Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - The Moth (Ćma)
Mag - Pon 18 Gru, 2006 22:38
| Monika napisał/a: | jej dusza krzyczała, Bradley! Bradley! Jeśli raz jeszcze usłyszę to imię chyba oszaleję’.
|
Dzięki Moniko, Miłego porównania między książką , a filmem
Monika - Pon 18 Gru, 2006 22:39
Dzięki Maguś :grin: Przekonam się w końcu czy bardzo film różni się od książki. Ostatnio oglądałam "Czarną świecę", film na podstawie Catherine Cookson. I byłam zdumiona zakończeniem, urwali niemal w połowie książki :sad: No i w 'The Moth' w filmie Agnes jest Sarą, dziwne to bardzo ??:
Anonymous - Pon 18 Gru, 2006 22:46
Gdyby opisać bohaterów jednym słowem, to jakichbyście użyły?
Bradley - szczerość
Millie - naturalność
Aggie - introwertyzm
Maggie - prostolinijność
Moniko za te tłumaczenia -
Gitka - Wto 19 Gru, 2006 12:57
Dziękuję Moniko, rozpieszczasz Nas
Klikając na Jack Davenport można ściągnąć klip do filmu The Moth
http://www.ordinary-angels.co.uk/characters.html
Monika - Wto 19 Gru, 2006 22:45
Gitko, normalnie wcisnęło mnie w fotel, kiedy oglądałam teledysk, dzięki wielkie Nie sądziłam, że to będzie aż tak piękne Naprawdę uważam, pewnie się powtarzam, że Davenport był poprostu stworzony do tej roli, a ten pocałunek, Boże.... :oops:
Hmmm, te opisy charakterów, trochę więcej niż w jednym słowie Bradley od samego początku kojarzył mi się z wielką uczciwościa i szczerością, Millie z dziecinną naiwnością, niewinnością, a co do Agnes, jest w niej wiele sprzeczności, na zewnątrz sztywna i chłodna a w środku targające nią wielkie namiętności. Dobry temat Aine :grin:
Anonymous - Wto 19 Gru, 2006 23:17
Hmm co do sprzecznosci Agnes...
Ona ma gorące serce i dużo ciepła wewnątrz siebie, ale życie zmusiło ją do introwertyzmu. Wie, że nie może pokazać swojego prawdziwego "ja", bo może to zostać wykorzystane przeciwko niej...
Gitka - Śro 20 Gru, 2006 15:03
Moniczko, mnie też ten klip bardzo się podoba.
Prawie codziennie go sobie oglądam
Najlepsza jest końcówka
Podoba mi się też Juliet Aubrey, jest śliczna.
O Davenporcie nie muszę pisać, od dawna wiadomo jak bardzo go uwielbiam
Monika - Śro 20 Gru, 2006 15:56
O, to ja dzisiaj już kilka razy go oglądałam :grin: Podobają mi się szczególnie dwie sceny, kiedy Bradley podchodzi do Agnes, klęczącej przy drzewie i podnosi ją i kiedy ujmuje jej dłoń, gładzi ją by za chwilę położyć ją na swoim sercu.
Agnes wygląda tu pięknie z rozpuszczonymi włosami, tak delikatnie

Monika - Śro 20 Gru, 2006 17:42
Rozdział 5
Greg Hubbard odwiązał konia z wozu i minął Roberta mówiąc ‘Nawet miedziaka’.
‘O czym ty mówisz?’
‘No cóż, spodziewałem się przynajmniej pół suwerena, bo wczoraj powiedział do mnie, „Dopilnuj spraw najlepiej jak potrafisz, Hubbard, zrobisz to?” A ja na to „Oczywiście, sir, postaram się”. Więc pomyślałem dziś rano… jakaś mała podwyżka. Ale nie, nawet cholernego pensa, tylko… „Jesteś pewien, że wszystko jest spakowane, Hubbard?”’. Udawał głos Arnold’a. ‘ „Dobrze. Rób co ci powiedziałem. Do widzenia”’.
Podążył za Robertem do stajni, kontynuując ‘Zresztą, cieszę się, że wyjechali. I ten młodszy smarkacz też, wyjechał dokształcić się jak być większym smarkiem. Jakiś czas będzie tu spokój. Chociaż z drugiej strony panienka dzisiaj w takim humorze jakby ktoś nadepnął jej na odcisk. W kuchni też nie dzieje się najlepiej. Ta wczorajsza sprawa z Maggie i bólem zęba, przecież ją nic nie boli. Ale coś ją na pewno zdenerwowało, i powiem ci że ciężko mi patrzeć w jakim jest stanie. To dobra dziewczyna, ta nasza Maggie i na pewno nie płakała przez błahostkę. Nie mogłem wczoraj zasnąć, ciągle o tym myślałem. A teraz ta wiadomość, że odchodzisz, człowieku, zaskoczyłeś mnie’.
W odpowiedzi Robert odwrócił się do niego i powiedział ‘Lubisz Maggie, prawda?’
‘A tak, lubię. Jest miłym towarzystwem, to naprawdę dobra dziewczyna’.
‘Nigdy nie myślałeś żeby się z nią ożenić?’
‘Co!’. Greg Hubbard przyglądał się bacznie Robertowi spod spuszczonych powiek, Robert ciągnął dalej, trochę uszczypliwie ‘Mógłbyś wybrać gorzej’.
‘Zamknij się! Nie zaczynaj. Wiem doskonale, że można wybrać o wiele gorzej, ale spójrz na mnie, pierwszego listopada kończę czterdzieści jeden lat, a ona zaledwie dwadzieścia. Jestem na tyle stary, że mógłbym być jej ojcem, i to z kawałkiem’.
‘A co ma do tego wiek? Jesteś przyzwoitym człowiekiem, dobrze urządzonym’. Obrócił głowę i obejrzał Hubbard’a od stóp do głów, z lekkim uśmieszkiem na ustach: wreszcie wyłożył wszystkie karty na stół, mówiąc ‘No więc miałeś rację, że to nie był ból zęba i powiem ci dlaczego tak płakała, jeśli zachowasz to dla siebie i żebyś przypadkiem się z tym nie zdradził wobec niej, cokolwiek później zrobisz, by nie myślała że to z litości’.
