerażająco dobra, a to był już trzeci poranek z rzędu gdy Elizabeth poszła po zakupy spożywcze. To było dziwne, tak często biegać do spożywczego, dla większości ludzi wizyta tam dwa razy w tygodniu była wystarczająca.
Z pokoju na piętrze nad ulicą łatwo mogła zajrzeć do koszyka Elizabeth, a ona nie miała w nim niczego ze sklepu spożywczego, bo jedyne, co tam spoczywało, to mała butelka zawinięta w biały papier i zaklejona woskiem, która - nikt tego Divie nie musiał mówić - z pewnością pochodziła z apteki i bez wątpienia miała związek z przejedzeniem się śliwkami.
Panna Mapp przeszła przez ulicę na chodnik pod domem Divy i dokładnie kiedy na nim stanęła, służąca Divy otworzyła drzwi bawialni przynosząc drugą pocztę, a raczej nie przynosząc drugiej poczty, tylko wiadomość, że jej nie ma. Otwarcie drzwi spowodowało przeciąg, a pączki róż leżące na parapecie popłynęły w powietrze. Diva zdołała zagarnąć większość z nich z powrotem, ale dwa wyleciały przez okno. Dokładnie w tej, a nie innej chwili, panna Mapp spojrzała w górę i jeden z nich opadł jej na twarz, a drugi wpadł do koszyka. Jej wytrenowane zdolności stanęły słupka. Upchnęła obie różyczki do rękawiczki żeby się nad nimi zastanowić, nie zatrzymując ani chwili na miejscu. Wiedziała tylko, że były to małe różowe pączki róż i że wypadły z okna Divy...
Zatrzymała się wpół kroku i przypomniała sobie, że Diva nie wyraziła jeszcze żalu co do kradzieży włóczki i że wciąż „wpadała” wszędzie tak jak przedtem. A więc Diva zasługiwała na jakąś karę i na szczęście w tej samej chwili panna Mapp pomyślała o temacie, który powinien wprawić ją w zakłopotanie. Na ulicy było pełno ludzi i lepiej byłoby zawołać zamiast dzwonić do drzwi by oszczędzić kłopotu biednej przepracowanej Janet (Diva miała tylko dwie służące, choć oczywiście bieda to nie zbrodnia.)
– Divo kochana! - zagruchała.
Głowa Divy wyjrzała z okna jak zegarowa kukułka przygotowująca się do wykukania godziny.
– Czołem! - powiedziała. - Czegoś ci trzeba?
- Mogę wpaść na moment kochana? - powiedziała panna Mapp. - To znaczy jeśli nie jesteś za bardzo zajęta.
– A wpadaj – rzekła Diva. Była doskonale świadoma, że panna Mapp powiedziała „wpaść”- można rzec - w grubym cudzysłowie żeby ją przedrzeźniać, więc sama powtarzała to słówko częściej niż było trzeba. – Powiem służącej żeby wpadła na dół i cię wpuściła.
W międzyczasie Diva zwinęła perkalowe zasłony i razem z wyciętymi różyczkami upchnęła je w kredensie, gdyż podczas tworzenia tych dekoracji najważniejsza była tajemnica. Ale żeby sprawiać wrażenie czymś zajętej, wyjęła włóczkowy szal, który dziergała, zapominając, że amarantowy pas, który teraz robiła, zrobiony był z tej pechowej włóczki, którą panna Mapp uważała za podstępnie przywłaszczoną. Takich rzeczy panna Mapp nigdy nie zapominała. Nawet między słodkimi kwiatami. Jej oko padło na robótkę kiedy tylko weszła do pokoju i jeszcze głębiej wepchnęła dwie różyczki do rękawiczki.
– Pomyślałam że wpadnę po drodze ze spożywczego – powiedziała. - Co za piękny szal, moja droga! Jaki śliczny odcień włóczki. Gdzież to ja już coś takiego widziałam?
To była jawna ironia i tą samą monetą za nią zapłacono. Diva nie była strachliwa.
– Nie mam bladego pojęcia – odrzekła.

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 31 Mar, 2025 20:55

Ojojoooooj, fashionistki idą na wojnę :serce: :twisted: :rotfl:
Trzykrotka - Wto 01 Kwi, 2025 09:33

Serio - stoimy oto w progu wojny na kiecki :mrgreen: No i jak tu ich nie kochać...
Tamara - Wto 01 Kwi, 2025 10:21

No po prostu sie nie da :serce: :serduszkate: :serce2:
Strasznie jestem tego zimorodkowego błękitu ciekawa, czy się pojawi...

