To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2

nicol81 - Sob 15 Gru, 2007 17:05

Mnie też Papa Bennet wnerwia. Wątpię, by się zajmował starszymi dziewczynkami. One zostały lepiej wychowane, bo poświęcano im więcej uwagi.
Czemu komentarz Mamy Bennet tak oburzył Darciego? W końcu tak samo myślała o nim Elżbieta póki nie napisał jej o wszystkim w liście.

Sofijufka - Sob 15 Gru, 2007 17:38

nicol81 napisał/a:
Czemu komentarz Mamy Bennet tak oburzył Darciego? W końcu tak samo myślała o nim Elżbieta póki nie napisał jej o wszystkim w liście.


Bo wtedy Elżbieta nie poznała jeszcze prawdziwego Wickhama. Mama Bennet już wiedziała, że jej "zięciulek" był zdolny do uprowadzenia małoletniej z dobrego domu, i to nie w celu matrymonialnym. Myslę zresztą, że w pewnym stopniu robiła dobrą minę do złej gry, poza tym jestem pewna, że brat nie opowiedział jej o historii z Georgianą, więc mogła sobie tłumaczyć postępek Wickhama miłością [?]

Dione - Sob 15 Gru, 2007 18:06

A co pani Bennet miała myśleć? Wydała córkę za mąż - to jedna ma już zapewnione utrzymanie po śmierci ojca, jeszcze tylko cztery zostały. Gdyby nie przekonywała samej siebie i innych, że Lidia trafiła doskonale, to jedyne co mogłaby zrobić to tylko siąść i płakać. I jak u licha miałaby powiedzieć, że córka wyszła za totalnego drania? To by jej przez gardło nie przeszło. No i żeby znaleźć dla reszty latorośli mężów musiała potencjalnym kandydatom wmówić, że wszystkie koligacje rodzinne są bez zarzutu, a nawet rewelacyjne. No bo któż znający sprawę chciałby mieć takiego szwagra?
Alison - Sob 15 Gru, 2007 18:15

asiek napisał/a:
Ali, wyobrażasz sobie mieszkanie z panią B. pod jednym dachem ?! ...Dodam, bez biblioteki !!!! :confused3: :wink:


Nie, no bez biblioteki to sobie faktycznie, nie wyobrażam :wink:

Narya - Sob 15 Gru, 2007 18:23

A ja mam wrażenie, że ona wcale nie udawała dumy z powodu zięcia. Może dlatego, że mam przed oczyma postać filmową, która swoją radość odegrała bardzo wiarygodnie.
Dione napisał/a:
żeby znaleźć dla reszty latorośli mężów musiała potencjalnym kandydatom wmówić, że wszystkie koligacje rodzinne są bez zarzutu, a nawet rewelacyjne. No bo któż znający sprawę chciałby mieć takiego szwagra?

To jest słuszna uwaga, ale coś mi się wierzyć nie chce, że o to jej chodziło. Bardziej jestem skłonna stwierdzić, że pani Bennet myślała tylko o fakcie wydania córki za mąż. Pamiętacie, jak szybko "wyzdrowiała" po informacji, że jej Lidia będzie mężatką? Ja mam odczucie, że jej chodziło o sam fakt zabezpieczenia finansowego córek. Tylko nie mogę sobie wyobrazić takiego postępowania...

Matylda - Sob 15 Gru, 2007 18:29

Alison napisał/a:
asiek napisał/a:
Ali, wyobrażasz sobie mieszkanie z panią B. pod jednym dachem ?! ...Dodam, bez biblioteki !!!! :confused3: :wink:


Nie, no bez biblioteki to sobie faktycznie, nie wyobrażam :wink:


zawsze to mógł być jeszcze malutki ogródek może na wet maleńka oranżeria , albo salonik do robótek ręcznych :wink:

Marija - Sob 15 Gru, 2007 18:31

Matylda napisał/a:
zawsze to mógł być jeszcze malutki ogródek może na wet maleńka oranżeria , albo salonik do robótek ręcznych :wink:
Ryszard przed Hiacyntą chronił się w łazience :rotfl: .
Alison - Sob 15 Gru, 2007 18:44

Marija napisał/a:
Matylda napisał/a:
zawsze to mógł być jeszcze malutki ogródek może na wet maleńka oranżeria , albo salonik do robótek ręcznych :wink:
Ryszard przed Hiacyntą chronił się w łazience :rotfl: .


A jaką oazę szczęścia i spokojności znaleźli z wikarym pod sceną :wink: Szczególnie jak Powolniak do nich dołączył.

Maryann - Sob 15 Gru, 2007 19:13

Matylda napisał/a:
Kochane a czy nie wiecie , że sa ludzie tzw niereformowalni

Pani Bennet może była reformowalna, a może nie. W każdym razie jej mąż chyba nie bardzo to sprawdzał. Podobnie jak nie specjalnie przejmował się losem swoich córek.