Opowiedział o całej historii, a kiedy skończył, Greg Hubbard przez kilka sekund nie mówił nic, w końcu odpowiedział ‘No cóż, Robercie, to całkiem dobra praca, nie wiedziałem o tym dopóki tamci dwoje się stąd nie wynieśli, ale jedno jest pewne, zabrałbym się z tobą i nie za tydzień, ale jeszcze dziś, tuż po tym jak sprałbym im gębę. Na Boga! Zrobiłbym to’.
Robert, przerywając szczotkowanie konia powiedział ‘Masz jechać do Durham na targ bydła w poniedziałek, pan Waters mówił ci o tym?’
‘A tak, mam zabrać kilka sztuk ptactwa’.
‘No to zabierz ze sobą Maggie. Ona nigdzie nie jeździ: takiej okazji na pewno nie przepuści’.
Kiedy nie było odpowiedzi, Robert spojrzał na Greg’a, pytając ‘No więc?’
‘To jest myśl’. Mówiąc to krzywo się uśmiechnął, dodał ‘A co jeśli roześmieje mi się w twarz? Może nie jest jak z obrazka, ale jest młoda, zdrowa i…’.
‘Maggie na pewno nie roześmieje ci się w twarz, może i będzie się śmiała, ale z tobą, a nie z ciebie. Poza tym uważam, że warto spróbować. Co masz do stracenia? Z drugiej strony, jakie czeka cię życie? Samotny stary kawaler’.
‘A tak, coś w tym jest’. Greg wolnym krokiem wyszedł ze stajni, Robert natomiast wrócił do przerwanej pracy, z uczuciem, że przyszłość Maggie wygląda obiecująco. Wreszcie coś dobrego mogłoby się przydarzyć w tym miejscu, pełnym zawirowania i zamieszania. Miał przed sobą jeszcze sześć dni, a potem będzie wolny i na Boga! będzie zadowolony nie widząc ich wszystkich. O tak, zdecydowanie, wszystkich.
Posiłek w kuchni odbywał się w krępującej ciszy: nie było rozmów, śmiechu i za każdym razem, kiedy Robert patrzył znad talerza widział na sobie spojrzenie Dave’a Waters’a, pragnął powiedzieć ‘Spokojnie, nie martw się, nic nie powiem, nie jestem gadułą’. I powie mu to przed wyjazdem, musi go uspokoić.
To co najbardziej go martwiło to to, że Maggie nie patrzyła na niego wcale, odwracała za każdym razem wzrok. Ruthie natomiast często posyłała mu spojrzenia, tak jak Betty Trollop. Rzucały mu ukradkowe uśmiechy, pomyślał ironicznie, że uważają Maggie za kolejną jego zdobycz. Czy był gdzieś człowiek równie źle sądzony, zawsze o to samo. Jednym z głównych powodów jego wyjazdu z Jarrow była ucieczka przed małżeństwem, od tamtego czasu był przedmiotem zakusy jednej dziewczyny, drugiej podobno dał nieślubne dziecko, a teraz nie zdziwiłby się gdyby myśleli, że zaleca się do Maggie; dobrze, że przynajmniej nie mówią o panience Millie i jej chęci przebywania w jego towarzystwie.
Następnym razem, obiecał sobie, kiedy ktoś mu znowu przyklei taką etykietkę, będzie w niej przynajmniej źdźbło prawdy i to bez pierścionka zaręczynowego na palcu.
Później, leżąc w łóżku miał znów problem z zaśnięciem, tak jak w poprzednią noc, jego myśli za bardzo zaabsorbowane były obrazem jego samego stojącego z wyciągniętymi ramionami, z dłonią w jej włosach, twarzą blisko jej twarzy i zapachem jej skóry, takim szczególnym, jej własnym, który czuł w nozdrzach.
Była dziesiąta rano następnego dnia, spotkali się ponownie, twarzą w twarz, tym razem naprzeciw biurka. Wczorajszego wieczora przyszedł do niej Dave z prośbą. Wcześniej, gdyby mówił do niej tak uroczyście, zapytałaby, Co ci się stało, Dave? Ale od czasu wypadku jej ojca zdała sobie sprawę, że Dave stał się innym człowiekiem i prawdopodobnie nadal był w szoku. Kiedy powiedział ‘Nie możesz pozwolić mu odejść, musisz poprosić go by został: mógłby zacząć gadać, a wtedy, co się z nami stanie?’, chciała odrzec ‘Chciałeś powiedzieć, co się z tobą stanie?’. Ale nie zrobiła tego, bo zdawała sobie sprawę, że była także winna, za ukrywanie prawdy.
Przekonywał ją dalej ‘Co więcej, nie znajdziesz drugiego takiego jak on. To znaczy chodzi mi o to, że jest bardzo zręczny jako stolarz. Musiałabyś płacić firmie stolarskiej za prace, które on wykonywał, z oknami, podłogą w bibliotece. Pomagał Bloom’owi. Jest silny jak byk, niezmordowany. Nie ma takiego drugiego jak on. A kobiety… są zasmucone’.
Zasmucone kobiety, Peggy przyszła do niej wczoraj do sypialni i siedząc w rogu łóżka powiedziała ‘Nie wiem, co jest powodem jego wyjazdu, ale jeśli pozwolisz mu odejść, to będzie jego zguba. Pamiętasz tych przed nim, nie znaleźli ani pracy ani niczego’. Kończąc dodała ‘Jeśli to dla ciebie nie jest problem, dziewczyno, czy mogłabyś poprosić go by został?’
Spojrzała na Peggy. Peggy nie wiedziała nic o powodach, dla których Bradley chciał odejść, ale ona je znała: Maggie uspokoiła ją, przynajmniej opisując kompromitującą sytuację… Dlaczego użyła tych słów? Kompromitacja. Co było kompromitującego w uścisku mężczyzny i kobiety? I w jej, jak to określił ostatnio dosadnie, i jego klasie.
Tego poranka, kiedy Maggie przyniosła jej wczesną herbatę, stała patrząc na nią z góry, spuściła oczy mówiąc ‘Jestem głupia, panienko Agnes, całe to zamieszanie jest przeze mnie. Widząc gdzie go to doprowadziło, zostanie bez pracy. A on był po prostu miły. Nic więcej między nami nie było, panienko, zwyczajnie mnie pocieszał’.