Trzykrotka - Wto 01 Kwi, 2025 11:09

Pojawi się! :banan: Pojawi się wraz z nastaniem sezonu na jesienne podwieczorki... i nie pozostanie bez echa, tyle powiem :-D
Tamara - Wto 01 Kwi, 2025 13:10

Trzykrotka napisał/a:
nie pozostanie bez echa

Właśnie ze względu na to echo jestem go strasznie ciekawa, na bank to będzie wyjątkowe zdarzenie :serce: :twisted: Przed oczami jawi mi sie osoba postury Hiacynty, tylko wyższa, ubrana w jedwabną lejącą suknię z talią na biodrach, koloru bardzo ostrego błękitu, z pomarańczowymi godetami w spódnicy i pomarańczowym szalem/szarfą przerzuconą przez ramię i przypiętą na biodrze, a może nawet z pomarańczową kokardą :serduszkate: oczywiście wcale nie twierdzę, że tak to będzie wyglądać, ale taką mam podświadomą wizję :serce:

Trzykrotka - Wto 01 Kwi, 2025 22:29

Tak, ja też podobnie to widziałam w wyobraźni, zwłaszcza tę Hiacynopodobną figurę panny Mapp.

Ale jeszcze poczekamy na zimorodkową suknię, na razie panna Mapp węszy.

Panna Mapp udała, że się zastanawia i uśmiechnęła się aż po swoje zęby mądrości (Diva już tak nie mogła).
– Już mam – powiedziała. - To włóczka, którą zamówiłam u Haynesa, a on sprzedał ją tobie i więcej już nie miał na składzie.
– Tak to było – powiedziała Diva. - Trochę cię zdenerwowałam. Włóczka była w sklepie. Ja ją kupiłam.
– Tak, kochana, właśnie widzę. Ale nie w tej sprawie wpadłam. Ten strajk węglowy, wiesz?
– Mam pełną piwnicę.
– Divo, ale chyba nie chomikujesz? - spytała panna Mapp z wielkim niepokojem. – Bo jeśli tak, to mogą zabrać ci każdą bryłkę którą masz i jeszcze doliczyć grzywnę za każdy cetnar, o ile wiem.
– Phi! - powiedziała Diva z raczej udawaną obojętnością na tę niemiłą uwagę.
– Tak, kochanie, phi na całej linii jeśli tak lubisz! – rzekła panna Mapp – Ale nie czułabym się dobrą przyjaciółką gdybym pewnego ranka odkryła, że policzyli ci grzywnę – złapali za grzywę można rzec – a ja cię nie ostrzegłam.
Diva nie miała już chęci do prychania.
– Ale ile wolno mieć? - spytała.
– Och, niewiele, tyle by wystarczyło. Ale pewnie cię nie nakryją. Na wszelki wypadek jednak przyszłam cię ostrzec.
Diva przypominała sobie coś o spekulantach; w prasie pojawiały się okropne notki o zapobiegliwych gospodyniach, które czytało się bardzo niemiło.
– Ale te obostrzenia miały zastosowanie tylko w czasie wojny – powiedziała.
– Nie wątpię, że masz rację, kochana – rzekła pogodnie panna Mapp. - Z całą pewnością życzę ci żeby tak było. Ale jeśli strajk się przeciągnie, to myślę, że dowiesz się, że przepisy odnośnie zapasów są równie surowe jak były. To samo z zapasami jedzenia. Twemlow – co za uprzejmy człowiek – powiedział mi, że sądzi, że jedzenia będzie pod dostatkiem, albo przynajmniej wystarczająco, pod warunkiem, że nie będziemy chomikować. Nie robisz zapasów jedzenia, droga Divo? Ty niegrzeczne stworzenie: coś mi się zdaje, że kredens jest pełen sardynek, herbatników i słoików z bulionem.
– Nic podobnego – rzekła Diva z oburzeniem. - Sama się przekonaj – i nagle przypomniała sobie, że kredens jest pełen perkalowych zasłon, wyciętych bukietów róż i są tam też nożyczki do paznokci.
Nastąpiła pełna napięcia pauza, podczas której panna Mapp zauważyła, że w oknie nie było zasłon. Z pewnością kiedyś tam były i pasowały do perkalowej osłony siedziska przy oknie, udekorowanej pęczkami różyczek wyglądających przez treliaż. Oto był i bonus. Do tej chwili nie łączyła perkalowych zasłon z tym czymś małym co spłynęło na nią z okna i teraz spoczywało w rękawiczce; jej jedynym celem było wzbudzenie w Divie niepokoju związanego ze strajkiem węglowym i groźby związanej z posiadaniem zapasów opału. Miała skromną nadzieję, że jej się udało. Wstała.
– Muszę już iść – powiedziała. - Jaka miła pogawędka! Ale ci się stało z twoimi pięknymi zasłonami?
– Poszły do prania – podpowiedziała Diva twardo.
– Kłamczucha – pomyślała panna Mapp schodząc na dół. – Gdyby tak było, Diva posłałaby do prania także pokrowiec z siedzenia przy oknie. Kłamczucha.
I posłała całusa Divie, która ponuro wyglądała za nią z okna.

