Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Królowa Lucia
Trzykrotka - Wto 24 Wrz, 2024 08:49
| Admete napisał/a: | | Och kłótnia o guru 😆 |
I to jaka! Kto ma guru, ten ma władzę
Trzykrotka - Wto 24 Wrz, 2024 09:02
Co Juruś wieczorami robi w domu
Juruś musiał wziąć się w garść okrążając morwę pani Quantock, a dziesięć kroków później także swoją, nim osiągnął swój zwyczajowy wieczorny nastrój z tych dni, kiedy jadał kolację sam. Zwykle te wieczory były przyjemne i dość zajęte, bo w wirze riseholmskiego życia nie zdarzały się zbyt często i bywało tak, że ledwie jeden wieczór w tygodniu spędzał samotnie, poza tym, gdyby zmęczyło go własne towarzystwo, było z pół tuzina domów do których mógł się łatwo zaprosić, narzucić swoją wojskową pelerynkę i spędzić z godzinkę po posiłku. Ale najczęściej gdy zdarzały się wieczory jak dzisiejszy, miał wiele zajęć w domu, odkurzał porcelanę, przestawiał dekoracje na półkach i, położywszy pierścienie i chusteczkę do nosa na podstawkę świecy na fortepianie, spędzał solidną godzinę (z wciśniętym miękkim pedałem by nie drażnić Roberta) ćwicząc swoje partie w duetach, na których odegranie mógł być wezwany do Luci za dzień lub dwa. Choć grał lepiej niż ona, zwykle wolał „przejść” przez utwór wcześniej i sprawiać wrażenie, że nigdy wcześniej nut nie widział. Jednocześnie był pewien, że ona zrobiła dokładnie to samo, więc mieli jednakowy start. Takie to zajęcia umilały mu bardzo przyjemnie godziny do jedenastej, kiedy to kładł się do łóżka i rzadko kiedy musiał rozkładać pasjansa by jakoś zabić wlokące się minuty.
Ale od czasu do czasu – dzisiejszy wieczór był jedną z takich okazji – zdarzały się wieczory, kiedy to nie poszedłby do nikogo na kolację nawet gdyby go proszono, bo był „zajęty w domu.” Było tak mniej więcej raz w miesiącu (te wieczory z „zajęciem w domu”) i nawet zaproszenie od Luci nie byłoby w stanie go poruszyć. Już wieki temu Riseholme odkryło, co Jurusia tak „zajmuje w domu” raz w miesiącu i dlatego żaden z przyjaciół nie opowiadał nikomu o charakterze jego zajęć po prostu dlatego, że wszyscy wiedzieli. Jego domowe sprawy były absolutną tajemnicą będącą przez tak długi czas własnością publiczną.
Czerwiec wypełniony był różnymi zajęciami, nie „w domu” ale innymi, więc kiedy Juruś wszedł do swojej sypialni powiadomiony przez Foljambe, że fryzjer na niego czeka i to czeka „tych ostatnich dziesięć minut,” spojrzał na swoje odbicie w cromwellowskim lustrze które wisiało na schodach i był całkiem świadomy, że nadszedł najwyższy czas by poddać się zabiegom pana Holroyda. Z całą pewnością pod kasztanową powierzchnią widać było pasma siwych włosów, którymi trzeba było zająć się już ze dwa tygodnie temu. Dawało się także zauważyć znaczące przerzedzenie w pasmach, które zakrywały czubek jego głowy; pan Holroyd zajmował się nimi już wcześniej i zasugerował rozwiązanie, które było całkiem wygodne, chyba że Jurusiowi zaproponowano by sport na świeżym powietrzu, bez czapki i na silnym wietrze, a nawet i wtedy niespecjalnie. Ale jako że nie miał zamiaru uprawiać żadnych sportów, w czapce czy bez, postanowił, wchodząc po schodach, że pójdzie za radą pana Holroyda. Procedura pana Holroyda, bez dodatkowej formuły, polegała do siedzenia „póki nie wyschnie,” potem miał zjeść kolację, a wtedy pan Holroyd miał zacząć od nowa. Był bardzo zręcznym fachowcem jak chodzi o twarz i ręce i stopy. Juruś miał świadomość, że trochę ostatnio powłóczy nogami; jeszcze bardziej świadomy był, że potrzebuje gorących ręczników na twarz i „tap-tap” palców pana Holroyda i przeciągania kciuka pana Holroyda przez dość obwisłe okolice policzków i podbródka. W przerwie pomiędzy zabiegami na włosy i twarz pan Holroyd powinien zjeść sutą kolację z Foljambe i kucharką. A jutro rano, kiedy spotka się z Hermy i Ursy, Juruś będzie tak samo sprężysty i gibki i młody jak zawsze, a może nawet bardziej.
Juruś, szczęśliwy w swej ignorancji, nie miał pojęcia, że całe Riseholme wie, że lśniące kasztanowe pasma pokrywające czubek jego głowy zostały wyhodowane jak pędy winorośli od korzeni i przepływały przez łysą głowę, toteż kiedy pan Holroyd zaproponował innowację, mały tupecik, którego brzegi mieszałaby się jak najnaturalniej z jego własnymi włosami, Jurusiowi wydawało się, że nikt nie zauważy różnicy. Poza tym oszczędziłyby sobie tych strasznych momentów kiedy to przy wietrzniej pogodzie musiał zdjąć kapelusz by ukłonić się przyjacielowi, bo groziło to zawsze że włosy zostaną zwiane z czubka głowy i zwisną z ramienia jak warkocze reńskiej dziewicy. Tak więc pan Holyroyd otrzymał zlecenie żeby natychmiast załatwić tę małą sprawę i kiedy rozprawił się już z siwizną, a Juruś jadł kolację, nastąpiły gorące ręczniki, oklepywanie i inne zabiegi. Około wpół do dziesiątej kiedy wszystko już było zakończone, a on zszedł znów na dół na krótką partię tej basowej partii Piątej Symfonii Beethovena genialnie zaaranżowanej na dwójkę wykonawców i fortepian, spojrzał ze szczerą satysfakcją w swą różową twarz w cromwellowskim lustrze, a jego stopy znów czuły się dobrze w butach, paznokcie lśniły jak różowe gwiazdki kiedy dłonie przebiegały szaleńczo po klawiszach w szybszych partiach. Ale przez cały czas myśl o guru po sąsiedzku, pod którego kierownictwem mógłby odzyskać młodość bez uciekania się do tych kosztownych zabiegów (bo cena niewykrywalnego tupecika wstrząsnęła nim) rozbrzmiewała w jego głowie melodią bardziej czarującą niż ta Beethovena. Najbardziej ze wszystkiego chciałby mieć guru tylko dla siebie, żeby być wiecznie młodym, podczas gdy reszta Riseholme, łącznie z Hermy i Ursy, zestarzałaby się. Potem rzecz jasna, on byłby królem tego miejsca zamiast służyć interesom swojej królowej.
Wstał z lekkim westchnieniem, poprawił flanelowy pasek na klawiszach, zamknął fortepian i uzbrojony w miękką ściereczkę pochylił się na chwilę nad szafką z bibelotami, których nawet Foljambe nie wolno było dotykać. Powszechnie uważano, że je odziedziczył, choć to dziedzictwo trafiło do niego głównie za pośrednictwem sklepów z osobliwościami, a wśród nich było kilka przedmiotów znacznej wartości. Była złota tabakierka z czasów Ludwika XVI, miniaturka autorstwa Karla Hutha, maleńka zabawkowa miseczka z czasów królowej Anny, sztuka porcelany z Bow i emaliowana papierośnica Faberge. Ale dziś wieczorem nie obchodził się z nimi tak ostrożnie i delikatnie jak zwykle i nawet upuścił miseczkę na podłogę kiedy ją odkurzał, bo jego myśli nadal błądziły wokół guru i ćwiczeń przynoszących wieczną młodość. Jak szybko Lucia capnęła go na swoje przyjęcie. Jednak może go nie dostanie, bo może jej powiedzieć, że nie został do niej posłany. Ale z pewnością zostałby posłany do Jurusia, u którego, od kiedy tylko na niego spojrzał, odkrył czystą, białą duszę...
Zegar wybił jedenastą i, jak zwykle w ciepłe noce, Juruś otworzył szklane drzwi do ogrodu i odetchnął nocnym powietrzem. Na niebie widać było sierp księżyca, któremu Juruś skrupulatnie zasalutował zastanawiając się (choć nie wierzył na serio w przesądy) jak Lucia może być tak nierozważna, żeby strzyc włosy na nowiu księżyca. Widziała go wczoraj w Londynie, tak mu powiedziała, ale nie zwróciła na to uwagi... Wkrótce niebo usiane było pięknymi gwiazdami, które Juruś bardzo lubił podziwiać po takich wypełnionych zajęciami dniach jak dziś, choć gdyby sam miał je stylizować, nadałby im bardziej zdecydowane wzory. Wśród gwiazd widniała bardzo czerwona planeta, a Juruś dzięki swemu klasycznemu wykształceniu przypomniał sobie bez trudu, że to Marsa, boga wojny przedstawia na niebie czerwona gwiazda. Czy mogło mieć to znaczenie dla pokojowego Riseholme? Czy wojna domowa, ruchy rewolucyjne były możliwe w tak sielankowym królestwie?
Koniec rozdziału trzeciego
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Admete - Wto 24 Wrz, 2024 19:39
| Trzykrotka napisał/a: | | Ale przez cały czas myśl o guru po sąsiedzku, pod którego kierownictwem mógłby odzyskać młodość bez uciekania się do tych kosztownych zabiegów (bo cena niewykrywalnego tupecika wstrząsnęła nim) rozbrzmiewała w jego głowie melodią bardziej czarującą niż ta Beethovena. Najbardziej ze wszystkiego chciałby mieć guru tylko dla siebie, żeby być wiecznie młodym, podczas gdy reszta Riseholme, łącznie z Hermy i Ursy, zestarzałaby się. Potem rzecz jasna, on byłby królem tego miejsca zamiast służyć interesom swojej królowej. |
Każdy by tak chciał
Trzykrotka - Śro 25 Wrz, 2024 08:41
No ba! Dlatego na tym świecie pełno jest różnych guru - jak nie od jogi, to od cudownych kosmetyków albo suplementów.
Mnie zawsze bawi wizja Jurusia "wiecznego chłopca" z zaczeską na łysinie.
Trzykrotka - Śro 25 Wrz, 2024 08:49
Słówko o Daisy i Robercie.
Rozdział czwarty
Różowy na twarzy, porywczy Robert, skłony do przewracania jedzeniem na talerzu jeśli mu nie smakowało, był tego wieczoru podczas kolacji w wyśmienitym humorze, bo guru znów odwiedził kuchnię, skutkiem czego w miejsce kawałka białego, podeschłego dorsza, który postawiono przed nim gdy zmógł talerz mdłej, ciepławej zupy, pojawiła się porcyjka pysznego rybnego curry. Guru wykazał się wielkim taktem; po wyrazie twarzy biednego Roberta dostrzegł, że zbliża się burza z piorunami, kiedy ten cedził zimną, bezpłciową zawiesinę i odłożył z głośnym pluskiem łyżkę na talerz i czym prędzej ukłonił się, uśmiechnął i pobiegł do kuchni by przechwycić kolejne ohydztwo. Wracając z porcją curry wyjaśnił, że jest ono w całości dla Roberta, bo ci, którzy szukają Drogi nie przepadają za gorącymi, ostrymi potrawami, więc ten pochłonął je co do kęsa.
