Ekranizacje - Duma i uprzedzenie Pride and Prejudice (2005)
Caroline - Nie 04 Maj, 2008 17:05
Są takie osoby, także na tym forum, które wolą wersję 2005 od '95. Najczęściej widziały one najpierw tę właśnie wersję (2005), spodobała się im i uważają ją za najlepszą. Dla mnie dowodzi to jednego - niezależnie od sporów o świniaka i workowate kiecki, Jane Austen wygrała, ta historia po raz kolejny została przeniesiona na ekran na tyle dobrze, żeby wzbudzić te same lub podobne uczucia co genialna książka.
O pana Darcy'ego, kiecki i co tam jeszcze chyba nie warto się spierać, ale na stwierdzenie, że skoro istnieje inna, bardzo dobra "ukochana i jedyna" wersja DiU, ta nie miała prawa powstać, nie sposób nie zareagować. Co za kostiumowo-ekranizacyjny faszyzm!
Do kroćset, to że ktoś ma zakodowaną jedną wersję i nie potrafi dostrzec zalet innej, nie znaczy, że nie ma prawa ona powstać.
Ekipa '95 wykonała genialna robotę i właściwie stworzyła model ekranizacji, na którym bazowało wiele późniejszych produkcji BBC, ale to tylko osobista wizja Andrew Davisa i reszty, tak samo jak osobistą wizją jest ekranizacja 2005. Ale ponieważ wersja '95 zdobyła ogólny aplauz, została uznana za uniwersalną, prawdziwą i z biegiem czasu za jedyną obowiązującą.
Z pewnością na etapie przedprodukcyjnym, licząc się z rzeszami wielbicielek wersji '95, też odbywały się takie dyskusje, "Po co?". Jak przypuszczam argument był taki: po to, żeby pokazać inne spojrzenie na tę powieść i na epokę. I moim zdaniem, mimo wielu niedociągnięć, doskonale się to twórcom DiU 2005 udało.
DiU 2005 ma swoje zalety (mimo kilku momentów przy których odwracam wzrok i zakrywam uszy - Bingley!!! ). Mimo odmłodzenia obsady, nie zgadzam się również, że to jest słaba ekranizacja, wersja dla nastolatek.
- dbałość o detal (nawet nieszczęsne kiecki, mają swoje wytłumaczenie, to nie było zrobione bezmyślnie)
- oryginalność pomysłu (przeniesienie akcji o epokę niżej, odwołania do romantyzmu w muzyce i zdjęciach)
- dodanie warstwy psychologicznej (relacje rodzinne), nawet jeśli oznacza to uwspółcześnienie ekranizacji
wreszcie
- fantastyczna muzyka i zdjęcia - tu się wszyscy zgadzają
Jak się na to patrzy i weźmie pod uwagę, nie sposób stwierdzić, że ktoś poszedł na łatwiznę i zrobił angielskiego "zatorskiego" albo dziewczyńskie "american pie" w kostiumie.
Prawdę mówiąc ja też wolę wersję '95, ale to dlatego, że książkę czyta się delektując każdą scenkę i dialożek , a serial pozwala lepiej oddać jej rytm i charakter.
Ale do stu ulizanych Collinsów, nie dajmy się zaślepić jedynej słusznej wersji! Chwała tym, którzy nie dali się jej obezwładnić i odważyli się pokazać wizję inną od uświęconej i namaszczonej przez Wielkie Imperium Zakochanych Fanek.