________________

Kiedy tylko panna Mapp dotarła do swojego pokoju ogrodowego, zabrała się do oglądania tajemniczego skarbu ukrytego w rękawiczce z lewej dłoni. Diva bez najmniejszej wątpliwości zdjęła zasłony (czas najwyższy, były już naprawdę sfatygowane) i wycięła z nich różyczki. Ale po cóż na litość to robiła? Do czego mogą być potrzebne bukiety róż wycięte z perkalowych zasłon?
Panna Mapp położyła na kolanach oba dowody, które tak opatrznościowo zdobyła – wyglądały pięknie na tle granatu spódnicy. Diva była bardzo twórcza: używała wszelkich resztek i odpadów w sposób, który doskonale świadczył o jej talencie do oszczędności. Potrafiła przybrać kapelusz szczoteczką do zębów i bananem tak, że wyglądał jak przywieziony z Paryża, póki nie przeanalizowało się dokładnie komponentów. Większość tego talentu pokazywała w stroju: tym bardziej szkoda, że miała taką okrągłą figurę, że jej pasek zawsze przypominał równik…
– Eureka! – powiedziała panna Mapp na głos i – choć usłyszała telefon i mogła być to któraś z przyjaciółek służącej dzwoniąca w porze, kiedy to pani domu zwykle jest na High Street – popłynęła gładko do wielkiego kredensu pod schodami, który był pełen rzeczy, których żadna osoba przy zdrowych zmysłach nie śmiałaby wyrzucić: połamanych wiklinowych krzeseł, kawałków brązowego papieru, kartonowych pudeł bez przykrycia i przykryć bez pudeł, starych dziurawych toreb, zamków bez kluczy i kluczy bez zamków oraz znoszonych perkalowych narzut. Była tam jedna – kiedyś zdobiła sofę w pokoju ogrodowym – we wzór czerwonych maków (bardzo łatwych do wycięcia) i panna Mapp wyciągnęła ją z kąta w obłoku kurzu, spuszczając przy okazji wspaniałą kaskadę kartonowych wieczek i kilku klamek.
Withers odebrała telefon i przyszła powiadomić, że Twemlow ze sklepu spożywczego żałuje, ale ma tylko dwie puszki peklowanej wołowiny, lecz…
– To powiedz mu, że wezmę też ozór, Withers – powiedziała panna Mapp. – Tylko ozór – a potem chcę, żebyście pomogły mi z Mary w wycinaniu.
Cała trójka z gorączkową energią zabrała się do pracy, bo Diva wyprzedzała je na starcie i o czwartej miały taką ilość maków, że po zasiewach można by wyposażyć całą ulicę palarni opium. Suknia wybrana do dekorowania miała, prócz kilku plam z pleśni, kolor dojrzałej kukurydzy, co było doskonałym wyborem na wrzesień. „Maki w kukurydzy,” powtarzała sobie panna Mapp ciągle od nowa, wspominając słodkie wersety Bernarda Shaw czy Clementa Shortera, czy kogoś podobnego, które kiedyś czytała o ogrodach snu gdzieś w Norfolk…
– Nikt nie pracuje tak schludnie jak ty, Withers – powiedziała wesoło – i ciebie poproszę o wykonanie najtrudniejszej części. Chciałabym żebyś naszyła moje śliczne maki na kołnierz i mankiety, porozmieszczaj je trochę nieregularnie. A znów Mary – dobrze, Mary? – zrobi to samo z paskiem, a ja zrobię z nich brzeg spódnicy i moja droga stara sukienka będzie jak nowa i urocza. Po południu nie będzie mnie dla nikogo, Withers, choćby nawet sam książę Walii usiadł znowu na mych schodkach. Będziemy pracować razem w ogrodzie, dobrze, a ty i Mary macie mnie skrzyczeć jeśli uznacie że się nie przykładam. W ogrodzie to będzie sama przyjemność.
Ten przyjemny plan całkowicie uniemożliwił Withers i Mary jakiekolwiek obijanie się…

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 02 Kwi, 2025 09:16

Uuuuuuuuuu :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: kochana Diva umrze na zawał, a na dodatek będzie miała zagwozdkę, jak droga Mapp się domyśliła :twisted: To jest po prostu absolutnie przecudne :serce: :serce: :serce: :serce2: :serce2: :serce2:
Trzykrotka - Śro 02 Kwi, 2025 11:59

Prawda? Obie mogłyby pracować w wywiadzie albo w Scottland Yardzie, takiego mają nosa to wykrywania jak połączyć kropki :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:
Wieczorem wrzucam kolejny kawałek :kwiatek:

Tamara - Śro 02 Kwi, 2025 12:27

:kwiatek: :kwiatki_wyciaga: :love_shower: :cmok: :cmok: :cmok:
Sherlock Holmes mógłby im buty czyścić :cool:

Trzykrotka - Śro 02 Kwi, 2025 19:13

No i niespodzianka... Na chwilę odrywamy się od konfekcji damskiej...

