To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Filmy - Fajny film wczoraj widziałam... II

BeeMeR - Nie 06 Sty, 2008 20:55

Cytat:
Anna była druga. :wink: A kolejność się zgadza:
Aaa! Faktycznie! Przecież dla niej się rozwiódł... Hm... ale pamiętałam, że z początku - tylko koniec żony inny :roll:
Dzięki! :kwiatek:

Admete - Nie 06 Sty, 2008 22:07

Ja sobie Determinatora daruję, bo jednak styl filmowania mnie razi. Taki co najmniej przaśny. Odzwyczaiłam się.
Co do filmów. Obejrzałam właśnie Ballet Shoes według powieści Noel Streatfeild. Nigdy nie czytałam tej książki, choć o niej słyszałam. Znałam dziewczynkę, która się nia zaczytywała. Historia jest wyjątkowo sympatyczna. Rzecz cała rozgrywa się w latach 20 i 30, a dotyczy trzech dziewczynek wychowywanych w domu ekscentrycznego podróżnika. Pauline, Petrova i Posy Fossil nie sa naprawdę siostrami, ale są dla siebie bardzo ważne. Opiekuje się nimi krewna pana Fossila - Sylvia. Kiedy jej wuj nie wraca ze swojej kolejnej wyprawy panna Sylvia musi znaleźć pieniądze na utrzymanie rodziny. Wynajmuje pokoje lokatorom, wśród których są dwie emerytowane nauczycielki uniwersytwckie, tancerka i pewien mężczyzna. Tymczasem dziewczynki chcą realizować swoje marzenia o aktorstwie, tańcu i lotach samolotem.
Mnóstwo znajomych aktorów w tym uroczym filmie - Eileen Atkins z Cranford, Emilia Fox jako Sylvia, Emma Watson i mała Lucy Boynton, którą znamy z Miss Potter i teraz z S&S 2008. Ta mała dziewczynka ma wielki talent - jest świetna.
Dobre, familijne kino.

http://imdb.com/title/tt1083845/

http://www.filmweb.pl/Zac...,Film,id=453515

Alison - Nie 06 Sty, 2008 22:30

Admete napisał/a:
Ja sobie Determinatora daruję, bo jednak styl filmowania mnie razi. Taki co najmniej przaśny. Odzwyczaiłam się.
Co do filmów. Obejrzałam właśnie Ballet Shoes według powieści Noel Streatfeild. Nigdy nie czytałam tej książki, choć o niej słyszałam. Znałam dziewczynkę, która się nia zaczytywała.


Czy to nie o cyklu tych książeczek o butach wspominała w filmie "Masz wiadomość" płaczliwym głosem Kathelyn Kelly (Meg Ryan), w tej dużej księgarni Joe Foxa?

Alison - Pon 07 Sty, 2008 08:56

BeeMeR napisał/a:

Ale też rozumiem, że to akurat Hindusom jest potrzebne (podobnie jak w Veer-Zaara wiersz "ja, więzień numer..." który większość nie-Hindusów nuży :roll: a z którego twórcy są niezmiernie dumni ) i przy tej scenie wspólnego szlochania Hrithik (grający młodszego syna) tak się rozłożył emocjonalnie patrząc na "ojca" i "brata", że nie był w stanie nakręcić swojej części tego samego dnia - i musieli przełożyć zdjęcia na dzień później. Oni tego potrzebują - oni tym żyją (choć zapewne nie wszyscy ;) ).


Coś w tym chyba jest, co piszesz, bo przypomniał mi się reportaż z Pakistanu, z ulicy, na której premier ogłaszał publicznie fakt, że Benazir Bhutto nie udało sie lekarzom uratować i że zmarła. To co zaczął wtedy robić ten tłum otaczających go mężczyzn wprawiło mnie w osłupienie. Po prostu nie mieściło mi sie w pale, że można aż tak emocjonalnie reagować, wyrywać sobie włosy z głowy, wrzeszczeć, zawodzić, w dodatku byli tam sami mężczyźni. Więc wygląda na to, że TAM tak się przeżywa. Ale to jest kompletnie poza moim pojmowaniem :wink:

Galadriel - Pon 07 Sty, 2008 11:25

Czytam ten wątek od jakiegoś czasu, widzę, że Czasem słońce, czasem deszcz wraca jak bumerang, więc się wypowiem, bo czemu nie. :)
Alison, tamta kultura (mam na myśli i hinduską, i pakistańską, w końcu Indie podzielono sztucznie dopiero w 1947 r.) taka właśnie jest - emocjonalna, ekspresyjna. Hindusi często mówią podniesionym głosem, nawet wtedy, kiedy nie muszą. Ja się już do tego przyzwyczaiłam w filmach, czasem tylko mi to przeszkadza w oldskulach, zwłaszcza tych haha-śmiesznych.
I tam mężczyźni reagują tak jak piszesz - płaczą, wręcz szlochają, w Polsce jest to faktycznie nie do pojęcia. Kobiety zresztą też, ale u nas nie budzi to zaskoczenia, bo kobiecie niejako wolno, a chłopaki "nie płaczą".
Mnie pod względem ilości wylanych łez przeszkadza końcówka Gdyby jutro nie było - za pierwszym razem w kinie w pewnym momencie zaczęłam nerwowo chichotać, nie mogłam już znieść tego nagromadzenia łez, cierpienia itp. Za kolejnymi razami (z pięć ich chyba w sumie było) było lepiej, ale nadal się nie wzruszam. Należę do tych osób, które na filmach indyjskich generalnie nie płaczą - i żałuję, że tak jest, bo czasem bym chciała.
Czasem słońce... nie dość, że jest filmem indyjskim, to do tego jest filmem bollywoodzkim, a ponadto jest filmem Karana Johara. Karan ma określoną stylistykę filmową (to był jego drugi film) - jak się zna wszystkie jego filmy, widać, ile rzeczy się powtarza albo jest jakąś wariacją na temat tego, co było we wcześniejszych filmach. Z tym, że dla mnie nie jest to bynajmniej zarzut, bo ja to w 95% lubię.
Karan koncentruje się w swoich filmach na relacjach międzyludzkich, drąży je w sposób, który nieprzyzwyczajonego widza może rzeczywiście męczyć i dręczyć. Aczkolwiek wiele z nas - prawie wszystkie - zaczęło swoją przygodę z kinem indyjskim właśnie od Czasem słońce..., ja, poproszona o pożyczenie "czegoś bollywoodzkiego na pierwszy raz", raczem wybrałabym co innego. Coś łatwiejszego dla widza europejskiego. Oczywiście, ten film oszałamia wizualnie, piękne są stroje, scenografia i bohaterowie (oczywiście, nie wszystkim się muszą podobać - ale jak się nie podobają, to nie ma sensu się męczyć; mnie się nie podoba wizualnie np. Nicolas Cage, więc nie oglądam filmów, w których gra), piękne są piosenki i układy taneczne. Ale sposób jego nakręcenia jest indyjski, bo Karan jest Hindusem i robił ten film przede wszystkim dla Hindusów. I to nie tylko dla wykształconych mieszczuchów, ale też dla mieszkańców wsi i małych miasteczek, a takich jest o wiele więcej.
Dla prostych ludzi pewne dylematy zamożnych Hindusów są w ogóle abstrakcyjne, bo ich nie dotyczą. Ale emocje związane z konfliktem na linii ojciec-syn dotyczą wszystkich. W Indii w dalszym ciągu dużo małżeństw jest aranżowanych i nie jest to żaden powód do wstydu. Pamiętam, jak lecieli indyjscy "Milionerzy" ("Kaun Banega Crorepati") i prowadzący ten program Shah Rukh Khan pytał czasem uczestników (ale tylko mężczyzn) o to, czy zawarli małżeństwo z miłości, czy też było to małżeństwo aranżowane. I oni bardzo często odpowiadali spokojnie, że małżeństwo było aranżowane. A to oznacza, że o tym, kto będzie żoną syna bądź mężem córki decydują rodzice. W taki własnie sposób, w jaki Yashvardan Raichand zadecydował o tym, że jego starszy syn Rahul poślubi Nainę.
Gdyby Rahul nie spotkał Anjali, postąpiłby na 100% tak jak chciał jego ojciec, którego przecież kochał i uwielbiał. Nainę lubił, znał ją długo, pewnie nie byłoby to złe małżeństwo.
Ale pojawiła się Anjali.
W filmie się o tym nie mówi, bo dla Hindusów to oczywiste - ale Rahul był hindusem (w sensie: wyznawcą hinduizmu), a Anjali muzułmanką. Chandni Chowk to otoczona murami dzielnica muzułmańska położona na terenie Starego Delhi. Kto oglądał film, może pamięta pytania rzucane w twarz Rahulowi: Czy ta dziewczyna pojmie nasze tradycje, nasze obyczaje? Ja długo nie wiedziałam, o co chodzi, myślałam tylko, że chodzi o kwestię ubóstwa i niższej warstwy społecznej. Ale to chodzi o wszystko. Jeśli brać pod uwagę mentalność Hindusów (przynajmniej tych najbardziej konserwatywnych), to takie małżeństwo nigdy nie doszłoby do skutku za wolą rodziców, a zwłaszcza za zgodą ojca. Czytam teraz książkę Nirmali Moorthy Maja. Historia pewnej Hinduski, w której ojciec (typ Yashvardana podniesionego do potęgi n-tej) nie wyraził zgody na ślub córki z ukochanym, mimo że byli z tej samej kasty (bramińskiej), rodzice chłopaka byli zamożni, nie domagali się posagu, chłopak był bardzo dobrym studentem i miał obiecaną świetną pracę, a ponadto kochał jego córkę, a ona świata poza nim nie widziała. Dlaczego?
Dlatego, że rodzina dziewczyny była tamilska, a rodzina chłopaka mówiła w języku telugu. "My żenimy się tylko w obrębie własnej społeczności." Koniec, nie było dyskusji. Dla dziewczyny skończyło się to tragicznie, czytając opis dalszych jej losów, miałam łzy w oczach.
I takie sprawy są dla Hindusów czymś oczywistym i dobrze znanym. Trzeba to tylko odpowiednio pokazać. W sposób, który poruszy, sprawi, że najpierw będą współczuli młodym, a potem szlochali ze szczęścia, że ojciec jednak zmienił zdanie (wchodząc coraz głębiej w tematykę Indii, widzę, jak wiele szczęścia miały filmowe dzieci pokroju Rahula czy Simran w Żonie dla zuchwałych - w rzeczywistości tacy ojcowie raczej nie miękną). Stąd te łzy, padanie sobie w ramiona, wielokrotne prośby o przebaczenie itp. Dla widzów na najtańszych miejscach musi być oczywiste, że wszystko zostało wyjaśnione i przebaczone, że teraz już wszystko będzie dobrze. Muszą zobaczyć, że ojciec płacze, bo sobie przemyślał. Muszą zobaczyć, że płacze syn, bo przecież w głębi duszy kocha ojca i wie, że go zawiódł, ale nie miał wyboru. Nie wiem, czy zwróciłyście uwagę, w jakich okolicznościach doszło do ślubu z Anjali. Przecież Rahul obiecał ojcu, że odstąpi od zamysłu poślubienia ukochanej, szedł do niej w deszczu, żeby jej to oznajmić. I trafił na pogrzeb jej ojca, ona została kompletnie sama. Więc jego obowiązkiem było przejąć nad nią opiekę - wbrew woli jego ojca.
Nie wiem, czy mój post coś wyjaśnił - mam nadzieję, że nie zanudził.