W rezultacie, kiedy guru wykonał pokorny saalam i rzekł, że za łaskawym pozwoleniem ukochanej damy i uprzejmego pana uda się by pomedytować w pokoju i odszedł szurając czerwonymi kapciami, dyskusja z żoną na temat obcego Indusa mieszkającego z nimi na czas nieokreślony, którą Robert czuł się zobowiązany przeprowadzić, rozpoczęła się w o wiele cieplejszej atmosferze, niż byłoby to nad kawałkiem bladego dorsza.
- No dobrze, moja droga, to to będzie z tym golibrodą, haha, raczej powinienem powiedzieć guru?
Daisy Quantock ostro wciągnęła powietrze i skrzywiła się na ten brak szacunku, ale szybko przypomniała sobie, że zawsze ma rozsyłać fale miłości na północ, południe, wschód i zachód. Posłała więc raczej skąpy uśmiech w stronę męża, który siedział lekko na wschód, więc fala musiała uderzyć go z miejsca i uśmiechnęła się tym szczególnie mocnym, twardym uśmiechem, który pozostał jej po poprzedniej fazie życia.
- Nikt tego nie wie – odrzekła pogodnie. - Nawet Przewodnicy nie wiedzą, gdzie i kiedy guru zostanie wezwany.
- To zaproponujesz mu, żeby został tutaj nim zostanie wezwany gdzie indziej?
Nie przestawała się uśmiechać.
- Ja niczego nie proponuję – odrzekła. - To nie leży w mojej gestii.
Pod kojącym wplywem rybnego curry Robert zachował spokój.
- W końcu jest pierwszorzędnym kucharzem – powiedział. - Nie mogłabyś go zatrudnić? W kuchni, mam na myśli.
- Mój drogi! - powiedziała pani Quantock posyłając więcej miłości.
Ale miała porywczy temperament i zaiste jedno i drugie mieszało się razem, jak woda ciepła i zmina nalewana do wanny. Przejrzysty strumień miłości służył jej do temperowania ognistego charakteru.
- Cóż, zapytaj go – zaproponował pan Quantock. - Jak mówisz, nigdy nie wiadomo, gdzie guru może zostać posłany. Daj mu czterdzieści funtów rocznie i pieniądze na piwo.
- Piwo! - zaczęła pani Quantock, kiedy nagle przypomniała sobie opowieść Jurusia o Rushu i guru i butelce brandy i zamilkła.
- Tak, moja droga, powiedziałem „piwo” - odrzekł Robert z lekką irytacją – i tak czy siak domagam się, żebyś zwolniła obecną kucharkę. Zatrudniłaś ją tylko dlatego, że była Naukową Chrześcijanką, ale opuściłaś tę małą owczarnię. Pamiętam, że mówiłaś o fałszywych twierdzeniach. Jej twierdzenie, że jest kucharką jest najfałszywsze jakie słyszałem. Prędzej zaryzykuję z wędrownym kataryniarzem. Ale to dzisiejsze rybne curry i tamto wczoraj, to jest to, co nazywam dobrym jadłem.
Już sama myśl o dobrym jadle koiła dziką pierś Roberta; przechodziła przez niego jak wiatr po eolskiej harfie zawieszonej na drzewie, wywołując słodkie, delikatne tony.
- Jestem pewien, moja droga – powiedział – że jestem skłonny zawszeć każdą miłą umowę dotyczącą twojego guru, ale przecież nie jest bezzasadnym z mojej strony zapytanie, jaki rodzaj umowy proponujesz. Nie powiem przeciw niemu złego słowa, zwłaszcza kiedy idzie do kuchni, chcę tylko wiedzieć, czy zatrzyma się tu na noc, czy dwie czy rok czy dwa. Pogadaj z nim o tym jutro moja droga. Ciekawe, czy umie ugotować zupę rakową.
Daisy Quantock wyniosła z sobą na górę sporo materiału do przemyśleń, po czym poszła do łóżka zatrzymując się na chwilę przy drzwiach guru, zza których dobiegał odgłos oddechu tak głębokiego, że brzmiał niemal jak chrapanie. Ale wyczuwała w nim nutkę duchowości, która przekonała ją, że utrzymuje on wysoki poziom łączności z Przewodnikami. To wokół niego skupiały się jej myśli, to on był drzewem, po którego gałęziach skakały i gawędziły.
Jej pierwszym i glównym zainteresowaniem w nim był czysty guruizm, gdyż była jedną z tych szczęśliwych ludzi, którzy szli przez życie w ekstatycznej pogoni za jakąś ideą, którą to ci, którzy nie podzielali jej stylu życia nazywali dziwactwem. Biedny Robert mógł dobrze pamiętać spustoszenie w ich domu kiedy Daisy, po przeczytaniu broszurki zaytułowanej Miesięcznik kwasu moczowego którą znalazła na straganie z książkami, doszła do wstrząsajacego wniosku, że jej bujna sylwetka składa się prawie w całości z materiałów odpadowych, które należy usunąć. Dla łakomego mężczyzny sytuacja okazała się wprost nie do zniesienia, bo podczas gdy on kontynuował swój zwykły sposób odżywiania (był to czas przed pojawieniem się przeklętej kucharki z Chrześcijańskiej Nauki), ona pokazując palcem na jego solidnie napełniony talerz, mówiła, że każdy atom połkniętej przez niego wołowiny, baraniny czy ziemniaków zmienia się w chromogeny czy toksyny i że jego dobry apetyt jest zwyczajnie wynikiem fermentacji. Jej talerz był obrzydliwą mieszanką sera, odżywki proteinowej, jabłek i sałaty z oliwą, a wokół jej nakrycia, jak talerzyki z próbkami nasion, piętrzyły się orzechy i gałązki sosnowe dostarczające materiału budulcowego i które odważała ze skrupulatną dokładnością zgodnie z wytycznymi Miesięcznika kwasu moczowego. Herbata i kawa były zakazane, bo zalewały krew purynami, a kuchenny boiler huczał dzień i noc dostarczając rzekę wrzątku, którym (małymi łykami) zalewała organizm. Dziwne, wychudzone istoty żeńskie przyjeżdżały z Londynu z małymi paczuszkami twardych produktów, które smakowały jak racje podróżne i zawierały tyle składników odżywczych, że ich zestaw wystarczyłby na dzienne wyżywienie dowolnej armii. Szczęśliwie nawet jej żelazne zdrowie nie mogło wytrzymać na długo reżimu tak idealnej diety i jej rosnąca anemia groziła podłamaniem jej organizmu poważnie osłabionego zasadami zdrowego odżywiania. Seria steków wołowych i innych pożywnych potraw nasyconych kwasem moczowym przywróciły jej dawny wigor.
Wzmocniona w ten sposób, z tą samą energią, z jaką pozbywała się kwasu moczowego, rzuciła się w objęcia Nauki Chrześcijańskiej. Nieludzkość tej sekty w stosunku do niej samej i innych wokoł zawładnęły nią całkowicie i kiedy jej mąż skarżył się pewnego ponurego styczniowego poranka, że jego palarnia przypomina lodownię, bo służąca zapomniała w niej napalić, nie okazała mu cienia współczucia, bo wiedziała, że nie ma czegoś takiego jak gorąco czy ból, więc i zimna nie może on odczuwać. Ale teraz, kiedy zgodnie z nową ideologią, takie rzeczy jak kwas moczowy, chromogeny i puryny nie istniały, mogła bez obaw pofolgować sobie i jeść przyzwoicie. Ale jej nieszczęśliwy mąż niewiele na tym zyskał, bo podczas gdy on jadł, ona niestrudzenie perorowała o nowej wierze i prosiła, by wyrecytował z nią Prawdziwe Świadectwo Istnienia. A na domiar wszystkiego odprawiła doskonałą kucharkę i zatrudniła ladaco przez które nadal cierpiał, choć Nauka Chrześcijańska, przez którą jej katar ciągnął się w nieskończonoś, podążyła za kwasem moczowym w otchłań jej porzuconych przekonań.
Ale teraz, gdy jeszcze raz chwilowo odkryła tajemnice życia w naukach guru, to, jak już wspominaliśmy, czysty guruizm stanowił główną atrakcję nowej wiary. Kiedy uznała to już za rzecz oczywistą, zwróciła myśli ku sprawom bardziej pobocznym, które jednak dla prawdziwego Riseholmianina były niezwykle istotne. Miała mocne podejrzenie, że Lucia rozważa całkowite zaanektowanie guru dla siebie, bo inaczej nie odpowiedziałaby tak entuzjastycznie na jej liścik ani nie przysłałaby Jurusia, żeby go dostarczył, ani nie wykazywałaby tak gwałtownego zainteresowania guru. Jaką więc ścieżką diabelskiej polityki należało podążyć? Czy Daisy miała jednak nie zabierać go do Lucasów, wyrażając żal, że nie poczuł się on posłany? Nawet gdyby tak postąpiła, czy czułaby się wystarczajaco silna by rzucić rękawicę (w kształcie guru) i, wystawiając go jako przynętę, wyzwać kochaną Lucię na pojedynek, aby zdecydować która powinna przewodniczyć wszystkiemu co wzniosłe i kulturalne w społeczności Riseholme? I czy podążając tym torem, powinna zwabić Jurusia do własnego obozu przekupując go obietnicą nauk guru? Czy też wybrać mniej olśniewającą drogę i zaprosić Lucię i Jurusia do jej zaczarowanego kręgu i zachowując własne prawo dostępu do skarbca dzielić się z nimi w ramach wewnętrznego kręgu, wydzielając im, jeśli będą grzeczni, guru w małych dawkach?
Umysł pani Quantock przypominał w swej pracy manewry ćmy wabionej blaskiem kilku jasnych świateł. Leciała do jednego, lekko się przypalała, zapominała o niej i zwracała uwagę na drugie i trzecie, brała hasła z każdego z nich bez decydowania które, jako całość, jest najbardziej olśniewające. By więc pohamować nieco energię tych szaleńczych wypadów, wzięła pół kartki papieru i zaczęła zapisywać alternatywy, spośród których miała wybrać.
I – mam go zatrzymać wyłącznie dla siebie?
II – mam kierować nim i odstawić L na boczny tor?
III – mam przeciągnąć J na swoją stronę?
IV – mam uszczknąć z niego troszkę dla L i J?
Zatrzymała się na chwilę: potem przypominając sobie, jak z własnej woli pomógł bardzo ładnej pokojówce zaścielić łóżka dziś rano mówiąc, że jego obowiązkiem (jak Księcia Walii) jest służba, dopisała:
V – mam go poprosić żeby był moim kucharzem?
Przez kilka sekund jasność jej żywego zainteresowania przygasła gdy przyszło jej do głowy niegodne podejrzenie, że może to uroda pokojówki miała coś wspólnego z jego użytecznością w sypialni, ale szybko porzuciła tę myśl. Była też kwestia butelki brandy, którą zamowił u Rusha. Kiedy błagała go, by zamawiał wszystko czego potrzebuje i zapisywał to na jej konto, z pewnością nie miała na myśli brandy. Potem przypomniając sobie, że jednym z absolutnie niezbędnych warunków postępów w jodze było całkowite zaufanie ucznia do guru, wyrzuciła i tę myśl z głowy. Ale nawet wtedy, nawet kiedy zapisała na papierze wszelkie możliwe opcje, nie mogła podjąć żadnej decyzji i kładąc papier przy łóżku postanowiła przespać się z problemem. Rytmiczne odgłosy uświęconego oddechu dochodziły zza drzwi, a ona do rytmu mruczała „Om, Om.”