Mniej więcej wtedy, kiedy to zgodne trio zasiadło do szycia, para bardzo daleka od zgodności trudziła się równie mocno w wielkim przestronnym bunkrze przed dostępem do ostatniego dołka na polu golfowym. Był to piękny bunkier, mający postać wielkiego zbocza z luźnego, sypkiego pisaku usypanego naprzeciwko wzgórza i solidnie obrzeżonego drewnem. Marynarka Wojenna była dziś w lepszej formie po druzgocącym porannym zwycięstwie nad Piechotą i wygraniu pół korony, a popołudniowy mecz, z którego pozostał do rozegrania ledwie ostatni dołek, był dość wyrównany. Więc kapitan Puffin jako pierwszy posłał piłkę w niski, nerwowy lot, a ta stuknęła głośno w drewnianą osłonę bunkra i przytuliła się pod nią, dobrze zasłonięta przed przyszłym atakiem.
– Phi! To w zasadzie załatwia sprawę – powiedział Major Flint łobuzersko. – Złe miejsce na wybicie piłki. Oddajesz dołek?
To bezczelne pytanie nie wymagało odpowiedzi i major Flint uderzył piłkę posyłając ją w niebo. Musiała jednak w końcu spaść naz ziemię i opadła jak Lucyfer, syn światła, na sam środek tegoż bunkra… Tak więc Piechota zagrała jeszcze trzy, i, pocąc się obficie, wycofała się. Przyszła kolej Marynarki, która musiała przełożyć kij nad osłoną bunkra żeby w ogóle sięgnąć piłki i dwa razy spudłowała.
– Lepiej się poddaj, stary kumplu – rzekł major Flint. – Tego się nie zagra.
– To potrzymaj mi piwo – powiedział kapitan Puffin i zazgrzytał zębami.
– Spóźnimy się na tramwaj – powiedział major i chcąc zirytować kapitana siadł w bunkrze tyłem do niego i zapalił papierosa. Trzecia próba nie przyniosła zmian, przy czwartej piłka poleciała po deskach, odbiła się żwawo z powrotem do bunkra, potoczyła się po stromym, piaszczystym zboczu i uderzyła w but majora.
– Chyba cię uderzyłem – powiedział kapitan Puffin. – Ha! Więc to mój dołek, majorze!
Major Flint oniemiał. Otwierał i zamykał usta na których pojawił się piana. Wyjął z kieszeni pół korony.
- Daj to kapitanowi – powiedział chłopcu od kijów i nie rozglądając się na boki ruszył w stronę tramwaju. Nie uszedł jeszcze stu jardów gdy rozległ się gwizdek i tramwaj potoczył się w stronę domu z coraz większą prędkością.

Osłabiony i drżący z wściekłości major Flint przekonał się po kilku kroczkach w stronę Tilling, że żadną miarą nie zdoła tam dotrzeć póki nie wzmocni się jakimś mocnym stymulantem i zawrócił do klubu żeby go uzyskać. Zawsze gdy przegrał w golfa zaczynał kuleć, a kapitan Puffin chromał w każdej sytuacji i obaj, choć byli już na etapie nie rozmawiania ze sobą, pokuśtykali do klubu, nie dostrzegając swojej obecności. Zbierając resztki sił major Flint ryknął o whisky i usłyszał, że zgodnie z przepisami nie można jej podawać przed szóstą. Mógł dostać lemoniadę i piwo imbirowe… Równie dobrze można było oferować tygrysowi – ludożercy chleb z masłem i mleczko. Nawet groźba natychmiastowej rezygnacji z członkostwa jeśli nie dostanie drinka nie zrobiła najmniejszego wrażenia na uprzejmym kelnerze, usiadł więc ze starym numerem Puncha aby dojść do siebie najlepiej jak się w tych okolicznościach dało.
To raczej niewiele pomogło. Jego wymuszona wstrzemięźliwość była tym bardziej nieznośna, że kapitan Puffin, który przykuśtykał zaraz za nim, wyjął ze swojej szafki butelkę upragnionego eliksiru i przygotował sobie drink w długiej, przyjemnej literatce. Po afroncie majora w sprawie półkoronówki żaden marynarz z odrobiną honoru nie mógł pierwszy wyciągnąć ręki do zgody.
Pragnienie wiele może. Nim orzeźwiony Puffin dotarł do połowy swojej szklaneczki, major poczuł, że nie jest w stanie ani chwili dłużej unosić się godnością. Nienawidził mówić, że mu przykro (bardziej niż ktokolwiek inny) i wcale nie byłoby mu przykro gdyby mógł dostać drinka. Kręcił wąsa raz po razie i chrząkał częściej niż potrzebował żeby oczyścić gardło – i skapitulował.
– Słowo daję, Puffin, wstyd mi że – ha! – nie przyjąłem lepiej porażki – powiedział. – Człowiek nie powinien dawać ponosić się grze.
Puffin zaśmiał się swoim piskliwym altem.
– O to tak, majorze – powiedział. – Wiem jak trudno jest przegrywać jak dżentelmen.
Pozwolił, żeby te słowa zapadły i się uleżały i dodał:
– Napijesz się, staruszku?
Major Flint skoczył na równe nogi.
– A dziękuję, dziękuję – powiedział. – No i gdzie jest teraz ta twoja woda sodowa? – krzyknął do kelnera.

