To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Elizabeth Gaskell - życie, twórczość i epoka - North and South - wspólna lektura

Alicja - Śro 17 Mar, 2010 14:49

Beata55 napisał/a:
Paradoksalnie można powiedzieć, że Margaret miała szczęście, że jej rodzice byli tak nieporadni życiowo. Dzięki temu miała w sobie wiele siły. Zamiast narzekać, jak matka albo zajmować się swoimi wewnętrznymi rozterkami, jak ojciec, szukała zajęcia; szukała kontaktu z innymi ludźmi.

to też tak nie do końca. Margarett wydaje mi się miała taki charakter. Nie jest zasługą ani winą rodziców jej odwaga i siła. Często zdarza sie,że dziecko rodziców wiecznie jęczących i niezaradnych również przypomina matkę lub ojca - w działaniu i charakterze. Posiada tzw. wyuczoną niezaradność życiową. Margaret miała szczęście, że była jaka była. Czy wiemy jak ukształtowały ją lata spędzone u ciotki? Przypuszczam, że miały duży wpływ, przede wszystkim na wykształcenie samodzielności.

trifle napisał/a:
Taak, pani Hale żyje przeszłością. Teraźniejszość sprawia jej ból - jej życie nie potoczyło się tak, jak chciała, syn musiał zniknąć, nie jest bogatą lady, która może sobie pozwolić na wszelkie dostatki.


a przy tym jej siostrze lepiej się powodzi. Nic dziwnego, że znalazła pretekst by nie jechać na ślub, czym miała się przed rodziną "pochwalić"?

Trzykrotka - Śro 17 Mar, 2010 14:52

Alicja napisał/a:

a przy tym jej siostrze lepiej się powodzi. Nic dziwnego, że znalazła pretekst by nie jechać na ślub, czym miała się przed rodziną "pochwalić"?

To świadczy niezbyt chlubnie o tej rodzinie :wink:

Beata55 - Śro 17 Mar, 2010 15:08

Alicja napisał/a:
to też tak nie do końca. Margarett wydaje mi się miała taki charakter. Nie jest zasługą ani winą rodziców jej odwaga i siła. Często zdarza sie,że dziecko rodziców wiecznie jęczących i niezaradnych również przypomina matkę lub ojca - w działaniu i charakterze. Posiada tzw. wyuczoną niezaradność życiową. Margaret miała szczęście, że była jaka była. Czy wiemy jak ukształtowały ją lata spędzone u ciotki? Przypuszczam, że miały duży wpływ, przede wszystkim na wykształcenie samodzielności.


Według mnie, to jednak "zasługa" rodziców. Ktoś w tej rodzinie musiał być "żaglem i okrętem". Wypadło na Margarett. Nie bez powodu ojciec jej rękami załatwił przeprowadzkę do Milton, łącznie z powiadomieniem o tym matki. Wydaje się, że nie był to pierwszy przypadek, kiedy wysłużył się swoją córką w trudnej sytuacji.
Poza tym są jeszcze mediacje i niwelowanie napięcia między osobami z trójki: ojciec, matka, Dixon. Też niejednokrotnie Margarett musiała interweniować. Jednym słowem - lata praktyki.

Alicja - Śro 17 Mar, 2010 15:19

koniecznośc nie zawsze jest regułą kształtujacą czyjeś życie. U Bennetów 4 córki wychowywane przez tych samych rodziców, a każda inna.

Trzykrotka napisał/a:
Alicja napisał/a:

a przy tym jej siostrze lepiej się powodzi. Nic dziwnego, że znalazła pretekst by nie jechać na ślub, czym miała się przed rodziną "pochwalić"?

To świadczy niezbyt chlubnie o tej rodzinie

z pewnością nie,ale rozumiem dlaczego szukała wymówki :wink: chociaż wcale jej nie usprawiedliwiam.

trifle - Śro 17 Mar, 2010 15:20

Też mi się wydaje, że rodzice i otoczenie miało sporo wpływ na Margaret. Możemy się teraz spierać: człowiek rodzi się z konkretnym charakterem czy dopiero wychowanie kształtuje tenże? ;)
Trzykrotka - Śro 17 Mar, 2010 15:21

U Bennetów pięć! Pięć córek :wink: . I faktycznie, każda inna.
A Margaret, pamiętajcie, dużą część życia spędziła nie z rodzicami, tylko z zamożną ciotką i kuzynką. Miała sporo danych ku temu, żeby zmienić się w drugą Edith. Chyba jednak nie otoczenie ma decydujacy wpływ na człowieka.

Alicja - Śro 17 Mar, 2010 15:22

trifle, to temat rzeka :mrgreen: chyba jedno i drugie, w przypadku Margaret, to podtrzymuję, także lata spędzone u ciotki

racja :zalamka: :rumieniec: 5 córek, zgubiła mi się ta najbardziej nieśmiała :wink:

Trzykrotka - Śro 17 Mar, 2010 22:32

Czy przechodzimy do dalszych rozdziałów? :kwiatek:
Admete - Śro 17 Mar, 2010 22:32

Przechodzimy - a które teraz będą? Niby sama liczę, a sie zgubiłam ;)

10 i 11?

