To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - The Moth (Ćma)

Balbina - Śro 15 Lis, 2006 12:47

Dzięki Moniczko :thud:
Mag - Pią 17 Lis, 2006 15:23

:thud: padam do nóżek i dziękuję.
Monika - Pon 20 Lis, 2006 17:14

Od razu do nóżek? Naprawdę nie trzeba :wink:

3.
Przybyła policja, według werdyktu koronera to była przypadkowa śmierć. Tak właśnie zapisano w policyjnym raporcie, ale według niektórych powinni dodać: śmierć na skutek pijaństwa. Dziedzic, który był częstym bywalcem gospody w Lamesley powiedział, że pan Thorman był już po trzech głębszych, kiedy wszedł do knajpy w dniu, w którym umarł, z chęcią by mu odmówił, ale co mógł zrobić, to był w końcu dżentelmen!
Na pogrzeb przyszło wiele znaczących osób. Kondukt żałobny był okazały, może nie tak wyszukany, jak co niektóre, niemniej jednak osiem czarnych bryczek podążało za karawanem. Za nimi natomiast jechało kilka prywatnych pojazdów, większość z żałobników wracała po pogrzebie na uroczysty poczęstunek do domu.
Teraz, o piątej po południu tylko jeden powóz pozostawał przed wejściem. Należał do lady Emily Clinton-Smyth i jej męża Gregory’ego. Nigdy jednak nie zwracano się do nich per sir Gregory i lady Emily. Lady Emily grała pierwsze skrzypce, czego dowód dała w salonie. Usiadła spoglądając na trzech młodych mężczyzn i młodą kobietę siedzącą naprzeciw niej, przez ostatnie pół godziny nie dopuszczała nikogo do słowa.
Agnes patrząc na kobietę, którą od niepamiętnych czasów nazywała Ciocią, choć określenie to było jedynie grzecznościowym zwrotem, jako że nie była spokrewniona z rodziną, myślała jak bardzo jej bracia są dzisiaj milczący, zafascynowani twarzą tak mocno upudrowaną, że żaden mięsień na niej nie drgnął, jedynie gałki oczne i usta poruszały się, w pobliżu wyższej wargi ukazywało się niezliczenie mnóstwo bruzd, biegnących w kierunku nosa, poniżej dolnej wargi rozchodziły się w stronę podbródka.
Ile mogła mieć lat? Pewnie z siedemdziesiąt a może i blisko osiemdziesięciu. Agnes pamiętała jak matka mówiła kiedyś, że nikt nie wie, kiedy Ciotka Clinton urodziła się i nikt też nie śmiał o to pytać. Była kobietą, która onieśmielała, nie była miłą osobą, jednak nie można też było do końca jej nie lubić. Była plotkarą, mogła kogoś oczyścić lub zepsuć czyjąś reputację. Całe jej życie poddane było tej rozrywce. Zdążyła już w przeciągu pół godziny obgadać kilka osób, ale w sposób, który mógł wywoływać śmiech, oczywiście, jeśli ktoś miał na tyle odwagi, żeby roześmiać się, jako że miała zwyczaj przerywać swoje komentarze, akcentując ostatnie słowa, krzycząc do swojego głuchego jak pień męża. W tej chwili wołała do niego ‘Tak było, George, czyż nie? Zastawił wszystko, co miał w domu, tak zrobił, prawda?Paddy Shamon, a kiedy nie miał już za co więcej grać, zastawił pokojówkę. Pamiętasz to, George? Byliśmy zaręczeni wtedy, a ta dziewczyna zgodziła się na to. Na Boga! żeby takie rzeczy się działy’.
Agnes usłyszała niewyraźny chichot, dochodzący z fotela, trochę dalej od miejsca gdzie siedział Stanley. To Arnold powstrzymywał śmiech. Ona także miała ochotę się roześmiać: to było cudowne, czuć lekkość i ulgę, po ostatnich pięciu dniach, które były niczym senny koszmar, w którym musiała grać swoją rolę, tak jak i inni, jedyną osobą, która nie czuła żadnego niepokoju była Millie, skupiona w samym centrum tej tragedii. Od czasu tego zajścia nie wypowiedziała ani słowa. Wyglądało na to, że jakaś jej część zamknęła się, nie tylko na sprawę wypadku, ale na życie w ogóle. Jadła, spała, robiła co jej kazali, bez oporu, ale z jej ust nie padło ani jedno słowo.
Agnes nie posłała po doktora Miller’a, żeby zajrzał do Millie, bo mimo że był już starym człowiekiem, był jednak inteligentny i spostrzegawczy, mógłby wszystkiego się szybko domyślić. Oczywiście później, jeśli nadal tak się będzie zachowywać będzie musiała go wezwać.
Coś o czym właśnie mówiła Lady Emily przykuło jej uwagę i otworzyło szerzej jej powieki.
‘Mają cholerny tupet. Bezczelność. Pierwszy raz zobaczyłam ją tutaj, w tym pokoju z Kate, to znaczy waszą matką’. Skinęła głową w kierunku czterech postaci, które z uwagą słuchały jej opowieści. ‘To tutaj poznała Gerry’ego Bendicker’a i owinęła go sobie wokół palca, poczuła zapach jego pieniędzy. Była zwykłą, wyrachowaną dziwką, już od samego początku. Ona i wasza matka były najlepszymi przyjaciółkami, różnymi od siebie, jak dzień i noc. Byłeś wtedy małym dzieckiem’. Wskazała na Rolanda i ciągnęła dalej, ‘Nie, to był chyba Arnold, prawda? Tak, na pewno. Nie wystarczał jej Bendicker, zaczęła używać swoich sztuczek na Reggie’m. Tak było, Gregory, tak było’. Jej głos był teraz donośny, stary mężczyzna pochylił się w jej stronę pytając, ‘O czym mówisz, moja droga?’. Odwróciła się i popatrzyła teraz na Agnes, mówiąc ‘Głuchy jak pień. Tak to jest ze starością. Ale musimy się z tym pogodzić. I to jej właśnie powiedziałam dzisiaj: każdego z nas to spotka, prędzej czy później. To się jej nie spodobało, uważa że nadal jest piękną kobietą. Zmienił się jej wygląd, ale na pewno nie tupet. Na Boga, nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy ujrzałam ją wysiadającą z powozu. Miała czelność wrócić do tego domu, na jego pogrzeb. Oszukiwała go i zwodziła przez rok, albo i dłużej. Znam całą tą historię od Christine Mayburn, ponieważ złowiła teraz kuzyna Christine. Śmiali mu się w twarz. Wszyscy uważali, że na to zasłużył, za to jak traktował Kate Thorman przez te wszystkie lata. Ale mimo wszystko to, że pokazała się dziś na pogrzebie było dla nich przekroczeniem wszelkich granic przyzwoitości. ‘Rozmawiała z tobą, prawda?’.
Agnes gapiła się na wymalowaną maskę uwieńczoną wysokim, welurowym kapeluszem i spływającą z niego woalką, otworzyła usta, ale nie potrafiła udzielić odpowiedzi, nie znała kobiety w śliwkowej tafcie, z czarną opaską na ramieniu, kobieta ubrana w czarny szyfon, kochanka jej ojca. Jak by się zachowała, gdyby wiedziała, kim jest? Kazałaby się jej wynosić? Przypomniała sobie teraz, że pierwsza odezwała się do tej kobiety, nie ona do niej, widziała samotną postać stojącą w kącie, jakby była kimś obcym. Ludzie najwyraźniej unikali jej, wiedzieli, kim była. Ale jakie ma to znaczenie? Więcej jej nie zobaczy. Ojciec odszedł, a ona była bezpieczna. Miała dom. Millie nic złego się nie stanie. O tak… - w myślach chciała dodać - … O tak, Millie była bezpieczna, ale chyba nie do końca – spojrzała w kierunku braci. Żaden z nich nie weźmie na siebie odpowiedzialności za Millie, natychmiast jednak – tego była pewna – oddadzą ją gdzieś daleko, tak jak zrobiłby ich ojciec z każdą inną przeszkodą stojącą mu na drodze. A ona była problemem: tak długo jak potrzebują jej tutaj, aby opiekowała się domem, będą godzić się z obecnością Millie. Ale jak długo?
Ale nie musiała się nad tym dłużej zastanawiać, lady Emily wstała i patrząc w kierunku męża, który kiwał głową siedząc w fotelu, wydarła się ‘Wstań! Gregory’.
Kiedy Arnold Thorman stojąc po jednej stronie mężczyzny, pomagał mu podnieść się, Roland podszedł prędko do drzwi, tymczasem Stanley zaoferował swe ramię lady Emily. Ale zanim je przyjęła odwróciła się do Agnes, mówiąc ‘ Masz ręce pełne roboty, dziewczyno. Jeśli będziesz potrzebowała rady przyjdź do mnie. Bo chyba nie sądzisz, że kiedykolwiek tu jeszcze wrócę’. Wyprostowała sztywno swoją chudą szyję i popatrzyła na Agnes. Dodała jeszcze w nieco smutnym tonie ‘Spędziłam w tym pokoju całkiem miłe chwile. Twój dziadek był świetnym tancerzem. O tak, były czasem przyjemne momenty w tym domu. Ale to było dawno, dawno temu’. ‘Ten dom umiera, jeśli już nie umarł’. Jej głos zamarł na ostatnim słowie, odwróciła się od Agnes, ujęła oferowane ramię Stanley’a, wyszła sztywno z pokoju. Ze szczytu schodów Agnes obserwowała braci, pomagających starej parze wejść do powozu. Widziała jak okładają ich kolana ciepłym pledem i dają znak stangretowi. I tak oto ostatni goście odjechali.
Kiedy wszyscy znaleźli się w salonie, na kilka minut zaległa cisza. Pierwszy odezwał się Stanley ‘Co za stare brzydactwo! Ona jest jak żywy trup. Ludzie nie powinni tak długo żyć. Nawet zwierzę nie pociągnęłoby tyle’.
‘Och, zamknij się!’
. Arnold wyciągnął ręce w kierunku brata, mówiąc ‘Zaczekaj aż sam dobiegniesz pięćdziesiątki’.
‘Ależ ona musi mieć co najmniej dwa razy tyle’.
‘Jej język jest nadal rześki’.

