To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik - czyli D&U oczyma Darcy'ego

Matylda - Pią 22 Gru, 2006 19:45

Fajniuski ten kawałek - dzięki
Oj jak ja lubię gdy sie chłopy męczą :rotfl:
Czy ja nie jestem babską szowinistką??? :? ??:

Maryann - Pią 22 Gru, 2006 20:29

Ja bym chyba powiedziała, że babską sadystką - lubi jak się chłopy męczą... No, nie... :wink:
Kaziuta - Pią 22 Gru, 2006 21:19

No to ja dołączam się do Matyldy. Lubie jak sie meczą. Dobrze im tak. :wink:
I tak przez całe życie mają lepiej, więc jak sie trochę nacierpią z miłości to im nic nie zaszkodzi. Zresztą w konsekwencji często dostają co chcą. :wink:

Alison - Pią 22 Gru, 2006 21:24

I ja się zgadzam, miłość bez miłosnych męczarni nie ma dla nich żadnej wartości. Więc niech sie męczą jak najdłużej i cenią potem, to co w takich cierpieniach młodego Wertera zdobywałi :lol:
Monika - Pią 22 Gru, 2006 21:26

Odrobina owych miłosnych męczarni, to czasem dobra przyprawa miłości :wink:
Miło tak czasem popatrzeć na takie męskie męki :mrgreen: Szowinizm jak nic

Anne Mary - Pią 22 Gru, 2006 21:43

Odrobina zdrowego babskiego szowinizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, moje panie. Przynajmniej niezbyt mocno... :D Ale ciasteczka pyszne, zwłaszcza jak dostaje się trzy naraz :P Dziękuję, Matulu :kwiatek:
Caroline - Sob 23 Gru, 2006 01:26

Eeee, o tej dzikiej porze miało tu nikogo nie być. Ciacho jest na śniadanko poranno-sobotnie ;)