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Śro 25 Wrz, 2024 09:26
Chyba będzie towarzyskie trzęsienie ziemi
BeeMeR - Śro 25 Wrz, 2024 12:32
Ja na razie jestem dopiero po pierwszym rozdziale, ale nadrobię
Tamara - Śro 25 Wrz, 2024 13:22
I ciekawa jestem, do czegóż guru brandy spożytkował w tak niezauważalny sposób
Trzykrotka - Śro 25 Wrz, 2024 23:38
Wszystko się okaże moje drogie Na razie czekamy na Hermy i Ursy i poznamy kolejną Osobistość Riseholme.
Trzykrotka - Czw 26 Wrz, 2024 00:24
Na dobranoc kolejne sensacje z Riseholme
Godziny poranne między śniadaniem i obiadem były porą, którą mieszkańcy Riseholme przeznaczali głównie na wzajemne szpiegowanie się. Chodzili od sklepu do sklepu robiąc domowe zakupy, które nieśli potem w małych papierowych paczuszkach z wygodną pętelką ze sznurka, ale prawdziwym celem tych spacerów było sprawdzenie, co robią wszyscy inni i dowiedzenie się, jakie nowe sprawy wyrosły przez noc jak grzyby po deszczu. Juruś mógłby na przykład wybierać jedwabie u sukiennika i całkiem naturalnie mógłby wynieść je z ciemnego wnętrza do drzwi aby upewnić się co do odcieni a jednocześnie obserwować ruch na ulicy, a pan Lucas idąc do sklepu ogrodniczego by zapytać czy przyszły już cebulki z Holandii, jak naturalniej na świecie powiedziałby mu, że Lucia dostała właśnie nuty fortepianowego tria Mozarta. Juruś z kolei mógłby napomknąć, że oczekuje dziś wieczorem Hermy i Ursy, a Pepino wzbogacony tą nowiną „poczłapałby dalej” jak sam mówił by wymienić te wieści z kolejnym szpiegiem. Zauważyłby też przy okazji, że Juruś ma ze sobą małe podłużne pudełko z twardymi rogami, które zgodnie z logiką skojarzyłby z papierosami dla Hermy i Ursy, bo sam Juruś nigdy nie palił.
- Cóż, muszę człapać dalej – powiedział po tym, jak rozpoznał pudełko i był zaskoczony jego porządną wypukłością w kieszeni Jurusia. - Może wpadniesz do nas później.
Juruś nie był pewien, czy wpadnie (bo był bardzo zajęty w związku z przyjazdem sióstr i koniecznością odwiedzenia pana Holroydsa aby mistrz mógł precyzyjnie dopasować odcień włosów jego kosztownego tupecika z kolorem jego własnych włosów), ale wzmianka o Mozarcie zadecydowała. I tak zamierzał przed powrotem do domu przespacerować się w kierunku Domu przy Zagajniku i sprawdzić czy nie dosłyszy – używając mieszanej metafory – odgłosów pilnego ćwiczenia tego klasycznego kawałka dobiegających ze środka. Pewnie miękki pedał byłby wciśnięty, ale on miał wspaniale czuły słuch i byłby bardzo zdziwiony gdyby nie usłyszał znajomych akordów, a jeszcze bardziej gdyby - gdy zaczną ćwiczyć ten kawałek razem - Lucia nie dała mu do zrozumienia, że widzi te nuty po raz pierwszy w życiu, no ale on miał nad nią tę przewagę, że nie miał męża, który niechcący doniósłby na niego.
A tymczasem najważniejszą sprawą było dobranie tego jedynego właściwego odcienia fioletowego jedwabiu, który nie będzie miał nawet odrobiny domieszki męczącej magenty. I równie ważną sprawą była obserwacja ruchów w Riseholme.
Naprzeciw niego rozciągały się wiejskie błonia, więc skoro nikogo nie było w pobliżu, Juruś nałożył okulary, które w jednej chwili mógłby zsunąć z nosa. To one tworzyły wybrzuszenie, które zauważył Pepino, bo fakt, że w ogóle nosi okulary był tajemnicą, która miała być pilnie strzeżona jeszcze przez co najmniej kilka lat. Ale że chwilowo był sam, ukradkiem wsunął je na swój mały, zgrabny nos. Ewidentnie przyjechał londyński pociąg, bo przed bramą Ambermere Arms tłoczyły się taksówki, a on z dreszczem ekscytacji zauważył, że między nimi bez wątpienia był samochód lady Ambermere. To z pewnością oznaczało, że była tam i sama lady Ambermere, bo kiedy biedna chudziutka panna Lyall, jej dama do towarzystwa, przybywała do Riseholme na zakupy czy załatwić jakieś sprawy, jakich wymagało wielkopańskie życie w Dworze, zawsze przychodziła piechotą, a przy bardzo brzydkiej pogodzie przyjeżdżała małą dwukółką wyglądającą jak wanienka. Ale w tej chwili któż to się pojawił w polu widzenia, stąpając sztywno, z zadartym nosem jakby podejrzewając, lecz nie zatrzymując się by sprawdzić, jakiś słaby nieprzyjemny zapach, sama lady Ambermere nadchodziła od strony Domku przy Zagajniku... Najwyraźniej zjawiła się tam już po wyjściu Pepina, bo inaczej na pewno wspomniałby, że lady Ambermere jest w Domku, gdyby istotnie była w Domku. Co prawda nadchodziła tylko z tamtej strony, ale Juruś w procesie umysłowym wdrażał darwinowską zasadę, że jeśli chcesz przeprowadzić owocną obserwację, musisz mieć jakąś teorię. Teorią Jurusia było, że lady Ambermere była w Domku przez jakąś minutę czy dwie i pospiesznie wsunął okulary do kieszeni. Z precyzją wytrenowanego umysłu ukuł też teorię, że jakieś interesy sprowadziły lady Ambermere do Riseholme i że korzystając z okazji prawdopodobnie ustnie odpowiedziała na zaproszenie Luci na garden party, które musiała otrzymać rano wraz z pierwszą pocztą. Był gotów sprawdzić swoją teorię gdy lady Ambermere pojawiła się w odpowiedniej odległości by móc ją wygodnie obserwować i aby zdjąć kapelusz. Zawsze traktowała go jak chłopca, co mu się podobało. Wymienili zwyczajowe powitania.
- Nie wiem, gdzie są moi ludzie – rzekła lady Ambermere dostojnie. - Widział pan mój samochód?
- Tak, droga pani, w pani ramionach (* wiadomo, żarcik, "Ambermere Arms to zarówno "pod herbem Ambermere" jak "ramiona Ambermere" - to mówiłam ja, Trzykrotka) – odrzekł Juruś pogodnie. - Szczęśliwy ten samochód!
Jeśli lady Ambermere miała słabość do kogokolwiek, to miała słabość do Jurusia. Pochodził z całkiem dobrej rodziny, bo jego matka była z Bartlettów i była kuzynką jej zmarłego męża w drugiej linii. Czasami rozmawiając z Jurusiem mówiła „my,” sugerując tym samym jego koneksje z arystokracją, co sprawiało Jurusiowi prawie taką samą satysfakcję jak bycie wiecznym chłopcem. Odpowiedziała mu jakby rzeczywiście był tym chłopcem.
- Zaiste, szczęśliwy samochód, ty mały łobuzie, ale powinien przyjechać w me ramiona zamiast w nich tkwić – odpowiedziała odpowiadając żartem na żart, a z dowcipu była słynna w Riseholme. - Pomyśleć tylko, zobaczył mój samochód z takiej odległości. Młode oczy!
Tak naprawdę były to młode okulary, ale Juruś nie prostował. Tak naprawdę, to nigdy w świecie nie sprostowałby tego błędu.
- Mam go dla pani sprowadzić? - spytał.
- Za minutę. Albo zagwiżdż na dwóch palcach jak ulicznik – powiedziała lady Ambermere. - Na pewno umiesz.
Juruś nie miał o tym najbledszego pojęcia, ale przewidując z całą rozwagą wieku średniego, że tak naprawdę nie będzie musiał dokonywać takiego wyczynu, z młodzieńczą brawurą zbliżył dwa palce do ust.
- No to jazda! - powiedział odważnie. (Doskonale wiedział, że godność lady Ambermere nie dopuści do żadnego wulgarnego gwizdania do którego i tak był niezdolny, żeby przywołać samochód. Udała, że zatyka uszy rękami.)
- Nie zrobisz niczego podobnego – powiedziała. – Za minutę będziesz mógł odprowadzić mnie do Arms, ale najpierw powiedz mi coś. Otóż powiedziałam byłam właśnie naszej poczciwej pani Lucas, że może zaszczycę jej garden party w piątek jeśli nie będę miała nic lepszego do roboty. Ale kim jest ta wspaniała osobistość, której ona się spodziewa? Czy to indyjski magik? Jeśli tak, podobałoby mi się takie spotkanie, bo pamiętam, że kiedy lord Ambermere był w Madrasie, do rezydencji przyszedł kiedyś taki jeden, z kobrą i takimi tam. Powiedziałam jej, że nie lubię węży, a ona na to, że nie spodziewa się ich. Właściwie to wszystko jest dość zagadkowe, a ona w chwili obecnej nie wie, czy on przyjdzie czy nie. Powiedziałam tylko: „żadnych węży. Nalegam na nieobecność węży.”
Juruś uwolnił ją od obaw, że będą tam węże i streścił w krótkich słowach ascetyczne obyczaje guru, kładąc szczególny nacisk na jego wysoką kastę.
- Tak, niektórzy z tych braminów pochodzą z bardzo zacnych rodzin – przyznała lady Ambermere. – Zawsze byłam przeciwna wrzucaniu wszystkich ciemnoskórych ludzi do jednego worka i nazywaniu ich czarnuchami. Kiedy mieszkaliśmy w Madrasie, słynęłam z uprzedzenia do dyskryminacji.
Przemierzali trawiasty teren, a lady Ambermere dawała upust swoim liberalnym poglądom, a Juruś nawet bez uciekania się do pomocy okularów dostrzegł jak Pepino, który dostrzegł lady Ambermere zza drzwi sklepu ogrodniczego, spieszy ulicą by zamienić z nią słówko nim „jej ludzie” odwiozą ją na powrót do Dworu.
- Przyjechałam dziś do Riseholme by zamówić pokoje w Arms dla Olgi Bracely – powiedziała.
- Tej primadonny? – spytał Juruś, któremu dech zaparło z ekscytacji.
- Tak; przyjeżdża na dwa dni i zamieszka w Arms z panem Shuttleworthem.
- Jakże to…. – zaczął Juruś.
- Nie, wszystko w porządku, to jej mąż, pobrali się w ubiegłym tygodniu – powiedziała lady Ambermere. – Można by pomyśleć, że Shuttelworth to wystarczająco dobre nazwisko, jako że Shuttleworthowie są kuzynami świętej pamięci lorda, ale ona woli pozostać panną Bracely. Nie odmawiam jej prawa do nazywania się jak tylko sobie życzy, daleka jestem od tego, choć do dziś nie odkryłam, kim są Bracely’owie. Lecz gdy Jerzy Shuttleworth napisał do mnie, że on i jego żona zamierzają pozostać tutaj przez kilka dni i zapytał, czy mogą odwiedzić mnie w Dworze, pomyślałam, że osobiście dopilnuję w Arms by dano im odpowiednie zakwaterowanie. Będą jedli u mnie jutro. Mam u siebie kilku gości i nie wątpię, że panna Bracely zaśpiewa nam później. Mój Broadwood zawsze uważany był za niezwykle dobry instrument. To poczciwie ze strony Jerzego Shuttlewortha, że zawiadomił mnie, że będzie w sąsiedztwie i śmiem twierdzić, że ona to bardzo przyzwoita kobieta.