Trzykrotka - Nie 04 Maj, 2008 20:09
Ja się jak najbardziej zgadzam z tym, ze nie wolno poprzestać na jakimś wydumanym kanonie i że każda epoka ma prawo do własnej wersji klasyki. Film z 2005 jest do przełknięcia dla współczesnego odbiorcy, bo nie musi się on zastanawiać, dlaczego na przykład pannę Bennet uważa się za najpiękniejszą, skoro wcale nam się nie podoba i łatwo identyfikuje się z chudą Lizzy o współczesnej sylwetce i i zachowaniach. Zgadzam się, ze ta wersja jest dobra jako inicjacja dla współczesnej romantycznej panienki, która dzięki niej może bezboleśnie zasmakować w JA. Jednak poza wizualną ucztą dla oka widzę w niej głównie uproszczenia, łatwiznę i okropne niekonsekwencje. Nie będę spierać się o stroje, choć nadal uważam, ze Lizzy nie włożyłaby na bal tej samej skromnej zgniłozielonej workowatej kreacji,w której chodziła po łąkach. Jednak rażą mnie koszmarne błędy obyczajowe. Pisałyśmy już o tym nie raz - o wizycie lady Catherine w środku nocy i witającym ją stadzie postaci w koszulach nocnych, o podobnej nocnej wizycie złożonej Lizzy (w koszuli nocnej) przez pana Darcy wiozącego swój list, o ich spotkaniu w strojach ponownie niedbałych o świcie na łączce, o przyjściu do ojca panny z oświadczynami w rozchełstanej koszuli (a panna w tym czasie czeka za drzwiami, a jakże - w koszuli nocnej), o karygodnym zachowaniu Lizzy w Pemberley (podglądanie Darcy'ego przez szparę w drzwiach w jego własnym domu), o nieustannym u Bennetów obyczaju podsłuchiwania się, o włażeniu dżentelmena do sypialni damy bez pukania, o pięknym zwyczaju wydzierania sobie z rąk listów, wywalaniu nóg w buciorach na kanapę w salonie.........
Co do psychologii - kłóciłabym się. I psychologia i motywacje postaci są uproszczone i zrobione na skróty. Dlatego nadal uważam, ze jest to wersja dla nastolatek.
Jak mówię - zgadzam się, jest to DiU na miarę czasów, w których ludzie dojrzewają późno lub wcale i nie lubią sobie łamać główek myśleniem. Czemu nie? Ja na pewno nie jestem już jej targetem, choć lubię czasami wracać do pewnych scen.
Harry_the_Cat - Nie 04 Maj, 2008 20:13
Jedno pytanie - | Trzykrotka napisał/a: | | bo nie musi się on zastanawiać, dlaczego na przykład pannę Bennet uważa się za najpiękniejszą, skoro wcale nam się nie podoba | - nie jestem pewna czy rozumiem... Uważasz, że Rosamud Pike jako Jane jest brzydka?
Gunia - Nie 04 Maj, 2008 20:22
Ale tak naprawdę, to czym my wiemy, jak wtedy było? Czy i teraz nie krępują nas pewne konwenanse, a jednak sami przeciw nim występujemy? Owszem, przy dzisiejszej swobodzie trudno nam sobie wyobrazić siłę ówczesnych norm, ale to byli zwykli ludzie. Tacy sami jak my. Może takie chamstwa jak w paru scenach z nowej DiU nie miały miejsca, ale nie uwierzę, że w życie było jednym wielkim wersalem, wszyscy zachowywali bezustannie nieposzlakowaną kulturę, higienę, elegancję i stylowość.
Harry_the_Cat - Nie 04 Maj, 2008 20:23
Szczególnie higienę...
Trzykrotka - Nie 04 Maj, 2008 21:05
| Harry_the_Cat napisał/a: | Jedno pytanie - | Trzykrotka napisał/a: | | bo nie musi się on zastanawiać, dlaczego na przykład pannę Bennet uważa się za najpiękniejszą, skoro wcale nam się nie podoba | - nie jestem pewna czy rozumiem... Uważasz, że Rosamud Pike jako Jane jest brzydka? |
Nie wyraziłam się dokładnie, przepraszam. Susannah Harker nie jest piękna w DiU według dzisiejszych kanonów. Rosamund Pike jest prześliczna, chyba nie widziałam ładniejszej i słodszej Jane.
Guniu, zgadzam się, może nie wiemy, jak oni się zachowywali. Zostawię sprawę subtelności typu, czy wypada wchodzić mężczyźnie o pokoju chorej, spoconej, nie ubranej dziewczyny, czy można podróżować bez kapelusza, tańczyć bez rękawiczek, chodzić o świcie po łące w koszuli nocnej, drzeć się na przyjaciółkę "nie waż się mnie oceniać". Jednak inne rzeczy są chamstwem nawet dziś.
Nie napada się nikogo w z wizytą w środku nocy.
Nie podsłuchuje się pod drzwiami własnych rodziców.
Nie podgląda się przez szparę w drzwiach.
Dorosła i poważna kobieta nie siedzi na przyjęciu na stole majtając nogami, chyba ze jest w stanie wskazującym, co źle o niej świadczy.