Sofijufka napisał/a:
Papa Bennet mnie zawsze wkurzał! Owszem, miło by się z nim gawędziło, na pewno dużo wiedział, ale był egoistą, zapatrzonym we własny pępek. Takim: po mnie choćby potop! :uzi:

Ja pana Benneta nawet bardzo lubię - to oczytany, dowcipny facet z dystansem do samego siebie. Ale kompletnie pozbawiony kwalifikacji na męża i ojca.
On powinien mieć taką żonę, jak lady Catherine.

Matylda - Sob 15 Gru, 2007 19:22

Maryann napisał/a:

Pani Bennet może była reformowalna, a może nie. W każdym razie jej mąż chyba nie bardzo to sprawdzał. Podobnie jak nie specjalnie przejmował się losem swoich córek.
.


Tego nie wiemy . Kiedy poznaliśmy tę rodzinę mieli już za sobą kupę lat pożycia małżeńskiego. Przynajmniej wiek córek na to wskazywał

Maryann - Sob 15 Gru, 2007 19:59

Matylda napisał/a:
Tego nie wiemy .

W każdym razie dowodów jego działalności na tym polu też nie znamy.
Mnie w panu Bennetcie najbardziej przeszkadza to, że on otwarcie i przy własnych dzieciach bez żenady wyśmiewa się z własnej żony. Może jej nie kochać, ale nie powinien wystawiać jej na pośmiewisko.

nicol81 - Sob 15 Gru, 2007 20:09

Dlaczego Lady Catherine? :shock:
Co do dyskretnej wzmianki o małżeństwie Lydii, jako wyjaśnienia jej nieobecności, przekazanej oczywiście z bolesną powściągliwością- myślę, że to idiotyczny pomysł. Okoliczności małżeństwa Lidii miały pozostać tajemnicą dla świata, zwłaszcza dla potencjalnych absztyfikantów :mrgreen: . Gdyby pani Bennet przekazywała wiadomość o małżeństwie córki z dyskretną pościągliwością, wzbudzałoby to podejrzenia. Zwłaszcza, że wszyscy wiedzieli, że bardzo jej zależy na małżeństwach córek. Tu fanfikowy Darsik nie popisał się mysleniem :roll:

nicol81 - Sob 15 Gru, 2007 20:10

Maryann napisał/a:
Matylda napisał/a:
Tego nie wiemy .

W każdym razie dowodów jego działalności na tym polu też nie znamy.
Mnie w panu Bennetcie najbardziej przeszkadza to, że on otwarcie i przy własnych dzieciach bez żenady wyśmiewa się z własnej żony. Może jej nie kochać, ale nie powinien wystawiać jej na pośmiewisko.

Gorąco popieram :cheerleader2:

Maryann - Sob 15 Gru, 2007 20:34

nicol81 napisał/a:
Co do dyskretnej wzmianki o małżeństwie Lydii, jako wyjaśnienia jej nieobecności, przekazanej oczywiście z bolesną powściągliwością- myślę, że to idiotyczny pomysł. Okoliczności małżeństwa Lidii miały pozostać tajemnicą dla świata, zwłaszcza dla potencjalnych absztyfikantów :mrgreen: .

Przecież wszyscy dookoła włącznie z pastorem Collinsem i jego patronką wiedzieli, że Lidia uciekła z oficerem. A już samo to było powodem, żeby się raczej tym małżenstwem tak nie chwalić.

nicol81 napisał/a:
Dlaczego Lady Catherine? :shock:

No może nie sama milady :mrgreen: , ale kobieta z podobnym charakterkiem - energiczna, zdecydowana i nieustępliwa. Myślę, że postawiłaby pana Benneta do pionu i popchnęłaby go do działania.

Matylda - Sob 15 Gru, 2007 20:44

Maryann napisał/a:

Mnie w panu Bennetcie najbardziej przeszkadza to, że on otwarcie i przy własnych dzieciach bez żenady wyśmiewa się z własnej żony. Może jej nie kochać, ale nie powinien wystawiać jej na pośmiewisko.

Ale ona jest tak głupia , że to sie tylko od niej odbija, a w nią nie wnika :wink:
Wiem o co chodzi - niestety słyszą to dzieci ,ale tylko dwie dziewczyny wiedzą o co chodzi :wink:
Czasami tak sie dzieje w długoletnich małżeństwach , że gdy po latach fascynacji jedna strona w drugiej zaczyna dostrzegać tylko wady to wykorzystuje ( ta strona która czuje sie zawiedziona lub rozczarowana ) każdy moment aby sie "zemścić za swoje zmarnowane życie" . Może tak właśnie było z Bennetem ????