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 03 Kwi, 2025 14:15

Oj jaka bolesna dzisiejsza partia golfa się okazała :rotfl:
Trzykrotka - Czw 03 Kwi, 2025 20:20

Dwaj panowie się dogadują co do - khem - rzymskich dróg i pamiętników :mrgreen:


Szybkość i kompletność pogodzenia się nie była niczym niezwykłym bo kiedy dwaj panowie kłócą się przy każdym spotkaniu, to godzą się z równą częstotliwością, inaczej nie mogliby się znowu kłócić. Ten konflikt był ostrzejszy niż większość, a powrót do zgody nieco gwałtowniejszy. Major Flint w swym zapale utopił wąsy w życiodajnym kielichu i osuszył je chusteczką do nosa.
– Po prawdzie był to zabawny incydent – powiedział. – Byłem odwrócony tyłem i czekałem aż odpuścisz, kiedy twoja cho –– przeklęta piłeczka trzasnęła mnie w stopę. Muszę to zapamiętać. Odpłacę ci pięknym za nadobne któregoś dnia, a przynajmniej odpłaciłbym, gdybym uważał to za godne sportowca. No, no, dość już o tym. Zadziwiająco dobra whisky, ta twoja.
Kapitan Puffin nalał sobie trochę więcej niż połowę tego, co zostało w butelce.
– Częstuj się, majorze – powiedział.
– No dzięki wielkie, nie odmówię – powiedział, przechylając butelkę nad szklanką. – Zgubi nas ta kolejka, bo ostatnia kolejka odjechała. To kolejka i to kolejka! Słowo daję, zaczynam się zastanawiać, czy nie dzwonić po taksówkę.
To oczywiście była przymówka. Puffin powinien zapłacić za taksówkę, skoro wygrał dziś dwie półkoronówki. Ten obecny drink nie był zwyczajową kolejką stawianą przez zwycięzcę i płaconą gotówką przy kontuarze. Szklaneczka (czy dwie) z butelki to nie to samo… Puffin oczywiście inaczej na to patrzył. Z whisky, którą major Flint wypił (lub miał zamiar) zapłacił on rachunek u swojego dostawcy wina. Były to takie same pieniądze jak floren rzucony na kontuar. Tak jednak był zadowolony ze zręczności, z jaką pokonał ostatni dołek, że przekroczył granicę zwykłej oszczędności.
– To się pofatyguj do telefonu i zamów taksówkę – powiedział – a ja za nią zapłacę.
– No i pięknie – powiedział ten drugi.
Ich koleżeństwo osiągnęło znowu najszczęśliwszy poziom i zgodnie zasiedli na ławce przed klubem czekając na przyjazd ich niecodziennego pojazdu.
– Lanczyk u Poppitek jutro? – spytał major Flint.
– Tak. Będziesz? Dobrze. Pewnie potem brydż.
– A na pewno. Fajnie byłoby gdyby podały znowu tego porzeczkowego foola. To był zacny trunek, wszystko prócz tych porzeczek. Gdybym miał całą starą brandy, którą mi do nich domieszano w jednej szklance, a całego szampana w drugiej, byłbym bardziej niż zadowolony.
Kapitan Puffin był wielkim cynikiem na swój własny mizoginiczny sposób.
– Kamuflaż dla płci pięknej – powiedział. – Kobieta wyżłopie pół butelki brandy jeśli na butelce będzie stało „pudding śliwkowy” i poprosi o dokładkę, ale jeśli podasz jej małą brandy z wodą, uzna to za obrazę.
– Bóg z nimi, tymi małymi śmiesznymi wróżkami – odpowiedział major.
– Prawda, święta prawda, majorze, mówię ci – odrzekł Puffin. – Patrz na tę starą Mapp. Mówi że jest abstynentką, ale tego porzeczkowego foola ciągnęła jak smok. Troszki zaróżowiona, tak pomyślałem kiedy ją odprowadzaliśmy do domu.
– Oj była – powiedział major – Oj była. Pożegnała się z nami na progu jakby myślała, że jest idealną Wenus Ana… Ana-coś-tam.
– Chyba anno domini – zachichotał Puffin.
– No, no, wszystkich nas podgryza ząb czasu –powiedział major miłosiernie. – Ale ładna kobieca figura.
– E? - zdziwił się Puffin ironicznie.
– Żadnego twojego marynarskiego żargonu na lądzie, kapitanie – powiedział major w doskonałym humorze. – Nie jestem żonaty bardziej niż ty. Może lepiej gdybym był, o wiele lat więcej niż chcę o tym myśleć. A niech mnie, moja stara rana będzie mi dawać popalić dziś w nocy.
– Jak sobie z tym radzisz, majorze? – spytał Puffin.
– Jak sobie radzę? Przeglądam dzienniki i rozmyślam o dawnych czasach.
– Zamierzasz z czasem pokazać je światu? – spytał Puffin.
– Nie, mój panie, co to to nie – odparł major Flint. – Może za sto lat – podam w testamencie datę publikacji – ktoś uzna, że nie są wcale takie nudne. Ale całe to dopiekanie, smażenie, grillowanie, podawanie przyjaciół z masłem na gorąco żeby te stare kocice miały o czym miauczeć przy kawowych stolikach – phi!
Puffin milczał przez chwilę doceniając te szlachetne sentymenty.
– Ale wkładasz w nie wiele roboty – powiedział w końcu. – Często kiedy się kładę, widzę, że w twoim salonie ciągle pali się światło.
– A jak o to chodzi – odparł major – to jestem pewien że czasami drzemałem już w łóżku i budziłem się podciągałem roletę, a tam co jak nie światło paliło się u ciebie. Długie i solidne drogi musieli budować ci starożytni Rzymianie, nie ma co, kapitanie.