Stanley odwrócił się do Arnolda, kiwnął głową ‘Masz rację, jest ostra jak igła, zwłaszcza, kiedy wywęszy jakieś skandale’.
‘Napiłbym się czegoś’.
‘Nie ty jeden’
. Arnold podszedł do małego stolika, na którym stała taca, karafka i kieliszki. Zanim nalał alkoholu spojrzał na Agnes i rzekł ‘Chcesz czegoś?’.
Kiwnęła głową i powiedziała ‘Czy wiecie coś o kobiecie, o której wspominała lady Emily?’.
‘Masz na myśli kochankę ojca?’.

Ta śmiała odzywka sprawiła, że Agnes na moment zaniemówiła, w końcu odrzekła ‘Tak, o nią mi chodzi’. W odpowiedzi Arnold chwycił karafkę, nalał odrobinę whisky, podał jej mówiąc ‘Tak, poznałem ją i nie ma powodu żebyś wyglądała na tak zaskoczoną’.
‘Nie jestem zaskoczona’.
‘Cieszę się, że to słyszę, bo w końcu ojciec nie był lepszy czy gorszy od innych, normalnych mężczyzn’.
‘Ależ był’.

Musiała zmierzyć się z nimi i ich odmiennym zdaniem, patrzyli się na nią, zdumieni jej postawą ‘Nic o nim nie wiecie. Nie wiecie nic o życiu jakie musieliśmy prowadzić w tym domu. Dostawaliście wszystko, o co poprosiliście, wszyscy trzej, wyprowadziliście się, podczas kiedy my, dom i wszyscy jego mieszkańcy, musieliśmy cierpieć przez wybryki ojca. W innych okolicznościach musielibyście iść do pracy i gdyby tak się stało, nie byłoby dzisiejszych problemów. Gdybyś przynajmniej ty Arnoldzie został w domu i doglądał biznesu, choćby jednego z interesów, może udałoby się nam przetrwać. Ale nie, jesteście prawdziwymi synami swego ojca, tylko wy się liczycie. Jak już wcześniej mówiłam Stanley’owi, jak myślicie, jak się czułam będąc świadkiem sceny, kiedy służący opłacał nasze zaopatrzenie węgla. Nie ma pieniędzy, nie ma węgla. Tak samo jest ze wszystkimi naszymi dostawcami. Jutro ma tu znowu przybyć ten człowiek obejrzeć obrazy. Nie było was, kiedy pierwszy raz tu przyjechał, cokolwiek dostaniecie… Teraz to ty Arnoldzie musisz przejąć odpowiedzialność, więc cokolwiek dostaniemy za obrazy i zanim wszystko przehulacie, trzeba zapłacić dostawcom’.
‘Dostawcy zostaną spłaceni’
. Arnold mówił sztywnym tonem. ‘Mam nadzieję, że kiedy jutro przyjedzie tu Rawley i sprawy się uporządkują na pewno wystarczy środków żeby spłacić wszystkie długi’.
Dźwięk, który wydała z siebie Agnes, sprawił że wszyscy trzej popatrzyli się po sobie, słysząc jak się śmieje, głośnym, pełnym szyderstwa śmiechem. Odwróciła głowę, skierowała wzrok ku górze, na sufit, powróciła myślami do tego, co powiedziała kiedyś Maggie ‘W Bogu nadzieja, że wszystko dobrze się ułoży’.

Mag - Pon 20 Lis, 2006 20:04

Biedna Agnes musiała być silna za siebie i siostrę , a ci bracia?Czasem obcy dadzą człowiekowi więcej wsparcia niż rodzina....


Dzięki Moniko!