I znowu to słowo, pocieszenie. Och, jak już kiedyś mówiła, Bradley przynosił ze sobą pociechę, za każdym razem, kiedy kobieta tego potrzebowała. Chciała się go pozbyć, pragnęła zobaczyć jak odchodzi, bo wiedząc, że już go nie ma, już nigdy więcej nie musiałaby na niego patrzeć, mogłaby wreszcie zająć się rodzinnymi sprawami, a jej wyobraźnia już nigdy by nie schodziła na manowce.
Podniosła się z łóżka i z pretensją w głosie zapytała Maggie ‘Dlaczego powinnam poprosić go o to? To nie jest właściwe. Przecież o tym wiesz, tak nie uchodzi. To on powinien przyjść i poprosić o przywrócenie go do pracy’.
‘Och’. Maggie odwróciła się i zrobiła kilka kroków w stronę drzwi, zatrzymała się jednak ze wzrokiem utkwionym w podłodze, pokręciła głową mówiąc ‘On tego nie zrobi. On taki nie jest’.
‘Taki nie jest?’. Te słowa sprawiły, że myśli w jej głowie zaczęły się kłębić, głośne i niepokojące. W końcu podniosła filiżankę ze spodkiem z tacy, wypiła herbatę i głosem, który często słyszała u swej matki powiedziała ‘To wszystko, Maggie, dziękuję. Wrócimy… wrócimy do tej sprawy’.
Kiedy Maggie opuściła pokój, położyła się znów na poduszkach, powtarzając, On taki nie jest. Czy słyszałaś kiedykolwiek coś takiego? On taki nie jest. I kiedy tak leżała, patrząc niewzruszenie przed siebie, dotarło do niej, że zachowuje się dokładnie tak jak jej matka by się zachowała, czy ktokolwiek inny w jej pozycji, który by usłyszał, że służący nie zniżyłby się do przeprosin, bez względu na wszystko.
Jej palce stukały w pierzynę, usiadła wewnętrznie burząc się przed tym, co na niej spoczywało. W jej głowie rozbłysło wspomnienie jej konfrontacji z braćmi, zaledwie dwa dni temu, Arnold powiedział jej wtedy ‘Robisz się śmieszna. Nie można obrazić tego typu ludzi’. Więc jaka była różnica? Doprawdy, czy była różnica w odmowie przeproszenia służącego, a braku przeprosin ze strony służącego? Oboje byli mężczyznami; jedyną różnicą między nimi była ich pozycja, jeden z nich miał to szczęście, że był wystarczająco wykształcony. Ale jako człowiek, który z nich był lepszy, Arnold czy Bradley?
Kiedy zrozumiała jaka jest odpowiedź, zrzuciła z siebie szlafrok gwałtownym ruchem i podeszła do umywalki, nalała lodowatą wodę z dzbana, która prawie po brzegi zapełniła miednicę; następnie rozpięła koszulę nocną, mocowała się z rękawami, próbując je ściągnąć, umyła twarz, ramiona i górną część ciała, przez cały ten czas trzęsła się i na zewnątrz i w środku.
...
Mag - Śro 20 Gru, 2006 18:35
Dzięki Moniko za ciacho!
Monika - Śro 20 Gru, 2006 19:57
I oto stała i patrzyła na obiekt całego sporu. Nie patrzyła mu w twarz, lecz spojrzenie zawiesiła na jego ubraniu. Miał na sobie bryczesy i getry, a pod spodem starej tweedowej marynarki nosił niebieską, pasiastą koszulę, zapiętą pod szyją. Nie miał nic na głowie, w ręce również nie trzymał czapki.
‘Panienka chciała mnie widzieć?’
‘Tak, Bradley. Proszę, może usiądziesz?’
Odwrócił się, przyciągnął bliżej biurka skórzany fotel i usiadł na nim. Kiedy podniosła pióro przypomniał sobie, że jej ojciec robił to samo, kiedy siedział w tym fotelu, przyjmując go do pracy za dziesięć szylingów na tydzień.
‘Ja… ja chyba jestem ci winna przeprosiny’. Podniosła oczy na jego twarz i czekała na reakcję; a kiedy żadna nie nadeszła spuściła wzrok na rękę, która stukała stalówką o blat biurka. Czego się on spodziewa, jakich jeszcze słów! Przecież przeprosiła. Cóż za niemożliwy człowiek, nie zna swego miejsca… Och! bądźże cicho. Jakie miejsce? Jakie miejsce? I znowu to się działo, ten wewnętrzny głos który toczył walkę z jej wychowaniem. Wreszcie usłyszała swój własny głos, pełen skruchy ‘Ja… ja… miałam tylko na myśli dobro Maggie. Z całego serca życzę jej szczęścia’.
‘Co dowodzi tego, jak niską opinię ma pani o mnie, panienko’.
‘Och, nie, nie’.
‘Nie?’
‘Nie, nie; tylko… Więc’ – Och, co może na to odpowiedzieć? Jak się dogadać z takim mężczyzną? Najlepiej przejść do sedna sprawy i mieć już to z głowy.
‘Więc… chciałam… to znaczy… chciałam cię widzieć… no więc, czy rozważysz… pozostanie tu? To znaczy, chodzi mi o to…’. Nie potrafiła dokończyć. Opuściła nisko głowę, pióro przestało stukać o biurko. Wreszcie odezwał się cicho ‘Wszystko w porządku panienko, proszę się nie martwić. Działała panienka pod wpływem emocji, mogę to zrozumieć. Pan Waters wyobraża sobie oczywiście, że jak tylko wyjadę zacznę mówić. Nie zna mnie. Wygląda na to, że nikt mnie tutaj nie poznał. Nie jestem paplą. Nie potrafię im dziękować za to, że zmusili panienkę do tego, ponieważ wiem, że panienka mnie tu nie chce. Tak było od początku. Więc odejdę’.
‘Och. Och, bardzo się mylisz, Bradley. To nic osobistego. Wykonałeś tu tyle dobrej pracy, biblioteka, okna i wiele innych. Och, nie ma w tym nic osobistego, tylko, że ty jesteś taki…’.
Zaległa między nimi cisza, wreszcie on zapytał ‘Jestem jaki, panienko?’