Maryann - Sob 15 Gru, 2007 20:59

Tyle, że jak można wymagać od dzieci szacunku do rodziców, skoro jedno z tych rodziców uparcie postępuje zupełnie na odwrót ? Kto i gdzie miał je tego nauczyć ?
Matylda - Sob 15 Gru, 2007 21:01

I z tym się zgadzam
nicol81 - Sob 15 Gru, 2007 22:25

Maryann napisał/a:
nicol81 napisał/a:
Co do dyskretnej wzmianki o małżeństwie Lydii, jako wyjaśnienia jej nieobecności, przekazanej oczywiście z bolesną powściągliwością- myślę, że to idiotyczny pomysł. Okoliczności małżeństwa Lidii miały pozostać tajemnicą dla świata, zwłaszcza dla potencjalnych absztyfikantów :mrgreen: .

Przecież wszyscy dookoła włącznie z pastorem Collinsem i jego patronką wiedzieli, że Lidia uciekła z oficerem. A już samo to było powodem, żeby się raczej tym małżenstwem tak nie chwalić.

nicol81 napisał/a:
Dlaczego Lady Catherine? :shock:

No może nie sama milady :mrgreen: , ale kobieta z podobnym charakterkiem - energiczna, zdecydowana i nieustępliwa. Myślę, że postawiłaby pana Benneta do pionu i popchnęłaby go do działania.

Nie tak wszyscy....Charlotta wiedziała od matki i przekazała to mężowi, a on poleciał z jęzorem do lady Catherine. Ale Bingley nic nie wiedział, więc przed nim najlepiej było się normalnie zachowywać.
Tak, Bennecik zasłużył sobie na klona Lady Catherine... :nudelkula1_zolta:

Maryann - Sob 15 Gru, 2007 22:33

nicol81 napisał/a:
Nie tak wszyscy....Charlotta wiedziała od matki i przekazała to mężowi, a on poleciał z jęzorem do lady Catherine. Ale Bingley nic nie wiedział, więc przed nim najlepiej było się normalnie zachowywać.

Bingley dopiero przyjechał, więc nic dziwnego, że nic nie wiedział (albo raczej prawie nic, bo o ślubie przecież słyszał, czy czytał). Ale dla sąsiadów cała ta sprawa była tajemnicą poliszynela:
Dobra nowina szybko rozeszła się po domu i z proporcjonalną szybkością - po okolicy. Sąsiedzi przyjęli ją z filozoficznym spokojem. Prawdę mówiąc, rozmowy w salonach byłyby o wiele ciekawsze, gdyby panna Lidia Bennet przeszła na utrzymanie parafii lub gdyby w najlepszym wypadku - trzymano ją do końca życia w zamknięciu na jakiejś odległej farmie. Na temat ślubu można było jednak wiele mówić, a dobrotliwe życzenia wszystkiego dla niej najlepszego składane przez złośliwe starsze panie w Meryton nie straciły, mimo zmienionych warunków, swego istotnego znaczenia, przy takim mężu bowiem nieudane życie jest właściwie sprawą przesądzoną.

nicol81 napisał/a:
Gdyby pani Bennet przekazywała wiadomość o małżeństwie córki z dyskretną pościągliwością, wzbudzałoby to podejrzenia. Zwłaszcza, że wszyscy wiedzieli, że bardzo jej zależy na małżeństwach córek. Tu fanfikowy Darsik nie popisał się mysleniem :roll:

No to raczej nie tylko jego opinia. :wink: JA też uważała, że w tej sprawie pani Bennet powinna okazać większą powściągliwość:
Najmniejsze poczucie wstydu nie mąciło jej wesela.