Rozdział 9 "Jego największy wróg" Cz. I

Mimo niewyspania Darcy obudził się następnego dnia jak zwykle o szóstej. Nie poruszył się słysząc zegar, tylko leżał zaplątany wciąż w sny minionej niespokojnej nocy i obserwował pierwsze słabe promienie słońca wyzierające spomiędzy nagich gałęzi drzew. Pierwszym jego pragnieniem było pogrążyć się znów we śnie, gdy jednak tego spróbował poczuł dziwny ucisk w piersi. Wspomnienia poprzedniego wieczoru wybiły się naprzód przepędzając błąkającą się jeszcze melancholijną błogość i przekonały go, by nie zwlekać dłużej z wstaniem. Lepiej rozproszyć myśli siłą forsownego galopu póki poranne mgły nie wyparują.
Pewien, że powinien unikać jej tego dnia, nakazał to sobie, gdy odrzucał narzutę, zdejmował nocną koszulę i dzwonił po Fletchera.
Parujący miedziany czajnik niesiony przez dziewczynę kuchenną zwiastował przybycie lokaja. Darcy usiadł i przymknął oczy, gdy Fletcher przygotowywał swoje narzędzia i szerokimi pociągnięciami zaczął ostrzyć brzytwę. Rytmiczne ocieranie i zgrzyty niemal uśpiły na nowo Darcy’ego, drgnął nagle, gdy poczuł pierwsze dotknięcie brzytwy, co spowodowało, że Fletcher go zaciął.
- Panie Darcy, gdyby był pan łaskaw się nie ruszać. Będę musiał nałożyć plaster, a obaj wiemy, jak pan tego nie lubi.
Darcy zamruczał i wykrzywił się, gdy plaster został nałożony.
- Gotowe, proszę pana. Wszystko powinno być dobrze, zanim stawi się pan przed paniami.
- Tego ranka zobaczy mnie tylko Nelson i wątpię, żeby był zaszokowany – odparował, na co Fletcher tylko zaśmiał się cicho. Pukanie do drzwi powstrzymało Fletchera przed dalszym udzielaniem pomocy. Podszedł do drzwi i otworzył je wpuszczając kolejną osobę ze służby z nakrytą tacą.
- Pozwoliłem sobie zamówić dla pana tacę, panie Darcy. Małe co nieco przed przejażdżką, sir.
Darcy skinął aprobująco, tacę postawiono na stole i dostawiono krzesło. Fletcher odprawił chłopca z całą władczością przysługującą jego znaczącej pozycji i szybko skończył golić swego pana zostawiając go z gorącymi ręcznikami wieńczącymi poranne ablucje.
Darcy pospiesznie skończył i pojawił się w garderobie, gdzie Fletcher starannie przygotował go do porannej jazdy. Darcy ubierał się mechanicznie, umysł miał osobliwie zaprzątnięty, nie był w stanie skupić się na niczym szczególnym. Mamrocząc podziękowania wrócił do sypialni i podniósł pokrywę z tacy. Silny aromat kawy i doskonale przyrządzona porcja wołowiny wyrwały go z otępienia, po kilku kęsach poczuł się znów sobą. Zegar w pokoju wybił siódmą, Darcy wstał, wziął rękawiczki, kapelusz i szpicrutę i cicho wyszedł na spotkanie poranka.
Ustawiony przed schodami Nelson potrząsał głową postępując naprzód i do tyłu i ogólnie onieśmielając koniuszych z Netherfield. Uszy postawił czujnie prosto, gdy usłyszał otwieranie drzwi i potrząsnął wielką głową. Na widok swojego pana, zrobił wielkie przedstawienie stawiając kopyta niebezpiecznie blisko nóg koniuszego, parskając z niechęcią i wypuszczając kłęby pary w chłodne poranne powietrze.
- Dzień dobry, panu – wykrztusił koniuszy nie próbując ukryć ulgi – jest dziś bardzo ożywiony, sir.
- Tak właśnie mi się zdaje. Znowu sprawiał kłopoty? – Darcy zmarszczył brwi spoglądając na Nelsona, ale zwierzę całkowicie zlekceważyło reprymendę, podrzuciło głowę i wypuściło kolejny kłąb pary w powietrze. – Wyglądasz dziś jak wściekły smok, staruszku.
Wziął wodze i odrzucając pomoc znękanego stajennego wskoczył na siodło. Nelson skorzystał z chwili swobody, gdy Darcy przymierzał się do strzemion, by wykonać gwałtowny taniec przypominający jego towarzyszowi, że w świecie koni jest równie poważany jak Darcy w swoim.
- O, ho ho, więc to tak! Tak spuchłeś z dumy, że gardzisz zwyczajami dżentelmena. – Darcy zebrał wodze i ściągnął je, by pewnie złapać kontakt z wędzidłem i skinął koniuszemu, by puścił łeb Nelsona.
Podniecenie konia, gdy pozwolił mu rzucić się w nierówny kłus, było oczywiste upewniając Darcy’ego w przekonaniu, że jazda tego ranka będzie próbą sił. O dziwo, ta perspektywa nie była mu niemiłą. Trudy takiego ćwiczenia z pewnością rozproszą, a może całkowicie przepędzą ucisk, który wciąż zalegał mu pod sercem.
- Najwyraźniej obaj potrzebowaliśmy przepędzić demony melancholii! – wyszeptał Darcy. Uszy Nelsona zatrzepotały, gdy usłyszał jego głos a prychnięcie upewniło Darcy’ego, że całkowicie się z nim zgadza.
:cool:

Trzykrotka - Sob 23 Gru, 2006 01:37

PIERWSZA!!!!!!! :mrgreen: :mrgreen:
Och, te demony melancholii! Pan Darcy ładnie je wypędza, ruchem i zmęczeniem. Fechtunek się kłania. Coraz bardziej podziwiam autorkę, kapitalnie czerpie z tego, co Jane Austen i Andrew Davies dali, a przetwarza materiał z dużą intuicją i wyczuciem.
Szkoda, że dziś głównie o koniu i porannej toalecie (ale bez słówka na s... :wink: )

Gunia - Sob 23 Gru, 2006 02:01

DRUGA!!! Cudowne, ale jak pomyślę o Darcym z plastrem na twarzy... :thud:
Trzykrotka - Sob 23 Gru, 2006 02:08

Guniu, przebóg! Czemu jeszcze nie śpisz?? czekałaś pewnie na ciasteczko :lol:

Fakt, pan Darcy niedospany, z plastrem na twarzy, pewnie porannie rozmemłany jakiś ludzki się wydaje. Szczęściarz - ma sztab do obsługi. A ja sobie śniadanie sama muszę robić.