Tam jest też cała masa nielogiczności, pokroju listu Darcy'ego dostarczony nie wiadomo czemu w środku nocy i niewiele wyjaśniający, czy mój ulubiony (a raczej doprowadzający mnie do szalu) - Lizzy przyjeżdża do Pemberley powozem z wujostwem. Odchodzi piechotą, sama. Wujostwo się nie martwi, gdzie się podziała. Darcy nie daje jej żadnej eskorty, za to przyjeżdża sam do gospody, żeby im się przedstawić.
Wcześniej - Lizzy ma skrupuły przed przyjazdem do domu Darcy'ego, ale jak się tam już znajdzie, śmiało odłącza sie od grupy, jego gospodyni pozwala, żeby obca osoba włóczyła się po domu i myszkowała w prywatnych pokojach właściciela...
Harry_the_Cat - Nie 04 Maj, 2008 21:11
Ok, dzięki za wyjaśnienie.
Caroline - Pon 05 Maj, 2008 21:56
Zgoda co do niektórych niekonsekwencji, zwłaszcza co do samotnego powrotu Lizzy z Pemberley, to rzeczywiście było idiotyczne
Ale inne...
Mnie się podoba to pojawienie się Darcyego z listem, kiedy nie wiadomo, czy on naprawdę przyszedł czy nie, dzień przechodzi w zmierzch za plecami Lizzy itd. Nie tak było w książce, ale to akurat dla mnie się broni. No ale tu - co, kto lubi.
A jeśli chodzi o konwenanse, mam wrażenie, że czasem same przeceniamy kindersztubę tamtych czasów. Koszul nocnych nie będę bronić, bo nie wiem, jak to było, ale weźmy choćby wizytę Lady Catherine. Idąc tokiem myślenia "w tamtych czasach kobieta o statusie Lady Catherine nie mogła zachować się w taki sposób" trzeba by odrzucić całą scenę z książki! Lady C. jest opryskliwa, arogancka, łamie podstawowe zasady dobrego wychowania (przyjechała za wcześnie, nie przywitała się, nie dała możliwości przedstawienia się matce Lizzy, krytykowała jej dom, choć widziała ją pierwszy raz w życiu, wychodząc otwierała drzwi poszczególnych pokoi i oceniała ich umeblowanie). Tak opisała to Jane. Nawet współcześnie człowiek zachowujący się w taki sposób byłby uznany za chama. Może więc tak jak i teraz, istniały pewne zasady, ale zdarzało się, że ktoś je z różnych powodów łamał.
A w ekranizacji rozumiem przesunięcie sceny na wieczór. Bo jak inaczej pokazać współczesnemu widzowi, że to Lady Catherine jest arogantką i zachowuję się jak babsko bez wychowania? W świecie Jane było oczywiste, że przed pewną godziną nie składa się wizyt, ale jak to pokazać na ekranie? Nawet gdyby jakoś dali do zrozumienia, że jest rano czy przed południem, tylko niewielki procent widzów wiedziałby, co oznaczała niespodziewana wizyta Lady Catherine. Tak naprawdę dzięki temu przesunięciu wymowa tej sceny w ekranizacji była bliższa książkowej.
A jeśli chodzi o psychologię, miałam na myśli np. relacje rodzinne (rozmemłane ciepełko rodzinne Bennetów, w którym jakimś sposobem wychowują się odważne, pewne siebie kobiety kontra zimny wychów w rodzinie L.Catherine) albo panią Bennet, która nie jest tu postacią czysto komiczną, ale także kobietą, która za wszelką cenę chce zapewnić swoim dzieciom przyszłość, a środki ma do tego ograniczone. Jest parę scen, na które można się powołać:
- p. Bennet pociesza Marię po nieudanym występnie
- p. Bennet zostawia Lizzy mimo jej bezgłośnych próśb "na pastwę" Collinsa (motywacje złożone i zawiłe jak diabli!)
- różnice charakterologiczne między siostrami Bennet
W tej ekranizacji pokazano to, czego niektórzy interpretatorzy dopatrzyli się w książce.
Może pewne nieporozumienia wynikają z dialogów, które momentami rzeczywiście brzmią jak z jakiegoś Jeziora Marzeń czy innego serialiszcza amerykańskiego o problemach młodzieży (bez obrazy dla wielbicieli takowych). Tu rzeczywiście minus, zwłaszcza za odzywkę Lizzy do matki, która w żaden sposób nie mogło wyniknąć z książki.
