To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Twórczość - C. Bronte - Villette - wspólne czytanie

Alison - Śro 17 Sty, 2007 11:24

Doktorek powierzchowny cieniarz. Nie rozeznał się w prawdziwej sile charakteru. Nie lubimy tu takich, praftaaa?
Marija - Śro 17 Sty, 2007 11:39

Nie pamiętam, ile czasu zajęło Charlotcie napisanie Vilette? Może nie chciało jej się po dłuższych przerwach w pisaniu czytać poprzednich bazgrołów (mnie by się też moich nie chciało czytać :mrgreen: ) i stąd te rozbieżności, jakby ze dwie Charlotty przy powieści zasuwały?
malmik - Śro 17 Sty, 2007 18:30

Alison napisał/a:
Pies drapał kompleksy, list pt. "kocham twój protestantyzm" zrobił na mnie wrażenie :wink:

Ale list potwierdza teorię - prawie się chop nawrócił :rotfl:

Caitriona - Czw 18 Sty, 2007 12:53

Pal licho doktorka! Ja tam teraz wypatruję dymu z cygara i czarnego surduta ;)
Alison - Czw 18 Sty, 2007 15:01

Wypatruj, wypatruj :grin: Profesorek ze stronki na stronkę przystojnieje, nawet jakby mu wzrostu przybyło i coś tego... sympatico się robi :wink:
Gitka - Pią 19 Sty, 2007 00:49

Doktorek i jego miłość (zaślepienie) to taki Nasz Wokulski.
Ciężko takich marzycieli zrozumieć, ale łatwo pokochać :wink:
Ciekawy był rozdział w którym Lucy ogląda "nieprzyzwoity" obraz, jak pięknie Profesor się denerwował :lol: I ta różnica między Francją i Anglią jeszcze bardziej widoczna.

Alison - Pią 19 Sty, 2007 10:22

Taak! Scena w muzeum była bardzo filmowa! Dokładnie ją sobie wyobraziłam jak czytałam. Nie bardzo mogłam sobie tylko wyobrazić tych jego wybuchów zazdrości kiedy była w towarzystwie, to musiało być okropne ;-)
Caitriona - Pią 19 Sty, 2007 14:33

Gitka napisał/a:
Ciekawy był rozdział w którym Lucy ogląda "nieprzyzwoity" obraz, jak pięknie Profesor się denerwował :lol:


Tak, śwetne to było! Lubię profesorka za takie właśnie wyskoki jak ten w galerii właśnie albo za złośliwy szept na przyjęciu w hotelu Crecy :mrgreen: Nie ma jak krew południowca ;)

Gosia - Pią 19 Sty, 2007 18:21

Melduję, ze pojawila mi sie Paulina i sie z Wami zgadzam. Dziecięciu ten "ojczulek" pasowal, ale 17-latce juz mniej :roll:
I troche jestem rozczarowana, bo pare wejsc mial profesorek fajnych (np. jak zabral chusteczke, ktorą sie Lucy bawila ;) ) ale ostatnio w ogole go nie ma!
Tylko prosze mi nie pisac, co bedzie robil jak sie znowu pojawi !!!!!! :mrgreen:

Caitriona - Pią 19 Sty, 2007 18:27

A bedzie robił, będzie! ;)

Co do Pauliny, to moja niechęć do niej jest dużo mniejsza niż na początku książki, ale jest mi ona za to kopletnie obojętna. Taka jakaś niewyrażna. To już wolę jej kuzynkę :mrgreen:

Alison - Pią 19 Sty, 2007 19:56

Kuzynka to wypisz wymaluj Liduszka Bennet, ale nie powiem w jakim zakresie, bo jeszcze Gosiałek będzie próbował sobie oczka piękne "wydubać" :wink:
przecinek - Pią 19 Sty, 2007 21:16

Właśnie skończyłam czytać. Chciałam napisać „wreszcie skończyłam”, bo strasznie się z tą książką męczyłam, ale zakończenie jest takie, że wszystkie niedociągnięcia całości niweluje. I prawdę mówiąc nie wiem czy lubię tą powieść. Nie wiem, z jakiego roku jest to tłumaczenie, ale może gdyby je trochę zmienić, uwspółcześnić, czytałoby się ją lepiej. Pomijając literówki, straszliwie denerwowały mnie i wybijały z koncentracji wszelkie zdrobnienia – ojczulek, pięterko, ranek, perkalik itp. Nie wiem czy jest to wymysł tłumaczki, czy tak jest w oryginale, ale bardzo mnie to drażniło. Główną bohaterkę bardzo lubię, chociaż czasem miałam ochotę mocno nią potrząsnąć, żeby się opamiętała. Wątek z Pauliną i doktorem, trochę za bardzo rozbudowany, za to za mało jak dla mnie Ginevry – to chyba jedyna prawdziwa postać w tej książce, bo pozostałe łącznie z Lucy są bardzo przerysowane. Czekam aż wszystkie damy przeczytają do końca, żeby porozmawiać o całości.
Alison - Pią 19 Sty, 2007 21:25