Lody jeszcze nie zostały przełamane, ale pękały we wszystkich kierunkach pod wpływem tej niespodziewanej odwilży. Po kolacji jasno wyrazili wzajemną nieufność co do ekstraordynaryjnych zajęć po kolacji… Jeszcze nigdy wcześniej nie zaszli tak daleko: zawsze jakaś sprzeczka znów mąciła czyste wody. Ale teraz, tuż po przezwyciężeniu okropnego konfliktu i oczekującego ich niecodziennego luksusu w postaci taksówki, wiosenne powietrze wiało w najbardziej ożywczy sposób.
– Tak, prawda, prawda – powiedział Puffin. – Długie to były drogi, na dodatek suche i gdybym się ich trzymał co wieczór od po kolacji do północy albo dłużej, byłyby pokryte kurzem.
– Chyba, że byś go zmywał od czasu do czasu – dopowiedział major Flint.
– Otóż to. Praca umysłowa jest wyczerpująca; wymaga stałego wspomagania – odpowiedział Puffin. – Rozumiesz, siedzę w moim fotelu i może troszkę drzemię po kolacji, a potem wyciągam mapy żeby mieć je pod ręką. A potem, jeśli znajdę coś ciekawego w wieczornej gazecie, to ją otwieram i niech to – często okazuje się, że jest już wpół do jedenastej albo i dwunastej i o tej porze nie ma co brać się już za archeologię. No i tak po prostu… wypełniam sobie czas póki nie poczuję się senny. Ale między paniami tutaj powstały jakieś legendy że jestem pilnym studentem lokalnej topografii i rzymskich dróg i wszelkich traktów i uważam, że lepiej to tak pozostawić. Po co się męczyć długimi wyjaśnieniami – dodał Puffin w przypływie pewności siebie – przez ostatnie pół roku nastudiowałem się rzymskich dróg co kot napłakał.
Major Flint zaniósł się głośnym, urywanym śmiechem i klepnął się w tłuste udo.
– A niech mnie, jeśli to nie najlepszy dowcip jaki słyszałem od bardzo dawna – powiedział. – To ja przez ostatnie dwa lata siadywałem w moim domu naprzeciwko twojego, patrzyłem jak u ciebie noc po nocy do późna pali się światło i myślałem sobie: „Mój przyjaciel Puffin dalej ślęczy! Jak to fajnie jest być takim zapalonym archeologiem. Długie samotne wieczory od razu stają się krótsze wśród książek i map… Mapp! Ha ha! I nawet nie zauważa, że już północ, pierwsza albo druga może!” A ty przez cały ten czas drzemałeś i popijałeś w swoim fotelu, z szklaneczką gotową do zmycia kurzu z dróg.
Puffin uderzył w swój piskliwy rechocik.
– A ja często sobie myślałem – powiedział – „Oto mój przyjaciel major w gabinecie w domu naprzeciwko, otoczony dziennikami, robi notatkę tu, kopiuje jakiś fragment tam i jednego dnia konferuje z wicekrólem, a innego upomina maharadżę Bom-bi-bu. Spędza wieczór na indyjskiej rafie koralowej, zjada lekki lunch i strzela do tygrysów i licho wie, co jeszcze…
Major znowu ryknął śmiechem.
– Nigdy w życiu nie prowadziłem dzienników! – zawołał. – Tyle w tym treści, co psu na buty! Ty i ja, pilni studenci w Tilling! Poważni studenci, którzy ciężko pracują, gdy wszystkie piękne panie kładą się już do łóżek. Co rusz ta stara ro…. znaczy ta ładna kobitka, panna Mapp, upominała mnie, że za ciężko pracuję po nocach! Radziła mi kłaść się wcześniej i pracować między szóstą i ósmą rano! Szósta i ósma! Dla starego wiarusa to dziwna pora do wstawania! Stawiam kapelusz w zastaw i że i tobie truła że przesiadujesz po nocach i nadwerężasz zdrowie.
Major zakaszlał, zaśmiał się i wciągnął dym z cygara aż spurpurowiał.
– I tak ty siedzisz po jednej stronie ulicy – sapnął – udając, że się pasjonujesz rzymskimi drogami, a ja po drugiej smęcę nad dziennikami, a obaj mamy w nosie i drogi i pamiętniki. Dajmy sobie spokój z tak nietowarzyskimi zajęciami, przyjacielu; ty jednego wieczoru zabierz rzymskie drogi i butelkę do zmywania kurzu do mnie, a ja drugiego przyjdę do ciebie z moimi dziennikami i moją butelczyną. Nigdy nie pij sam – jedna z moich złotych maksym życiowych – jeśli znajdziesz kogoś, z kim możesz to robić. I ty byłeś kilka jardów ode mnie siedząc tylko w towarzystwie swojego starego cienia, a ja siedziałem po drugiej stronie z moim starym cieniem i myśleliśmy jeden o drugim jak o zgrzybiałych piernikach zajętych pracą życia. Niech mnie kule biją jeśli słyszałem o dwóch takich żałosnych starych kanciarzach jak my dwaj, kapitanie. Jakaż to obłuda panuje na tym świecie, naprawdę! I bez obrazy, pamiętaj! Jestem tak samo durny jak ty a ty jak ja, ale obaj mamy siebie. Ale dla Benjamina Flinta to koniec z samotnymi wieczorami – jeśli na to przystaniesz.
Ogłoszono przyjazd taksówki i ramię w ramię ruszyli chwiejnie stromą ścieżką do drogi. Trochę po lewej był duży bunkier, który tak właściwie stał u początku ich obecnej zażyłości. Kiedy go mijali, major pomachał mu swoją czerwoną ręką.
- Au reservoir – powiedział. – Do zobaczenia wkrótce!