Gunia - Pon 05 Maj, 2008 23:05
| Trzykrotka napisał/a: | | Nie napada się nikogo w z wizytą w środku nocy. |
Skoro w książce wpadła z samego rana, to jak na normy ówczesnych czasów i tak zachowała się bardzo bezczelnie.
| Trzykrotka napisał/a: | Nie podsłuchuje się pod drzwiami własnych rodziców.
Nie podgląda się przez szparę w drzwiach. |
Zapewne, ale czy postać Lidii i w pewnym stopniu Kitty nie jest ukazana w książce jako zdolna do takiego zachowania? Oczywiście nie dotyczy to Lizzy i Jane.
| Trzykrotka napisał/a: | | Dorosła i poważna kobieta nie siedzi na przyjęciu na stole majtając nogami, chyba ze jest w stanie wskazującym, co źle o niej świadczy. |
A czy pani Bennet była w gruncie rzeczy poważna? Czy w świetnej DIU '95 jest ona poważna?
spin_girl - Wto 06 Maj, 2008 14:07
Wcale nie uważam się za osobę zaślepioną ekranizacją '95. Gdyby ekranizacja 2005 była dobra, bardzo chętnie postawiłabym sobie DVD na półce obok miniserialu. W mojej krytycznej recenzji wypisałam rzeczy, które sprawiły, że tę wersję uważam za gniota. Wyznaję zasadę, że jak nie można zrobić dobrze to lepiej nie robić wcale.
Jeśli chodzi o interpretację to DiU to nie Dziady, pole do interpretacji pozostaje dużo mniejsze, sceny opisane są dokładnie i wystarczy się tego trzymać a nie sobie zmieniać wedle własnego widzimisię, a wiek XIX to nie głębokie średniowiecze i istnieje wystarczająco dużo źródeł opisujących tę epokę, żeby wiadomo było co uchodziło a co nie. Reżyser wykazał się głęboką ignorancją tych zasad i w ogóle, moim zdaniem, oryginału.
Sofijufka - Wto 06 Maj, 2008 14:26
| spin_girl napisał/a: | Wcale nie uważam się za osobę zaślepioną ekranizacją '95. Gdyby ekranizacja 2005 była dobra, bardzo chętnie postawiłabym sobie DVD na półce obok miniserialu. W mojej krytycznej recenzji wypisałam rzeczy, które sprawiły, że tę wersję uważam za gniota. Wyznaję zasadę, że jak nie można zrobić dobrze to lepiej nie robić wcale.
Jeśli chodzi o interpretację to DiU to nie Dziady, pole do interpretacji pozostaje dużo mniejsze, sceny opisane są dokładnie i wystarczy się tego trzymać a nie sobie zmieniać wedle własnego widzimisię, a wiek XIX to nie głębokie średniowiecze i istnieje wystarczająco dużo źródeł opisujących tę epokę, żeby wiadomo było co uchodziło a co nie. Reżyser wykazał się głęboką ignorancją tych zasad i w ogóle, moim zdaniem, oryginału. | Wiesz, ja nawet myslę, że zrobił to celowo - właśnie nie wierząc, że widzki odbiora te niuanse. Przetłumaczył różne sytuacje regencyhe na "nasze" i wyszło, jak wyszło...
Darcy - Wto 06 Maj, 2008 14:59
Spin_girl, Trzykrotka, zgadzam się w 100 procentach. Lizzy w wykonaniu Keiry Nightley to niewyżyta neurotyczka chichocząca z byle powodu, Darcy nie jest ani dumny, ani uprzedzony, a całość - dla nastolatek, które o Austen mają takie pojęcie jak ja o grach komputerowych (czyt. żadnego).
A już potwornie irytuje mnie scenografia. Dom Bennetów z biegającymi wokół kurami, sala balowa jak osmolona wędzarnia oscypków... Masakra.
spin_girl - Wto 06 Maj, 2008 16:29
O, Darcy jak dobrze, że jesteś spowrotem! Dawno Cię nie było i poczułam brak osoby, z którą zgadzam się na ogół w 100% Zapomniałam zupełnie o sali balowej- przecież to stodoła była nie sala! Osmolona wędzarnia oscypków
spin_girl - Wto 06 Maj, 2008 16:31
| Sofijufka napisał/a: | | spin_girl napisał/a: | Wcale nie uważam się za osobę zaślepioną ekranizacją '95. Gdyby ekranizacja 2005 była dobra, bardzo chętnie postawiłabym sobie DVD na półce obok miniserialu. W mojej krytycznej recenzji wypisałam rzeczy, które sprawiły, że tę wersję uważam za gniota. Wyznaję zasadę, że jak nie można zrobić dobrze to lepiej nie robić wcale.