Tymczasem dotarli już do samochodu – luksusowej, szlachetnej maszyny, jak pan Pepys o nim mówił – i ujrzeli w nim biedną pannę Lyall obwieszoną paczuszkami, z bladym, służalczym uśmiechem na twarzy. Ta godna politowanie, nieszczęsna stara panna, w wieku tak oczywistym, że trudno byłoby nazwać go balzakowskim, była damą do towarzystwa lady Ambermere i dzieliła z nią wspaniałości Dworu, a pozostawiono ją u lady Ambermere do końca życia. Miała zapewnione jedzenie, dach nad głową i korzystanie z dwukółki kształtu wanny kiedy lady Ambermere posyłała ją w różnych sprawach do Riseholme, czegoż zaś kobieta mogła chcieć więcej? W zamian za te wspaniałości jej jedynym obowiązkiem było oddanie się pracodawczyni duszą i ciałem, czytanie jej gazet na głos, układanie wzorów do robótek, noszenie pod pachą małego mopsa i kąpanie go raz w tygodniu, towarzyszenie lady Ambermere do kościoła i nie rozpalanie nigdy kominka w sypialni. Miała tęskny, melancholijny wyraz twarzy: jej głowa odchylała się z powodu tylnego wygięcia szyi, a jej usta były zawsze lekko otwarte odsłaniając rząd długich przednich zębów, tak, że wyglądała trochę jak pieczony zając podany na stół z całą głową. Juruś zawsze witał ją jakimś żarcikiem w rodzaju tych, które wyrywały z niej okrzyk: Och, panie Pilson! I malowały rumieńczyk na policzkach. Uważała go za niezwykle miłego człowieka.
Juruś pospieszył z nowym dowcipem.
- Proszę, oto i panna Lyall! – zawołał. – I cóż też pani porabiała gdy milady i ja rozmawialiśmy? Pewnie lepiej nie pytać.
- Och, panie Pilson! – odparła panna Lyall punktualnie jak kukułka w zegarze gdy wskazówka pokazuje godzinę.
Lady Ambermere wsparła się połową ciężaru na stopniu samochodu, wywołując jego skrzypienie i kołysanie.
- Dzwoń pan do Shuttlewortów, Jurusiu - powiedziała. - Powiedz, że to z mojego polecenia. Ruszaj!
Panna Lyall skuliła się na przednim siedzeniu jak mysz w kącie kiedy lady Ambermere wsiadła do środka, a lokaj usadowił się na pudle. W tym momencie Pepino z torbą cebulek, lekko zdyszany, przecisnął się bokiem samochodu między dwiema taksówkami. Spóźnił się nieco i samochód wystartował. Lady Ambermere zapewne w ogóle go nie zauważyła.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Czw 26 Wrz, 2024 12:48
Piękne to jest dzięki Trzykrotko za tak cudną lekturę, idealną na nasze trudne i dziwne czasy . Właśnie czegoś takiego potrzeba - angielskiego humoru na tle spokojnej, sielskiej prowincji, gdzie nie ma żadnych kataklizmów, a najistotniejsza jest wizyta miejscowej arystokratki bądź nowy przybysz, a życie toczy się w sposób przewidywalny i uświęcony tradycją (póki nie stanie się cos niezwykłego )
Trzykrotka - Czw 26 Wrz, 2024 13:50
Otoż to, bardzo się cieszę, że tak to widzisz Tamaro, bo to mnie właśnie zachwyciło w tym cyklu. Cudowny, spokojny świat, w którym ploteczki są wszystkim, a największe wydarzenie to wizyta miejscowej lady
Dowiadujemy się, kogo Juruś ma w sercu, a Lucia robi zamach
Juruś czuł się poniekąd jak pies z wielką kością w pysku, który pragnie tylko uciec od wszystkich innych psów i zjeść ją w spokoju. Można śmiało powiedzieć, że jeszcze nigdy nie przytrafiło mu się tyle ekscytujących rzeczy w ciągu dwudziestu czterech godzin. Zamówił tupecik, guru przyjął go życzliwie, całe Riseholme widziało, że miał długą rozmowę z lady Ambermere i nikt w Riseholme prócz niego nie wiedział, że Olga Bracely ma spędzić tu dwie noce. Dobrze pamiętał jej ubiegłoroczny wspaniały występ w Covent Garden w roli Brunhildy. Pojechał do miasta na odmładzającą wizytę u dentysty i męki niezdecydowania zniknęły jak śnieg w maju gdy zobaczył jej przebudzenie na słowa Zygfryda na szczycie góry. „Das ist keine mann…” (*To nie mężczyzna) śpiewał Zygfryd i było to sprytne z jego strony, bo wyglądała jak smukły chłopiec bez zarostu, ani trochę jak te wielkie, grube Fraus w Baireuth (*teatr operowy wybudowany w jednym celu – dla wystawiania oper Wagnera), których nikt nie mógłby wziąć za mężczyzn, bo ich falujące biusty rozpierały napierśniki zanim jeszcze ich rzemyki zostały przecięte mieczem Zygfryda. A potem usiadła i pozdrowiła słońce i Juruś czuł przez chwilę, że chyba obrał złą ścieżkę życiową gdy zdecydował się spędzić swoje lata na taki chłopięcy, dziewczyński sposób przy haftowaniu i odkurzaniu porcelany w Riseholme. Powinien był zostać Zygfrydem… Przywiózł z sobą jej zdjęcie w pancerzu i hełmie i często spoglądał na nie kiedy nie był zajęty czymś innym. Bronił nawet swej bogini przed Lucią, kiedy ta oznajmiła, że Wagnerowi całkowicie brakowało wiedzy o efektach dramatycznych. Nie widziała żadnej opery Wagnera, rzecz jasna, ale słyszała uwerturę do Tristana w Queen’s Hall i jeśli to był Wagner, to cóż…
Już teraz, choć samochód lady Ambermere nie zniknął jeszcze na końcu ulicy, Riseholme łagodnie otaczało go, by dowiedzieć się za pomocą dyskretnych pytań (jak w grze w mafię) o czym z nią rozmawiał. Był tam pułkownik Boucher ze swymi sapiącymi buldogami zachodzący go z jednej strony i pani Weston w jej wózku inwalidzkim nieubłagalnie popychanym w jego stronę z drugiej i dwie panny Antrobus machające nogami na dybach z trzeciej i Pepino na krótkim dystansie z czwartej. Wszyscy też wiedzieli, że nie jada on lunchu przed wpół do pierwszej i naprawdę nie było powodu czemu nie miałby się zatrzymać i nie pogawędzić jak zwykle. Ale okiem prawdziwego generała zobaczył, że najsłabszym ogniwem zaciskającego się kordonu będzie pułkownik Boucher, bo pułkownik Boucher zawsze zaczynał od „Hm, ho, na Jowisza” zanim przeszedł do spójnej mowy, więc Juruś mógł uprzedzić go słowami „Dzień dobry, pułkowniku” i pójść dalej zanim ten przejdzie do rzeczy. Nie lubił zbliżać się do tych śliniących się buldogów, ale coś trzeba było zrobić… W następnej chwili był już wolny i zobaczył, że inni szpiedzy pędzeni pierwotnym impetem nadal dążą ku sobie i żwawo pomaszerował w stronę domu Luci aby posłuchać znajomych dźwięków tria Mozarta. Dźwięki dobiegały, tak jak się spodziewał, miękki pedał był w robocie, więc kiedy już to potwierdził, poszedł dalej jeszcze jakieś sto jardów zamierzając przejść krótszą trasą przez pola, przejść przez most przerzucony nad szczęśliwym strumieniem który przepływał przez Avon i wejść do własnego domu drzwiami na końcu ogrodu. Potem usiadł i myślał… guru, Olga Bracely… A gdyby tak zaprosił Olgę Bracely z mężem na kolację i namówił Daisy Quantock, by pozwoliła przyjść także guru? To dawałoby trzech mężczyzn i jedną kobietę, a Hermy i Ursy uzupełniłyby towarzystwo. Sześć osób na kolacji to była maksymalna ilość, na jaką zgadzała się Foljambe.
Dotarł do przełazu prowadzącego w pola i przysiadł tam na chwilę. Fortepianowe wprawki Luci wciąż były słabo słyszalne, ale wkrótce ustały, a on domyślił się, że Lucia wygląda przez okno. Branie udziału w porannych przeszpiegach wokół błoń było poniżej jej godności, ale często sporo mogła zobaczyć z okna. Myślał o tym, jak zamierzała postąpić pani Quantock. Ewidentnie nie obiecała obecności guru na garden party, bo inaczej lady Ambermere nie powiedziałaby, że Lucia nie wie, czy on będzie, czy nie. Być może pani Quantock zamierzała kierować nim sama i nie oddać go ani Luci ani Jurusiowi. W takim przypadku powinien bezwzględnie zaprosić Olgę Bracely z mężem na obiad, ale czy powinien czy nie powinien zaprosić Lucię?
Nad Riseholme rozbłysła czerwona gwiazda: w jego spokój wdarł się bolszewizm i jeśli pani Quantock zamierzała chować swego guru i ustanawiać standardy dostępu do niego, Juruś tym bardziej skłaniał się ku pomysłowi zaproszenia na obiad Olgi Bracely bez powiadamiania o tym i pani Quantock i Luci i przekonania się, jakie będą skutki. Juruś pochodził z Bartlettów po kądzieli i grał na fortepianie lepiej niż Lucia i miał do dyspozycji dwadzieścia cztery niczym nie zmącone godziny dziennie, które mógł poświęcić na zostanie królem Riseholme… Jego natura zapłonęła buchając czerwonym ogniem rewolucji, podsycanym tajemną wiedzą o Oldze Bracely. Czemuś to Lucia miała rządzić wszystkimi swoją żelazną rózgą? Czemu, po trzykroć czemu?
Nagle usłyszał swoje imię wypowiedziane znajomym altem, a oto była i Lucia w swym szekspirowskim ogrodzie.
- Georgino! Georgino mio! – wołała. – Gino!
Wiedziony nawykiem Juruś zszedł z przełazu i podreptał przez drogę w jej stronę. Męska wrzawa buntu w jego duszy ostro go za to zgromiła,, ale niestety – głos i nogi się poddały. Zbyt duża była siła przyzwyczajenia…
- Amica! – odrzekł. – Buon giorno (czemu u licha powiedziałem to po włosku – przeleciało mu przez głowę)
- Juluś, chodź i polozmawiaj ze mną – powiedziała – Luci trzeba baldzo mądrutkiego człowieka żeby coś poladził.
- A cio poladził? – spytał Juruś, uciszywszy chwilowo burzę w sercu.
- Duzio splaw. Maś tu kwiatka do butonielki. A teraz opowiadaj o cialnym ćłowieku. Ma jakiegoś węzia? Ciemu pani Quantock mówi, zie on nie psijdzie na Luci psijątko?
- O, czyżby? – spytał Juruś przechodząc na język ojczysty.
- Tak, ach, a przy okazji – nadeszła przesyłka z trio Mozarta. Wpadniesz jutro rano i przejdziesz je ze mną? Tak? No to około wpół do dwunastej. Ale nieważne.
Utkwiła w nim uważne, ptasie oko.
- Daisy prosiła, żeby go zaprosić – powiedziała – więc zaprosiłam, żeby zrobić biednej Daisy przyjemność. A teraz ona mówi, że nie wie, czy on przyjdzie. Co to znaczy? Czy to możliwe, że ona chce mieć go tylko dla siebie? No cóż, już tak w przeszłości robiła.