Gunia - Sob 23 Gru, 2006 02:27

Trzykrotka napisał/a:
Guniu, przebóg! Czemu jeszcze nie śpisz?? czekałaś pewnie na ciasteczko :lol:

Fakt, pan Darcy niedospany, z plastrem na twarzy, pewnie porannie rozmemłany jakiś ludzki się wydaje. Szczęściarz - ma sztab do obsługi. A ja sobie śniadanie sama muszę robić.

To nie jest moja pora do spania. :)
Jak pomyślę o tym, ze Fitz co rano wstawał w długaśnej koszuli nocnej, z zarostem, a potem był golony przez służącego i kończył na przejażdżce konnej z plastrem na twarzy (a propos - czy oni mieli już wtedy plastry?), to życie traci dla mnie kolory. :cry2:

Trzykrotka - Sob 23 Gru, 2006 02:35

Tjaaaa, i jeszcze, za przeproszeniem Dam, drapie sie po klacie oraz ziewa. Że już o reszcie nie wspomnę. Ot, proza życia, nawet pan Darcy się z nią zmaga.
Mam nadzieję, ze Dione nie wykorzysta tego w swoim fanfiku :wink:
No, ale potem ta przejażdżka na buchającym ogniem potworze :thud: . Nawet plaster niestraszny.
Plastry chyba mieli - w Emmie powieściowej Harriet opatruje panu Eltonowy zraniony paluszek właśnie plastrem - resztkę zabiera i traktuje jak skarb, do kompletu z ogryzkiem panaeltonowego ołówka.
No dobrze, ja daję modzieży dobry przyklad i idę spać. :hello:

Anonymous - Sob 23 Gru, 2006 03:07

Trzecia !!!
w kwestii ciasteczka - czy meżczyźni przez ten czas się cokolwiek zmienili? Dzisiaj używają jedynie koni mechanicznych :D

Mag - Sob 23 Gru, 2006 10:00

Muszą sie wyżyć, ale uleganie nastrojom - -to takie ludzkie- podoba mi sie Darcy coraz bardziej- sama bym go wzięła jako " plaster na mą duszę" :mrgreen:
Alison - Sob 23 Gru, 2006 12:04

Jezus Dziewczyny, jak można nie spać o takiej porze, po sprzataniu i porządkach, wy jakieś ze stali dziewoje jesteście!!!!! :shock:
Karolaszku, "sęk ju wery macz", jak ja bym chciała takiego Fletchera, co by przyszedł rano, przyniósł tacę z ęsniadankiem, łóżko zaścielił, ale nic ode mnie nie chciał w zamian. Ot marzonko ściętego łebka :? ??:

Caroline - Nie 24 Gru, 2006 01:08

Pora dzika, ale co tam, mój komputer lubi długo pospać rano, więc ciacho poranne z nocnego wypieku. Jeszcze o konikach:

Rozdział 9 "Jego największy wróg" Cz. II

Darcy dał znak do cwału, gdy zaczęli zbliżać się do ogrodzenia opasującego szerokie pola na wschód od Netherfield. Zacisnął szczęki, gdy poczuł jak Nelson przyspiesza przed skokiem. W jednej chwili ogrodzenie wyłoniło się przed nimi migocząc w porannej mgle. Pomknęli naprzód, cały świat sprowadzał się do uderzeń kopyt, trzeszczenia skóry i przeszkody przed nimi. Nagle ogrodzenie zniknęło. Gdy przednie kopyta Nelsona uniosły się a grzbiet wygiął, w mgnieniu oka przeniósł Darcy’ego nad ogrodzeniem. Wylądował z szarpnięciem, które wycisnęło głęboki pomruk z jego wielkich płuc, ale tylne kończyny zbierały się już do długiego galopu przez pola. Instynktownie Darcy dał mu swobodę, człowiek i zwierzę rzucili wyzwanie wiatrowi przemykając przez pola jakby ścigały ich ogary z piekła rodem.
Koń i jeździec wrócili kilka godzin później całkowicie wyczerpani, ale też zupełnie pogodzeni. Darcy uwolnił grzbiet Nelsona od swego zmęczonego ciała i przerzucił wodze nad głową zwierzęcia, gdy koniuszy spieszyli by poprowadzić swego nieulękłego podopiecznego do stajni. Uspokojony porannym wysiłkiem Nelson pozwolił im podejść powstrzymując się od zwykłych pokazów swojego temperamentu przed podwładnymi, poprzestał na popchnięciu Darcy’ego i wyczekującym rżeniu. Śmiejąc się ze znużeniem, Darcy sięgnął do kieszeni bryczesów i wyciągnął kilka kostek cukru, potem zamachał nimi przed nosem niewolniczo wpatrującego się w nie Nelsona. Zbyt zmęczony by długo znosić takie wybryki, Nelson natarł na Darcy’ego domagając się swojego prezentu. Westchnąwszy pod siłą uderzenia Darcy rozchylił rękę, a Nelson starannie wylizał cukier. Darcy pogładził się po piersi gdy jego koń chrupał cukier, a potem z ostatnim solidnym klepnięciem przekazał wodze czekającym koniuszym. Zanim się jednak ruszył, Nelson delikatnie otarł się o jego klatkę piersiową i twarz i jakby przepraszając dmuchnął mu do ucha.
- Przeprosiny przyjęte, ty bezwzględna bestio! A teraz znikaj i zachowuj się grzecznie wobec tych ludzi!
Z całkowicie udawaną pokorą Nelson podążył za swymi młodymi opiekunami do stajni a Darcy zwrócił się w stronę domu. Był już bardzo spóźniony na śniadanie i, jak zauważył z pełnym satysfakcji grymasem, bardzo brudny. Nie zdoła pojawić się przy stole przez następną godzinę, dawno minie rozsądny czas w jakim mogliby na niego czekać. Zauważywszy Stevensona w hallu, zlecił mu doręczenie przeprosin gospodarzom, a potem skierował się na schody z myślą o kojącej wannie pełnej ciepłej wody, którą już niedługo przygotuje mu Fletcher. Był w połowie schodów, kiedy na dole otworzyły się drzwi przyciągając jego uwagę.

:smile:

Alison - Nie 24 Gru, 2006 12:33

Ach mężczyzna, co tak kocha zwierzę i ma z nim takie porozumienie i więź emocjonalną - wart jest grzechu, co tu duzo gadać. Wracam do pierożków ;-)
Karolciu, ale Ty biedulek jesteś z tymi nocnymi wyklejankami :wink:

Gunia - Nie 24 Gru, 2006 14:25

Świetne! Ciekawe co w tych drzwiach zobaczył... a właściwie "kogo" zobaczył! ;)
Anonymous - Nie 24 Gru, 2006 15:00

Mag motylków może nie było, ale za to muszek - ile bądź :D
Matylda - Nie 24 Gru, 2006 23:47

Goście poszli to ja tu mogę w końcu zajrzeć dziewczyny
Zastanawiałam sie nawet czy nie wygnałam ich wzrokiem :? ??:
Carolino czyżbyś pracowała na nocną zmianę???
Dzięki
Jest to najsmaczniejszy wypiek jaki kosztowałam dzisiejszego dnia :wink:
No właśnie kto ukaże się w tych drzwiach??

Caroline - Pon 25 Gru, 2006 01:50

Matylda napisał/a:
Carolino czyżbyś pracowała na nocną zmianę???