Uśmiechnęła się nieśmiało, kiedy tak na niego patrzyła ‘No cóż, chyba musisz przyznać, że nie jesteś zwyczajnym typem służącego. Pewnie dlatego, że nie przywykłeś do takiego rodzaju życia. Wychowywany w mieście, to… to czyni różnicę’.
‘Chodzi o to, że nie jestem wystarczająco służalczy, panienko?’
Uśmiech zniknął z jej twarzy. Służalczy? Tak, o to jej chodziło. Ale również o coś jeszcze, co było także połączone ze słowem, którego właśnie użył, służalczy. Dobierał słowa. Gdyby dano mu szansę, jaką mieli jej bracia, byłby teraz kimś, miał w sobie to coś. Ale jest jak jest, nauczył się stolarskiego rzemiosła. I był świetnym stolarzem. Gdyby kształcił się w prawie lub biznesie byłby równie znakomity.
Nadal jednak nie znalazła odpowiedzi na to zasadnicze pytanie, mimo wszystko na jej twarzy prześlizgnął się uśmiech, tym razem szerszy ‘Tak, wydaje mi się, że właśnie o to mi chodzi, służalczy. I myślę, że przychodziłoby ci to z wielkim trudem, prawda Bradley?’
‘Wszystko zależy od okoliczności, panienko. Na przykład ugiąłbym kolana przed kimś, kto mógłby mnie czegoś nauczyć, powiedzmy przed inteligentnym, mądrym człowiekiem’.
‘Tak, potrafię zrozumieć czyjś podziw dla nauki i poglądów wykształconego człowieka…’.
‘Niekoniecznie wykształconego, panienko’.
‘Nie?’ Było w tym zarówno pytanie jak i zdumienie.
Powtórzył ‘Nie, dlatego że miałem okazję widzieć tych tak zwanych wykształconych mężczyzn, ich inteligencję i edukację, panienko. Przynajmniej ja tak myślę’.
Tak, oczywiście że miał rację. Dziwne, ale zawsze łączyła te dwie rzeczy, zawsze uważała, że bez wykształcenia nie można być inteligentnym. Ale jak na Boga pojawił się ten temat?
Jakby zgadując jej myśli, powiedział ‘Ale inteligencja czy edukacja nie jest tematem naszej rozmowy, prawda panienko? Pytanie na teraz jest odchodzę, czy zostaję?’
Patrzył na nią. Między nimi była cała szerokość biurka, on jednak widział jak w jego oczach jej twarz robi się coraz większa, w końcu przesłoniła mu cały pokój. Nagle wstał, mówiąc ‘Zostanę tak długo, jak długo będę potrzebny’.
‘Dziękuję, Bradley’. Ona także podniosła się.
‘Dziękuję panienko’. Jego głos był niski, na twarzy zaś widać było uczciwość i pewność.
Kiedy szedł do drzwi, zatrzymał go jej głos ‘Bradley’.
‘Tak… panienko?’. Patrzył wprost na nią, minęła chwila nim dokończyła ‘Jeśli… jeśli chciałbyś dalej czytać, będziesz mile widziany w bibliotece. Są tam… wszystkie rodzaje książek, niektóre nie są w najlepszym stanie, ale nie mam wątpliwości, że znajdziesz coś dla siebie’.
‘Ja… na pewno tak zrobię. Dziękuję, panienko’. Nie zmienił się wyraz jego twarzy.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, odwróciła się w stronę biurka, kładąc na nim dłonie, zawisła na chwilę nad nim; nagle jej ciało poderwało się do góry, kiedy usłyszała głośny, podniecony okrzyk dobiegający z hallu. To była Millie. Ten okrzyk zwiastował nawrót ataku lub jakieś zmiany w jej nastroju, co nie wróżyło nic dobrego.
Szarpnęła drzwi, przebiegła korytarz, na końcu, którego raptownie zatrzymała się, bo kiedy spojrzała na hall, ujrzała tam Bradley’a. Stał niedaleko, z opuszczonymi ramionami, naprzeciw niego była Millie, oparta o niego, zarzuciła mu ręce na szyję.
Powoli podeszła do nich, a kiedy była na wyciągnięcie ramion, Robert patrząc na nią z uśmieszkiem powiedział ‘Mówiła mi właśnie, że jest zadowolona z mojej decyzji, panienko, ale proszę niech pani za mnie zaświadczy, że nie okazuję jej żadnego pocieszenia’.
Agnes spuściła głowę i zagryzła mocno wargę, powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem. Ale kiedy wyciągnęła ręce by zabrać Millie, jej oczy jaśniały zduszonym śmiechem, który był odbiciem jego spojrzenia, przez chwilę nie spuszczali z siebie wzroku. W jednej chwili opadły bariery, które przyczyniały się do wszelkich nieporozumień między nimi. Odsłoniło to jeszcze bardziej niezmierzoną, dzielącą ich przepaść, oboje zdawali sobie z tego sprawę.
Koniec Części 3
No, tym sposobem niedługo przejdziemy do ostatniej, czwartej części Jeszcze jakieś dwieści stron do końca
Anonymous - Śro 20 Gru, 2006 21:31
Jejku
Gitka - Śro 20 Gru, 2006 22:14
| Cytat: | | O, to ja dzisiaj już kilka razy go oglądałam Podobają mi się szczególnie dwie sceny, kiedy Bradley podchodzi do Agnes, klęczącej przy drzewie i podnosi ją i kiedy ujmuje jej dłoń, gładzi ją by za chwilę położyć ją na swoim sercu. |
Oooo tak Moniko!
I te ich spojrzenia i półuśmiechy...
Nie ma to jak na koniec piękny dłuuugi pocałunek w filmie
Jak czytam Twoje tłumaczenie, to wreszcie mam przed oczami sceny z filmu.