Alison - Pon 07 Sty, 2008 11:44

Galadriel napisał/a:
Nie wiem, czy mój post coś wyjaśnił - mam nadzieję, że nie zanudził.


Nie, wręcz przeciwnie. Przeczytałam z zainteresowaniem i bardzo Ci za niego dziekuję. Tobie i BeeMeer, bo teraz rzeczywiście mam trochę inną perspektywę spojrzenia. To jednak miło być potraktowanym ze zrozumieniem i rzeczowo, a nie z buta pt."jesteś uprzedzonym białasem i się nie znasz". Gdybym była uprzedzona to nie wykroiłabym sobie z życiorysu 3 godzin, mogąc je przeznaczyć na coś ciekawszego i nie mordowałabym się oglądając cś, co mi się kompletnie nie podoba. Oglądałam, bo próbowałam zrozumieć. Nie zrozumiałam co Was tak zachwyca, ale dzięki Twojemu postowi pewne rzeczy widzę trochę inaczej . Jeszcze raz dziękuję. :kwiatek:

Loana - Pon 07 Sty, 2008 12:11

Ja rowniez dziekuje za to obszerne wytlumaczenie :kwiatki_wyciaga: . Mysle, ze bardzo duzo tym postem przekazalas - cala esencje filmow bollywodzkich. I ciesze sie, ze dowiedzialam sie tego przed obejrzeniem "Czasem slonce,..." - dzieki temu latwiej bedzie mi zrozumiec zachowanie bohaterow, tak calkowicie rozne od tego, co ja wyznaje :P .
Trzykrotka - Pon 07 Sty, 2008 13:13

Alison napisał/a:
Gdybym była uprzedzona to nie wykroiłabym sobie z życiorysu 3 godzin, mogąc je przeznaczyć na coś ciekawszego i nie mordowałabym się oglądając cś, co mi się kompletnie nie podoba. Oglądałam, bo próbowałam zrozumieć. Nie zrozumiałam co Was tak zachwyca, ale dzięki Twojemu postowi pewne rzeczy widzę trochę inaczej . Jeszcze raz dziękuję. :kwiatek:


Dodam jeszcze, że kino bollywoodzkie wyrasta z kompletnie innego niż nasze gruntu. Realizm jest ostatnią rzeczą, której oczekuje jego widz. Słowem kluczowym jest widowisko, drugim - emocja. Widz hinduski (bo dla niego to wszystko) kupuje bilet często zamiast kupienia sobie obiadu. Ma wyjść z kina czując się, jakby ten obiad zjadł i jeszcze wszyscy ukłonili mu sie w pas. Ma się wzruszyć do głębi trzewi, pooglądać sobie śliczne krajobrazy, wspaniałe wnętrza, piękniejsze niż własna żona kobiety, albo umięśnionych mężczyzn o jasnej cerze, nacieszyć oczy kolorem, tańcem, muzyką, przeżyć katharsis, być szczęśliwym...
Chyba każdy przy pierwszym zetknięciu z tą estetyką przeżywa szok i nie rozumie, dlaczego... (podobnie jak ja nie rozumiem, dlaczego w telemanianie bohaterowie gadaja sami do do siebie). Potem tę estetykę "kupuje" i daje się uwieść, albo nie (choć pewnien uwiedziony recenzent twierdzi, że ci, co nie dali sie uwieść, po prostu nie trafili na "swój" film). Bo w K3G wszyscy płaczą, a widz czasmi chichocze w kułak. Ale nikt, nikt nie będzie się śmiał oglądając Dil Se. Mówiąc o postawie białego człowieka, mamy często na myśli naszą arogancję, założenie, że to, czego nie rozumiemy i nie mieści się w naszym kanonie estetycznym, jest gorsze (byłby nawet przystojny, gdyby nie miał kropki na czole).
Proponuję, przyjmijmy jako nasze zdanie "żyj i daj żyć innym". Wtedy Harry nie będzie miała powodu obawiać się tego, co napisała małą czcionką, będzie swoboda wypowiedzi bez autocenzury, bo a nuż się komuś nie spodoba to, że mnie się podoba....

Admete - Pon 07 Sty, 2008 13:29

Dil Se to naprawdę niesamowity film...A jeszcze po tej rezenzji, którą przeczytałam ostatnio na OE nabrał dla mnie kolejnego - niemal metafizycznego wymiaru. Tez obejrzałam K3G jako pierwszy film z Bollywood. Podobał mi się, ale nie uwiódł. Zwróciłam większa uwagę na postac matki niż ojca. Wzruszałam się, że jest oddzielona od dziecka. Scena, w której przeczuwa, że jej starszy syn przyjedzie do domu, jest dla mnie najzupełniej realistyczna :-) Moja mama rozpoznaje nasze kroki na schodach. Po seansie wiedziałam jednak, że mam ochotę na więcej. Jako drugi obejrzałam Gdyby jutra nie było i bardzo się przy nim wzruszyłam. Galadriel twarda z Ciebie zawodniczka, że na końcu nie płaczesz ;-) Lubię Bollywood, tak jak lubię wiele innych rzeczy. Staram się dowiadywać różności na temat tej nowej dla mnie kultury. Filmy też pomagają :-) Z Żony dla zuchwałych wiem o Karwa Chauth na przykład.
Trzykrotka - Pon 07 Sty, 2008 13:40

Admete, pójdź w me ramiona :) . Przeczytawszy tę recenzję, obejrzałam Dil Se wczoraj po raz już nie wiem który i nie mogę sie znowu otrząsnąć. Ten film jest chyba najbardziej wstrząsającym obrazem o obsesji miłosnej, jaki widziałam, a jak się okazuje, ma drugie i trzecie dno. Przy tym jest doskonałością jako dzieło filmowe. Niedługo ma się ukazać ofcjalne polskie DVD, naprawdę zachęcam do obejrzenia.
Galadriel - Pon 07 Sty, 2008 14:15