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 03 Kwi, 2025 20:55

Ale numer :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: no to teraz panna Mapp będzie miała prawdziwą zagwozdkę :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Czw 03 Kwi, 2025 21:18

Oj, będzie miała! :mrgreen: Aż dziwne, że panowie aż do tej pory się nie dogadali odnośnie kolektywnej pracy - powiedzmy - umysłowej :rotfl:
Tamara - Pią 04 Kwi, 2025 12:56

No wiesz, przecież każdy musiał chronić swój nim twórczego intelektualisty :twisted: :rotfl:
Ciekawa jestem, jakie powstanie publiczne wyjaśnienie codziennej wspólnej "pracy twórczej" i czego ona będzie oficjalnie dotyczyć :mrgreen:

Trzykrotka - Pią 04 Kwi, 2025 23:30

Tamara napisał/a:
No wiesz, przecież każdy musiał chronić swój nim twórczego intelektualisty :twisted: :rotfl:

A jakże :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Panna Mapp popada w romantyczny nastrój, a teraz kolej Divy na przeprowadzenie śledztwa :kwiatek:

Była późna noc gdy panna Mapp poczuła, że jest fizycznie niezdolna do przyszycia jeszcze choćby jednego maka do brzegu spódnicy i podeszła do okna pokoju ogrodowego, w którym pracowała, żeby je zamknąć. Rzuciła najpierw okiem na górne piętro własnego domu i zobaczyła, że w pokojach służby światło jest zgaszone; spojrzała w prawo i skonkludowała, że ogrodnik też już poszedł do łóżka: w końcu popatrzyła wzdłuż ulicy i z ukłuciem przyjemności odnotowała, że okno w domu majora nie pokazuje ani śladu pracy do później nocy. To było naprawdę satysfakcjonujące: oznaczało, że miała na niego wpływ, bo w odpowiedzi na jej życzenie, tak taktownie mu oznajmione, żeby chodził wcześniej spać i nie pracował do późna, oto jego okno było ciemne, a ona odsunęła od siebie marne podejrzenia, których nabrała w związku z porzeczkowym foolem.
Okno jego sypialni również było ciemne: musiał już zgasić lampę i panna Mapp pospiesznie uporządkowała stolik, żeby nie okazało się, że nie przestrzega własnych przykazań.
Ale w domu kapitana Puffina światło było zapalone; miał on mniej ciekawą naturę niż major i był od niego o wiele gorszy. Naprawdę uważał, że rzymskie drogi są tak cudownie fascynujące?
Panna Mapp miała szczerą nadzieję, że uważał i że nic o wiele mniej czystej i niewinnej natury nie wstrzymywało jego snu… Kiedy bardzo delikatnie zamykała okno, wydało jej się, że w egoistycznym nocnym czuwaniu majora Flinta nad pamiętnikami było również coś tak zaskakującego, że zastanawiała się, czy nie coś innego (ale nie widziała co) każe mu palić światło tak długo w nocy. Ale teraz wykreśliła go – drogiego człowieka – i jego nocne nawyki z listy zagadek miasta Tilling, które czekały na rozwiązanie. Cokolwiek to było (dzienniki czy cokolwiek) co nie dawało mu spać, zerwał on z tym nałogiem, a kapitan Puffin nie. Przerzuciła sobie obrzeżoną makami suknię przez ramię i z dziękczynnym uśmiechem pospieszyła do łóżka. Mogła sobie teraz, gdy światła majora były zgaszone, a on sam zakopany pod kołdrą, z większym zdecydowaniem porozmyślać o tym, co czyniło z kapitana Puffina ślepym na upływ czasu kiedy studiował rzymskie drogi.
Jakże była szczęśliwa, że major taki nie jest… “Benjamin Flint!” powiedziała do siebie, kiedy – zostawiając okno otwarte – podreptała cicho (jakby nie chcąc zakłócać snu po drugiej stronie ulicy) przez pokój na swych tłustych białych stopach do wielkiego białego łoża.
– Dobranoc, majorze Benjy – wyszeptała gasząc światło.