Jeśli chodzi o interpretację to DiU to nie Dziady, pole do interpretacji pozostaje dużo mniejsze, sceny opisane są dokładnie i wystarczy się tego trzymać a nie sobie zmieniać wedle własnego widzimisię, a wiek XIX to nie głębokie średniowiecze i istnieje wystarczająco dużo źródeł opisujących tę epokę, żeby wiadomo było co uchodziło a co nie. Reżyser wykazał się głęboką ignorancją tych zasad i w ogóle, moim zdaniem, oryginału. | Wiesz, ja nawet myslę, że zrobił to celowo - właśnie nie wierząc, że widzki odbiora te niuanse. Przetłumaczył różne sytuacje regencyhe na "nasze" i wyszło, jak wyszło... |
Moim zdaniem nie wyszło wcale...
Tamara - Wto 06 Maj, 2008 18:22
Spin , Trzykrotko , Darcy - zgadzam się z wami w 100% dla mnie to koszmar Oglądałam to z osłupieniem w oczach bo w najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy ,że np.panna z ziemiańskiej dobrze sytuowanej rodziny (nie mówię o ew. oszczędnościach , tylko życiu bieżącym) , córka dżentelmena , będzie boso łazić po obejściu pełnym kałuż chyba z gnojówką i huśtać się na jakiejś desce w stodole na klepisku , ubrana gorzej od własnej służącej , w otoczeniu drobiu i trzody chlewnej , a na sznurach przed frontem dworu będą suszyć sie majtki i inne intymne szczegóły garderoby
BeeMeR - Wto 06 Maj, 2008 19:06
Pięknie podsumowany film
Ja nie jestem wcale wielką znawczynią Austen, ale te zwierzaki w domu a przede wszystkim te niechlujne stroje no i fryzury głównych bohaterów jakby bez przerwy chodzili na wietrze lub stawali pod rynną
Tamara - Wto 06 Maj, 2008 19:41
Jedno i drugie na zmianę
Harry_the_Cat - Wto 06 Maj, 2008 20:42
Okej, to najwyraźniej jestem nastolatką i najwyraźniej nie mam pojęcia o Austen, choć w temacie siedzę od jakichś dziesięciu lat. Tak, tak, zaczęłam chyba w przedszkolu....
spin_girl - Śro 07 Maj, 2008 11:23
| Tamara napisał/a: | Spin , Trzykrotko , Darcy - zgadzam się z wami w 100% dla mnie to koszmar Oglądałam to z osłupieniem w oczach bo w najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy ,że np.panna z ziemiańskiej dobrze sytuowanej rodziny (nie mówię o ew. oszczędnościach , tylko życiu bieżącym) , córka dżentelmena , będzie boso łazić po obejściu pełnym kałuż chyba z gnojówką i huśtać się na jakiejś desce w stodole na klepisku , ubrana gorzej od własnej służącej , w otoczeniu drobiu i trzody chlewnej , a na sznurach przed frontem dworu będą suszyć sie majtki i inne intymne szczegóły garderoby |
O Bosh- Genialne! Najlepsze podsumowanie po prostu!
Darcy - Śro 07 Maj, 2008 11:25
| spin_girl napisał/a: | O, Darcy jak dobrze, że jesteś spowrotem! Dawno Cię nie było i poczułam brak osoby, z którą zgadzam się na ogół w 100% Zapomniałam zupełnie o sali balowej- przecież to stodoła była nie sala! Osmolona wędzarnia oscypków |
Ja też zauważyłam, że na ogół się zgadzamy w opiniach (Thornton nie był dziewicą!).
A długi majowy weekend spędzałam na rowerku, dając swoim biednym oczkom odpocząć od monitora. Ale teraz, gdy znów jestem w pracy...