Ale Nam prezencki na Święta serwujesz
| Cytat: | | No, tym sposobem niedługo przejdziemy do ostatniej, czwartej części Jeszcze jakieś dwieści stron do końca |
Wcale zadowolona nie jestem
Balbina - Czw 21 Gru, 2006 09:08
Dzięki Moniczko
Monika - Pią 22 Gru, 2006 22:10
Rozdział bardzo, że tak powiem na czasie :grin:
CZĘŚĆ 4
DZIEDZICTWO
Rozdział 1
Była środa, dwudziestego czwartego grudnia 1913 roku. Spędził całe popołudnie chodząc po sklepach w Newcastle. Kupił prezenty dla wszystkich, nic wielkiego, lecz były nowe, oprócz jednej rzeczy, która dla niego była wspaniałym znaleziskiem. Było to pierwsze wydanie „Wiejskich Podróży” Cobbett’a. Książka nawet nie nosiła dużych śladów używania, zapłacił za nią pół korony. Czytał ją dawno temu, w Instytucie w Jarrow. Nie była jednak jego własnością. Zastanawiał się teraz czy nie byłoby to podobne do zwózki węgla w Newcastle . I inna sprawa, czy przekraczał jakąś linię przez to, że kupił jej prezent? Zresztą, zobaczy jak sprawy się potoczą. Ich stosunki były ostatnio całkiem poprawne; zupełnie jakby od tamtego poranka w hallu, kiedy oboje zaczęli się śmiać z panienki Millie, nastał między nimi rozejm.
Przez ostatnie tygodnie zdawała się być szczęśliwsza niż kiedykolwiek, takiej jej jeszcze nie widział. Czuło się w niej więcej wolności i mniej napięcia. Przynajmniej taka była do czasu, kiedy kilka dni temu do domu wrócił najmłodszy z braci. Wiedział, że nigdy nie będzie mógł się z nim porozumieć. Jeśli po ukończeniu uniwersytetu miałby zamiar zostać w domu, a nie pójść w ślady swych braci, czy znaleźć inne zatrudnienie, które pozwoliłoby mu być z dala, wątpił czy ktokolwiek zmusi go do pozostania.
Wykrzywiał pogardliwie wargi na samo wtrącenie o panience Millie, tak mówiła Ruthie. Zakazał jej jeść posiłki w jadalni podczas swojej obecności w domu, mówiąc, że powinna być obsługiwana na górze.
To dziwne, ale w ciągu tych tygodni Millie rozmawiała i zachowywała się tak normalnie, że ciężko byłoby zrozumieć, że coś z jej umysłem jest nie tak. A jednak odkąd wrócił jej brat powróciła również jej skłonność, dzikość w słowach, zupełnie jak niegdyś. Mówiła ‘Nie obchodzi mnie to, że Stanley może zamknąć mnie w pokoju, bo wiem jak się wydostać. Mogę latać. Potrafię, Bradley, potrafię latać. Z pomocą wistarii* mogę pofrunąć’.
Później, kiedy okrążał zachodnią stronę domu przyglądał się wistarii. Gałęzie rozrastały się po ścianie ku górze, aż do samego dachu, niektóre były grubsze od jego ramienia. No tak, oczywiście, że mogła pofrunąć z pomocą wistarii, mogła po niej zejść. Właściwie w jej rozumowaniu nie było nic głupiego. Ani wtedy, kiedy powiedziała ‘Jeśli Stanley będzie chciał ze mną pospacerować tak jak Ojciec, nie pójdę z nim’.
Ta uwaga zaniepokoiła go, zastanawiał się czy przypadkiem nie pamięta wszystkiego, co się wtedy stało i czy będzie na tyle rozgarnięta by zachować milczenie. Uważał, że nikt tak naprawdę nie docenia panienki Millie, nie była tak bardzo niezrównoważona jak wszyscy myśleli.
Znalazł furmankę, która podwiozła go ze stacji aż do „Byka”. Knajpa zapełniona była po brzegi. Ledwie, co mógł dostrzec w powiewach dymu, Bill i Mary Taggart zajęci byli obsługiwaniem klientów. Stanął swoim zwyczajem przy końcu baru, z tego miejsca mógł być zauważony przez dwójkę przyjaciół, mogli się na chwilę zatrzymać i zamienić z nim słowo. Tym razem to Mary do niego podeszła. Otarła pot ze swej pulchnej szyi, szeroko uśmiechając się do niego zagadnęła ‘Dobrze, że śnieg nie zalega, bo wielu z tych tutaj pogubiłoby nogi przez noc’.
‘No cóż, jest Wigilia’.
‘A tak, Wigilia. Co się tam u was dzieje?’
‘Z tego co zdążyłem usłyszeć ma być jutro wielka wyżerka, ale zwyczajem wszystkich zwariowani mieszkańców północy, najlepsze chcą zachować na Nowy Rok. Nawiasem mówiąc’ – pochylił się w jej kierunku – ‘czy słyszałaś coś o Carrie, czy skończyły się jej problemy?’
‘Nie’. Musiała podnieść głos, przekrzykując innych, powtórzyła, ‘Nie; z tego co słyszałam nadal nie jest dobrze. Bill Parkin, znasz go, mieszka niedaleko twego wuja, mówił zaledwie wczoraj "Boże pomóż temu dziecku, kiedy już przyjdzie na świat. Będzie mu ciężko, to pewne". Jego zdaniem twój wuj przesadził: dwa razy do Kościoła na niedzielną mszę, wlecze ze sobą tą biedną dziewczynę, nie spuszcza z niej oka. Biedactwo, ledwie ciągnie jedną nogę za drugą, tak mówi. A po niedzieli, kiedy spadł pierwszy śnieg widział ich przez okno, jak szli piechotą, wuj nie chciał ryzykować kondycji konia ani wozu. Powiedział, że był bliski wyjścia i wygarnięcia mu „Ty stary głupcze, chcesz ją zabić? Zabić ich oboje?” Poza tym, ostatniej Niedzieli powiedział, że twój wuj samotnie odbył podróż, pomyślał wtedy, że rozwiązanie musi być bliskie’. Na chwilę zamyśliła się, w końcu dokończyła ‘Ach, nie zapomnij szczeniaka’.
‘Nie ma obawy. Po to przecież przyszedłem, nie po piwo tylko po psa’. Roześmieli się, a potem Robert osuszył swoją szklankę. Pół godziny później, kiedy opuścił gospodę, z torbą pełną prezentów w jednej ręce, ze szczeniakiem w koszu w drugiej, spojrzał w niebo, rozjaśnione gwiazdami, jego myśli podążyły ku Carrie. Pomyślał, Biedna dziewczyna, nie będzie to dla niej dużym pocieszeniem, jeśli jej dziecko, tak jak Chrystus, urodzi się w Boże Narodzenie. Chyba, że stary weźmie to za znak, że Bóg jej wybaczył. Biedactwo, biedactwo.