Alison, Loano - cieszę się, że mój post na coś się przydał.
Dodam jeszcze, że pewne filmy zaliczane do "kanonu" filmów z Shah Rukh Khanem (nie ma takiego kanonu, rzecz jasna, dlatego biorę to słowo w cudzysłów; ale gdyby był, Czasem słońce... by do niego należało), oglądane po raz któryś z kolei, odkrywają przez coraz bardziej zorientowanym widzem takie znaczenia, jakich za pierwszym razem nawet nie dostrzegł. Za pierwszym razem człowiek ogląda i wścieka się na ojca - no jak on mógł. A ja, czytając teraz wyżej wspomnianą książkę, widzę, jak wielkie znaczenie ma w życiu każdego Hindusa i Hinduski odpowiednie małżeństwo. Jak silne jest to wszystko, na co powoływał się Yashvardan Raichand w swoich przemowach - tradycja, poczucie honoru, szeroko rozumiane dziedzictwo przodków. Powinnością rodziców jest dobrze wydać córkę za mąż - czasem zabiera to lata, jeśli kandydatów idealnych brak, a panna albo jej rodzice grymaszą - myślę, że w przypadku syna jest podobnie. Co mówi ojciec? "Naina. Oto idealna kandydatka." I tak właśnie było! Co więcej, ja też tak sądzę i całym sercem jestem za Nainą. Nie tylko dlatego, że wolę grającą ją Rani Mukherji od grającej Anjali Kajol. Ale biorąc pod uwagę sposób bycia Nainy, ona lepiej sprawdzi się w roli bahu, czyli synowej. Jakie wyobrażenie miał ojciec Rahula o Anjali? Narwana, lekko histeryzująca dziewczyna, mówiąca prostym językiem, rzucająca pod jego adresem teksty, które mu uwłaczały (przecież nie wiedział, że Rahul stoi za jego plecami i ją prowokuje). I on miałby taką osobę mieć w rodzinie? A w życiu.
Kochający ojciec (w naszym rozumieniu tego słowa) powinien wszakże uszanować wybór syna, uwierzyć, że jest to wybór słuszny, a przede wszystkim nie szantażować go emocjonalnie w tak ohydny sposób, w jaki zrobił to stary Raichand. Jedną z najmocniejszych scen w tym filmie jest dla mnie ta, kiedy rozszlochany Rahul kładzie głowę na kolanach ojca, tuli się do niego i zapewnia, że nie postąpi wbrew jego woli. A ojciec leniwie, od niechcenia, kładzie dłoń na jego głowie. Przecież syn dałby się pokroić za ojca, widać to jak na dłoni.
Ale kochający ojciec - w rozumieniu hinduskim - powinien wybrać dla syna najlepszą, jego zdaniem, kandydatkę na żonę. I Yashvardan to zrobił. Syn odrzucił jego wybór. Więc ojciec odrzuca syna, wypiera się go. Ta logika jest przerażająca, ale jest logiczna. A ponieważ Yashvardan kocha syna - mimo że się tego wypiera - cierpi tak, jak on.
Ja to wszystko teraz widzę i dlatego odbieram Czasem słońce... na nieco innych płaszczyznach, niż za pierwszym razem. Słyszałam kiedyś, że to, czy jesteśmy starzy, czy nie, poznaje się po tym, że podczas oglądania Romea i Julii nie wzruszamy się losem dwójki głównych bohaterów, tylko współczujemy ich biednym rodzicom. :mrgreen: Ja Yashvardanowi nie współczuję, ale jednocześnie nie zazdroszczę. Był w niesamowicie trudnej sytuacji i praktycznie - biorąc pod uwagę to, jaki był - nie mógł postąpić inaczej.

Trzykrotka napisał/a:
Ale nikt, nikt nie będzie się śmiał oglądając Dil Se.

Dil Se jest przepięknym filmem, który znalazł się na liście 10 największych flopów (porażek) lat 90. w Indiach. Zachwycają się nim nie-Hindusi. Jest poważny, nakręcony w sposób, który zachwyca, fantastycznie zagrany przez Shah Rukh Khana i Manishę Koiralę. Obala w zasadzie wszystkie stereotypy o kinie bollywoodzkim (że łatwe, lekkie i przyjemne, dużo piosenek, pięknie tańczą i kończy się dobrze). Ja oglądałam go tylko raz, ale czekam teraz na polskie wydanie, by nacieszyć się nim po raz kolejny.
To nie jest film do śmiechu, to jest film do refleksji, generalnie niewesołych. Film dla osób takich, jak duża część piszących na tym forum - wrażliwych, doceniających drugie i trzecie dno, piękne kadry, niebanalną historię, szerszy kontekst w który wpisana jest historia miłości głównego bohatera do przypadkowo spotkanej na dworcu dziewczyny.
Poniósł w Indiach klęskę, był klapą totalną. Klęskę poniósł też nakręcony trzy lata później Aśoka, z Shah Rukhiem w roli tytułowej - kolejny przykład filmu, który jest jednym z naszych ukochanych, o którym możemy rozmawiać bez końca. Też poważny, podejmujący niełatwą problematykę, pięknie nakręcony.
Trzykrotka ma rację - Hindus często musi wybierać, kino albo jedzenie. Filmów w Indiach kręci się mnóstwo, więc tu też ma wybór. Prości ludzi wolą film, który ich rozbawi, od tego, który ich zmusi do myślenia. To zresztą nie dotyczy tylko Hindusów, całą masę przykładów można podać z polskiego podwórka.
Inna sprawa, że kino indyjskie stało się szerzej znane dopiero od mniej więcej 10 lat (w Polsce od niespełna trzech, o czymś takim jak szerszy dostęp do filmów można mówić w kontekście ostatniego roku), wcześniej było praktycznie hermetyczne. Hindusi nie kręcili filmów dostosowanych do mentalności amerykańskiej czy europejskiej, kręcili je - i nadal w dużej mierze kręcą - dla własnej publiczności. Która jest wychowana w takiej, a nie innej kulturze.

Marija - Pon 07 Sty, 2008 14:19

Ulżyło mi, że ten "szerszy dostęp" to jest od roku :paddotylu: . Zacofana to ja jestem w tej dziedzinie, ale widzę promyczek nadziei :rumieniec: .
Alison - Pon 07 Sty, 2008 14:35

Galadriel napisał/a:
Trzykrotka ma rację - Hindus często musi wybierać, kino albo jedzenie. Filmów w Indiach kręci się mnóstwo, więc tu też ma wybór. Prości ludzi wolą film, który ich rozbawi, od tego, który ich zmusi do myślenia. .


