To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

GosiaJ - Pon 29 Maj, 2006 23:35

Kaziuta napisał/a:
Dla chcącego nic trudnego, a jak mawiał chyba Boy-Żeleński "kobieta jak chce to się odda mężczyźnie nawet przez dziurkę od klucza"".


Ja Was proszę, z takimi rozmowami do wątku o fanfiku! To jest przyzwoity wątek z tłumaczeniami powieści pani Gaskell, która, jak wiecie, bardzo dostojnie wyglądała, więc proszę tu chuci swych nie rozpuszczać!
:mrgreen:

Gosia - Pon 29 Maj, 2006 23:50

Masz racje, Gosiu.
Czy ta pani pisalaby takie rzeczy ???



Apeluje o umitygowanie sie !

Kaziuta - Pon 29 Maj, 2006 23:55

Dobra umityguję się, ale Ryśka temu kto mi powie co mam robić.
GosiaJ - Wto 30 Maj, 2006 00:05

Gosia napisał/a:
Masz racje, Gosiu.
Czy ta pani pisalaby takie rzeczy ???
Apeluje o umitygowanie sie !


Nie mogę, nie mogę, jak na nią patrzę, to nie wierzę, że ona w ogóle myślała, że jej bohaterowie mogą robić coś nieprzyzwoitego ;-)

Gosia - Wto 30 Maj, 2006 00:12

Ja tez, wiec autorką fanfika byc raczej nie moglaby.
Ale i TAKIE mysli w glowie Thorntona jak w N&S ? o ramionach itd...
to nie uchodzi... a tak nobliwie wyglada ;)

Kaziuta - Wto 30 Maj, 2006 00:24

No przeciez bocian jej nie przyniósł, a jajorództwo tez nie wchodziło w grę, więc co wy sie tak dziewczynki dziwujecie.
Nic co ludzkie nie było jej obce, a fanficka to może i napisała tylko nikt tego nigdy nie znalazł i nie opublikował.
:mrgreen:

GosiaJ - Wto 30 Maj, 2006 00:32

Gosia napisał/a:
Ja tez, wiec autorką fanfika byc raczej nie moglaby.
Ale i TAKIE mysli w glowie Thorntona jak w N&S ? o ramionach itd...
to nie uchodzi... a tak nobliwie wyglada ;)


No właśnie, do fanfików jej daleko, ale w sumie jak na wiktoriańską babeczkę, to co pisała o myślach Thorntona, niektóre sceny, np. ostatnia... to ja nie wiem, czy uchodziło w jej czasach :-)
Kaziutka, myślisz, że ona jak nasz Fredro? :-)

Alison - Wto 30 Maj, 2006 07:49

Znowu smutno, ale adekwatnie do pogody :-(

„Pogrzeb cz. 1.”, Rozdz. XXXIII, „Peace”, str. 317.