Ginevra moim zdaniem też przerysowana, choć stanowi taki "kontrapunkt" dla tych wszystkich szlachetności, że chyba wbrew założeniom autorki trochę się ją nawet darzy sympatią jako osobę z krwi i kości, a nie z zasad i samoograniczeń.
Też uważam, że tak rozwlekłe namotywanie postaci Grahama i Polly, po to by zakończyć jednym niemal zdaniem, to jakoś bez sensu. Zakończenie mi zdrowo wybałuszyło oczy, chyba również nie jestm fanką tej książki, choc pozostało mi po niej mnóstwo bardzo plastycznych scen w głowie, jak po obejrzeniu filmu, po paru przeróbkach byłaby z tego fajna powieść. A co do tłumaczenia i redakcji, to już poziom niechlujstwa został swego czasu obrzucony kalumniami a nawet kamieniami ;-)

Caitriona - Pią 19 Sty, 2007 22:12

Ginevra mimo ze była samolubna, egoistyczna i czasem złośliwa, mimo że przezywała różnorodnie Lucy i nic tylko się stroiła to ogolnie, o dziwo, zyskała moją sympatię. Może dlatego że była właśnie najbardziej żywa, rzeczywista ze wszystkich postaci (No, jest jeszcze Emanuel ;) ) I to jak potoczyło się jej życie - idealnie do niej pasuje, ale mam wrażenie że dziewczyna da sobie spokojnie radę.
Gosia - Sob 20 Sty, 2007 10:21

Wczoraj wieczorem i dzis rano pochlonelam kilka rozdzialow, w ktorych pierwsze skrzypce gral Monsieur Paul . :D Wlasnie zaproponowal swoja przyjazn Lucy Snow i podrzucil jej za namową Padre broszurke religijna :mrgreen: . Ciekawa postac swoja droga ten Emanuel.
Kiedy o nim czytam staje mi przed oczami jak zywy pewien moj kolega, ktory ma wiele cech wspolnych z Monsieur Paulem. Jest tak samo zlosliwy, przenikliwy, inteligentny i krytyczny. A takze łasy na pochwaly i przekonany o swojej wartosci. Ale jednoczesnie nie pozbawiony dobrego serca. No i ma takze jakas tajemnice milosna. W kazdym razie mieszka sam i tak pewnie pozostanie, bo ma trudny charakter. :roll:
Mam wobec niego uczucia jednoczesnie pewnej dozy sympatii i niecheci. W kazdym razie ciezko jest z nim na dluzsza mete przebywac... :neutral: Mamy zupelnie inne gusta i inne zainteresowania, wiec niewiele tak naprawde nas łączy.
Przyjazn jest więc w tym wypadku raczej niemozliwa.
Kiedy jednak czytam o Monsieur Paulu, widze tego kolege, choc Monsieur Paul budzi u mniej cieplejsze uczucia ;) .

I musze dodac, ze ta ksiazka tez ma momenty zapierajace dech w piersi ;)
Szkoda, ze cala nie jest taka...

Gosia - Nie 21 Sty, 2007 21:42

No! Doczytalam do konca. I zakonczenie mi sie podoba.
Juz wszystko zostalo powiedziane wczesniej. Kulminacyjną sceną jest pozegnanie z Monsieur Paulem. Potem juz tylko nastepuje zakonczenie historii - ostatni rozdzial, ktory jest tylko dodatkiem.
Obawialam sie troche fatalizmu, choc smutne zakonczenie byloby w pelni uprawnione.
Ta ksiazka, jak juz pisalam, jest nierowna. Chwilami trudno ją czytac, wydaje się nudna, chwilami jednak pochlania się ją i czeka co bedzie dalej i jak sie akcja rozwinie. Są zagadki, ktore się wyjasniaja, i uczucia, ktore wychodzą na jaw.
Charakter bohaterki nie bardzo mi sie podoba, ciezko sie z nia utozsamiac. Ma takie chwile, w ktorych bym ją chciala mocno potrząsnąć. Potrafi byc bardzo niemila, krytyczna wobec innych, czasami bardzo bierna, czasami znowu zbyt wybuchowa.
Monsieur Paul jest ciekawą postacią, choc do pewnego stopnia zbyt uzaleznioną od wplywu innych, na szczescie nie do konca.
Doktor Bretton z kolei jest zmienny, a ich wzajemne uczucie (jego i Pauliny) zbyt wyidealizowane.
Niektore rozdzialy tej ksiazki to prawdziwe perelki, jednak pewne zwroty akcji (lub brak akcji, której się oczekiwalo) co najmniej dziwne. Dobrze ze wątek Monsieur Paula i Lucy sie tak rozwinal, bo gdyby bylo inaczej, ksiazka wypadlaby blado.
Ich historia niesie w sobie na szczescie optymistyczne przeslanie, bo cale zycie Lucy, jej samotnosc, trudna sytuacja materialna, praca na pensji Madame Beck - to wszystko jest zbyt smutne, zbyt ponure... choc i tak bywa...