No tak jakoś mi się zegar biol. poprzestawiał :D Ale juz zaczynam odczuwac tego skutki, głupawki, mętne spojrzenie, klkusekundowe zwarcia w mózgu objawiające się nieinteligentnym wyrazem twarzy. Pora zacząć chadzać spać jak modelka ;) Przynajmniej to będę mieć z nimi wspólnego :D

No ja tu gadu, gadu, a Darcy... hmm... hmm, dzisiejsze ciasteczko dla pań z wyobraźnią :)

Rozdział 9 "Jego największy wróg" Cz. III

Był w połowie schodów, kiedy na dole otworzyły się drzwi przyciągając jego uwagę.
- …bardzo miły, panie Bingley, ale tak właśnie musi być. Do tego czasu będzie się czuła już dobrze, a wystarczająco długo nadużywałyśmy pana gościnności – doleciał go czysty głos Elizabeth.
- „Nadużywały”, panno Elizabeth! Chyba pani w ten sposób nie myśli, bo my tak nie uważamy. W życiu nie naraziłbym zdrowia panny Bennet, z pewnością nie z powodu błędnego przekonania, że nadużywają panie gościnności. W końcu jesteśmy sąsiadami a musimy... dbać o swoich sąsiadów jak o siebie samych.
Darcy usłyszał rozkoszny śmiech Elizabeth, kiedy odpowiadała:
- Nie zacytował pan Pisma dokładnie, panie Bingley, ale pana pilność względem niedzielnego kazania jest bez zarzutu. Tak staranna troska każe czekać niecierpliwie, jaki będzie efekt jutrzejszego kazania.
Darcy przycisnął rękę do ust tłumiąc śmiech, którym niemal wybuchnął i mógł się zdradzić ze swoją obecnością. Gdy niebezpieczeństwo minęło, opuścił rękę ale nieświadomie zaczął gładzić się po piersi – ucisk w niej znów się pojawił.
- Zdecydowały więc panie wyjechać jutro? – Darcy rozpoznał przymilny ton w Bingleya głosie, znak, że jego siła przekonywania sięgnęła kresu.
- Nieładnie panie Bingley. Chciał pan, bym poczuła się jak niewdzięcznica, ale musi pan wiedzieć, że jestem odporna na takie sztuczki. Zapomina pan, że mam trzy młodsze siostry, które nieustannie przybierają podobny ton. Mam duże doświadczenie w opieraniu się pochlebstwom.
Smutny śmiech Bingleya rozległ się w hallu.
- Zbyt dobrze mnie pani poznała, panno Elizabeth.
- Zbyt dobrze, by wiedzieć, że nie jest pan świadom jak szczerze jesteśmy panu zobowiązane i z jaką wdzięcznością myślą o panu pana sąsiedzi, Bennetowie – odpowiedziała miękko. – Doprawdy był pan niezwykle miły dla mojej kochanej Jane i dla mnie – przerwała na chwilę, a potem dodała – Muszę już iść do Jane, jeśli będzie czuła się dobrze, zejdziemy na dół przed południem, panie Bingley.
Tak cicho jak tylko mógł Darcy przebył resztę schodów i szybkim krokiem pokonał zakręt do przejścia prowadzącego do jego pokoi. Minął drzwi, zamknął je uważnie nie robiąc hałasu i wziął wstrzymywany dotąd oddech. „Wyjeżdża jutro”, jego oczy obiegły pokój w poszukiwaniu czegoś – nie wiedział czego. Potem z jękiem pociągnął za sznur od dzwonka, opadł ciężko na duży fotel i zajął się guzikami przy płaszczu. „Dzięki Bogu, doprawdy. Była tu już dość długo!”. Odpiąwszy guziki zaatakował krawat, ciągnąc mocno za końce i szarpiąc węzły. „Podoba ci się bardziej niż powinna.” Przerwał na chwilę walkę z jardem tkaniny i pozwolił by opadły mu ręce. „Podoba ci się! Biedny głupcze, nawet nie potrafisz być szczery wobec siebie.” Wstał i pospiesznie przebył długość pokoju, otworzył drzwi garderoby i zobaczywszy, że nic się tam nie dzieje, pomaszerował do dzwonka i pociągnął jeszcze raz za sznur. Nie zdążył jeszcze oprzeć się w fotelu, gdy Fletcher otworzył drzwi.
- Panie Darcy, pana...
- Już dawno powinieneś był się pojawić! Moja kąpiel jest gotowa, czy mam sam sobie przynieść wodę? – Darcy krzyknął na lokaja. Wyraz twarzy Fletchera po tym osobliwym wybuch złego humoru poruszył Darcy’ego do głębi, przez kilka chwil, gdy nabierali tchu, pan i służący patrzyli na siebie w mrożącej ciszy.
- Fletcher, będziesz łaskaw wybaczyć mi moje pożałowania godne zachowanie i całkowicie niesprawiedliwe słowa? Służyłeś mi wiernie i dobrze przez te siedem lat i nie zasługujesz na moje humory.
Ramiona lokaja rozluźniły się delikatnie, skinął zadowolony zgadzając się na tę ostatnią prośbę.
- Dobry z ciebie człowiek – Darcy odpowiedział z wdzięcznością i wstał z fotela. Minął lokaja w drodze do garderoby, gdzie pierwsze kubły wody wlewano już do wanny. Fletcher sięgnął po płaszcz i uważnie zsunął go z ramion Darcy'ego. Kłopotliwy krawat został delikatnie usunięty. Darcy usiadł, gdy dziewczyna kuchenna zabierała jego buty, a Fletcher przygotowywał mu strój.
- To wystarczy, Fletcher, daj mi, powiedzmy, dwadzieścia minut.
- Bardzo dobrze, proszę pana. Coś jeszcze mogę dla pana zrobić?
Darcy potrząsnął głową ze znużeniem.
- Doszły mnie pewne wieści, proszę pana.
- Doprawdy? Jakież to wieści, Fletcher?
- Panny Bennet odjadą do swego domu jutro, po niedzielnym nabożeństwie – Fletcher otworzył drzwi dla służby – ale może pan już słyszał.
Darcy spojrzał ostro na swego lokaja, ale Fletcher był już bezpiecznie za drzwiami.