Anonymous - Pon 20 Lis, 2006 20:28

mniam, tyle do łasuchowania dzisiaj !!!!
Gitka - Wto 21 Lis, 2006 16:42

Dzięki Moniko, jest co poczytać :lol:
Monika - Wto 28 Lis, 2006 09:05

Wybiła trzecia godzina następnego popołudnia; promienie słońca przenikały przez wielkie okna w bibliotece. Agnes usiadła obok mężczyzn, patrząc na pana Rawley, który był adwokatem. Kończył właśnie odczytywanie ostatniej woli jej ojca, którą tamten spisał dziesięć lat temu. Zapisał wszystko swemu najstarszemu synowi. Wspominając o żonie, napomknął jedynie, że po jego śmierci będzie mogła mieszkać w Foreshaw Park do czasu kiedy najstarszy ich syn ożeni się. Dalej była mowa o czterech różnych fabrykach, w których miał udziały, z których dochód miał być przeznaczony na kształcenie dwóch młodszych synów.
Podobnie jak bracia, Agnes siedziała cicho, słuchając pana Rawley’a ‘Niestety, od tamtego czasu dużo się zmieniło. Wasz ojciec sprzedał swoje udziały w trzech fabrykach; zostawił jedynie udziały w morskim handlu. Gdyby je sprzedać, spłacono by wszystkie jego osobiste długi, a także prowizję na procent z hipoteki’ – najwyraźniej ojciec wziął drugą hipotekę na dom pięć lat temu – pan Rawley zakończył ‘zostanie wystarczająco żeby spłacić tutejsze wierzytelności, które w większości przypadków są całkiem spore’.
Dla Agnes treść testamentu nie była żadnym zaskoczeniem, jej bracia natomiast wyglądali jak ogłuszeni. Może po raz pierwszy zdali sobie sprawę, że Agnes mówiła prawdę i że oni przez ostatnie lata nie wiedzieli nic o ojcu i jego decyzjach. Poruszyła ją jedna rzecz: nie to, że ojciec nic o niej nie wspomniał, ale to że nie zrobił żadnego zapisu, nawet wtedy, dla Dave’a i Peggy. Oddali mu tyle lat służby, a jego nawet nie obchodziło czy skończą w przytułku. Spojrzała na swoich braci. Zastanawiała się, czy zauważyli, że nie było żadnej wzmianki w testamencie o służących. Ale nie, mogła niemal czytać w myślach każdego z nich. Wszyscy trzej martwili się tylko o siebie i swoją przyszłość. Mężczyźni w tej rodzinie są tchórzami, wyrachowani, myślący jedynie o tym co się z nimi stanie. Ale przecież, nie oni jedni mieli monopol na taką interesowność. Choćby James. Chyba wszyscy mężczyźni, których znała ulepieni byli z tej samej gliny, wszyscy oni żyli samodzielnie, dla samych siebie. Tak, o to właśnie chodzi, i ona powinna być samodzielna, również dla Millie: dla Dave’a i Peggy i Ruthie; o tak, i Maggie i Betty. Co do Arthura Bloom’a i Hubbard i Bradley’a, cóż, byli przecież mężczyznami i będą mogli się o siebie zatroszczyć, zwłaszcza Bradley. W każdym razie, jest z nich wszystkich najkrócej. Jej myśli zatrzymały się na nim, przez ostatni tydzień często o nim rozmyślała. Był osobliwym człowiekiem, niepokoił ją i wprawiał w zakłopotanie. Najwyraźniej wszyscy w kuchni byli po jego stronie. Czuła to. Zaszła duża zmiana w stosunku Peggy do niego, także i w Ruthie. Oczywiście, zawsze uważała, że Maggie nadaje się najlepiej dla niego. Ale co z Dave’em, co on o tym myślał? W pewien sposób zawdzięczał życie Bradley’owi. Dave stał się innym człowiekiem: był niezwykle milczący, szybko się postarzał. Peggy mówiła, że przesiaduje w fotelu, wpatrując się w ogień każdej nocy, a przecież kiedyś zawsze miał dużo do roboty.
Ileż się zdarzyło od momentu, kiedy przyszedł do nich Bradley. Straciła James’a, Bradley znalazł ją płaczącą. Podniósł z ziemi, przemawiał do niej, uspokajał. I jeszcze tamta historia, zanim się u nich zatrudnił, sprawa z jego kuzynką i jej dzieckiem. A w końcu stał się świadkiem śmierci jej ojca; pokierował wszystkim, tym co mają mówić, robić, myśleć. Najwidoczniej powiedział Hubbard’owi, a tamten Peggy, o tym, że zamierza odejść.
Nagle znowu poczuła niepokój. Co się stanie, kiedy odejdzie, czy zacznie mówić? Przecież nie będzie poczuwał się do tego by dalej utrzymać tajemnicę, daleko od tego domu… Ale nie, wiem, że on tego nie zrobi, nie był takim człowiekiem. Ale skąd o tym wiedziała? Och, dlaczego zawraca sobie głowę Bradley’em, kiedy pan Rawley nie skończył jeszcze mówić ‘Na waszym miejscu byłbym bardziej uważny, jeśli chodzi o sprzedaż obrazów w Londynie, chyba, że sprawdziliście tą firmę. W każdym razie odradzam sprzedawanie ich nieoficjalnie; najlepiej byłoby wystawić je na aukcję. Są tu całkiem dobrzy licytatorzy, potrafią przyciągnąć uwagę zagranicznych oferentów. Lepiej dwa razy się zastanówcie jak zamierzacie nimi zadysponować. To wszystko, panowie. Jeśli będziecie mnie jeszcze potrzebować, proszę po mnie posłać, a w międzyczasie sprawdzę, co jeszcze możecie zyskać na tym interesie i powiadomię was najszybciej jak mogę’.
...

Gitka - Wto 28 Lis, 2006 11:24

Tak, Agnes juz rozmyśla o Bradleyu...
Dziękuję Moniko :lol:

Mag - Wto 28 Lis, 2006 11:57

Dzięki Moniko :grin:
Anonymous - Wto 28 Lis, 2006 14:12

jej tyle pysznosci dzisiaj ... :mrgreen:
Monika - Nie 17 Gru, 2006 00:45

Dziewczyny, kajam się i o wybaczenie proszę. Pewnie o mnie zapomniałyście, tyle mnie i tego tłumaczenia nie było :oops:
...
Arnold wstał i powiedział ‘Będę obowiązany, jeśli tak pan uczyni, ponieważ zamierzam osiedlić się w Australii najszybciej jak to możliwe. Czeka tam na mnie posada, mój brat’ – wskazał Roland’a – ‘jedzie ze mną’.
Och… Och, kto w takim razie zajmie się majtkiem?’ Pan Rawley spojrzeniem objął wszystkich, Arnold odpowiedział ‘Stanley będzie w pogotowiu, ale mamy nadzieję, że będzie mógł skończyć studia w Oxfordzie. W międzyczasie Agnes zajmie się wszystkim’.
Czy na pewno? Czy chce tu zostać? Pytania kłębiły się w jej głowie. Nikt jej nawet nie zapytał o zdanie. Nie zapytali, co zamierzasz zrobić ze swoim życiem, Agnes? O nie, pozostaniesz tu do końca swoich dni, a kiedy Stanley wprowadzi tu swoją żonę, będziesz mogła być opiekunką dla jego dzieci.
A niech mnie, jeśli się na to zgodzę. Muszę coś zrobić, nie pogodzę się z tym. Za kogo się do licha uważają.
Cicho. Cicho. Nie tędy droga. Zachowywali się jak gdyby nie miała się, do kogo zwrócić, jakby nie miała co ze sobą uczynić. Och, gdyby nie Millie już dawno by jej tu nie było. Gdyby miała kogoś bliskiego, kogoś do kogo mogłaby się zwrócić, przybiec, uciec od tego miejsca jak najdalej. Ale przecież nie może uciec sama, musiałaby podać rękę Millie, zabrać ją ze sobą. Czy jakikolwiek przyjaciel zaakceptowałby Millie? Och! pomyśleć, że będzie musiała przyjmować rozkazy od Stanley’a. To jest nie do zniesienia. Stanley nie miał zalet, był pusty, próżny, wyprany z emocji. Stanley’a lubiła najmniej.
Bądźże wreszcie cicho! Samokontrola, którą wyniosła z prywatnej szkoły panny Burow i chłód, jaki widziała w matce, sprawiły że w jednej chwili wyprostowała się, uciszając tą część jej natury która ją tak niepokoiła.
Mogłabym dawać lekcje muzyki’.
Wszyscy patrzyli na nią, sama Agnes spoglądała w głąb siebie i pytała jak to się stało, że wypowiedziała te słowa na głos? Szukała w myślach drogi ucieczki, ale z drugiej strony, żeby dawać lekcje muzyki trzeba mieć najpierw pianino i dom, w którym można by je ustawić.
Co powiedziałaś?’ Brwi Arnolda spotkały się powyżej szczytu ostrego nosa, zaczęła cicho się śmiać mówiąc ‘Chodziło mi o to, że udzielałabym lekcji, aby zapewnić sobie jakiś dochód, bo chyba żaden z was nie pomyślał o moich potrzebach’.
Poirytowanie, zakłopotanie i zdumienie pojawiło się na twarzach jej braci, ale to pan Rawley, uśmiechając odezwał się ‘Nie sądzę, że będzie pani zmuszona do tego, panno Agnes; jestem pewien, że pani bracia’ – spojrzał na nich – ‘hojnie panią obdzielą pozostałymi środkami’.
Agnes widziała uważne spojrzenie, jakie pan Rawley rzucił jej braciom, Arnold odpowiedział na to ‘Zrobimy tak jak uznamy za stosowne’, te słowa rozwścieczyły Agnes, milczała do chwili, kiedy pożegnali się z panem Rawley’em. Kiedy jednak została z nimi sama, już miała odpowiedzieć na słowa Arnolda, kiedy ją ubiegł ‘O czym na Boga ty opowiadasz! Co cię opętało, Agnes? Nigdy taka nie byłaś’ – obrócił głowę w jej stronę, a jego głos nieznacznie się obniżył, kiedy kontynuował dalej – ‘Mogę zrozumieć twoje rozczarowanie Crockfordem, i uważam, że zachował się paskudnie, ale to nie powód żebyś miała przenosić takie maniery na nas’.
‘Przejęłam tą manierę wobec was, jako że wy nie mieliście wzglądu na mnie. Czy poświęciliście mi choćby jedną myśl, zastanowiliście się, co będzie z moim życiem? Ty Arnoldzie i Roland również wyjeżdżacie do Australii. Australia jest bardzo daleko. A interes rodzinny rzekomo ma być przekazany Stanley’owi. A co zamierza Stanley? Jedzie do Oxfordu, więc kto ma się zająć tym miejscem? Och, ktoś kto i tak się nie liczy, to przecież jej obowiązek… Agnes! Zresztą, jeśli się nie zgodzi, cóż innego jej pozostanie, co innego może zrobić? Jak już mówiłam, mogę dawać lekcje muzyki; jestem wolna, naprawdę wolna. Och! Och!
’. Wymierzyła palcem w każdego z braci ‘Nie zasłaniajcie się Millie, jako powodem, dla którego miałabym tu pozostać. Nie odpowiadam za Millie, cała odpowiedzialność za nią spoczywa na głowie tego domu, czyli na tobie, Arnoldzie. A jeśli powierzysz ją Stanley’owi, więc należy do Stanley’a. I jeśli między sobą zaplanujecie odesłać ją, nie możecie umieścić jej w przytułku a prywatne domy dużo kosztują, o czym miał okazję dowiedzieć się ojciec, kiedy o to samo wypytywał. Powtarzam, Millie nie jest moim obowiązkiem, tak więc drodzy bracia’ – popatrzyła na nich – ‘ruszcie głową i odpowiedzcie, teraz kiedy wszystko jest jasne, dokładnie, ile dostanę odprawy i może jakiś osobisty dodatek? Nazywajcie to jak chcecie, ale jakąś bonifikatę muszę otrzymać’.
Skłoniła głowę w stronę każdego z braci, następnie gwałtownie obróciła się, dając znać tym gestem całe swe oburzenie, i opuściła pokój; lecz nie nazbyt szybko by nie usłyszeć słów Roland’a ‘A niech mnie! Co się jej stało?’.
Na górze, w swoim pokoju, usiadła w kąciku przy narożnym oknie, którego jedna strona wychodziła na frontową stronę domu, a druga na podwórze. Cała wola walki wnet z niej uleciała. Ułożyła się wygodniej, oparła się łokciem o szeroki parapet, podłożyła policzek pod dłoń, usłyszała swój głos, niczym szept dobywający się z jej wnętrza ‘Jaki będzie koniec? Gdzie pójdę? To nie może być wszystko, co życie chce mi zaoferować’.
Kiedy tak spoglądała na dół, na podwórze, ujrzała Bradley’a wyprowadzającego Nippy’ego ze stajni, poklepywał go lekko. Przysunęła się bliżej i patrzyła na niego. Człowiek, który był wolny, niezależny, bez żadnych więzów, bez niczego. I podobał się kobietom. Co czyniło go tak atrakcyjnym? Miał przyjemny wygląd, ale nie był tak przystojny, jak co niektórzy; był wysoki, ale jego ciało było masywne, krępe. Może to ta siła, którą emanował, tak zachwycała kobiety.
Obserwowała jak ciągnie za sobą zwierzę, gdy nagle się zatrzymał, tak jakby ktoś go zawołał. I wtedy pojawiła się Maggie. Podbiegła do niego i powiedziała coś co wywołało jego śmiech, wyciągnął rękę i pogładził jej policzek. W tej samej chwili poczuła coś na kształt oburzenia. Z pewnością nie mógł uwodzić takiej dziewczyny jak Maggie, przecież Maggie była prosta i nieokrzesana, można nawet powiedzieć, szkaradna. Miała łagodną naturę, to trzeba jej przyznać, była zabawna, ale z całą pewnością nie mogłoby to zachęcić takiego mężczyzny jak on, chyba, że był takim typem, który zalecał się do każdej kobiety, która obdarzyła go uśmiechem.
Podniosła się z siedziska przy oknie. Jej dłonie zwarły się na talii w ciasnym uścisku, kiedy sobie to uświadomiła, natychmiast je rozłączyła, jak gdyby toczyła z sobą walkę.
Powinna iść do Millie, poczytać jej.
Och Millie! Millie! W tej jednej chwili nienawidziła jej.
Nie. Nie. Podchodząc do łóżka, położyła się, biorąc w dłonie poduszkę, przytuliła do niej twarz, z jej oczu spływały łzy, po twarzy, nosie. ‘Co jest?’ płakała bezgłośnie. ‘Co ze mną się dzieje? Czy zaczynam wariować? Czy wszystkie stare panny tak się czują? Uniosła delikatnie twarz. Stara panna. Nigdy tak na to nie patrzyła, ale miała 26 lat i żadnej szansy na zamążpójście, bo któż by chciał odwiedzać takie miejsce? Z pewnością, żaden pożądny młody mężczyzna, czy jakikolwiek inny, choćby w średnim wieku. Była starą panną.
Ta świadomość zasmuciła ją i jednocześnie otrzeźwiała, wstała z łóżka, podeszła do umywalki i opłukała twarz; podeszła za chwilę do lustra, zaczesała włosy starannie z czoła i kiedy tak bacznie się sobie przyglądała pomyślała, Nie jestem nawet jak te córki pastora, które przynajmniej mają satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. I nagle zdała sobie sprawę, że zazdrości im, tak jak innym kobietom, które oddały się opiece lub nauczaniu; w tym momencie zazdrościła nawet kobietom z niższej klasy, usługującym w sklepach. Wyprostowała się, wygładziła suknię; i kiedy skierowała się do drzwi, zdawało się, że zaakceptowała fakt, że oto wkracza w nowy świat, w świat staropanieństwa, i wiedziała, że musi temu stawić czoło, musi nauczyć się z tym żyć. Kiedy chwyciła klamkę drzwi, spojrzała na nią i pomyślała gorzko ‘Cóż za marnotrawstwo życia!’.