Trzykrotka - Śro 07 Maj, 2008 12:17
| Harry_the_Cat napisał/a: | | Okej, to najwyraźniej jestem nastolatką i najwyraźniej nie mam pojęcia o Austen, choć w temacie siedzę od jakichś dziesięciu lat. Tak, tak, zaczęłam chyba w przedszkolu.... |
Harry To nic złego, być nastolatką. Pisałam przecież, ze za to okreslenie nie należy sie obrażać, bo nie było w nim elementu oceniania, tylko proste stwierdzenie marketingowe. Przecież wiadomo, że zanim zacznie sie coś kręcić, trzeba okreslić target danego dzieła. Targetem większości produkcji amerykańskich jest słynny czarny czternastolatek, chłopiec. W przypadku DiU 2005 była to moim zdaniem piętnastolatka. Film miał charakter inicjacyjny. Miał za zadanie wprowadzić młodą osobę w świat wielkiej literatury tak, żeby się nie znudziła, a znalazła to, co lubi. I tym czymś są, moim zdaniem:
- piękna, czarująca oprawa, często większa niż zycie (Lizzy na wzgórzu w Derbyshire wygląda jakby stała na szczycie pienińskiej Sokolicy, drzewo w lesie przypomina takie z amazońskiej dżungli, orkiestra złożona z kilku grających bez wzmacniaczy muzyków grzmi jak filharmonicy wiedeńscy itd)
- bohaterowie w kostiumach, ale wizualnie skrojeni do naszych kanonów (chudość Lizzy, proste włosy Darcy'ego
- bohaterowie niby z innej epoki, ale zachowujący się tak samo jak nasi współcześni, tak samo niepewni siebie, niedojrzali, młodzieńczy, wyzwoleni
- duży nacisk położony na stronę uczuciową, emocje pierwszej miłości, także na wzajemne pożądanie i seksualne przyciąganie
To nic złego i film może się podobać, co przyznawałam wiele razy. Mnie się też jego niektóre aspekty podobały, ale nie akceptuję go jako aadaptację jednej z moich ulubionych powieści.
Tamara - Śro 07 Maj, 2008 12:47
Film jako film jest bardzo dobrze zrobiony , ma dobrą obsadę , pięknie wyreżyserowany , bardzo nastrojowy , tylko że nie ma nic wspólnego z JA i jej pisarstwem - to jest film inspirowany JA , nie ekranizacja . I jak najbardziej może się podobać , pod warunkiem , że nie oczekuje się wierności epoce i klimatowi tych czasów .
Co do konwenansów : widząc jak zachowywali się i postępowali na co dzień moi dziadkowie i potem moi rodzice , jestem skłonna twierdzić , że rzeczywiście kiedyś konwenansu i zasad zachowania ściśle przestrzegano . Następuje rzeczywiście stopniowy upadek dobrych obyczajów , co widać i słychać na każdym kroku
Darcy - Śro 07 Maj, 2008 14:35
| Tamara napisał/a: | Co do konwenansów : widząc jak zachowywali się i postępowali na co dzień moi dziadkowie i potem moi rodzice , jestem skłonna twierdzić , że rzeczywiście kiedyś konwenansu i zasad zachowania ściśle przestrzegano . Następuje rzeczywiście stopniowy upadek dobrych obyczajów , co widać i słychać na każdym kroku |
Latka lecą, jak widzę, i pora na utyskiwania w rodzaju "ach ta dzisiejsza młodzież".
Wiesz, Tamara, mnie wydaje się, że każde pokolenie narzeka na poprzednie i stosuje odwieczny chwyt w postaci zdania "Za moich czasów..." A czasy się zmieniają, a my wraz z nimi.
I jeszcze jedna sentencja - zapomniał wół, kiedy cielęciem był. Mój ojciec miał odwieczne problemy ze swoim surowym ojcem, który potępiał długie hippisowskie włosy, a Czesława Niemena nazywał 'wyjcem'. Dziś Niemen przez nastolatków uznawany jest za ramola dla dziadków, a na topie są różne Beyonce i inne Justiny Timberlaki, których z kolei starsze pokolenie nie trawi.
Dlatego zamiast utyskiwać na 'tę dzisiejszą młodzież' i 'upadek obyczajów' przyjmijmy, że świat się zmienia. I dobrze. Głupio tak tkwić w miejscu.
Pozdrawiam optymistycznie,
Darcy
P.S. A propos upadku obyczajów polecam film "To nie jest kraj dla starych ludzi". Cohenowie świetnie o tym opowiedzieli.