:mrgreen:

Matylda - Pon 25 Gru, 2006 09:58

- Doszły mnie pewne wieści, proszę pana.
Czyżby służący już wiedział????

Alison - Pon 25 Gru, 2006 12:34

Wierny służący jak psycholog nikt nie zna jego pana lepiej, niz on sam. W końcu widzi go w sytuacjach tak prywatnych, że pan często go nawet nie zauważa dajac upust swoim prawdziwym uczuciom...
Bidulek po piersiach sie gładził, bo go cisnęło :rotfl:

Maryann - Pon 25 Gru, 2006 19:18

Alison napisał/a:
Wierny służący jak psycholog nikt nie zna jego pana lepiej, niz on sam. W końcu widzi go w sytuacjach tak prywatnych, że pan często go nawet nie zauważa dajac upust swoim prawdziwym uczuciom...

Oj, nie zauważa, nie zauważa... :wink: Myśli, że nikt nic nie wie, a wierny służący i tak wywącha co się święci...
Dość powiedzieć, że to dopiero maluśka kropelka w wieeelkim oceanie matrymonialno-psychologicznych talentów Fletchera... :razz:

Caroline - Wto 26 Gru, 2006 00:41

Finiszujemy z tym rozdziałem. Maryann już się chyba nie może doczekać na swoją kolej :D Oto mury ulubionej twierdzy Darcy'ego zostają oblężone i zaatakowane podstępną bronią przez bezwzględnego wroga :razz:


Rozdział 9 "Jego największy wróg" cz. IV

***

Mury starego miasta w końcu upadły po dniu nieustannego ostrzału artyleryjskiego i rozkaz zajęcia Cuidad Rodrigo został właśnie wydany, kiedy Darcy usłyszał trzask otwieranych drzwi biblioteki. Zszedł do salonów na dole, by odkryć, że nie ma tam ani Bingleyów ani ich gości. „Poszli odetchnąć do pawilonów ogrodowych, sir” brzmiała odpowiedź lokaja na pytanie, gdzie się podziewają. Mając więc zapewniony w domu cudowny spokój zabrał książkę do biblioteki i usadowił się tam na godzinę „bicia w bębny”, póki gospodarze nie wrócą. Drzwi były dokładnie za nim, więc na ten dźwięk zawołał przez ramię.
- Charles, to jest naprawdę wspaniałe. Musisz pozwolić mi przeczytać to...
Błysk żółtego muślinu w gałązki dostrzeżony kątem oka uświadomił mu, że to nie z Bingleyem dzielił pokój. Darcy odwrócił się, by zobaczyć przed sobą wyobrażenie wdzięku, światło słoneczne przebijające przez okna biblioteki sprawiało, że jej suknia jaśniała miękko i podkreślało kasztanowy odcień jej włosów. Z trudem przełknął ślinę. „Spokojnie! Nic nie okazuj!”
- Panno Elizabeth” – powiedział Darcy bezbarwnie, gdy uniósł się z krzesła. Jego niedbały ukłon został odwzajemniony adekwatnym dygnięciem.
- Panie Darcy, proszę sobie nie przeszkadzać.
- Madame – Darcy skłonił się ponownie i zajął swoje miejsce. Miotając się dziwnie otworzył książkę na fragmencie, który zamierzał pokazać Bingleyowi i wbił wzrok w stronę, czekając w napięciu aż ona znajdzie swoją książkę, usiądzie, lub – daj Boże! – opuści pokój . Zmuszał się, by nie spoglądać nigdzie oprócz swojego akapitu, ale dźwięki towarzyszące jej poruszaniu się po pokoju: miękki odgłos kroków w pantoflach, szelest sukni i ulotny zapach lawendy wystawiały jego wolę na próbę i sprawiały, że był bardziej niż sobie tego życzył świadom, w którym miejscu w pokoju ona się znajduje.
W końcu – na szczęście – wybrała książkę. Darcy postanowił nie podnosić wzroku, zamiast tego niespiesznie, z namaszczeniem odwrócił stronę. Litery tańczyły mu przed oczami, zamrugał kilka razy i przysunął bliżej książkę, żeby zachowywały się jak trzeba. Przemknęła koło niego – suknia otarła się o jego buty – i usiadła w fotelu po prawej stronie oddzielona od niego tylko małym stolikiem podtrzymującym mosiężną lampę. W bibliotece zapadła cisza przerywana tylko dźwiękiem odwracanych stronic i od czasu do czasu głębokim westchnieniem dochodzącym z fotela na prawo od niego.
Darcy nakazał swojemu ciału oprzeć się swobodnie w fotelu i gdy zyskał wreszcie stosowny posłuch, zwrócił uwagę z powrotem do książki, tylko po to by odkryć, że ani jedno słowo z poprzedniej strony nie zostało mu w pamięci. Poirytowany na siebie samego, zaczął czytać ją na nowo. Dyskretne ziewnięcie, które nastąpiło po kolejnym westchnieniu przykuło jego uwagę w połowie strony i minęło parę chwili zanim mógł znów powrócić do czytania. Każdą swoją cząstką był wyczulony na jej ruch, podczas gdy każdego grama swej woli potrzebował by wydać się obojętnym na jej obecność. Oczywiście mógł wyjść z biblioteki, mógł zabrać swoją książkę do mnóstwa nieprzeliczonych miejsc. Ale porywczy upór zabraniał mu wycofać się z tego miejsca, jego zwykłej ucieczki przed światem i oddać je w jej posiadanie! Skupił wzrok ponownie na górze strony i zmusił się do skupienia uwagi na każdym słowie. Tak... Przewrócił dokładnie przeczytaną stronę.
Elizabeth wstała z fotela i odłożyła książkę na półkę, ale ku irytacji Darcy’ego, zamiast wyjść, zaczęła szukać następnej. Agonia o jaką przysporzyła go przy pierwszym poszukiwaniu, powtórzyła się z nie mniejszą siłą. Poważnie zaczął sądzić, że wycofanie się będzie najlepszym wyjściem, kiedy pukanie do drzwi biblioteki zaskoczyło ich oboje.
- Proszę wejść – zawołał Darcy ochryple.
- Proszę mi wybaczyć, sir.. madame. Panno Elizabeth, panna Bennet się obudziła i pyta o panią – poinformował ich cicho Stevenson.
- Dziękuję, Stevenson! Zaraz będę na górze – odpowiedziała, po czym odwracając się do Darcy’ego posłała mu niedbałe dygnięcie i opuściła pospiesznie pokój.
:kwiatek:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group