...
* drzewiaste pnącze z rodziny bobowatych
Anonymous - Pią 22 Gru, 2006 22:54
w sumie Carrie mi żal. Ot małolata dała się zbałamucić. Wkurzyła mnie ciotka, któ¶a z premedytacją zadecydowała że to Bradley ma sie poświęcić dla jej córki, nawet nie pytając go o zdanie - jakby to było oczywiste LD
P.S. Dzieki za Jacka na dole. Dzieki temu mam go przed oczami jako Bradleya
Gitka - Sob 23 Gru, 2006 11:57
| Cytat: | | P.S. Dzieki za Jacka na dole. Dzieki temu mam go przed oczami jako Bradleya |
Ja też dziękuję Moniczko za Jacka i kolejny fragmencik encik
Monika - Pon 25 Gru, 2006 22:08
Rozdział 2
Dla Johna Thornton’a był to znak, nie przebaczenia boskiego dla jego córki, lecz tego, że zsyła On większe poniżenie na jego barki, bo z pewnością stanie się pośmiewiskiem, jeśli jego córka wyda na świat bękarta w Boże Narodzenie. Ci, którzy kpili z jego wysokiej moralności będą się śmiać do rozpuku: zaczną nawet mówić, tak jak miała czelność powiedzieć ta pogańska akuszerka, że jeśli dziecko urodzi się jutro, będzie w doborowym towarzystwie, bo kimże był Chrystus, jeśli nie zwykłym bękartem, nie było na tym świecie aż tylu głupców, wierzących w niepokalane poczęcie Maryi.
Podsłuchał jak mówi o tym w kuchni, do Alice, wpadł tam jak burza, zaczął wygrażać jej podniesioną ręką ‘Wynoś się stąd, kobieto! Wynoś się z mojego domu’. Tylko po to by stanąć w obliczu swojej żony, żony, która zmieniła się tak bardzo przez ostatnie miesiące, że czasem zastanawiał się czy przypadkiem i ją nie opętał sam diabeł, bo przeciwstawiała mu się niemal we wszystkim, ignorowała go i prowokowała. Jednakże w jednej sprawie nie udało jej się, a mianowicie w tym, że nie mogła zapobiec doprowadzaniu ich córki w każdą niedzielę na mszę. Kiedy jej protest przybrał fizyczną formę i ośmieliła się podnieść na niego rękę, odepchnął ją od siebie tak mocno, że znalazła się na podłodze, Carrie zdecydowała stanąć między nimi. Mądrze, powiedziała, że będzie mu towarzyszyć i zniesie pogardę parafii, jeśli tak być musi.
Jednej rzeczy nie mógł pojąć, dlaczego pastor, któremu asystował i dla którego poświęcił wiele lat pracy obrócił się przeciwko niemu, mówiąc, że jego zachowanie nie jest miłe dla Wszechmogącego i że zostanie potępiony za swą nieprzychylną postawę.
Ale on wiedział, że Pan oczekiwał tego od niego. W swym sercu czuł się bliski Wszechmocnemu, który powiedział, że musi być kara za grzech i nieczyste życie. A jego córka była nieczysta.
Musiał dzielić życie z rozpustnicą, sprośną, rozwiązłą cudzołożnicą. Była tym wszystkim; nie była lepsza od kobiet na kiermaszach. Była w tym wszystkim jedna zbawienna łaska: miała przed sobą całe życie, całe życie na odpokutowanie i on już dopilnuje by jej dziecko, ten czarci pomiot, bez względu czy to będzie chłopiec czy dziewczynka, wychowane zostanie w bojaźni przed Bogiem. O tak, w wielkiej bojaźni.
Usiadł w fotelu przed kominkiem obserwując jak jego żona napełnia wodą z czajnika kocioł do gotowania bielizny. Od przeszło godziny krzątała się nerwowo na górze, co znaczyło, że czas był bliski. Spojrzał na zegar, który wskazywał za piętnaście dwunastą.
Kiedy kuchenne drzwi zamknęły się za jego żoną złączył ręce i spoglądając w górę, w kierunku niskich belek dachu wymamrotał ‘Panie Boże, niech to się stanie nim minie godzina. Nie zsyłaj na mnie tak wielkiego poniżenia. Wystarczy, że grzech ten zjawi się wśród nas, nie splugaw nim dnia narodzin Twego Syna. Panie, wysłuchaj mnie’.
Mijały minuty a kiedy stary zegar wybił godzinę dwunastą, skłonił mocno głowę na piersi, całe jego ciało wtopiło się głębiej w skórzany fotel.
Po jakimś czasie wyprostował się, wysunął do przodu podbródek, siedział nasłuchując, czekając na pierwszy krzyk dziecka. Siedział w tej samej pozycji tak długo, że zaczęła boleć go szyja. Z góry nie dobiegał żaden dźwięk. Nikt nie schodził po wodę. Wzrok utkwił na wskazówkach zegara pokazujących dwadzieścia pięć minut po dwunastej.
Za dziesięć pierwsza wstał i stał tak odwrócony plecami do ognia, jego oczy wpatrywały się w drzwi, o pierwszej pięć drzwi otworzyły się, ukazała się w nich Bella Pope, bez ogródek powiedziała ‘Sprowadź lepiej doktora’.
‘Co masz na myśli kobieto?’ – odburknął.
‘To co powiedziałam, jest z nią źle. Zrobiłam, co w mojej mocy. Nie mogę powstrzymać krwawienia. Chłopak nie żyje, co powinno cię ucieszyć’.
‘Kobieto! Pewnego dnia…’. Przerwał. ‘Coś ty powiedziała o…?’
‘Słyszałeś co powiedziałam, dziecko urodziło się martwe i wygląda na to że matka niedługo do niego dołączy. To chyba też powinno cię uradować’.
Niemalże popchnął ją, kiedy ruszył do drzwi. W kilka sekund był już w sypialni, lecz w drzwiach nagle zawahał się. Pokój wyglądał jak po jakiejś rzezi, duchota i gorąco buchnęło w niego, tak jak cuchnący zapach krwi. Całą uwagę skupił na łóżku, na którym leżała jego córka, jej ramiona rozrzucone były wśród skotłowanej pościeli.