Anonymous - Nie 17 Gru, 2006 00:52

pierwsza rozdziewiczyłam !!!!
migotka - Nie 17 Gru, 2006 09:06

A JA TU DOPIERO TRAFIŁAM;)))! przejrzałam cały watek, powklejałam i mocno sie zainteresowałam zarówno książką jak i filmem.
Kochana Moniko! podziwiam i dziekuję za tłumaczenia!!!

Mag - Nie 17 Gru, 2006 16:07

Moniko takie ogromne ciacho- dziękuję! :hello:
Anonymous - Nie 17 Gru, 2006 16:34

i jak akcja idzie dfo przodu.. :D
Monika - Nie 17 Gru, 2006 19:57

Aine, skubańcu, cóż za prędkość :wink:
Migotko, fajnie że jesteś :hello:
Faktycznie, sytuacja wreszcie się klaruje, a Bradley coraz bardziej intryguje Agnes, hmmm... nie tylko ją :lol: Muszę się pochwalić, że jakimś cudem udało mi się zdobyć "The Moth" i nie mogę się doczekać, żeby porównać książkowego Roberta, z Bradleyem charyzmatycznego, młodego Davenporta :thud:

Rozdział 4, części 3

Minął pierwszy tydzień października. Dzień wcześniej Stanley wyjechał do Oxfordu, na ostatni, trzeci semestr studiów; Arnold i Roland mieli zamiar wyjechać jutro; nie mogła się doczekać ich wyjazdu. Schodziła właśnie na dół, dowiedzieć się co z obiadem, ostatnim na długi czas, jaki miał się odbyć w tym domu, w takim gronie. Przeszła przez galerię, wychodzącą na północną stronę domu i podwórze, przez wysokie okna mogła dostrzec w gasnącym świetle zarys boksów dla koni, w których często wychylały się łby zwierząt. Teraz jednak, oprócz dwóch na samym końcu wszystkie pozostałe były zamknięte.
Mijała ostatnie okno i zanim otworzyła drzwi, by zejść na dół, do bocznych schodów prowadzących do kuchni, zawahała się widząc Maggie, biegnącą przez bramę, dzielącą stodołę od magazynów. Głowę miała opuszczoną, ręką zakrywała twarz; zauważyła jej niezdecydowanie, nim przyspieszyła bieg przez podwórze aż do magazynu zboża.
Dlaczego tak biegła i czemu trzymała się za głowę? Nie miała czasu się zastanowić, ujrzała w tej samej chwili Bradley’a. Pojawił się nagle, jakby wyszedł prosto z sieni. W dłoni trzymał lampę, zatrzymał się na moment, wpatrując się w drzwi magazynu; w końcu podszedł do nich i wszedł do środka.
Nie ruszyła się ze swojego miejsca, stała i patrzyła na dół, na podwórze, czekając na chwilę, kiedy drzwi się otworzą, czekała na nich oboje, lub na któreś z nich, ktoś musiał się pojawić. Ale kiedy drzwi pozostały zamknięte wzburzyło nią uczucie, które nie było dla niej nowością, ale w tym doznaniu pojawiło się coś nowego, irytacja przechodząca niemal w gniew.
Przeszła obok niej Ruthie, mówiąc ‘Noce są teraz długie, czyż nie panienko’. Wymamrotała ‘Co?’ ześlizgnęła się spojrzeniem nad jej ramieniem i odrzekła ‘A tak. Tak, masz rację, Ruthie’, wtedy zwróciła wzrok z powrotem na podwórze. Gniew strawił wszystkie inne uczucia. Słyszała wewnątrz siebie krzyk ‘Och, już ja porozmawiam z tym mężczyzną. Za kogo się w ogóle on uważa? Tak po prostu myśli, że pstryknie palcem i każda kobieta przybiegnie do niego. Od czasu tej sprawy z Dave’em i Ojcem wydaje się jakby zaakceptowali go. Dave natomiast nie lubi być dłużny wobec niego, wiem, że nie… Ale tak sobie pozwalać z Maggie… Och! Z chęcią powiem mu, co o nim myślę…
Robert, stojąc w magazynie powtarzał niemal każde jej słowo. Kilka minut wcześniej zabrał latarnię z sieni, zapalił i wyszedł na podwórze, zamierzał powiesić ją na gwoździu na zewnętrznych kuchennych drzwiach, kiedy ujrzał Maggie, biegnącą przez podwórze, ze spuszczoną głową i ręką przy twarzy. Kiedy ją delikatnie zawołał nie odpowiedziała mu i skryła się w składzie, podążył za nią, i zobaczył ją, stojącą naprzeciw filara, podtrzymującego jeden z koszy, jej twarz schowana była w przygarbionych ramionach. Ten widok sprawił, że wrósł w ziemię, stał bez ruchu, przy drzwiach: Maggie zawsze roześmiana, dowcipkująca, Maggie, która dla każdego miała dobre słowo, Maggie najbardziej nieładna kobieta, jaką spotkał w życiu, ale jednocześnie kobieta o złotym sercu, która teraz płakała. To było tak bardzo wbrew jej naturze, że przez chwilę nie wiedział, co zrobić. Wreszcie szybkim ruchem powiesił lampę na haku, podszedł do niej, dotknął jej ramienia, odwrócił do siebie mówiąc, ‘Co się stało? Co się stało, Maggie?’.
Pohamowała łkanie, zaczęła kaszleć, jakby się dusiła, w końcu wymamrotała ‘To nic, zupełnie nic’.
‘A jednak coś się musiało stać. Uspokój się i powiedz, co się stało. Czy ktoś ci coś zrobił, powiedział coś?
’.
Zdusiła ponownie płacz, opuściła rękę z twarzy, wyszeptała ‘Jestem głupia. To nic, po prostu coś usłyszałam, ot wszystko’.
‘Co takiego? Kogo słyszałaś? To musiało być coś poważnego, jeśli tak cię zasmuciło’.
‘To nic wielkiego, Robercie’.
Nazywała go po imieniu, tak jak Peggy, Ruthie i Betty, od czasu tamtej pamiętnej nocy, kiedy wszystkim im pomógł.
‘Czy ktoś ci dokuczał? Greg?’
‘Och, Greg’
. Na jej lśniącej od łez twarzy pojawił się leciutki uśmiech ‘Greg? Nigdy! Nigdy!’
‘No więc kto?’
‘To nic wielkiego’
‘Powiedz mi, czy ktoś ze wsi, ktoś tu był?’
‘Nie, nie’
‘Więc kto to był? Nie ruszę się stąd dopóki się tego nie dowiem, a jeśli mi nie powiesz, pójdę wprost do twojego wujka i ciotki, im będziesz musiała powiedzieć. Więc równie dobrze możesz mi powiedzieć; na dłuższą metę chyba nawet lepiej, jeśli mi się zwierzysz. O co w tym wszystkim chodzi?’