Muszę powiedzieć, że miałam, czy nawet wciąż mam jakieś poważne wątpliwości na temat moralnego wydźwięku epatowania skrajnie biednego widza, bo przecież bida w Indiach aż piszczy, takim nieziemskim chwilami luksusem. Ta rezydencja, helikopter, super samochody. Domyślam się, że to ma być baśń dla głodnego, ale czy tych koszmarnych pieniędzy ładowanych w takie kinowe molochy, nie możnaby jakoś sensowniej spożytkować?

nicol81 - Pon 07 Sty, 2008 14:55

Dziękuję za obszerny kontekst, Galadriel. Nie miałam pojęcia, że Anjali była muzułmanką.
Mi bardzo podoba się złożoność relacji rodzinnych i odmienność perspektywy. W podobnym filmie robionym w Hollywood ojciem typu Yasha byłby ukazany jako podły egoistyczny wieprz bez uczuć, głosujący na Republikanów :-P . Wybrana przez niego synowa byłaby płytka i wredna. Cieszę się, że pokazali Nainę właśnie jako śliczną, miłą i czarującą dziewczynę, choć było mi jej żal :(

nicol81 - Pon 07 Sty, 2008 14:58

Alison napisał/a:
Galadriel napisał/a:
Trzykrotka ma rację - Hindus często musi wybierać, kino albo jedzenie. Filmów w Indiach kręci się mnóstwo, więc tu też ma wybór. Prości ludzi wolą film, który ich rozbawi, od tego, który ich zmusi do myślenia. .


Muszę powiedzieć, że miałam, czy nawet wciąż mam jakieś poważne wątpliwości na temat moralnego wydźwięku epatowania skrajnie biednego widza, bo przecież bida w Indiach aż piszczy, takim nieziemskim chwilami luksusem. Ta rezydencja, helikopter, super samochody. Domyślam się, że to ma być baśń dla głodnego, ale czy tych koszmarnych pieniędzy ładowanych w takie kinowe molochy, nie możnaby jakoś sensowniej spożytkować?

ALe właśnie biedni widzowie pragną takich widoków. Podobnie jest w latynoskich telenowelach.

Sofijufka - Pon 07 Sty, 2008 15:03

nicol81 napisał/a:
Alison napisał/a:
Galadriel napisał/a:
Trzykrotka ma rację - Hindus często musi wybierać, kino albo jedzenie. Filmów w Indiach kręci się mnóstwo, więc tu też ma wybór. Prości ludzi wolą film, który ich rozbawi, od tego, który ich zmusi do myślenia. .


Muszę powiedzieć, że miałam, czy nawet wciąż mam jakieś poważne wątpliwości na temat moralnego wydźwięku epatowania skrajnie biednego widza, bo przecież bida w Indiach aż piszczy, takim nieziemskim chwilami luksusem. Ta rezydencja, helikopter, super samochody. Domyślam się, że to ma być baśń dla głodnego, ale czy tych koszmarnych pieniędzy ładowanych w takie kinowe molochy, nie możnaby jakoś sensowniej spożytkować?

ALe właśnie biedni widzowie pragną takich widoków. Podobnie jest w latynoskich telenowelach.

Moja mama wspominała w ten sposób przedwojenne kino amerykańskie....

nicol81 - Pon 07 Sty, 2008 15:11

Nie zapominając o polskim...
Marta - Pon 07 Sty, 2008 15:24

Obejrzałam może półtora jakiegoś filmu Bolly - nie przekonało mnie to, w żaden sposób nie porwało i nie miałam zamiaru próbować kolejny raz. Po prostu - jest to kultura, której nie znam, nie rozumiem, która może i pociąga, ale niekoniecznie muszę ją poznawać przez filmy Bolly. Rozumiem jednak, że są tacy, którym podoba sie kino indyjskie bardzo, chciałabym jednak, by oni pozwolili mi go nie lubić.
Wydaje mi sie, że problem leży nie w samym fakcie, że nasze kultury się różnią, ale w tym, że są to filmy dla samych Hindusów. Wiele jest tam właśnie scen, których my nie rozumiemy, bo nikt nam tego nie wyjaśnia. Z drugiej strony nie można chyba wymagać od widza, by przed obejrzeniem jakiegokolwiek filmu zapoznawał się z obszerna literaturą na temat, o którym on traktuje. Raczej jest odwrotnie - oglądamy jakiś film, by zapoznać się z jakąś dziedziną, w której się nie orientujemy za dobrze. Film może nas porwać, wzbudzić naszą chęć dalszego zgłębiania tematu, ale wcale nie musi. Tak jest w przypadku Bolly, tak samo w przypadku innych rzeczy, nie tylko kinematografii. Nie ma się co łudzić - na świecie jest przecież wielu, którzy nie przebrną przez J. Austen i ocenią ją jako szmirę, a wcale nie znaczy to, że są gorsi czy mniej inteligentni. Po prostu to nie jest dla nich. Tak jak Bolly nie jest dla każdego.
Ja jednak przyznam, że po wyjaśnieniach Galadriel miałabym ochotę sięgnąć po coś Bolly, by popatrzeć i spróbować zrozumieć. Wielkie dzięki, Galadriel :przytul:

Trzykrotka - Pon 07 Sty, 2008 15:30

Alison napisał/a:
Muszę powiedzieć, że miałam, czy nawet wciąż mam jakieś poważne wątpliwości na temat moralnego wydźwięku epatowania skrajnie biednego widza, bo przecież bida w Indiach aż piszczy, takim nieziemskim chwilami luksusem.

Pewnie i możnaby, tylko.... to jest znowu nasze myślenie.
Dla widza tam to nie jest epatowanie, to jest możliwość uczestniczenia w cudzie, wejścia w bajkę. Nie zapominajmy o realiach. Bieda w Indiach powiązana jest ściśle z czymś takim, jak system kastowy. Biedak jest biedny i nie spodziewa się, ze się wzbogaci. Nędza nie budzi współczucia. Do kina zaś idzie się jak do świątyni i oczekuje, że będzie tam najpiękniej na świecie. Dla nas to szokujące, ale - tak jest.
Oczywiście, trzeba pamiętać, że K3G to nie jest bollywoodzki standard, tylko superprodukcja. Nie każdy film tak wygląda, ma taki budżet i jest tak wystawny. Ale ładne i estetyczne są wszystkie.

Edit: dzięki Marta, bardzo mądrze powiedziałaś. O to własnie chodzi :kwiatek:

Galadriel - Pon 07 Sty, 2008 15:43

Alison napisał/a:
Domyślam się, że to ma być baśń dla głodnego, ale czy tych koszmarnych pieniędzy ładowanych w takie kinowe molochy, nie możnaby jakoś sensowniej spożytkować?

To nie są pieniądze publiczne, tylko prywatne - ewentualnie pożyczone przez bank na nakręcenie filmu. Te pieniądze tak czy owak raczej nie trafiłyby do biednych widzów. Inna sprawa, że część zysku może być i pewno jest przeznaczana na cele charytatywne, tylko tego się raczej nie nagłaśnia.
Na pewno można by je było sensowniej spożytkować - ale kino jest dla Hindusów tym, czym dla nas nigdy nie będzie. Kino jest sensem ich życia. Nie mówię, że każdego Hindusa z osobna - mam na myśli Hindusów jako naród. U nich wiadomością dnia na pierwszej stronie "poważnej" gazety może być to, że jakiś aktor zmienił fryzurę albo jakaś aktorka rozstała się ze swoim przyjacielem. O aktorach mówi się i pisze po imieniu, jak o członkach rodziny - u nas tego nie ma. Mówi się o Bradzie, Tomie czy kimś tam jeszcze? Nie - mówi się i pisze Tom Cruise czy Brad Pitt, jest to wręcz jakiś zlepek. W Indiach mówi się Shah Rukh, Aamir, Abhishek, Arjun - i wiadomo, że chodzi o Shah Rukh Khana, Aamira Khana, Abhishka Bachchana czy Arjuna Rampala. My w Orient Expressie też nie posługujemy się nazwiskami, nie ma takiej potrzeby. Jest oczywiste, że Jasiu to John Abraham. :)
Kiedy jakiś znany aktor jest chory, odprawiane są modły za jego powrót do zdrowia. Kiedy znana aktorka wychodzi za mąż za syna baaardzo znanego aktora (czyli Aishwarya Rai za Abhishka, syna Big B., czyli Amitabha Bachchana), mnóstwo ludzi chce im złożyć życzenia. Bo oni są jak członkowie rodziny albo może nawet ważniejsi - bo do kina się chodzi z potrzeby serca, a członków rodziny się po prostu ma i to nie zawsze takich, jakich by się chciało. Nawet żony się przecież często nie wybiera.
Dlatego też widzom indyjskim nie przeszkadza oglądanie jakiejś pary aktorskiej po raz piąty czy szósty jako pary właśnie (w najrozmaitszych konfiguracjach - np. raz oboje się kochają, ale ona jest mężatką wydaną za mąż wbrew jej woli i podstępem; raz on kocha ją do szaleństwa, ale ona go nie kocha i jest szczęśliwa w małżeństwie, które on brutalnie niszczy, a jej samej odbiera wszystko, co jest dla niej najdroższe; raz kochają się oboje, ale ona wcześniej obiecała wyjść za innego, bo myślała, że to tamten jest jej przeznaczeniem; raz są małżeństwem, ale ona przedkłada nad szczęście małżeńskie zaspokojenie rozmaitych potrzeb członków swojej rodziny, co omal nie kończy się rozpadem małżeństwa; raz ona kocha jego do szaleństwa, ale on kocha inną, której nie pozwolili mu poślubić).
(Zagadka dla zorientowanych: o jakiej parze piszę i o jakie filmy mi chodzi? :mrgreen: )
Ludzie w Indiach żyją tymi historiami, czasem przez wiele lat. W Bombaju bodajże jest kino, które od prawie 13 lat wyświetla Żonę dla zuchwałych. I ciągle ludzie przychodzą to oglądać.