BeeMeR - Śro 17 Mar, 2010 22:36

Dobrze, że ktoś liczy - ja sama pofrunęłam już dalej - bardzo dobrze mi się czyta :cheerleader2:

Sceny z Higginsami i Bessy nastrojem przypominają mi Lizzie Leigh :mysle: - są tak samo brutalnie bolesne w bezpośredniości pisania o śmierci, biedzie i krzywdzie ludzkiej.

Trzykrotka - Czw 18 Mar, 2010 19:27

No i w ogóle zaczynają się ciężkie czasu. I jakoś szybko to postępuje. Dopiero pani Thornton i Fanny odwiedziły nowych w mieście Hale'ów, dopiero zdążyły się zgodzić co do tego, że nie lubią Margaret, dopiero Margaret zdążyła odwiedzić po raz pierwszy Bessy... I już minął rok od ślubu Edith.
Pani Hale choruje,
Margaret zaczyna żyć w cieniu śmierci - na razie tylko Bessy
Słucha smutnej opowieści o losach brata
Widzi, że ojciec zamyka oczy na rzeczywistość i prawdę o stanie matki.
Przez cały ten czas John nie odgrywa żadnej roli w jej życiu...

Beata55 - Czw 18 Mar, 2010 20:16

Ale o ile łatwiej jest nam przez to przejść u boku Margaret. Ona jest jednak dobrą dziewczyną i chyba Pani Gaskell chciała, żeby czytelnicy polubili ją od samego początku. Jest w niej trochę dumy, ale wydaje mi się, że to raczej kompleksy charakterystyczne klasie społecznej, którą reprezentuje. Do pewnego momentu ludzie z tzw. wyższych sfer górowali nad innymi, niezależnie od tego, co naprawdę sobą reprezentowali, co posiadali, itp. Nagle pojawiła się nowa klasa (jak pogardliwie nazywa ją Margaret, handlowców), która zaczęła zagrażać pozycji błękitnokrwistych. Stąd chyba duma Margaret i niezrozumiały dla nas uraz do John'a.
Przedstawiona w powieści postać naszej niezłomnej Margaret ma zdecydowanie jasne barwy. Głównie przez otwartość i szczerość wobec ludzi. To pozwala jej prowadzić gorące dyskusje z Thorntonem, zamiast dąsać się, nabzdyczać i dumnie milczeć (to też plus - dzięki temu mogą lepiej się poznać). To właśnie Margaret Bessy chce się zwierzać ze swojego cierpienia; chce z nią przebywać.
Skończyłam XI rozdział i muszę powiedzieć, że lubię Margaret, tę z rozdziałów od I do XI.

Admete - Czw 18 Mar, 2010 20:17

Gaskell nie śpieszy się w budowaniu zależności między bohaterami. Czasami zyje się blisko, ale całkiem obok.
BeeMeR - Czw 18 Mar, 2010 21:02

Admete napisał/a:
Gaskell nie śpieszy się w budowaniu zależności między bohaterami. Czasami zyje się blisko, ale całkiem obok.
Zwłaszcza, że ten rok mija w dużej mierze po konfrontacji Margaret z Johnem - w której np. można zauważyć, że ona też potrafi mówić, bronić z wielką pasją swoich przekonań (i bliskich), bo dotychczas to padały takie słowa w odniesieni do Johna. A tu widać, że trafił swój na swego :)
Jednocześnie John zyskuje bardzo ważną rzecz: szacunek Margaret, sympatia zapewne przyjdzie później ;)

Sofijufka - Czw 18 Mar, 2010 21:07

ja tam podejrzewam, ze sympatia juz jest, tylko Margosia sie przed soba nie przyznaje...
Trzykrotka - Czw 18 Mar, 2010 21:07

Ale mnie uderzyło, kiedy przeczytałam w chyba Xi rozdziale, że już minął rok, a Margaret poza jednym spotkaniem w hotelu i drugim, podczas herbatki, w ogóle Johna nie widuje. Jeżeli tak, to watpię, żeby on w ogóle miał jakiekolwiek miejsce w jej pamięci.
Alicja - Czw 18 Mar, 2010 21:11

Trzykrotka napisał/a:
Ale mnie uderzyło, kiedy przeczytałam w chyba Xi rozdziale, że już minął rok, a Margaret poza jednym spotkaniem w hotelu i drugim, podczas herbatki, w ogóle Johna nie widuje

podczas ogladania serialu nie miałam wrażenia szybkiego upływu czasu, a z pewnością nie odczuwałam ,że do czasu choroby pani Hale minął rok :mysle:

BeeMeR - Czw 18 Mar, 2010 21:11

Sofijufka napisał/a:
a tam podejrzewam, ze sympatia juz jest, tylko Margosia sie przed soba nie przyznaje...
no bo jakże się może przyznać, skoro to wstrętny z założenia kupiec? ;)
ale jednocześnie "wybitny" :mrgreen:

No i przez ten rok John tak tylko o niej czasem myślał? :mysle:
Tu pomógł zmienić tapety, tam podsunął co innego, np. próbował przeforsować lepsze zdanie u swojej matki na temat Margaret i jej rodziny :mrgreen:

Sofijufka - Czw 18 Mar, 2010 21:16

no i ten usmiech jak słonce zauwazyła :mrgreen:
BeeMeR - Czw 18 Mar, 2010 21:23

Tak, i to właśnie ten jeden jedyny uśmiech skojarzył m się z Richardem - bo według opisu ani jego ani Danieli w życiu bym nie obsadziła :P
Całe szczęście, że nie ja obsadzałam role :mrgreen:

Caitriona - Czw 18 Mar, 2010 23:23

Ja tam bym Richarda obsadziła w tej roli, choć przyznam że Danieli już nie. W czasie czytania książki właśnie tylko Margaret widziałam w swoim wyobrażeniu, resztę bohaterów widziałam serialowych ;)

Co do tego roku, który upłynął, to ja też byłam zdziwiona. Faktycznie w serialu tego się nie odczuwa.
Ale jakie naprawdę duże wrażenie zrobiła na Johnie Margaret, że przez ten rok tak niewiele ją widywał, a nadal go do niej ciągnęło.

Beata55 - Pią 19 Mar, 2010 07:22

Admete napisał/a:
Gaskell nie śpieszy się w budowaniu zależności między bohaterami. Czasami zyje się blisko, ale całkiem obok.


Chciała chyba pokazać, że to uczucie, które będzie ich łączyło, nie powstało gwałtownie. Rozkwitało powoli i raczej świadomie. Najpierw niezrozumienie i nieporozumienia, potem szcunek, na końcu prawdziwa i szczera miłość. A na to potrzeba trochę czasu.
I będą żyli długo i szczęśliwie. :love_shower:

BeeMeR - Pią 19 Mar, 2010 08:12

Caitriona napisał/a:
o do tego roku, który upłynął, to ja też byłam zdziwiona.
Zwłaszcza, że przez ten rok niewiele się zmienia - np. dalej szukają służącej (przez rok cały! :paddotylu: ), Margaret chyba długo siedziała w domu lub przy domu, zanim zaczęła wychodzić poznawać miasto i ludzi :mysle:
Trzykrotka - Pią 19 Mar, 2010 08:56

Jak na rok, to podejrzanie mało się wydarza, prócz szybkiego (szybszego niż w serialu) zasygnalizowania choroby pani Hale. Rzeczywiście, szukanie służącej przez rok... :shock: . Przez ten czas podszkoliliby tę niemrawą Mary, siostrę Bessy. I naprawdę wygląda na to, że przez ten czas nie ma szans na rozkwit czegokolwiek między Johnem i Margaret, co najwyżej zapomnienia, przynajmniej z jej strony. Może sprawa się wyjaśni w dalszych rozdziałach.
Beata55 - Pią 19 Mar, 2010 11:49

Trzykrotka napisał/a:
Ale mnie uderzyło, kiedy przeczytałam w chyba Xi rozdziale, że już minął rok, a Margaret poza jednym spotkaniem w hotelu i drugim, podczas herbatki, w ogóle Johna nie widuje.


Według moich obliczeń minęło ok. pół roku.
Oto fakty:
1. Był późny lipiec, kiedy Margaret wróciła z ojcem ze ślubu Edith.
2. W październiku oświadczyny Henry'ego Lennox'a.
3. Pod koniec listopada Hale'owie wyjeżdżają z Helstone.
4. Dwa tygodnie przebywają w Heston (w międzyczasie Margaret poznaje Thorntona), czyli mniej więcej w połowie grudnia wprowadzają się do Milton.
5. Wczesną wiosną Margaret poznaje Bessy (daje jej kwiaty i mówi m.in.: "Wiosna nadchodzi").
6. 1 dzień po spotkaniu z Bessy jest słynna herbatka u Hale'ów.
7. Kiedy zbliżała się pierwsza rocznica ślubu Edith (można mówić o lipcu), Margaret rozmawia z ojcem o chorobie matki; to ta rozmowa, w trakcie której pan Hale nie przyjmuje do wiadomości, że żona jest chora. Rozmowa toczy się przed rewizytą u Pani Thornton.

Więc to chyba jednak pół roku. Biorąc pod uwagę zapracowanie Johna i "urobienie po pachy" Margaret (po wprowadzeniu się do Milton musiała niemalże w pojedynkę rozpakować całe towarzystwo; nie wiem czy Dixon, ciągle zrzędząca i nadskakująca pani Hale, była pomocna tej biednej dziewczynie), potem szukanie służącej, w międzyczasie prace domowe, Bessy, itd.), nie można się dziwić, że mieli tak mało okazji, żeby się poznać. A poza tym konwenanse. Może tak wypadało, żeby widywać się średnio 2 razy na pół roku, a kiedy znajomość była bardziej zaawansowana, dopuszczalna była większa częstotliwość.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group