Tak źle spała w nocy, że była słabo przygotowana na dodatkowy niepokój spowodowany listem od Fredericka. Pan Lennox był poza miastem. Jego urzędnik powiedział, że najpóźniej wróci w przyszły wtorek, więc możliwe, że w domu mógłby być w poniedziałek. W rezultacie Frederick po namyśle postanowił pozostać w Londynie dzień lub dwa dłużej. Myślał też o powrocie do Milton, chęć ku temu była bardzo silna, ale pomysł, że pan Bell miałby się zatrzymać w domu jego ojca i ostrzeżenie jakie otrzymał w ostatnim momencie na stacji, spowodowały, że postanowił pozostać w Londynie. Margaret chciała się upewnić czy podjął wszystkie środki ostrożności przed wytropieniem go przez Leonardsa. Była wdzięczna, że dostała list kiedy ojca nie było akurat w pokoju matki. Gdyby był, oczekiwałby żeby mu go przeczytała na głos, co naruszyłoby stan jego nerwów, które nie wiedziałaby jak uspokoić. Fakt rozpoznania Fredericka w Milton, możliwość pościgu i zatrzymania go w Londynie mroziły jej krew w żyłach. A jak podziałałoby to na ojca? Wiele razy Margaret żałowała swoich sugestii i nalegań na skonsultowanie się z panem Lennox’em. W tym momencie, kiedy wydawało się, że wszystko się trochę opóźnia, dodatkowo, że istnieją niewielkie szanse na wykrycie, wszystko to co się stało, czyniło ten krok wielce niepożądanym. Margaret ostro walczyła z żalem jaki odczuwała, że teraz już nic nie da się zrobić, przeciwstawiała się tym robionym sobie stale wyrzutom, że najpierw wymądrzała się, a teraz ostatnie wydarzenia udowodniły, że było to takie głupie.
Ojciec był w zbyt głębokiej depresji ciała i umysłu, by podjąć jakąkolwiek walkę. Uległby tym wszystkim powodom do chorobliwego żalu za tym, czego i tak nie można było przywrócić. Margaret zebrała wszystkie siły żeby pomóc samej sobie. Jej ojciec wydawał się nie pamiętać, że tego ranka mają jakikolwiek powód oczekiwać listu od Fredericka. Był zajęty jedną myślą – że ostatni widoczny dowód obecności jego żony, zostanie mu odebrany i ukryty przed jego wzrokiem. Dygotał żałośnie kiedy karawaniarz zawieszał draperie z krepy wokół niego. Smutno spoglądał na Margaret, a kiedy został już uwolniony powiedział w stronę mamroczącej córki:
- Módl się za mnie Margaret. Nie mam już siły. Nie mogę się modlić. Tracę ją bo tak trzeba. Próbuję to znieść, naprawdę się staram. Wiem, że to wola Boga. Ale nie rozumiem dlaczego umarła. Módl się za mnie Margaret, żebym znalazł siłę na modlitwę. To wielka strata, moje dziecko.
Margaret siadła obok niego w powozie, niemal trzymając go w ramionach i powtarzając wszystkie szlachetne wersy świętej pociechy albo teksty wyrażające pełną rezygnację, jakie tylko mogła sobie przypomnieć. Jej głos ani razu nie zadrżał, robiąc to, sama sobie dodawała sił. Usta ojca poruszały się zgodnie z jej ustami, powtarzając dobrze znane teksty i słowa, które mu podpowiadała. Strasznie było patrzeć na tę cierpliwą, pełną wysiłku walkę o osiągnięcie stanu rezygnacji, której on nie miał siły dopuścić do swego serca i pozwolić jej stać się częścią siebie.
Hart ducha Margaret niemal zniknął, jak u Dixon, wraz z delikatnym ruchem ręki, którym zwróciła się w stronę Nicholasa Higginsa i jego córki, stojących trochę sztywno, lecz głęboko poruszonych ceremonią. Nicholas miał na sobie swój zwykły barchanowy strój, ale miał kawałek czarnego materiału przyszytego wokół kapelusza – znak żałoby, którego nie nosił wcześniej ku pamięci swojej córki Bessy. Ale pan Hale nic nie widział. Powtarzał sobie mechanicznie wszystkie pogrzebowe formułki czytane przez odprawiającego nabożeństwo duchownego. Kiedy wszystko się skończyło westchnął dwa czy trzy razy i położywszy dłoń na ramieniu Margaret, bezgłośnie poprosił o wyprowadzenie jak gdyby był ślepcem, a ona jego wiernym przewodnikiem.

basiek - Wto 30 Maj, 2006 08:05

Smutne.
Dużo trosk przytłoczyło dziewczynę jednocześnie.

miłosz - Wto 30 Maj, 2006 08:54

Oj pogubiło sie dziewczynisko.
Ale powiem wam, że czytając te tłumaczonefragmenty - widzę jak ciekawie został nakręcony i opowiedziany serial. :thud:

Mag - Wto 30 Maj, 2006 09:21

Pięknie. Alison- dzięki.
Śmierć tak bliskiej osoby wprowadza chaos w myśli i nie dziwię się Margarytce, że sama nie wiedziała czego chce.....

Gitka - Wto 30 Maj, 2006 10:28

Jakie szczęście, że miała jeszcze za przyjaciela Nicholasa Higginsa.
Bardzo dziekuję, Alison.

Gosia - Wto 30 Maj, 2006 11:35

Mysle, ze dobrze byl dobrany aktor do roli Pana Hale`a.
Widze w tym momencie jego zbolala i nieobecna nieco twarz.
Scene mozna wyobrazic sobie calkiem plastycznie.
Margaret tak naprawde nie miala w nikim oparcia, musiala sama pocieszac innych.
Musiala polegac na sobie samej i to spowodowalo, ze jednak byla troche twarda.

Dzieki Ali !

GosiaJ - Wto 30 Maj, 2006 19:57

Alison napisał/a:
Znowu smutno, ale adekwatnie do pogody :-(
„Pogrzeb cz. 1.”, Rozdz. XXXIII, „Peace”, str. 317. (...)


Dziękuję, Alison - piękny, bardzo smutny fragment. Pięknie opisane uczucia pana Hale'a. I Margaret, która jakoś tam musi być silna za całą rodzinę.
Tak myślę, że John Thornton jest pierwszym, przy którym nie będzie musiała cały czas być twarda, będzie mogła liczyć na jego wsparcie. W jej rodzinie to ona cały czas robiła za "siłaczkę" - brat nieobecny, matka i ojciec - niepotrafiący sobie radzić z przytłaczającym ich światem zewnętrznym. I wyrosła nam waleczna Margaretka.