_____________________


Nie było podstaw żeby przypuszczać, że następnego ranka Diva odpowie na alarmujące aluzje panny Mapp co do losu ludzi gromadzących zapasy węgla i odda od razu, powiedzmy, tonę ze swoich zasobów szpitalowi w miejsce zwyczajowych mniejszych darów na Boże Narodzenie nie dokonując wcześniej dalszych badań w odpowiednich kręgach co do prawnych konsekwencji posiadania, jak sprawdziła, trzech ton w piwnicy i kiedy tylko gość opuścił jej progi, wyskoczyła z domu na spotkanie z panem Woottenem, swoim dostawcą węgla. Wróciła w stanie furii, bo dowiedziała się, że nie istniały żadne przepisy regulujące zapasów opału jakie właściciel domu zechce zgromadzić, a pan Wootten pochwalił ją za roztropność w zapewnieniu sobie rozsądnych ilości, bo uważał za całkiem prawdopodobne, że jeśli rzeczywiście dojdzie do strajku węglowego, to za miesiąc może być trudno uzupełnić stan piwnic.
– Ale przez całe lato mieliśmy dobre zaopatrzenie – dodał z uśmiechem pan Wootten – i wszyscy moi klienci mają dobrze zaopatrzone piwnice.
Diva przypomniała sobie natychmiast, że była wśród nich perfidna Elizabeth.
– O, ale panie Wootten – powiedziała. – Panna Mapp wpadła…. dopiero co była u mnie z wizytą. Powiedziała, że prawie nic nie ma.
Pan Wootten zajrzał do księgi rachunkowej. Wyjawianie spraw jednego klienta drugiemu było niezgodne z handlową etykietą, ale jeśli był kiedyś zrzędliwy klient, zawsze niezadowolony z cen i jakości, to była to panna Mapp… Pozwolił, by szeroki uśmiech rozlał się na jego sympatycznej twarzy.
– No cóż, proszę pani, gdybym w tym miesiącu miał braki w dostawach, ma pani w Tilling przyjaciół, którzy będą mogli pani pożyczyć ile pani zechce – pozwolił sobie powiedzieć…
Próby wycinania różyczek były daremne, skoro ręce aż jej się trzęsły i wychodziła co chwilę na High Street żeby ochłonąć. Gdyby nie była przezorna i nie dopytała o wszystko, z całą pewnością wysłałaby jeszcze tego samego dnia tonę węgla do szpitala, tak mocno perfidne ostrzeżenia Elizabeth o karach za chomikowanie zawładnęły jej wyobraźnią, a sama Elizabeth miała gigantyczne zapasy, choć twierdziła, że jest bez opału. No, musiała mieć więcej w piwnicy niż sama Diva, skoro pan Wotten jasno dał do zrozumienia, że to od Elizabeth można było pożyczać! A wszystko przez ten przekręty kłębek amarantowej włóczki…
Uspokajała się stopniowo, bo nie było sensu planować zemsty z umysłem rozpalonym emocjami. Musiała być chłodna i nieziemsko pomysłowa. W miarę studzenia uczuć zaczęła rozważać, czy to tylko sama włóczka pchnęła przyjaciółkę do tak diabolicznych działań. Wydawało się, że spowodował je jakiś inny motyw (jakiś dziwnie elżbietański). Elizabeth z całą pewnością mogła sama chomikować węgiel, więc to było bardzo w jej stylu, udawać że nie ma go prawie wcale żeby odwrócić od siebie podejrzenia. Była równie surowa dla każdego, kto mógłby choć pomyśleć o robieniu zapasów jedzenia na wypadek gdyby zawiodły dostawy i zaopatrzenie sklepów i w nagłym błysku prawdziwej intuicji umysł Divy olśniło podejrzenie, że Elizabeth chomikuje też żywność.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Sob 05 Kwi, 2025 22:09

Napięcie rośnie , i romantyczne i ekonomiczne, musi więc dojść do wybuchu :angeldevil:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group