Maryann - Nie 16 Gru, 2007 07:53

Rozdział X część 21

A co z Elizabeth ? Spojrzał na nią szybko i z zamierającym sercem odwrócił wzrok z powrotem na Bingleya. Była taka cicha ! Emanowało z niej napięcie. Czy chciała, żeby sobie poszedł, czy żeby z nią rozmawiał ? Czy powinien nawiązać do ich spotkań w Pemberley ? Czy odważy się kontynuować to, co było w trakcie jej wizyty przed nadejściem listów donoszących o zdradzie Wickhama ? Spojrzał znowu przez okno, podczas gdy sprzeczne wytłumaczenia jej zachowania dręczyły jego umysł.
Szuranie krzeseł uświadomiło mu, że wizyta zbliża się ku końcowi. Wstał, żeby się pożegnać, spragniony zakończenia cierpień ich obojga. Ale nie dana im była szybka ucieczka.
- Jest mi pan dłużny wizytę, panie Bingley – oskarżyła go żartobliwie pani Bennet, gdy szli w stronę drzwi – Kiedy ostatniej zimy jechał pan do Londynu, przyrzekł pan po powrocie zjeść z nami rodzinny obiad. Nie zapomniałam, jak pan widzi. I zapewniam pana, że byłam bardzo zawiedziona, że pan nie przyszedł i nie dotrzymał słowa. Musi pan zjeść z nami obiad w tym tygodniu ! Czy wtorek będzie odpowiedni ?
Bingley rzucił okiem na Darcy’ego, zarumienił się, po czym odwrócił się do gospodyni i wyjąkał przeprosiny. Spojrzawszy przelotnie na również zarumienioną pannę Bennet, przyjął w imieniu ich obu to nieeleganckie zaproszenie.
- Pani Bennet – Bingley i Darcy skłonili się na pożegnanie – Panno Bennet, panno Elizabeth… - żegnał się dalej Bingley, a Darcy za nim.
Pożegnanie panny Bennet z Darcym było bardzo spokojne, a on niemal potrafił spojrzeć jej w twarz. Nie odważył się jednak na to w stosunku do Elizabeth, obawiając się wyrazu ulgi, jaką mógłby zobaczyć w jej oczach.
Mieli się spotkać ponownie, za dwa dni zjeść wspólnie w Longbourn obiad. Był zadowolony ze względu na Bingleya.
- Co myślisz, Charles ? – zapytał, kiedy dojechali do końca ścieżki i skręcili na drogę – Uważasz, że dobrze poszło ?
- Tak dobrze, jak można się było spodziewać po tak długiej nieobecności – odparł zamyślony, po czym zaczął wygłaszać prawdziwy pean – Czy ona nie jest piękna ? Tak piękna, jak… nie, piękniejsza, niż pamiętałem ! Och, Darcy, jak ona się do mnie uśmiechała !
Gdy tak zmierzali w kierunku celu następnej porannej wizyty, Darcy słuchał ze zrozumieniem wszystkich wygłaszanych przez przyjaciela wyrazów odrodzonej nadziei. Swoje własne nadzieje jednak uważał za ogromnie wątpliwe. Jeśli, jak na to wyglądało, swoją obecnością sprawił Elizabeth tylko ból, czy wprawił ją w załopotanie, to nie będzie jej się narzucał ze swoją obecnością więcej, niż to konieczne. Bardziej zaangażuje się w obserwowanie panny Bennet, szukając w niej bardziej subtelnych oznak uczucia. Co do Elizabeth, podczas drogi do sędziego zdecydował, że poczeka na znak od niej, albo jak najszybciej wyjedzie do Londynu.
Ich wizyta u sędziego przebiegła w tak serdecznym tonie, że trudno było uwierzyć, że opuścili Hertfordshire dawniej, niż przed dwoma tygodniami. W obliczu serdecznych zabiegów sędziego Darcy raz jeszcze zdał sobie sprawę, że jeżeli jego przyjaciel pozostanie w sąsiedztwie, to będzie się tu czuł całkiem dobrze. Sędzia, jak zauważył Darcy, mógł być tym rodzajem starszego, mądrzejszego człowieka, do którego Bingley mógłby się zwrócić, gdyby on sam porzucił rolę, do której czuł się coraz mniej powołany. Mógłby wspomnieć o tym Bingleyowi, gdyby przyjaciel stwierdził, że rzeczywiście wszystko, czego pragnie, znajduje się w Hertfordshire.
*******

Sofijufka - Nie 16 Gru, 2007 09:28

Nooo, ten sędzia się Bingleyowi przyda - on musi mieć mentora!
asiek - Nie 16 Gru, 2007 11:57

Maryann napisał/a:
Swoje własne nadzieje jednak uważał za ogromnie wątpliwe. Jeśli, jak na to wyglądało, swoją obecnością sprawił Elizabeth tylko ból, czy wprawił ją w załopotanie, to nie będzie jej się narzucał ze swoją obecnością

A jednak , nadziei się nie pozbył. :-D Wiadomo, jak człowiek zakochany, to zawsze tli się w nim iskierka nadziei, że może...któregoś dnia.... :serduszkate:

Maryann'ku, dzięki. :-D :kwiatek:

Gosia - Nie 16 Gru, 2007 15:42

A to tu juz jestescie :mrgreen:
Nawet niezle te ostatnie fragmenty ;)
Mam przed oczami cala tę scene z filmu, z wersji z Colinem i Jennifer oczywiscie :D

Dione - Nie 16 Gru, 2007 16:07

Nie ma co. Darcy się ostatnimi czasy jakiś romantyczny zrobił. Prawie że drugi Werter. :lol:
Marija - Nie 16 Gru, 2007 16:13

Gosia napisał/a:
Mam przed oczami cala tę scene z filmu, z wersji z Colinem i Jennifer oczywiscie :D
A może by tak zerknąć zza laptopa :banan: ? Bo czeka na mnie i mruga zielonym oczkiem :cry2: .


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group