To ostatnie było zapewne stanowiskiem Luci w sprawie walijskiego adwokata, a Juruś rozumiejąc to, poczuł się raczej zażenowany. Poza tym to ptasie oko wydawało się świdrować w głąb jego duszy i natrafiać na plan nielojalności, jaki rozważał. Gdyby nadal tak na niego patrzyła, mógłby nie tylko wyznać najbardziej ponure podejrzenia odnośnie pani Quantock, ale i wyjawić sekret o przybyciu Olgi Bracely i zasugerować możliwość zaproszenia jej i jej męża na garden party. Ale oko znów oderwało się od niego i powędrowało ku drodze.
- Oto i guru – powiedziała. – Teraz się przekonamy!
Juruś osłabły z emocji wystawił głowę przez żywopłot pomiędzy figurą pawia a ananasa i zobaczył co następuje. Lucia podeszła prosto do guru, złożyła ukłon i uśmiechnęła się i najwyraźniej się przedstawiła. W następnej chwili on pokazał białe zęby i salaamował i razem podeszli do Domku przy Zagajniku, gdzie za cisowym żywopłotem dygotał Juruś. Weszli razem, a oko Luci przybrało swój najłagodniejszy wygląd.
- Chciałabym przedstawić ci, guru – powiedziała bez zająknienia – mojego wielkiego przyjaciela. To jest pan Pilson, guru; guru – pan Pilson. Guru zje ze mną coś lekkiego, Jurusiu. Dasz się też zaprosić?
- Z przyjemnością! – odrzekł Juruś. – Już się w pewnym sensie spotkaliśmy, prawda?
- Tak, zaiste. Bardzo mi miło – odrzekł guru.
- Wejdźmy do środka – zaordynowała Lucia. – Do obiadku już blisko.
Juruś poszedł za nimi po całej masie pokłonów i uprzejmości ze strony guru. Nie był pewien, czy ma zadatki na bolszewika. Lucia była tak cudownie skuteczna.
Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Czw 26 Wrz, 2024 16:27
| Trzykrotka napisał/a: | Cudowny, spokojny świat, w którym ploteczki są wszystkim, a największe wydarzenie to wizyta miejscowej lady |
Taaaak, kładziesz się spać z absolutną pewnością, że jutro będzie tak samo jak dziś, a najbardziej ekscytującym wydarzeniem będzie co najwyżej nowy kapelusz pani XY
Trzykrotka - Pią 27 Wrz, 2024 09:07
Oto jak wygląda aneksja - w białych rękawiczkach, zzyli lunch z guru
Rozdział piąty
Jedną z zalet Luci było, że gdy przyłapała kogoś na akcie jakiejś wyjątkowej podłości, nigdy nie zniżała się do prób niskiej zemsty; wystarczyło, że wiedziała i że przy najbliższej okazji nie omieszka podjąć odpowiednich kroków. W rezultacie, gdy z nieartykułowanej rozmowy z guru podczas lunchu wyniknęło, że perfidna pani Quantock nie spytała go nawet, czy chciałby przyjść na lucine garden party (nie mogąc się nadal zdecydować, co ma dalej z tym fantem zrobić), Lucia przyjęła tę informację w jak najlepszym humorze, mówiąc tylko:
- Bez wątpienia droga pani Quantock po prostu zapomniała – i nie zapowiedziała aktów odwetu takich jak wykreślenie Daisy z listy stałych gości na tydzień lub dwa żeby dać jej nauczkę. Zanim zasiedli do obiadu zadzwoniła nawet do tej podstępnej kobiety by powiedzieć, że spotkała guru na ulicy i że oboje poczuli, że jest między nimi jakaś niezwykła więź sympatii, więc dał się do niej zaprosić i właśnie siadają do przekąsek. Była zadowolona ze słowa „przekąski” i z chęcią wytłumaczyła Daisy, co ono oznacza.
Lekki lunch okazał się wielkim sukcesem, a guru nie miał potrzeby odwiedzać kuchni by przyrządzić coś, co nadawało się do zjedzenia bez większego wysiłku. Guru mówił swobodnie o swojej misji tutaj a Lucia i Juruś i Pepino, który nadszedł dość późno, bo musiał wrócić do ogrodnika w sprawie cebulek, słuchali jak zaczarowani.
- Tak, kiedy pojechałem do przyjaciela, który ma księgarnię – mówił – dowiedziałem się, że pewna angielska dama potrzebuje guru i wiedziałem, że to do niej zostałem posłany. Żadnego bagażu, nic w ogóle: oto jestem. To także taka miła dama i będzie dobrze się czuła, ale niektóre z pozycji wydają się jej trudne, bo jest tym, co nazywacie kulą; okrągłość.
- Czy to były te pozycje, kiedy widziałem, jak stała w ogrodzie na jednej nodze? – spytał Juruś – i kiedy usiadła i próbowała dosięgnąć palców u nóg?
- Tak, rzeczywiście, no właśnie, to trudne dla kuli. Ale ma białą duszę.
Rozejrzał się z uśmiechem.
- Widzę tu wiele białych dusz – powiedział. – To szczęśliwe miejsce, tam gdzie są białe dusze, tak zostałem posłany.
To wystarczyło; w następnej chwili Lucia, Juruś i Pepino zostali przyjęci na uczniów i wkrótce wyszli do ogrodu, gdzie guru usiadł na ziemi w najbardziej skomplikowanej pozycji, której wykonanie ewidentnie przekraczało możliwości pani Quantock.
- Jedna stopa na jednym biodrze, druga na drugim biodrze – wyjaśnił – A głowa i plecy proste; dobra pozycja do medytacji.
Lucia spróbowała to sobie wyobrazić, ale poczuła, że jakakolwiek próba medytacji w tej pozycji prowadziłaby prostą drogą do połamanych kości.
- Będę kiedyś umiała tak zrobić ? – zapytała. – I jaki będzie efekt?
- Będziesz lekka i aktywna, droga pani i och – druga dama przyszła do nas.
Trzeba przyznać, że pani Qantock tym razem popełniła jeden ze swych dyplomatycznych błędów. Przez telefon wyraziła zgodę, by jej guru zjadł lekki lunch u Luci, ale w połowie własnego lunchu nie była w stanie powstrzymać pragnienia dowiedzenia się, co się dzieje w Domku przy Zagajniku. Nie mogła znieść myśli, że Lucia i guru są teraz razem, a największymi obawami napełnił ją własny liścik oznajmiający, że nie jest pewne, czy guru przyjdzie na garden party. Prędzej zgodziłaby się, żeby jej guru poszedł na pięćdziesiąt garden parties, gdzie wszystko działo się publicznie i gdzie mogłaby sprawować nad nim pieczę, niż żeby Lucia „zwabiła go” wedle jej własnych słów ot tak na przekąski. Jedyna pociecha w tym, że jej własny lunch był praktycznie niejadalny, a Robert żałośnie jęczał czekając aż guru wróci i uratuje jego żołądek. Zostawiła go wpatrzonego w błoto z wodą zwane kawą. W każdym razie Robert przywita powrót guru z otwartymi rękami..
Poczłapała przez trawnik do miejsca, gdzie siedziało to harmonijne towarzystwo i w tej chwili Lucia poczuła zew zemsty. Spokój zwycięstwa, który ogarnął ją gdy bez najmniejszego wysiłku sprowadziła guru na lunch został zakłócony i skończył się, a liścik drogiej Daisy zawierający ohydne kłamstwo, że nie jest pewne, czy guru przyjmie zaproszenie, które nigdy nie miało do niego dotrzeć, przybrało bardziej złowrogi charakter. Najwyraźniej Daisy zamierzała zatrzymać go dla siebie, co już podejrzewała. I dokonała wrogiej inwazji.
- Drogi guru, ty niegrzeczny chłopcze – powiedziała pani Quantock żartobliwie gdy minęły już zwykłe powitania – czemu nie powiedziałeś swojej chela, że nie wracasz do domu na lunch?
Guru rozplątał nogi i wstał.
- Ale spójrz, ukochana pani, jak wszyscy jesteśmy zadowoleni! Nie myśl o tym, to tylko białe dusze się spotkały.
Pani Quantock poklepała go po ramieniu.
- Wszystko w imię dobra i łagodności Om – odparła. Wysyłam swoje przesłanie miłości. Tak!
Trzeba było zejść z tych wysokości i Lucia podjęła się tego zadania, jak spadochron, który najpierw spada ostro by potem szybować spokojnie w powietrzu.
- I obmyśliliśmy taki śliczny mały plan, droga Daisy! – powiedziała. – Guru będzie uczył nas wszystkich. Lekcje! Prawda?
Uniósł ręce do głowy z dłońmi na zewnątrz i zamknął oczy.
- Wydaje mi się, że usłyszałem wezwanie – powiedział. – Zostałem posłany. Nagle przewodnicy mówią, jest dla mnie wezwanie. Co nazywacie lekcjami? Ja uczę, wy się uczycie. Wszyscy się uczymy… Zostawiam to wam. Odejdę teraz do altany i będę medytował, a potem, kiedy już to zorganizujecie, powiecie guru, który jest waszym sługą. Salaam! Om!
Nic dziwnego, że mając guru pod swoim dachem i zamierzając zaanektować go zupełnie, Lucia przejęła rolę przewodniczącej spotkania, które miało za zadanie ustalić szczegóły ezoterycznego bractwa, które właśnie formowało się w Riseholme. Gdyby nie to, że pani Quantock była na nim obecna, Lucia pewnie całkowicie wykluczyłaby ją z lekcji w odwecie za skandaliczne zachowanie w sprawie zaproszenia na garden party, ale skoro siedziała twardo i zdecydowanie na wiklinowym krześle, które trzeszczało przeraźliwie przy każdym jej ruchu, nie dało jej się całkowicie wykluczyć. Ale Lucia nie dała sobie odebrać przewodnictwa i zasugerowała, że palarnia będzie najwygodniejszym miejscem do odbywania lekcji.
- Nie mogę proponować wtargnięcia do twojego domu, droga Daisy – powiedziała – a tutaj jest palarnia, w której prawie nigdy nie siedzimy, cicha i spokojna. Tak. Możemy uznać sprawę za ustaloną?
Szybko odwróciła się do pani Quantock.
- A teraz: gdzie guru ma zamieszkać? – spytała. – Byłoby bardzo źle, droga Daisy, gdybyśmy my mieli czerpać profity z jego lekcji, a na ciebie spadłyby wszystkie kłopoty i koszty goszczenia go, bo w twoim małym słodkim domku musi on stanowić dużą niedogodność i wydaje mi się, że mówiłaś, że twój mąż musiał oddać mu swoją garderobę.
Pani Quantock desperacko usiłowała zachować swoje prawa do własności.
- To żadna niedogodność – odrzekła – a nawet wręcz przeciwnie, kochana. Rozkosznie jest mieć go u siebie, a Robert uważa go za uroczego współlokatora.
Lucia złożyła ręce z uczuciem.
- Ty i twój mąż jesteście tacy bezinteresowni – powiedziała. – Często powtarzam: „Daisy i pan Robert to najbardziej bezinteresowni ludzi jakich znam.” Prawda, Jurusiu? Ale nie mogę pozwolić, żebyście się tak tłoczyli. Wiesz, twój jedyny wolny pokój i ubieralnia twojego męża! Jurusiu, wiem, że zgodzisz się ze mną; nie możemy pozwolić Daisy na aż taką bezinteresowność.
Ptasie oko miało na Jurusia przemożny wpływ. Jeszcze chwilę temu ulegał ideom rewolucyjnym i kontemplował zaproszenie guru i Olgi Bracely na kolację z pominięciem Luci: teraz wątłe nici buntu stopniały jak śnieg latem. Dobrze wiedział. Jaka będzie następna propozycja Luci i wiedział też, że się na nią zgodzi.