Świadomym gestem przysunął się bliżej łóżka, podczas gdy jego żona próbowała powstrzymać krwotok wypływający z łona jego córki. Zbliżył się do niej, stał i wpatrywał się w istotę, która jeszcze niedawno była jego umiłowanym dzieckiem. Jej twarz mokra była od potu. Policzki nie były trupio białe, jak można by się spodziewać, lecz różane jak kwiat. Oczy i buzia były szeroko otwarte, oddychała płytko, jej pierś ciężko podnosiła się i opadała z każdym głębokim oddechem.
W jej oczach, co zauważył natychmiast, czaił się strach, ale nie tylko to, było w nich coś jeszcze, uczucie, które skrywała przez ostatnie miesiące, lecz teraz obnażyła swoją nienawiść, czystą nienawiść. I jeśli miałby jeszcze jakieś wątpliwości, rozwiały je jej słowa. Jej głos zabrzmiał słabo i apatycznie, kiedy powiedziała ‘Nie żyje. Jesteś szczęśliwy? Nie żyje a wkrótce i ja do niego dołączę. Wiem, że idę… Chcę tego. Wolę… wolę być martwa niż żyć z tobą. I… i cieszę się, że dziecko umarło przede mną. Nie masz już nikogo… nikogo, kogo mógłbyś dręczyć. I… i chcę ci coś powiedzieć, coś co…’. Zamknęła oczy i mocno chwyciła poręczy łóżka, zakrztusiła się, matka wyszeptała ‘No już, już. Już moja kochana, zaraz przyjdzie doktor’.
Po kilku sekundach otworzyła oczy, jej głos był zduszony i spokojniejszy, kiedy ciągnęła dalej ‘Byłeś… byłeś bardzo przywiązany do Roberta, zaślepiony w nim, lecz nie na tyle by przebaczyć mu, że sprowadził na mnie grzech, jak sobie wyobrażałeś. Więc… więc pozwól, że coś ci teraz powiem, ojcze. To nie Robert dał mi dziecko, lecz Stephen Crain. Pamiętasz go? Był robotnikiem na farmie u Dodsworth’ów, często przynosił nam zlecenia. Nabraliśmy cię, bo jesteś tyranem, nędznym, smutnym tyranem’.
‘Ciiii! Kochana. Leż spokojnie’. Alice przykryła prześcieradłem nogi córki. Później, nie patrząc na męża powiedziała ‘Nie stój tak, idź po doktora’.
Jeszcze przez jakiś czas nie ruszał się z miejsca, gapił się na córkę, której już nie poznawał, ta dziewczyna, która przemieniła się w kobietę mówiła mu rzeczy, których nikt by nie śmiał wypowiedzieć, nie tylko jego żona, zamierzał się odwrócić, kiedy usłyszał jej głos ‘Ojcze’.
Znów na nią spojrzał, ona wpatrywała się w niego przez niemal minutę, nim rzekła ‘Wszyscy cię nienawidzą. Wiesz o tym? Lecz moja nienawiść jest z nich największa. Pamiętaj o tym, ponieważ już więcej mnie nie zobaczysz. Wiem, dokąd idę’.
‘Dziecko, dziecko’. Alice przytulając mocno do siebie córkę, twarz odwróciła w kierunku męża, wymamrotała ‘Idź, sprowadź go. Szybko! Idźże’. Wyszedł z pokoju, zataczając się jakby był pijany.
Carrie żyła jeszcze, kiedy przyszedł lekarz, lecz doktor Miller wiedział, że nie ma nadziei, jak tylko ją ujrzał, został z nią jednak do końca, który nastąpił o piątej rano w Boże Narodzenie. Odeszła w spokoju, pogodzona ze sobą, lecz zanim umarła zdążyła powiedzieć matce ‘Nie pozwól bym tutaj spoczęła. Nienawidzę tutejszego cmentarza i kościoła. Pastor Croft zrozumie. Chcę by moje dziecko było przy mnie’. Alice odpowiedziała ‘Dobrze, kochanie, tak będzie’.
Z pomocą Belli Pope, Alice Bradley ułożyła swoją córkę i dziecko przy jej boku. Twarz Carrie była teraz biała i wygładzona, przypominała niewinne dziecko, śpiące w spokoju, w jej ramionach leżał chłopiec tak bardzo do niej podobny. Jego twarz nie była już pomarszczona, wyglądała jak chińska lalka.
Pokój opustoszał, Alice zeszła na dół w poszukiwaniu męża. Jakże zniesie teraz jego bliskość? Tego nie wiedziała.
Kiedy odkryła że nie było go w domu, wyszła na podwórze, do warsztatu. Nie weszła, jedynie spojrzała przez okno i w chłodnym porannym świetle, ujrzała go siedzącego na ławce. Ręce położył przed sobą na drewnie, zwisały bezwładnie, prawie dotykając podłogi. Głowę ułożył na piersiach, miał zgięte plecy, przepełniony przygnębieniem i melancholią. Nie otworzyła drzwi, nie podeszła do niego, nie pocieszyła go, mając przed oczami cierpienie, jakie zadawał ich córce.
Zdziwiła się jednak po pewnym czasie, kiedy nadal nie wracał, przygotować się do służby. Pierwszy raz, odkąd go znała, zdarzyło mu się nie służyć do mszy w Boże Narodzenie…
Zgromadzenie w kościele także świadome było jego nieobecności, tak samo jak wiedzieli o śmierci Carrie i jej dziecka. I wszyscy ci, którzy mówili, że była to sprawiedliwość boska, zostali skłonieni do ponownego rozrachunku swoich sumień, kiedy wielebny Croft zakończył swe kazanie słowami ‘Młoda dziewczyna i jej nowonarodzone dziecko umarli dzisiejszego poranka. Na oczach wszystkich niosła swe brzemię godnie, w harcie ducha, pomimo swego grzechu, który odcisnął na niej ogromne piętno. Któż z nas ma prawo potępiać, oprócz jednego, naszego Pana, który powiedział „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” '.
Anonymous - Pon 25 Gru, 2006 23:55
smutny fragment. Przyzwyczajeni jesteśmy do Bożonarodzeniowej radości i zapominamy, że niektórzy przeżywają swoje dramty ...