Edit: Kiedy zaczęłam pisać post, posta Marty jeszcze nie było, stąd moja edycja.
Marta napisał/a:
Rozumiem jednak, że są tacy, którym podoba sie kino indyjskie bardzo, chciałabym jednak, by oni pozwolili mi go nie lubić.

Ależ oczywiście. Ja nikogo nie namawiam, nie nawracam (brr, nie cierpię tego słowa), rozumiem, że się nie podoba. To nie jest dla każdego. I nawet nie chodzi tu o wrażliwość, bo można być wrażliwym i tego kina nie trawić. Po prostu - jednego zachwyci, innego nie. Mnie się spodobało, ale "wsiąkłam" dopiero z trzecim obejrzanym filmem. Co miało miejsce rok po obejrzeniu pierwszego, czyli właśnie Czasem słońce.... A tym, który mnie przekonał, był Gdyby jutro nie było.


Marta napisał/a:
Ja jednak przyznam, że po wyjaśnieniach Galadriel miałabym ochotę sięgnąć po coś Bolly, by popatrzeć i spróbować zrozumieć. Wielkie dzięki, Galadriel :przytul:

Cieszę się bardzo, że moje wyjaśnienia okazały się przydatne i mogą kogoś zachęcić do czegokolwiek. :przytul: Ja naprawdę nie namawiam, bo na mnie samą wszelkie namowy, zwłaszcza nachalne, działają wręcz odwrotnie.
To, co wiem, wiem dzięki filmom indyjskim, które obejrzałam (prawie setka, w tym niektóre po kilka razy), książkom i artykułom, często znalezionym w internecie. Nie wszystkie filmy indyjskie są dobre, przez niektóre z nich naprawdę ciężko jest przejść. Ale tak jest z każdą kinematografią.

Trzykrotka - Pon 07 Sty, 2008 15:47

Galadriel napisał/a:
Dlatego też widzom indyjskim nie przeszkadza oglądanie jakiejś pary aktorskiej po raz piąty czy szósty jako pary właśnie (w najrozmaitszych konfiguracjach - np. raz oboje się kochają, ale ona jest mężatką wydaną za mąż wbrew jej woli i podstępem; raz on kocha ją do szaleństwa, ale ona go nie kocha i jest szczęśliwa w małżeństwie, które on brutalnie niszczy, a jej samej odbiera wszystko, co jest dla niej najdroższe; raz kochają się oboje, ale ona wcześniej obiecała wyjść za innego, bo myślała, że to tamten jest jej przeznaczeniem; raz są małżeństwem, ale ona przedkłada nad szczęście małżeńskie zaspokojenie rozmaitych potrzeb członków swojej rodziny, co omal nie kończy się rozpadem małżeństwa; raz ona kocha jego do szaleństwa, ale on kocha inną, której nie pozwolili mu poślubić).
(Zagadka dla zorientowanych: o jakiej parze piszę i o jakie filmy mi chodzi? :mrgreen: )

Ja wiem!! ja wiem!! Wybierz mnie!! :banan:

Admete - Pon 07 Sty, 2008 15:54

Też wiem ;-) jeszcze raz bym ich chętnie jako parę zobaczyła :-D
Galadriel - Pon 07 Sty, 2008 16:00

Wiem, że wiecie :) Też bym ich zobaczyła jeszcze chętnie razem, ale to raczej mało prawdopodobne.
Dla niezorientowanych: chodzi o parę Shah Rukh Khan i Madhuri Dixit. Filmy to, w kolejności opisania: Koyla (1997), Anjaam (1994), Dil To Pagal Hai (1997), Hum Tumhare Hain Sanam (2002), Devdas (2002).

Sofijufka - Pon 07 Sty, 2008 16:06

Hmmm, on tu wygląda, jak moja mama...
http://movies.sulekha.com.../shahrukh24.jpg

Galadriel - Pon 07 Sty, 2008 16:18

Bo to nie jest jego najlepsze zdjęcie - każdemu zdarzają się lepsze i gorsze.
Co powiesz na to? :mrgreen:
http://img242.imageshack....khkhan05us8.jpg

A tu nieco inny wizerunek:
http://img172.imageshack....anckikbcny0.png



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group