- Nie, tak nie można – powiedział. – Byłoby to nadużywanie dobrego charakteru pani Quantock gdyby miała dawać mu wikt i opierunek, podczas gdy on dawałby nauki nam wszystkim. Sam chciałbym go wziąć do siebie, ale przyjeżdżają dziś Hermy i Ursy i będę miał tyle samo miejsca co pani Quantock.
- Powinien zamieszkać tutaj – powiedziała Lucia jasno jakby ta myśl dopiero co przyszła jej do głowy. – Hamlet i Otello stoją puste (wszystkie jej pokoje miały nazwy od sztuk Szekspira) – i nie będzie to żadną niedogodnością. Prawda Peppino? Z przyjemnością przyjmę go pod swój dach. Zatem załatwione?
Daisy uczyniła daremny wysiłek wysłania znaku miłości na wszystkie strony świata. Gorzko żałowała, że choćby wspomniała Luci o guru: nigdy nie przypuszczałaby, że tak go ona zaanektuje. Podczas gdy głowiła się jak powstrzymać tę potężną ofensywę, Lucia podjęła dalsze kroki.
- Teraz następna kwestia: ile mamy mu płacić – powiedziała. – Droga Daisy powiedziała, że on ledwie wie, czym są pieniądze, ale ja ani razu nie zamarzyłam nawet o czerpaniu z jego mądrości bez zapłacenia za to. Wart jest robotnik swojej zapłaty, podobnie nauczyciel. Co powiecie aby każde z nas płaciło pięć szylingów: to dawałoby funta za lekcję. Ojej! Ależ będę miała ruchliwy sierpień. O ile lekcji mamy go poprosić? Powiedziałabym, że sześć na początek, jeśli wszyscy się zgadzają. Jedna dziennie przez cały przyszły tydzień prócz niedzieli. Czy wszystkim to odpowiada? Tak? Mogę uznać to za ustalone?
Pani Quantock nie przestawała słabo protestować, sięgając po najbardziej zabójczą broń w swoim arsenale, czyli sarkazm.
- Kochana Luciu, a może – powiedziała – dobrze byłoby spytać mojego guru czy on ma coś do powiedzenia na temat twoich ustaleń. Anglia to nadal wolny kraj, nawet jeśli ktoś przyjechał z Indii.
Lucia dysponowała jeszcze skuteczniejszą bronią niż sarkazm, a była to pozorna nieświadomość, że się go zauważyło. Bo jakiż sens ma wbijanie sztyletu w serce wroga, jeśli nie robi to na nim żadnego wrażenia? Klasnęła w dłonie i wybuchnęła srebrzystym śmiechem.
- Co za świetny pomysł! – powiedziała. – Czy w takim razie chcesz, żebym poszła powiedzieć mu, co proponujemy? Zrobię jak chcesz. Pobiegnę, dobrze? I zobaczę czy się zgodzi. Nawet nie protestuj, droga Daisy, wiem jak źle znosisz upał. Siedź sobie spokojnie w cieniu. Jak wiesz, istna salamandra ze mnie, słońce nie jest nigdy dla mnie troppo caldo (*za gorąco)
Pospieszyła do miejsca, w którym siedział guru w tej cudownej pozycji. Tego ranka przeczytała jeszcze raz artykuł w encyklopedii o jodze i była zdecydowana, jak pokazały jasno jej działania, że to joga będzie jej sierpniowym fajerwerkiem. Był nadal tak pogrążony w medytacji, że tylko patrzył zamglonym wzrokiem gdy się zbliżała, ale potem odetchnął głęboko i wstał.
- To piękne miejsce – powiedział. – Pełno tu słodkich wpływów, a ja miałem właśnie rozmowę z Przewodnikami.
Lucia poczuła dreszcz ekscytacji.
- Ach proszę, powiedz, co ci powiedzieli – krzyknęła.
- Kazali mi iść tam, gdzie zostanę posłany: powiedzieli, że przygotują mi wszystko mądrze i z miłością.
To z pewnością brzmiało zachęcająco, bo zdecydowanie Lucia przygotowywała wszystko dla niego, więc opinia Przewodników była dla mniej osobistym potwierdzeniem. Wszelkie podszepty sumienia (ledwie odczuwalne), że zagarnęła własność drogiej Daisy zostały raz na zawsze uciszone, a ona przystąpiła z całą pewnością siebie do rozwijania zalążków mądrości i miłości, co spotkało się z całkowitą aprobatą guru. Na chwilę zamknął oczy i odetchnął głęboko.
- Dają pokój i błogosławieństwo – powiedział. – To oni nakazali, że tak ma być. Om!
Wydawało się, że zatonął w nieskończonych głębinach medytacji, a Lucia popędziła do grupy, którą wcześniej opuściła.
- To wszystko jest cudowne – powiedziała. – Przewodnicy oznajmili mu, że przygotowali dla niego wszystko z mądrością i miłością, więc możemy być pewni, że dobrze to zaplanowaliśmy. Jak wspaniale jest pomyśleć, że tym wszystkim oni pokierowali! Droga Daisy, jaki on jest cudowny! Zaraz poślę po jego rzeczy, dobrze, i każę przygotować dla niego Hamleta i Otella!
Choć rozstanie z guru było gorzkie, herezją byłoby sprzeciwiać się woli Przewodników, ale w odpowiedzi Daisy pobrzmiewały nuty zwykłej ludzkiej urazy.
- Rzeczy! – wykrzyknęła. – On nie ma ani jednej rzeczy na tym świecie. Każda własność materialna przygważdża nas do ziemi. Wkrótce do tego dojdziesz, Luciu droga.
Jurusiowi przeszło przez głowę, że guru z pewnością posiada butelkę brandy, ale nie zdecydował się wywoływać tematu, który mógłby doprowadzić do niezgody i dobrze, bo kiedy Lucia weszła do domu by sprawdzić osobiście Hamleta i Otella, guru wybudził się z medytacji, podszedł do nich i usiadł przy pani Quantock.
- Ukochana pani – powiedział – wszystko jest pokojem i szczęściem. Przewodnicy mówili mi o tobie z taką miłością i powiedzieli, że dla twojego guru najlepiej będzie jeśli przeniesie się tu. Być może później wrócę do twojego miłego domu. Uśmiechali się gdy o to pytałem. Ale w tej chwili wysłali mnie tutaj: tutaj jestem bardziej potrzebny, bo ty masz już tak wiele światła.
Z pewnością Przewodnicy byli bardzo taktownymi ludźmi, bo nic nie mogło tak skutecznie pocieszyć pani Quantock jak wiadomość tej treści, którą z pewnością powtórzy Luci, gdy ta wróci z inspekcji Hamleta i Otella.
- Och, naprawdę powiedzieli, że ja już mam dużo światła, guru drogi? – zapytała. – Jak to miło z ich strony.
- Oczywiście tak powiedzieli, a teraz wrócę do twego domu i zostawię tam dla ciebie słodkie myśli. Czy mam też posłać słodkie myśli do domu tego miłego dżentelmena z sąsiedztwa?
Juruś z zapałem przystał na tę propozycję, bo wobec przyjazdu Hermy i Ursy tego wieczoru czuł, że przyda mu się duży zapas słodkich myśli. Powstrzymał nawet własny umysł przed dokończeniem myśli, która tam się formowała, a mianowicie, że choć guru będzie zostawiał Daisy słodkie myśli, to pewnie butelkę brandy zabierze dla siebie. Ale Juruś wiedział, że jest zbyt skłonny do tajemnego cynizmu i może do tego czasu nie było już brandy do zabrania… - i oto znowu był cyniczny.
tłum. Trzykrotka
c.d.n
Kocham Jurusia. Ten nie zapomina o butelce brandy
Tamara - Pią 27 Wrz, 2024 13:31
| Trzykrotka napisał/a: | Kocham Jurusia. Ten nie zapomina o butelce brandy |
Taaaaaak
Trzykrotko, to jest cudowne
Trzykrotka - Pią 27 Wrz, 2024 15:03
Tamaro, pójdź w me ramiona Ja uwielbiam klimat historii o Łucji.
Powiem też, że dopiero się rozkręcamy!
Tamara - Pią 27 Wrz, 2024 15:31
na to liczę
Trzykrotka - Sob 28 Wrz, 2024 10:44
Jedziemy!
Słońce grzało jeszcze solidnie kiedy w jakieś pół godziny później wsiadał do taksówki -kabrioletu, którą zamówił by zawiozła go na stację na spotkanie z Hermy i Ursy i rozkładał parasolkę krytą białym muślinem by się przed nim osłonić. Nie pojechał własnym samochodem, bo albo Hermy albo Ursy zaraz chciałyby go prowadzić, a on zdecydowanie nie chciał powierzać swego bezpieczeństwa żadnej z nich. Przez te wszystkie lata, które spędził był w Riseholme nie pamiętał, aby wydarzenia towarzyskie – nazywał je „pracą” – były tak różnorodne i ekscytujące. Tego wieczoru przyjeżdżały Hermy i Ursy , Olga Bracely i jej mąż (Olga Bracely i pan Shuttleworth brzmiało z lekka nieprzyzwoicie: Jurusiowi się to nawet spodobało) przyjeżdżali jutro, następnego dnia było lucine garden party i codziennie miały odbywać się lekcje dawane przez guru i Bóg jedyny wiedział, kiedy Juruś będzie miał chwilkę dla siebie na haft i ćwiczenie trio Mozarta. Ale mając włosy kasztanowe aż do nasady, lśniące paznokcie i wygodne buty, czuł się niezwykle młody i zdolny do wszystkiego. Wkrótce, pod wpływem nowej wiary z jej pozycjami i ćwiczeniami oddechowymi, poczuje się jeszcze młodszy i żywotniejszy.
Ale żałował, że to nie on znalazł tę broszurkę o filozofii Wschodu, która doprowadziła panią Quantock do poszukiwań, które zaowocowały epifanią guru. Oczywiście kiedy tylko Lucia się o tym dowiedziała, bez najmniejszego wahania ustanowiła się głową i przywódczynią całego ruchu i naprawdę zadziwiające było jak totalnie tego dokonała. Podczas tego dopiero co zakończonego spotkania w ogrodzie przepłynęła po pani Quantock spokojnie jak krążownik przecina morskie wody, odrzucając ją od swych zwycięskich burt jak zbędną falę. Ale choć przez chwilę był zdziwiony, Juruś miał świadomość, że pani Quantock aż kipi od rewolucyjnych idei: głęboko przeżyła konfiskatę tego, co musiała już uznać za swoją własność, choć nie była w stanie tej konfiskaty powstrzymać, a Juruś doskonale wiedział, co ona czuje. Łatwo było powiedzieć, że plany Luci w pełni zgadzały się w celami Przewodników. Może i tak było, co nie zmienia faktu, że pani Quantock nie przestanie myśleć, że została ograbiona….
Jednak nic się nie liczyło jeśli tylko cała grupa pod wpływem ćwiczeń miała stać się młoda i aktywna i pełna miłości i doskonała. To ta myśl tak bardzo zawładnęła ich umysłami i ze swej strony Jurusiowi było naprawdę obojętne kto posiada guru – mówiąc metaforycznie - byle tylko mógł czerpać korzyści z jego nauk. Z powodów towarzyskich Lucia go zaanektowała i bez wątpienia mając go w domu mogła otrzymywać pewne wskazówki i podpowiedzi, które nie liczyły się jako lekcja, ale w końcu Juruś nadal miał Olgę Bracely tylko dla siebie, bo nie pisnął Luci ani słówka o jej przyjeździe. Czuł się raczej jak ktoś, kto – gdy rewolucyjne idee zaczynają krążyć w powietrzu – chowa rewolwer do kieszeni. Nie określił sobie dokładnie, co ma zamiar z nim zrobić, ale dawało mu to poczucie władzy, kiedy wiedział, że on tam jest.