Gitka - Wto 26 Gru, 2006 12:02
Dziękuję Moniko za kolejny fragment
Mag - Śro 27 Gru, 2006 12:55
Dzięki Moniko
Tak smutny i przejmujący ten kawałek......a przecież oszczedny dobór słów....
Gitka - Śro 27 Gru, 2006 16:03
Moniko, dzisiaj na TVP3 Regionalna: Środa 02:00
Bertie i Elizabeth
w roli głównej Juliet Aubrey, bardzo dobrze tam zagrała.
http://www.telemagazyn.pl/program/3418400809.html
http://www.imdb.com/title/tt0310733/
Monika - Czw 28 Gru, 2006 13:15
No i klops, padłam o 1:00 Może jeszcze powtórzą? :cry:
Rozdział 3
Nowiny o śmierci Carrie i jej dziecka zasmuciły Roberta, ogarnęło go olbrzymie poczucie winy. Czy stałoby się to, pytał sam siebie, gdyby zgodził się ją poślubić? Musiała przyjąć na swe barki tyle zmartwień, i to wszystko wpłynęło na poród. Chociaż cóż to byłoby za życie dla nich wszystkich, w tamtym domu? Mało prawdopodobne, że wuj przebaczyłby im i normalnie traktował. O nie, sama jego obecność dawałaby okazję do okazywania zemsty i zapłaty za grzech.
Rozważał w duchu, czy powinien pójść na pogrzeb; rozumiał, że nie będzie pochowana na cmentarzu w Lamesley. Zamówił w kwiaciarni wieniec, nie podpisał się jednak na nim…
Był tylko raz w „Byku” od tamtej wizyty w Wigilię, spotkał tam ostatnim razem Tim’a Yarrow, który powiedział, że stary przyjął to bardzo źle i że większość czasu spędza na dole, w warsztacie, pracując czasem po dziesięć godzin bez przerwy. Tim mówił dalej, że wuj przemienił życie dziewczyny w piekło, teraz było go trochę żal. Przyznał też, że chyba dobrze się stało, bo teraz już dziewczynę i jej dziecka żadna troska nie dotknie.
Robert pomyślał, że chciałby porozmawiać z ciotką; może napisać do niej list. Ale jest też ryzyko, że taki list dostałby się w ręce wuja.
Zaczynał nienawidzić sam siebie, potępiał za to, co zrobił, a raczej, czego nie zrobił. Czyż dziewczyna nie prosiła go o pomoc? Dlaczego nie został przy niej? Nie musiałaby znosić tego, co zgotował jej los gdyby ją poślubił. Wiedział, że plotki wciąż krążyły: nawet tutaj w kuchni był często przedmiotem dyskusji.
Zresztą, już po wszystkim. Nie jest dobrze myśleć o przeszłości, dziś była wigilia Nowego Roku i zapowiada się miła zabawa. Właściwie cały ten tydzień był przyjemny. Naprawdę, nigdy nie było lepiej. Prezenty, które podarował na święta zostały przyjęte z wdzięcznością, z pewnym zaskoczeniem z jednej strony a nawet wątpliwością z drugiej. To ostatnie pojawiło się w głosie Dave’a, kiedy przyglądał się drewnianej wiśniowej fajce: ‘Jakim cudem było cię stać na taką rzecz, obok prezentów które kupiłeś dla innych?’ zapytał. Na to Robert żartobliwie odpowiedział ‘Obrabowałem bank. Ale zanim to zrobiłem sprzedałem miniaturową skrzynię, którą zamówił u mnie pewien człowiek w „Byku”. Zabrało mi to wiele tygodni pracy, lecz zarobiłem dwadzieścia pięć szylingów. Czy ta odpowiedź cię zadowala?’. Zdumienie okazała Agnes, wyczuł, że było zaprawione odrobiną skrępowania. Kiedy wręczył jej książkę, uprzejmie odpowiedziała, że jeszcze jej nie czytała, słyszała o niej oczywiście i jakże śliczne to było wydanie, oprawione w delikatną skórę.
Świąteczny podarunek od niej był taki sam, jaki dostali Greg i Arthur Bloom, a były to dwie chusteczki do nosa, biała i czerwona oraz para skarpet. Porządny, bezosobowy prezent.
W Boże Narodzenie ona i panienka Millie spożywały świąteczny obiad samotnie. Podczas gdy siedział przy zatłoczonym stole w kuchni, jego myśli mknęły przez zielone, rypsowe drzwi aż do jadalni, zastanawiał się, dlaczego jej brat nie mógł przyjechać do domu i spędzić z nią Świąt? Byli egoistycznymi świniami, wszyscy trzej. Później jednak zdał sobie sprawę, że podczas obecności panicza Stanley’a służba nie otrzymałaby zaproszenia do salonu, by posłuchać gry Agnes i wspólnie odśpiewać kolędy. To był miły wieczór, jakże inny od wszystkich, jakie spędził w całym swoim życiu, bo przez kilka godzin nie było między nimi różnic i podziałów.
Stał przy niej i odwracał nuty, często w złym momencie, będąc całkowicie urzeczonym zręcznością jej palców, grała pięknie. Mógłby siedzieć i słuchać jej całą noc. Lecz o dziewiątej, na znak pana Waters’a wszyscy wrócili do kuchni, na późny posiłek i własne przyśpiewki, które po występie w salonie zaczęły go nieco drażnić. Później, leżąc już w łóżku, kiedy dzień zbliżał się ku końcowi próbował przemówić sobie do rozsądku ‘Dajże spokój, człowieku. Przecież znasz swoje miejsce. Przestań o tym myśleć, a przynajmniej o muzycznych gustach. Pamiętaj, że zawsze znajdowałeś przyjemność w barakowych balladach, a nie w takich subtelnych stylach jak dziś’.
...
Gitka - Czw 28 Gru, 2006 15:41
| Cytat: | | No i klops, padłam o 1:00 Może jeszcze powtórzą? |
Nie dziwię się wcale, a powtórka będzie na pewno
Ładny fragment, dziękuję bardzo.
Ale ta Agnes to mogła sie trochę bardziej wysilić z tym prezentem, mogła mu dać trzy, a nie 2 chusteczki (tak dla niepoznaki)
Mag - Czw 28 Gru, 2006 16:02
Moniczko, dzięki za Twoją pracę
|
|
|