Copycat - Śro 07 Maj, 2008 15:07
| spin_girl napisał/a: | | Chociaż po alternatywnym zakończeniu, które widziałam wtedy po raz pierwszy odkryłam u siebie nowe pokłady obrzydzenia. |
hahahaha, to jest mistrz.
Z tą wersją z 2005 jest generalnie coś nie tak. Z twórcami też. Nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje, ale te wszystkie niedociągnięcia, nawet jeśli małe, są tak rażące, że zaburzają całościowy obraz filmu. Dosłownie wszystko mnie tam razi, od Caroline z gołymi ramionami, rozczochraną wiewiórkę pod szyją Darciego, przez generalnie szmatławe stroje, fryzury (a raczej ich brak), świnie, kury, pranie na wierzchu, piszczącą Lidię, której nie jestem w stanie zrozumieć bez napisów i dźwięku na "ful", totalne bezcyckowie Lizzy, po tłustowłosego, zdziecinniałego pana Bennet'a, Whickama, którego zawsze w pierwszej chwili mylę z Orlando Bloomem i wiele innych rzeczy, które były tu po sto razy wymieniane.
To jakiś fenomen. Jest wiele filmów z błędami, które mi zupełnie nie przeszkadzają. Mogę je zaakceptować, zignorować albo kopnąć w rzyć. A tutaj to nie chce przejść. Nawet scena miłosna (!!) z nowej wersji Rozważnej i Romantycznej tak mnie nie razi. Nawet pocałunek (!) Marianny i Willouby'm czy Eleonory z Edwardem. To wszystko znajduje u mnie jakieś uzasadnienie a nawet jeśli nie, to broni się angielską subtelnością i wyczuciem chwili. W D&U 2005 nie ma ani subtelności ani wyczucia. Ani dumy ani uprzedzenia. Jest banalna historyjka o dwójce podlotków, którzy najpierw mogliby a nie chcą a potem chcą a nie mogą, okraszona zbiorem luźnych wątków pobocznych. To, że twórcy całkowicie dostosowują poziom filmu do widowni (vide przyjazd Lady C w nocy, żeby pospulstwo zrozumiało, że to stara niewychowana wiedźma) znaczy, że społeczeństwo do szczętu durnieje i nie jest w stanie zrozumieć niczego, jeśli mu się łopatą nie wali do łba. Przerażające.
I nie ważne, że Caroline wygląda w D&U 1995 jak rozgnieciona kaczka a nie elegancka młoda kobieta, że Jane ma na pierwszy rzut oka twarz konia etc. Andrew Davies ma to "coś", nawet jak przegina.
Aa..
- Jane Austen nie jest moją ulubioną pisarką ani D&U moją ulubioną książką
- nie znosze Colina w Bridget Jones a przed obejrzeniem serialu w ogóle go nie lubiłam jak psa
- nie miałam pojęcia kim jest Matthew McFayden a i tak bez żadnych uprzedzeń wydał mi się beznadziejny jako Darcy, mimo, że lubię go z późniejszych ról (Death at a funeral)
Ten filmik chyba najlepiej ugruntowuje moje myśli: http://youtube.com/watch?...feature=related
moment 04:18
Czy tak wygląda jeden z najbogatszych ludzi w Anglii? Pomijam wszystko, "zamerykanizowanie", romantyczność i docelową widownię, to, że ma być spektakularnie, emocjonalnie z cukrowym happy endem ale, gdzie tu logika?
No nie polubiliśmy się z tym filmem. A starałam się.
Gunia - Śro 07 Maj, 2008 21:34
| Darcy napisał/a: | Spin_girl, Trzykrotka, zgadzam się w 100 procentach. Lizzy w wykonaniu Keiry Nightley to niewyżyta neurotyczka chichocząca z byle powodu, Darcy nie jest ani dumny, ani uprzedzony, a całość - dla nastolatek, które o Austen mają takie pojęcie jak ja o grach komputerowych (czyt. żadnego).
A już potwornie irytuje mnie scenografia. Dom Bennetów z biegającymi wokół kurami, sala balowa jak osmolona wędzarnia oscypków... Masakra. |
Wypraszam sobie! Że na Austen się nie znam, to się już pogodziłam, ale wiedzy na temat gier komputerowych będę bronić jak niepodległości! Wcześniej obsługiwałam "Cezara III" po angielsku niż Painta, a to, że jestem niedojrzałą nastolatką o percepcji konia tego nie zmienia.
Witaj w klubie, Harry.
|
|
|