Zwiesiła na moment głowę, w końcu wyrzuciła z siebie ‘Byłam w ogrodzie powiedzieć panu Bloom’owi, co chcemy na jutro, znaczy, jakie warzywa i… i kiedy wracałam z powrotem wzdłuż żywopłotu po drugiej stronie szli dwaj młodzi panicze. Oni byli wcześniej w Newcastle. Przyjechali pociągiem jak wiesz i nie wiedzieli, o której będą, więc nie przysłali po ciebie czy Greg’a, szli polem, na skróty. No więc, byli tam, po drugiej stronie ogrodzenia, a ja po swojej i rozmawiali’ – jej głowa drżała kiedy odważyła się w końcu wyszeptać – ‘ o swoich wyczynach z kobietami w Newcastle. Ja… nie zwracałam na to większej uwagi, próbowałam zatkać sobie uszy, sam wiesz jak jest. A wtedy panicz Arnold powiedział, że gdyby nie ta podróż musieliby zostać w domu obsłużeni, ale teraz była tylko Betty… i ja’.
Pochyliła głowę jeszcze niżej i znowu łzy potoczyły się po jej policzkach, a kiedy Robert ponaglił ją ‘Tak?’, wymamrotała ‘Panicz Stanley powiedział wtedy, że za żadne skarby nie mógłby mnie dotknąć, nawet’ – przełknęła głośno nim mogła dokończyć, wyjąkała wreszcie ‘nawet gdyby był ślepy’.
...

Anonymous - Nie 17 Gru, 2006 22:54

Monika napisał/a:
Aine, skubańcu, cóż za prędkość :wink: ..


znowu pierwsza? :D :D
Oj ja już wsiąkłam w tę powieśc.nardzo mocno.

Monika napisał/a:
Muszę się pochwalić, że jakimś cudem udało mi się zdobyć "The Moth" i nie mogę się doczekać, żeby porównać książkowego Roberta, z Bradleyem charyzmatycznego, młodego Davenporta :thud: ...


Moniczko, czy zdajesz sobie sprawe do jakich palpitacji nasz doprowadzasz? I zazdrości? Oj pogadam ja sobie z Tobą prywatnie, pogadam !!!!

Monika - Nie 17 Gru, 2006 23:10

Aine, a to dopiero połowa książki :grin: Tak się właśnie bałam, że do Świąt nie zdążę z tym tłumaczeniem i wykrakałam :? ??: Sama jeszcze nie doczytałam do końca :smile: A co do owych palpitacji to miałam podobne od kilku praktycznie lat, aż mnie ściskało w dołku, tak chciałam TEN film, no i marzenia się spełniają :grin: (Aine, priva wysłałam)
Anonymous - Nie 17 Gru, 2006 23:22

oj a ja już mam pypcia, który rośnie w zasatraszajacym tempie... :roll:
Monika - Pon 18 Gru, 2006 13:14

Kolejny, tym razem malutki fragment :wink:
...
Usta miała szeroko otwarte, a łzy spływały po policzkach osadzając się w kącikach ust, spojrzała na niego ‘To boli, bardzo boli Robercie. Wiem, że nie jestem piękna, nawet przeciętna, wiem dobrze, jaka jestem, więc śmieję się i żartuję, ale mam uczucia, jak każda dziewczyna… kobieta, bo, bo przecież nie jestem już dziewczyną, myślałam, że będę ponad tym, że to mnie nie zrani, że nie będę płakać, ale nigdy nie wiadomo’.
‘Poślij ich do diabła’
. Wyciągnął ramiona i przyciągnął ją mocno do siebie, a ona położyła głowę na jego ramieniu. Zdjął jej czepek z głowy i pogładził po włosach mówiąc ‘Nie oceniaj się tak nisko, dziewczyno. Jesteś najlepszą kobietą, jaką poznałem, liczy się serce i… niejeden mężczyzna chciałby mieć taką jak ty. No, już cicho, cicho’.
Kiedy wypowiadał ostatnie słowa drzwi zostały gwałtownie pchnięte i stanęła w nich, niczym anioł zemsty, jego pani. Powiedziała ‘Czy mogę wiedzieć, co pan robi, panie Bradley?’.
Kiedy poczuł, że Maggie odsuwa się od niego, przytrzymał ją mocniej, znad jej ramienia wpatrywał się w świetle lampy na Agnes i odpowiedział jej ‘Jestem tu po to by pocieszyć kogoś kto tego potrzebuje, panno Thorman’.
‘Jesteś flirciarzem, Bradley, a ja na to nie pozwolę. Nie z Maggie, nie pozwolę jej martwić, smucić… Wejdź do domu, Maggie’.

Maggie wyrwała się z objęć Roberta i patrząc na Agnes powiedziała ‘On… on tylko próbował mi pomóc, on…’.
‘Idź do domu. Zrób co ci każę’.

Maggie wybiegła natychmiast. Agnes natomiast rzuciła jedno potępiające spojrzenie w kierunku Roberta i zamierzała wyjść, kiedy Robert szybkim ruchem ręki zamknął przed nią drzwi.
...

migotka - Pon 18 Gru, 2006 13:49

och, dzięki Moniko! jak ty znajdujesz czas ??? podziwiam! :thud:
Monika - Pon 18 Gru, 2006 15:05

migotka napisał/a:
och, dzięki Moniko! jak ty znajdujesz czas ??? podziwiam! :thud:

No, ostatnio trochę mało go znajdywałam :wink: Ale idą święta, więc rzuciłam wszystko w kąt i zabrałam się za to co najbardziej lubię robić :grin:

...
Zaskoczona Agnes przycisnęła się mocno do drzwi, Robert nadgarstkiem niemal dotykał jej policzka, stali tak wpatrując się w siebie. W oczach Agnes czaił się strach, który pojawił się i w głosie kiedy zażądała ‘Otwórz drzwi Bradley, w tej chwili’.
‘Otworzę kiedy będę chciał’
. Zapomniał dodać „panienko”, lecz kontynuował dalej ‘Nie tak dawno temu wobec pani także ktoś zachował się nieelegancko, wie pani co to znaczy wypłakiwać oczy przez coś takiego, czyż nie? I pani nie odrzuciła wyrazów współczucia… od swojego podwładnego. Teraz okazałem taką samą sympatię, identycznie jak wtedy. Maggie nie jest dzieckiem, jest kobietą i jeśli chcę ją przytulić, zrobię to’.
‘Ty… ty.. bałamutniku. Tobie nie chodzi o dobro Maggie. Nie jest twoim… typem kobiety’.
‘A skąd do cholery pani wie jaki jest mój typ, panienko?’.
‘Zapominasz z kim rozmawiasz’.
‘Nie, nie zapomniałem i powtórzę raz jeszcze, skąd pani wie jaki jest mój typ kobiety? Maggie jest więcej warta niż pani i wy wszyscy razem wzięci’.
‘No cóż, ja… dobrze, że to dostrzegasz. Może teraz pozwolisz mi odejść?’
‘Pozwolę wyjść kiedy będę na to gotowy, kiedy mnie pani wysłucha i kiedy usłyszy dlaczego Maggie potrzebowała pociechy’.