Pociąg nadjechał, ale on na próżno rozglądał się za siostrami. Wyraźnie powiedziały, że przyjadą właśnie tym, ale po kilku minutach stało się całkiem jasne, że niczego takiego nie zrobiły, bo jedyną osobą jaka wysiadła była kucharka pani Weston, a cały świat wiedział, że jeździ ona co środę do Brinton żeby kupić ryby. Z tyłu pociągu wyładowywano jednak wielki bagaż, który na pewno nie był rybami dla pani Weston i jakoś nawet z odległości Juruś wielki zielony kufer podróżny który stamtąd wynoszono wydawał się jakoś znajomy. Może Hermy i Ursy przyjadą furgonetką, „bo to taki fajny kawał” lub z podobnie chłopackich powodów, a on wszedł na peron, żeby zbadać sprawę. Były tam torby z kijami golfowymi i pies i kufer podróżny i nawet gdy był już święcie przekonany, że niektóre z tych przedmiotów już kiedyś widział, konduktor, któremu Juruś zawsze wsuwał pół krony kiedy podróżował tym pociągiem, podał mu liścik nabazgrany ołówkiem. Głosił on:
Najdroższy Jurusiu,
Kiedy dotarłyśmy na Paddington, dzień był tak śliczny, że Ursy i ja postanowiłyśmy przyjechać na rowerach, więc dla hecy posłałyśmy nasze rzeczy przodem, a my może dojedziemy wieczorem, ale raczej jutro. Zaopiekuj się Tiptree i daj mu pełno dżemu. Uwielbia go.
Twoja
Hermy.
P.S Tipsipoozie tak naprawdę nie gryzie, tylko tak się bawi.
Juruś zmiął w dłoni ten wstrętny list i uświadomił sobie, że Tipsipoozie, chudy terier irlandzki, patrzy na niego z wybitną niechęcią i pokazuje wszystkie zęby, zapewne dla zabawy. Kontynuując ten humorystyczny pomysł rzucił się w stronę Jurusia i byłby niesamowicie zabawny, gdyby nie przeszkodziła mu torba z kijami do golfa, do której był uwiązany. A że był, zaczął biegać po peronie ciągnąc kije za sobą póki się w to wszystko nie zaplątał i nie padł.
Juruś od zawsze nie cierpiał psów, ale żadnego tak bardzo jak Tipsipoozie i życie stało się w tej chwili bardziej problematyczne niż kiedykolwiek. Z pewnością nie pojedzie z powrotem jedną taksówką z Tipsipoozie i konieczne stało się wynajęcie drugiej dla tego paskudnego kundla i reszty bagażu. I co u licha on miał począć kiedy przyjadą do domu jeśli Tipsipoozie nie przestanie żartować i weźmie się do rzeczy na serio? Foljambe, prawdę mówiąc, lubiła psy, więc może i psy lubią ją… „Ale to strasznie męczące ze strony Hermy” – pomyślał Juruś gorzko. „Ciekawe, co zrobiłby guru.” Nastąpiło dziesięć bardzo trudnych minut, podczas których zawiadowca stacji, bagażowi, Juruś i służąca pani Weston nazywali Tipsipoozie dobrym pieskiem, podczas gdy on leżał na ziemi i ujadał wniebogłosy na wszystkich tych pochlebców. W końcu dzielny tragarz podniósł worek z kijami i trzymając go jak najdalej od siebie w wyciągniętej ręce, jakby to była wędka, z Tipsipoozie na krótkiej smyczy uwiązanym po drugiej stronie jak jakaś wściekła ryba, klnąc i wymyślając zdołał załadować go do taksówki i tak właśnie poszła sobie kolejna półkoronówka. Następnie Juruś wsiadł do swojej taksówki i popędził do domu żeby przyjechać jako pierwszy i skonsultować się z Foljambe. Ona mogła coś wymyślić.
Na dźwięk nadjeżdżającego samochodu Foljambe wyszła z domu, a Juruś wyjaśnił jej nieobecność sióstr i obecność ich paskudnego psa.
- Jest ostry – powiedział – ale lubi dżem.
Foljambe posłała mu ten wspaniały uśmiech, którego czasami Juruś strasznie nie znosił. Teraz powitał go, jakby sam anioł się uśmiechnął.
- Zajmę się nim, proszę pana – powiedziała. – Przygotowałam pańską herbatę.
- Ale będziesz uważała, Foljambe, prawda? – zapytał.
- Lepiej niech on uważa – odparła ta nieustraszona kobieta.
Juruś, jak zawsze powtarzał, ufał Foljambe bezgranicznie, co tłumaczyło, dlaczego wszedł do saloniku, zamknął drzwi i wyjrzał przez okno gdy nadjechała druga taksówka. Foljambe otwarła drzwi, włożyła ramiona do środka i w następnej chwili wyłoniła się trzymając jeden koniec smyczy, a na drugim Tipsipoozie odstawiał taniec niezmąconego niczym szczęścia. Potem ku przerażeniu Jurusia drzwi saloniku otwarły się i wszedł przez nie Tipsipoozie bez smyczy. Juruś, gwałtownie rozsyłając posłanie miłości jak wezwanie S.O.S, postawił przed sobą małe krzesło jako tarczę dla nóg. Wtedy to Tipsipoozie ewidentnie uznał, że to zabawa i schował się za sofą by atakować z zasadzki.
- Dojadło mu to uwiązanie do kijów golfowych – zauważyła Faljambe.
Lecz Juruś, nakładając dżemu do spodeczka, nie mógł przestać zastanawiać się, czemu przesłanie miłości nie zadziałało.
Do kolacji zasiadł sam, bo Hermy i Ursy się nie zjawiły, a potem czekając na nie wziął się do polerowania bibelotów. Nikt nigdy nie martwił się nieobecnością tych sióstr, bo po polowaniu na wydry czy partii golfa zawsze wracały prędzej czy później, głównie później, w najlepszych humorach z powodu hecy, którą przeżyły, z niezwykle brudnymi rękami i gigantycznym apetytem. Ale kiedy wybiła północ, postanowił porzucić nadzieję na ich towarzystwo tej nocy i podsunąwszy Tipsipoozie jeszcze trochę dżemu i wygodne posłanie w drewutni, wszedł po schodach do swojej sypialni. Choć wiedział, że nadal możliwe jest, że zostanie obudzony przez dzikie Ju-huuu! i fontannę żwiru za oknem i będzie musiał zejść na dół by zaspokoić ich monstrualne apetyty, ta perspektywa wydała mu się mało prawdopodobna i wkrótce zasnął.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Sob 28 Wrz, 2024 18:04
Oj biedny Juruś z takimi siostrzyczkami, naprawdę szczerze mu współczuję .
Trzykrotka - Sob 28 Wrz, 2024 20:58
Podejrzewam, że od miesięcy żył w stresie na myśl o dorocznej wizycie
Trzykrotka - Nie 29 Wrz, 2024 19:47
Ciąg dalszy wypadków tego popołudnia - a raczej tej nocy.
Juruś obudził się gwałtownie kilka godzin później zastanawiając się, co wytrąciło go ze snu. Żaden żwir nie grzechotał o okno, żadnego gwałtownego dzwonienia dzwonków rowerowych, żaden wesoły okrzyk nie zakłócał uświęconego nocnego spokoju Riseholme, ale był pewien, że coś usłyszał. W następnej chwili ten sam odgłos sprawił, że serce podskoczyło mu do gardła, bo całkiem wyraźnie usłyszał dobiegający z pokoju na parterze stłumiony dźwięk, który natychmiast ze śmiertelną pewnością uznał za odgłosy włamania. Pierwszym uczuciem, które mieszało się z czystą trwogą był gorący żal, że Hermy i Ursy nie dojechały. Uznałyby sprawę za cudowną hecę i wymyśliłyby jakąś pomysłową ofensywę rozpalonym żelazem, kijami do golfa i hantlami. Nawet Tipsipoozie, jeszcze niedawno tak znienawidzony, byłby pociechą w tym kryzysie i czemuż, ach czemuż Juruś nie wziął go na noc do sypialni zamiast mościć mu gniazdko w drewutni? Pozwoliłby łobuzowi spać na swej ślicznej niebieskiej kołdrze do końca swoich dni, gdyby tylko Tipsipoozie był teraz przy nim, gotów do zabawy z włamywaczem w dołu. Służba spała w pokojach na poddaszu, Dicky miał wychodne i Juruś był całkiem sam, z perspektywą obrony swej własności za cenę życia. Nawet w tej chwili, gdy on blady ze strachu siedział na łóżku, ci łajdacy mogli napychać kieszenie jego skarbami. Myśl o papierośnicy Faberge i tabakierce Ludwika XVI i zabawkowej miseczce z epoki królowej Anny które hołubił przez tyle lat sprawiła, że nawet życie wydało mu się nic nie warte, bo bez nich życia nie mógłby znieść i wyskoczył z łóżka, po omacku poszukał kapci, gdyż lepiej było nie zapalać światła póki nie obmyśli jakiegoś planu - i wysunął się bezszelestnie przez drzwi.
Rozdział szósty
Klamka wydawała się lodowata palcom i tak już zimnym ze strachu, ale stał twardo ściskając ją, gotów nacisnąć ją bezszelestnie kiedy wymyśli co robić. Pierwszym rozwiązaniem, które nasunęło mu się z wszechpotężnym poczuciem słodkiej ulgi, było żeby zablokować drzwi, wrócić do łóżka, udawać, że niczego nie słyszał. Ale prócz zwykłego tchórzostwa, które nie wadziło mu tak bardzo jako że nikt nigdy nie odkryłby jego winy, myśl o włamywaczu uchodzącym bez przeszkód z jego rzeczami była nie do zniesienia. Nawet gdyby nie zebrał się na odwagę by zejść na dół z pogrzebaczem w dłoni, to musi przynajmniej ich przestraszyć. Oni przestraszyli jego, on przestraszy ich.
Nie można było pozwolić działać im bezkarnie, a gdyby postanowił nie atakować go (albo ich) w pojedynkę, mógłby przynajmniej łupnąć nim głośno o podłogę i z całych sił krzyknąć „łapać złodzieja!” lub wołać „Charles! Henry! Thomas!” jakby przyzywał zastęp rosłych lokajów. Jednak wada tego pomysłu była taka, że Foljambe lub ktokolwiek inny mógłby go usłyszeć i w tym przypadku gdyby nie zszedł na dół by stoczyć walkę na śmierć i życie, wiadomość o jego tchórzostwie rozpełzłaby się po świecie… A podczas gdy on się wahał, oni zapewne napychali kieszenie jego najcenniejszymi dobrami.
Usiłował rozesłać posłanie miłości, ale absolutnie nie był w stanie.
Potem mały zegar na kominku wybił drugą, tę nędzną godzinę tak odległą od świtu.
Choć od kiedy wstał z łóżka przeżył istne wieki męki, to właściwy upływ czasu od kiedy stał tak przyrośnięty do klamki od drzwi obejmował kilka krótkich sekund, a potem, rzucając ogromne wyzwanie swojej odwadze, po omacku dotarł do kominka i wziął do ręki pogrzebacz. Szczypce do węgla i łopatka zagrzechotały zdradziecko, ale miał nadzieję, że go nie usłyszeli, bo jego plan zasadzał się (choć nie miał on pojęcia, jaki jest ten plan) na kompletnym uśpieniu czujności złoczyńców, póki nie spadnie im na głowę karząca niespodzianka. Gdyby tylko mógł wezwać policję, mógłby zbiec na dół ze swoim pogrzebaczem podczas gdy autoryzowani stróże prawa wchodziliby do jego domu, ale niestety telefon był na dole, a on nie mógł się spodziewać, że przeprowadzi rozmowę z posterunkiem tak, by włamywacze nic nie słyszeli.