Alison - Nie 21 Sty, 2007 23:32

To ono nie jest według Ciebie smutne? :shock:
A chciałam się jeszcze zapytać, czy czytając o tym jej półsennym wyjściu do parku na koncert, nie miałyście poczucia, że to jakiś narkotyczny sen, takie senne wizje?
Przyznam, że byłam mocno zaskoczona, a nawet rozczarowana tym, że okazało sie to rzeczywistą wyprawą.

Gosia - Pon 22 Sty, 2007 07:58

A uznalas ze zakonczenie jest smutne? Ze ta historia zle sie konczy?
Ze Monsieur Paul nie wrocil?
To nie jest dopowiedziane.
Nawet jesli nie wrocil, takie zakonczenie jest uprawnione, bo i cala ksiazka wesola raczej nie jest, no moze poza paroma momentami.
Zycie bohaterki do radosnych nie nalezy, podobnie jak jej sytuacja zyciowa.
Ja nie mam nic do zakonczenia, moze nie chciala isc na łatwiznę.

Alison - Pon 22 Sty, 2007 10:02

Gosia napisał/a:
A uznalas ze zakonczenie jest smutne? Ze ta historia zle sie konczy?
Ze Monsieur Paul nie wrocil? To nie jest dopowiedziane.

Moim zdaniem jest. W książce wiele jest odniesień do tego, że ona snuje wspomnienia, z których wynika, że były to najszczęśliwsze chwile w jej życiu, i że teraz te chwile są już daleko poza nią.
To zdanie "Pozwólmy im snuć promienne wizje połączenia się wreszcie i długiego, szczęśliwego życia, jakie po nim nastąpiło..." - wizje to wizje, a nie rzeczywistość.

A nota bene jak Wam się podoba zwrot, parę zdań wyżej: "Nie zmacajmy spokoju zacnych serc, pozostawmy słonecznym wyobraźniom ...itd" Czy któraś z Was kiedyś zmacywała spokój z serc i to w dodatku zacnych? :lol:

Gosia - Pon 22 Sty, 2007 13:00

A ja znowu do meritumu przejde ;)
Zakonczenie jest niejasne, ale to moze zaleta, nie wada. Mozemy snuc fantasmagorie, czy tam wizje jakies promienne...
Ze niby nie chciala powiedziec wprost, ze statek sie rozbil? To i dobrze, ze nie powiedziala tego wprost.
Zycie nie jest bajką, niestety....
Ja tam uwazam, ze mimo wszystko zakonczenie jest niebanalne. I moze dobrze ze konczy sie wlasnie tak.

Alison - Pon 22 Sty, 2007 13:06

Mnie tam ono nie zostawia żadnego miejsca na fantasmagorie, dla mnie jest smutne i przyznam, że oczy mi wyszły na wierzch, bo po tych wszystkich listach i oczekiwaniu, ja równiez oczekiwałam kipiącego happy endu, nie pomna na te napomknienia w tekście, a tu tak pół strony i chlast, wszystkie nadzieje obróciły się w niwecz. Fakt, że jak na tamte czasy to to zakończenie jest niebanalne, wszak nawet okrutne Wichrowe Wzgórza zakończyly się w sumie happy endem :wink:
Marija - Pon 22 Sty, 2007 13:11

Może to się tej nieszczęsnej Lucy przyśniło (bo Charlotcie nie chaciało się dłużej pisać)? Dziwne to zakończenie - szast prast, dwie stroniczki i koniec opowieści :? ??: . Może Monsieur Paul wrócił jednak i ten...tego....żyli długo i w miarę szczęśliwie?? Chyba taki koniec też nie jest wykluczony? :razz: Aaa-psik :cry2:
malmik - Pon 22 Sty, 2007 18:02

Alison napisał/a:
Moim zdaniem jest. W książce wiele jest odniesień do tego, że ona snuje wspomnienia, z których wynika, że były to najszczęśliwsze chwile w jej życiu, i że teraz te chwile są już daleko poza nią.

Ale gdzieś w okolicy częstych spotkań z doktorkiem też pisała, że to są najszczęśliwsze chwile, a wydaje się , że potem przyszły jeszcze szczęśliwsze. Mnie się zakończenie podoba bo mogłam sobie wmówić (prawda, że z dużą trudnością), że jednak wrócił i jednak los się do niej uśmiechnął.
Alison napisał/a:
"Nie zmacajmy spokoju zacnych serc, pozostawmy słonecznym wyobraźniom ...itd"

Mój organizm nie przyjmuje tego typu ukwieconego języka (żeby nie napisać bełkotu).

Caitriona - Pon 22 Sty, 2007 19:02

Tak, takie 'kwiatki' często się zdarzały.
Ale moim ulubionym zdaniem jest: (...)pyszne z niego homo! w odniesieniu do doktorka J.

Zakończenie jest niebanalne, ale jakoś czytając o jej 'najszczęśliwszych latach' itp. wstawkach, które się wcześniej zdarzały sądziłam, że dobrze Villette się nie zakończy...

Alison - Pon 22 Sty, 2007 19:50

U mnie wciąż na topie jest "typ zdecydowanie ujemny" i "Franku, szalony jeźdźcze!" :lol: . Jako, że na poważnie to już za wiele się chyba nad tą książką dyskutować nie da, proponuję podyskutować bardzo niepoważnie... :wink:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group