Ich twarze oddalone były od siebie w odległości zaledwie kilku centymetrów, ich ubrania niemal się dotykały, ich oddechy mieszały się, tak jak gniew i złość, Agnes odkryła jak trudno jej mówić ‘Wszystko jedno, jaki to był powód, najważniejsze dla mnie jest to, czy dobrze jej życzysz? Jakie są twoje intencje? Zamierzasz się z nią ożenić?’.
‘Też coś!’
. Zaczął się głośno śmiać, nie było jednak w nim wesołości, odpowiedział jej ‘Zadziwia mnie pani. Wy wszyscy i wasze zasady, które chcecie nakładać na innych ludzi, po prostu mnie zdumiewacie. Możecie mieć swoje kochanki, zachcianki, robicie co się wam żywnie podoba, ale kiedy to samo zrobi ktoś z niższej klasy – jak nas często określacie – zaczyna się moralizatorstwo. No więc, niech panienka pozwoli, że odpowiem na pytanie jakie mi zadała. Wszystko jedno czy mam zamiar poślubić Maggie, czy też nie, jest to wyłącznie moja sprawa i nikogo innego. Ale tak między nami powiem pani, że gdybym miał poślubić każdą młodą dziewczynę, którą trzymałem w ramionach miałbym teraz niezły harem. A wracając do meritum sprawy, zmierzałem do tego, dlaczego Maggie płakała. Maggie, której jedynym celem było rozbawiać innych, płakała, ponieważ została zraniona, a kto ją tak uraził? Więc proszę uważnie słuchać, to byli panienki bracia’.
Obserwował jak cała jej twarz się napina, jak oczy szeroko się otwierają, jak wargi się rozdzielają, wszystkie mięśnie na jej twarzy były ściągnięte i wykręcone ze zdumienia, powtórzyła ‘Moi bracia?’
‘Tak, pani bracia
’. Przekręcił głowę i przesunął dłoń ku górze drzwi, kiedy to robił, jego kciuk niemal zagłębił się w jej włosach, mówił dalej ‘Byli dziś w Newcastle, cel wyjazdu pozostawię pani wyobraźni. Wracali idąc po jednej stronie bukowego żywopłotu, podczas gdy Maggie spacerowała po drugiej. Rozmawiali o tym jaką niedogodnością jest wyjazd do Newcastle, skoro kiedyś takie uciechy mieli u siebie w domu, oczywiście wśród służby’. Skinął na te słowa głową. ‘Ale czasy się zmieniły, tak powiedzieli, i teraz była tylko Betty i Maggie. Na te słowa Maggie nastawiła uszu, to naturalne, i usłyszała jak pani brat Roland mówi, że nikt nie mógłby go zmusić żeby dotknąć Maggie, nawet gdyby miał zawiązane oczy’.
Mięśnie jej twarzy znowu się spięły, znowu otworzyła usta, ale natychmiast je zamknęła i zakrztusiła się kiedy zapytał ‘Jak by pani zareagowała gdyby usłyszała, że ktoś musiałby mieć opaskę na oczach, nim by zechciał dotknąć pani ciała?
Patrzył na nią, jak mocno mruga oczami, obserwował jak czerwień zalewa jej śmiertelnie bladą skórę, w końcu zabrał rękę z drzwi i odsunął się od niej, jego głos był cichy, ale głęboki ‘To co chciałbym teraz zrobić, to iść do nich i dać im w twarz, ale wiem jak bym przez to skończył, a nie są tego warci. Więc powiem tylko tyle panienko, że im szybciej stąd odejdę tym lepiej; i tak za długo tu byłem. Zostanę tu do końca tygodnia’.
Wpatrywała się w niego bez słowa. Jej ciało nagle szarpnęło się, kiedy jego ręka ruszyła w jej kierunku, ale on tylko otworzył drzwi, prześlizgnęła się i szybko wyszła. Kiedy odeszła, zamknął je znowu, odwrócił się plecami i stał tak bez ruchu, z przymkniętymi oczami, jego dłonie zwinęły się w pięści, wyszeptał ‘Boże! Ta kobieta’. W końcu zmusił się, żeby odejść od drzwi, złapał głęboki oddech i powiedział do siebie ‘Już niedługo’.
***

Gitka - Pon 18 Gru, 2006 15:55

Moniczko, Moniczko tyle czytania czekało na mnie :banan:

Cytat:
‘Boże! Ta kobieta’.


Zaczyna się :wink:

Pięknie to tłumaczysz, bardzo Ci dziękuję :kwiatek:
Tęskniłam :serce2:

Anonymous - Pon 18 Gru, 2006 16:55

to samo miałam napisać
Monika napisał/a:
Boże! Ta kobieta’.
Zaczyna się :D


P.S. A już sie zaczełam zastanawiać kiedy Bradley w końcu dostanie gumowym młotkiem po łbie :D

Monika - Pon 18 Gru, 2006 22:06

Musisz ją przeprosić’.
‘Co?
’. Arnold Thorman patrzył na swoją siostrę jakby postradała zmysły, zupełnie jak Millie; dodał ‘Nie bądź niemądra. Przeprosić Maggie?’.
‘Tak, masz przeprosić Maggie. Powinieneś się wstydzić. I ty także
’. Spojrzenie przeniosła na Roland'a, a on, patrząc na nią chłodno powiedział ‘Jesteś śmieszna. Ile masz lat? Dwadzieścia pięć. Nie, dwadzieścia sześć, a prawisz nonsensy jakbyś wyszła z jakiegoś klasztoru. Doprawdy, większość ludzi jest bardziej uświadomiona w tajnikach życia niż ty. Nie wiem dlaczego, nasz dziadek przecież niegdyś…’.
‘Nie chcę wysłuchiwać o postępkach naszego dziadka. Wiem tylko, że Maggie została zraniona, więcej, została znieważona’.
‘Nie obraża się tego typu ludzi, doprawdy Agnes’.

Patrzyła na najstarszego z braci i znowu do niej dotarło, jak bardzo się od nich różniła: czuła się, jak wcześniej, bardziej związana ze służbą, oczywiście z wyjątkiem tego indywiduum, Bradley’a. Och, co za człowiek!
Wracając wzrokiem w kierunku brata, powiedziała cicho ‘Arnoldzie, zachowujesz się niczym pan na włościach, nie jesteś lordem, a to nie jest dwór, to nawet nie jest przyzwoicie prowadzony biznes. Powiem ci coś. Nie wiem ile się naczytałeś o Australii, ale z tego co słyszałam jest to surowy kraj i obawiam się, że twoje kulturalne i, że tak powiem, archaiczne poglądy co należy się naszej klasie zostaną prędzej czy później skonfrontowane z rzeczywistością, jakże chciałabym zobaczyć to na własne oczy’.
Odwróciła się i kiedy opuszczała pokój, Roland zawołał za nią ‘Cóż za miłe słowa pożegnania, muszę to przyznać. Nasz ostatni wspólny wieczór’. Przy drzwiach zatrzymała się i patrząc na nich zawołała ‘Dlaczego więc nie wrócicie do Newcastle i nie dokończycie swoich rozrywek’.
Kiedy weszła do hallu i dotarła do schodów ujrzała Ruthie, wychodzącą z kuchni, trzymającą Millie za rękę, ciągnąc ją przez hall powiedziała ‘Jest zasmucona, panienko. Przed chwilą usłyszała, że Robert… Bradley wyjeżdża. Jest teraz w warsztacie: spotkała go jakaś przykrość; musiał się zapewne pokłócić z Bloome’em. A nasza Maggie wypłakuje sobie oczy; ma atak bólu zęba. Moja matka mówi, że będzie musiała jutro iść do dentysty. Czy będę mogła jej towarzyszyć, panienko?’
Nastroje, bóle zęba, bracia i ich prostytutki, no i Bradley.
Tak, tak: porozmawiamy o tym jutro. Chodź ze mną Millie’. Niemal złapała rękę Millie i pociągnęła na schody, a kiedy dziewczyna okazała niechęć by wejść do pokoju, zatrzymała się i pogroziła jej palcem ‘A teraz Millie, nie zaczynaj znowu, nie jestem dziś w nastroju by znosić twoje humory. Rozumiesz?’.
‘Bradley. Tak lubię Bradley’a’.
‘Za dużo ludzi lubi Bradley’a. Chodź już’.