Otworzył drzwi ruchem tak mistrzowskim, że ani klamka ani zawiasy nawet nie pisnęły i wyjrzał na zewnątrz. Hall poniżej był ciemny, ale cienka jak ołówek smuga światła wybiegała z salonu, co pokazywało, gdzie znajdują się bezwzględni brutale i gdzie również - a jakże! - była jego skrzynia skarbów. Potem usłyszał nagle jakiś bardzo cichy głos, a drugi mu odpowiedział. Serce Jurusia zamarło, bo pokazywało to, że przestępców musi być co najmniej dwóch, a szanse na ich pokonanie okazały się rozpaczliwie małe. Potem rozległ się niski, okrutny śmiech, charakterystyczny dźwięk brzęczenia noży i widelców i odgłos korka wyskakującego z butelki. Jego serce struchlało jeszcze bardziej, bo czytał, że zawodowi złodzieje zawsze posilają się przed robotą, miał więc do czynienia z gangiem profesjonalistów. Ten wybuchający korek poza tym nasuwał myśl o butelce szampana, więc wiedział, że oto buszują w tym, co miał najlepszego. I jakie to wstrętne, że swój nieświęty posiłek jedzą w jego salonie, bo tam nie było porządnego stołu, więc ani chyba narobili okropnego bałaganu.
Powiew zimnego nocnego powietrza przepłynął po schodach i Juruś zobaczył że smuga światła z uchylonych drzwi salonu robi się coraz węższa i w końcu drzwi zamykają się z cichym stuknięciem, pozostawiając go w ciemnościach. W tym momencie jego desperacja skupiła się i skoncentrowała w chwili pozornej odwagi, bo bezbłędnie wykoncypował, że okno salonu zostawili otwarte i być może za kilka minut dokończą posiłek i z wypchanymi kieszeniami czmychną nie niepokojeni w mrok. Czemu nigdy nie założył rygli na okiennicach jak pani Weston która żyła w nieustającym strachu przed nocnymi włamywaczami? Za późno teraz było nad tym rozpaczać, bo nie dał o się wkroczyć teraz i poprosić by raczyli wyjść póki nie założy rygli, a wrócili, gdy będzie to już gotowe.
Nie mógł pozwolić by odeszli ożłopani jego szampanem i obładowani jego skarbami bez żadnej przeszkody i starając się nie myśleć o pistoletach, pałkach i workach z piaskiem zszedł na dół, otworzył szeroko drzwi od salonu i ściskając pogrzebacz w drżącej dłoni krzyknął słabym, drżącym głosem:
– Nie ruszać się, bo strzelam!
tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Pon 30 Wrz, 2024 08:39
Jak nic siostrzyczki kolacje jedzą
Trzykrotka - Pon 30 Wrz, 2024 10:51
No to sprawdźmy
Zapadła chwila grobowej ciszy, a on, lekko oślepiony światłem, zobaczył, kogo ma przed sobą.
Na przeciwległych końcach chippendalowskiej sofy siedziały Hermy i Ursy. Hermy miała otwarte usta i w brudnych dłoniach trzymała bułkę. Ursy miała zamknięte usta i wypchane policzki. Między nimi leżała szynka i bochenek chleba, garnek marmolady i ser stilton, a na podłodze stała butelka szampana i dwie filiżanki do herbaty pełne musującej bąbelkami zawartości.
Korek, drut i folia aluminiowa zostały wrzucone do kominka dla zachowania pozorów przyzwoitości.
Hermy odłożyła bułkę i ryknęła gromkim śmiechem; obrzydliwie pełne usta Ursy nagle eksplodowały. Obie padły na poręcze sofy wijąc się w paroksyzmach śmiechu.
Juruś był bliski apopleksji.
- Na miłość boską, Hermy! – powiedział, a potem stwierdził, że to o wiele za łagodne. I w chwili irytacji nie do pohamowania powiedział:
- Do jasnej cholery!
Hermy pierwsza zaczęła wykazywać oznaki przytomnienia, a kiedy Juruś wrócił do nich po zamknięciu okna, odzyskała już głos, podczas gdy Ursy zbierała częściowo przeżute kawałki szynki i sera.
- Boże, co za dowcip! – powiedziała – Jurusiu, to… to jest największa heca jaką widziałam.
Ursy pokazała palcem pogrzebacz.
- Będzie strzelał jeśli się ruszymy! – zawołała – Lub szturchnie ogniem, prawda?
- Jeszcze jak! – wrzasnęła Hermy. – A niech mnie, wziął nas za włamywaczy i zszedł na dół z pogrzebaczem, zuch! Jestem zbudowana. Napij się, Jurusiu.
Nagle zrobiła wielkie oczy, wytrzeszczyła je i pokazując palcem ramię Jurusia wybuchnęła kolejną fontanną śmiechu.
- Ursy! Jego włosy! – powiedziała i schowała twarz w poduszkę.
Oczywiście Juruś nie uporządkował włosów schodząc na dół, bo któż robi coś takiego ruszając na spotkanie z włamywaczami uzbrojony jedynie w pogrzebacz i pokazywał łysą czaszkę i długie pasmo zwisające z jednej strony.
To były już szczyty irytacji. Ale kiedy zdarzy się taki poziom zdenerwowania, jedynym możliwym wyjściem dla przyzwoitego człowieka jest przyjąć go tak lekko jak to tylko możliwe. Juruś z wdziękiem stanął na wysokości zadania, kwiknął cienko i wybiegł z pokoju.
- Zaraz zejdę! – krzyknął i upadł ciężko na schodach biegnąc do swojej sypialni.
Potem odbył poważną rozmowę sam ze sobą. Mógł oczywiście trzasnąć drzwiami, iść do łóżka, rano zachowywać się bardzo uprzejmie. Ale to nic nie da: Hermy i Ursy śmiałyby się z niego do końca świata. Naprawdę rozsądniej było dołączyć się do tego kawału, śmiejąc się z samego siebie. Zaczesał więc włosy na zwykły sposób, nałożył elegancki szlafrok i podreptał znów na dół.
- Moje kochane, ale ubaw! – powiedział. – Zjedzmy wszyscy kolację. Ale przejdźmy do jadalni, tam jest stół, a ja przyniosę jeszcze wina i kieliszki i zawołamy Tiptree. Niegrzeczne dziewczynki, żeby się zjawić o takiej porze. Podejrzewam, że chciałyście iść cichutko do łóżek, zejść rano jak gdyby nigdy nic na śniadanie i zrobić mi niespodziankę. Opowiadajcie.
Tak więc Tiptree dostał marmolady, którą lubił tak samo jak dżem a pozostali jedli bułeczki przełożone plastrami szynki.
- Tak, pomyślałyśmy, że możemy całą drogę odbyć w jednym rzucie – powiedziała Hermy – a to jest sto dwadzieścia mil. I kiedy przyjechałyśmy, było już tak późno, że nie chciałyśmy cię kłopotać, zwłaszcza, że okiennice w salonie nie były zamknięte.
- Rowery są na zewnątrz – powiedziała Ursy. – Muszą poleżeć w trawie do rana. A jak tam nasz Tiptree Jurusiu?
- O tak, zaprzyjaźniliśmy się – powiedział Juruś zdawkowo. – Troszkę się zdenerwował na stacji, ale potem wypił herbatkę z wujkiem Jurusiem i bawiliśmy się w chowanego.
Juruś dość nierozważnie zrobił minę do Tiptree, taką, jaką zwykle zabawia się dzieci. Ale Tiptree nie poczuł się zabawiony, tylko też zrobił minę, w której zęby grały znaczącą rolę.
- Głupi pies – powiedziała Hermy, niedbale klepiąc go po nosie. – Zawsze dawaj mu klapsa kiedy pokaże zęby, Jurusiu. Przysuń bąbelki.
- No więc weszłyśmy do domu przez okno w salonie – ciągnęła Ursy – i cholewcia, głodne byłyśmy jak wilki. Zaczęłyśmy więc buszować i – proszę bardzo! Bardzo poczciwie z twojej strony Jurusiu, że zszedłeś i nas znosisz.
- Sportowy duch – orzekła Hermy. – A jak się ma twoja kumpela Fool-jam-wielmożna –be? Czemu nie zeszła żeby też z nami walczyć?
Juruś domyślił się, że Hermy zrobiła żartobliwą aluzję do Foljambe, jedynej osoby w Riseholme, przed którą jego siostry czuły respekt. Ursy zastawiła kiedyś pułapkę – niespodziankę na Jurusia, ale mieszanka orzechów brazylijskich i herbatników zamiast na niego spadła na Foljambe. Zaatakowana Foljambe, spowita w niczym niezmącony spokój, zachowała się jak gdyby nic się nie stało i przeszła po orzechach i ciastkach z kamienną twarzą, jakby zupełnie nieświadoma tego, że pod jej stopami coś chrzęści i kruszy się. Całe zajście w jakiś sposób onieśmieliło tę dwójkę i kiedy tylko Faljambe opuściła pokój, zmiotły one cały ten bałagan i włożyły orzechy brazylijskie z powrotem do miski deserowej… Nie można było pozwolić, żeby Foljambe została strącona z piedestału przez nadawanie jej jakichś ohydnych slangowych imion.
- Jeśli masz na myśli Foljambe – rzekł Juruś lodowato – to uznałem, że nie warto zawracać jej głowy.
Pomimo szaleńczego rajdu, niezmordowane siostry były na nogach od wczesnego ranka i pierwszą rzeczą, którą Juruś zobaczył z okna łazienki było jak obie ćwiczą podnoszenie ciężarów nad kaczym stawem na błoniach jeszcze przed śniadaniem. Streścił krótko Foljambe wypadki ostatniej nocy gdy wezwała go na śniadanie, pomijając sprawę włosów, a jej dezaprobatę znaczyło mocno jej milczenie i wystudiowana pogarda, z jaką odnosiła się do sióstr, kiedy i one zjawiły się na śniadanie.
- Cześć tam, Foljambe – powiedziała Hermy. – Ależ wczoraj urządziłyśmy hecę.
- Tak też słyszałam, proszę pani – rzekła Foljambe.
- Wlazłyśmy przez okno od salonu – powiedziała Hermy, mając nadzieję, że ją ubawi.
- Ach tak, proszę pani – Odpowiedziała Foljambe. – Czy ma pan dyspozycje co do samochodu, sir?
- Och, Jurusiu, możemy dzisiaj skoczyć na golfa? – spytała Hermy. – Może mały Dickie mógłby nas zawieźć?
Zerknęła na Foljambe żeby sprawdzić, czy jej żarcik jej nie rozbawił. Ewidentnie jednak nie.
- Powiedz Dickiemu, żeby był gotowy na wpół do jedenastej – powiedział Juruś.
- Tak jest.
- Hurrra! – krzyknęła Ursy. – Jedź z nami, Foljambe, urządzimy sobie mecz na trzy piłki.
- Nie, dziękuję proszę pani – odrzekła Foljambe i wypłynęła z pokoju z wysoko zadartym podbródkiem.
- Cholercia, góra lodu! – sapnęła Hermy, kiedy drzwi się za nią domykały.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Pon 30 Wrz, 2024 18:55
O mamuniu, one coś jak ciotka Marge , tylko na dopalaczach
Trzykrotka - Pon 30 Wrz, 2024 22:15
Całe szczęście, że Jurusiowi ta wierna Foljambe jest puklerzem i tarczą przed światem 🫣
|
|
|