W sypialni zarządziła ‘Rozbierz się i idź do łóżka’. Millie jednak, stojąc na środku pokoju powiedziała cicho ‘Ale Aggie, ja nie chcę jeszcze iść spać’.
Agnes w garderobie szukała dla Millie koszuli nocnej, jej ręka zatrzymała się gwałtownie. Millie przemówiła. Od dłuższego czasu nie mówiła tak logicznie jak w tej chwili. Odwróciła się i podeszła do niej, mówiąc spokojnie ‘Bradley chce odejść, Millie, a jeśli tego pragnie, to tak się stanie, nic co powiemy nie zatrzyma go’.
‘Jest taki miły’.

Agnes podeszła do łóżka i położyła na jego skraju koszulę, rozłożyła ją i strząsnęła delikatnie mówiąc ‘Dlaczego myślisz, że jest miły?’
Prostota odpowiedzi, jaką otrzymała sprawiła, że powoli zaczęła bacznie przyglądać się siostrze, Millie cicho mówiła ‘Rozmawia ze mną, tak jak z innymi ludźmi. Nie boi się mnie, śmieje się ze mną i rozumie, o czym mówię. Kiedy wczoraj mu powiedziałam, że chciałabym latać, odpowiedział że on też zawsze chciał i zastanawiał się dlaczego ptaki potrafią nie tylko fruwać, ale i chodzić, nie podskakiwać, ale stawiać nogi tak jak my to robimy. A niektóre z nich potrafią też pływać. Powiedział mi że to niesprawiedliwe że potrafimy tylko chodzić. Nikt nigdy ze mną tak nie rozmawiał. Nawet ty, Aggie’.
Agnes powoli usiadła po jednej stronie łóżka i wpatrywała się w tą ukochaną istotę. Miała rację. Nie rozmawiała z nią w ten sposób i gdyby jej powiedziała o lataniu, pewnie odpowiedziałaby ‘Nie bądź niemądra! Nie jesteś ptakiem, ludzie nie fruwają’. Ale najwyraźniej Bradley wypowiadał na głos to o czym inni ludzie tylko marzyli, czyli o lataniu. Przecież nie tak dawno była wzmianka o człowieku, który zrobił skrzydła z jedwabiu i skoczył z mostu, tyle że wpadł do wody i utopił się. Projektowano teraz wielkie maszyny, które jak rozumiała, miały poszybować po niebie. Nazywano je zeppeliny. Ale ponad wszystko, to Bradley sprawił, że zaczęła znowu mówić, najwyraźniej wymazało to wydarzenia tamtej strasznej nocy, które musiały ją tak przerazić, że przez wiele tygodni nie wypowiedziała słowa.
Nic tak miłego nie trwa wiecznie, prawda Aggie?
Agnes podniosła się z łóżka, podeszła do siostry i wzięła ją w objęcia, mówiąc łagodnie ‘Masz rację, kochanie. Ale od teraz wszystko będzie inaczej. Będziemy… będziemy spacerowały, będę ci czytała, a w zimowe dni będziemy grały na pianinie, bo przecież potrafisz zagrać kilka łatwiejszych utworów, prawda? A latem zajmiemy jedną część ogrodu, tylko dla siebie i stworzymy ją na nowo. No już’. Delikatnie odsunęła ją od siebie, przyglądając się uważnie twarzy, uśmiechała się mówiąc ‘Czy nie jest na co czekać?
Millie odwzajemniła uśmiech ‘Tak, tak, jest, Aggie, na co czekać: ale’ – opuściła lekko głowę – ‘ale tak bym chciała, żebyś spytała go by został. Czy możesz Bradley’a o to zapytać? Ja… ja myślę, że on zostanie dla ciebie’.
Agnes czuła jak się rumieni, zapytała ‘Dlaczego tak myślisz?’
‘Bo… bo uważam, że on cię lubi, ponieważ kiedy mówię o tobie, on też mówi o tobie’.
‘Naprawdę? Kiedy mówił o mnie?’
‘Och, wtedy kiedy robił okna i podłogę w bibliotece, które były spróchniałe. To było śmieszne, czyż nie? Tak się z tego śmieliśmy. Dlaczego nazywają to suchym próchnem, zapytał wtedy, przecież przyczyną jest wilgoć?’
‘Ale co mówił o mnie?
’. Agnes naprowadziła jej uwagę z powrotem na pytanie.
Och’ – Millie obróciła głowę na jedną stronę, jakby intensywnie chciała sobie o czymś przypomnieć – ‘on… on powiedział że masz przepiękne oczy, a ja… ja powiedziałam, że masz samotne oczy. A wtedy powiedział, że mam rację’.
‘No już!
’. Głos Agnes był teraz ostry. ‘Pozbieraj swoje rzeczy. I Millie… Millie spójrz na mnie. Nie dyskutuj z Bradley’em o mnie. Rozumiesz? Ten czas, kiedy tu będzie, nie będziesz z nim o mnie rozmawiać’.
‘Dobrze, Aggie. Dobrze’.

Kiedy Agnes przeszła przez pokój, Millie powoli zdjęła swoje ubranie, mrucząc coś do siebie; a kiedy była już w łóżku i Agnes siedziała obok niej gotowa na wieczorne czytanie, nagle usiadła prosto i powiedziała ‘Och, Bradley przyrzekł, że dostanę szczeniaka. Miał cię zapytać, czy mogę go mieć. On zna ślicznego szczeniaczka. Och, tak pragnę pieska. Czy mogę? Zgodzisz się Agnes?’.
‘Tak, tak. Ale kładź się. No dobrze, możesz mieć pieska, ale będziesz trzymała go na zewnątrz’.
‘Na zewnątrz?’
‘Tak. Zrobimy dla niego specjalne miejsce na dworze’.
‘Ale… ale ja go chcę w domu, tutaj’
– pokazała na kołdrę – ‘w łóżku ze mną’.
‘Piesek nie może z tobą spać w łóżku, Millie’.
‘Ale Bradley mówił, że miał kiedyś szczeniaczka i leżał obok niego na łóżku’.
‘Kładź się!
’. Jej głos prawie przypominał krzyk, Millie szybko położyła się z powrotem, a Agnes zamykając z trzaskiem książkę, położyła ją na stoliczku; w końcu znowu spojrzała na wątłą, bladą twarz, powiedziała ‘Za chwilę wrócę. Leż spokojnie, niedługo przyjdę’.
Kilka minut później stała w swojej sypialni, jej ręce złączyły się na piersiach; jej usta spięły się w jedną cienką kreskę, a oczy były mocno ściśnięte, jej dusza krzyczała, Bradley! Bradley! Jeśli raz jeszcze usłyszę to imię chyba oszaleję’.

Koniec rozdziału 4

Oj biedna Agnes, łatwiej jest nienawidzić, zwłaszcza kiedy nie jest się pewnym wzajemności, niż przyznać, że już się kocha :mrgreen:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group