Trzykrotka - Wto 30 Maj, 2006 21:26

Higgins mówi pod koniec filmu, że Margaret w Milton nic już nie trzyma i że doświadczyła wiele smutku i nieszczęścia od kiedy się w nim pojawiła. Tak było. Ale gdyby nie Milton, chyba nie dorosłaby jeszcze długo. W swoim rajskim Helston pozostałaby panienką z sielskiej plebanii, truchę południową snobką, łatwo osądzającą innych, a niewiele wiedzącą o życiu, taką Edith w może troche spokojniejszym wydaniu.
No i nie spotkałaby Thorntona. Juz za to samo należy się dozgonna wdzięczność panu Hale. Albo nawet biskupowi.

Matylda - Wto 30 Maj, 2006 21:26

i położywszy dłoń na ramieniu Margaret, bezgłośnie poprosił o wyprowadzenie jak gdyby był ślepcem, a ona jego wiernym przewodnikiem.


No tak to młodziutka dziewczyna powinna czuć wsparcie ze strony dorosłych a tu tymczasem.............I jeszcze ta troska i plątanina mysli w głowie związane z bratem
Dzieki Alison za kolejny kawałek :smile:

Alison - Śro 31 Maj, 2006 08:08

No to teraz już nie będzie tak smutno tylko bardziej ekscytująco. Wielbicielki Thorntona - Baczność! :-)

„Pogrzeb cz. 2.”, Rozdz. XXXIII, „Peace”, str. 319.

Dixon szlochała głośno. Zakrywszy twarz chusteczką była tak zajęta własną rozpaczą, że nie zauważyła, że tłum ściągnięty przez taką okazję jak pogrzeb, już się rozproszył, dopóki ktoś nie przemówił do niej z bliska. Był to pan Thornton. Przez cały czas był obecny, stojąc z pochyloną głową za grupą ludzi, więc nikt go nie rozpoznał.
- Proszę mi wybaczyć, czy mógłbym się dowiedzieć jak się ma pan Hale? I panna Hale? Chciałbym wiedzieć jak się oboje mają?
- Oczywiście proszę pana. Mają się tak jak należało oczekiwać – pan Hale okropnie się załamał. Panna Hale znosi to lepiej niż można by się spodziewać.
Pan Thornton oczekiwał raczej, że usłyszy iż jest pogrążona w naturalnym smutku. W pierwszym rzędzie, samolubnie czerpał przyjemność z myśli, że jego wielka miłość mogłaby teraz być dla niej pociechą i wsparciem. Był to ten sam rodzaj dziwnej porywczej przyjemności, która przeszywa zjadliwie matczyne serce, kiedy jej osłabłe dziecko tuli się, zależąc od niej we wszystkim. Ale słodka wizja tego co mogłoby być, mimo odrzucenia przez Margaret, którego doznał ledwie kilka dni wcześniej – została żałośnie zburzona przez przypomnienie tego, co widział w pobliżu stacji Outwood. „Żałośnie zburzona!” – niewystarczająco silne stwierdzenie. Prześladowało go wspomnienie przystojnego młodego mężczyzny, z którym stała w takiej poufałej bliskości. To wspomnienie przeszywało go jak cierpienie, aż zaciskał pięści tak mocno by zmiażdżyć ten ból. O tak późnej godzinie, tak daleko od domu! Tak wielkiego moralnego wysiłku trzeba było, by utrzymać jego ufność – przedtem tak doskonałą – w czystość Margaret, w jej śliczną dziewczęcość. Gdy tylko powstrzymał te starania, jego ufność upadła bezsilna i martwa, a wszystkie możliwe dzikie wyobrażenia prześcigały się nawzajem jak sny w jego głowie. Była to już tylko odrobina żałosnego, dręczącego potwierdzenia: „znosi to lepiej niż można by się spodziewać” – w tym całym smutku. Więc ma jakąś nadzieję. Na coś tak jasnego, co nawet pomimo jej uczuciowej natury rozświetla ciemne godziny córki, która dopiero co została osierocona przez matkę. Tak! Wiedział jak potrafiła kochać. Nie pokochał jej bez uzyskania tej instynktownej wiedzy o tym jakie w niej tkwią możliwości. Jej dusza kroczyłaby cudownie rozświetlona, gdyby jakiś mężczyzna zdołał siłą swych uczuć, zasłużyć na jej miłość. Nawet w swojej żałobie pozostała ze spokojną wiarą w jego sympatię. Jego sympatię! Czyją? Tamtego człowieka. To wystarczyło by uczynić twarz pana Thorntona grobowo bladą. Kiedy odpowiadał Dixon, jego twarz stała się podwójnie blada i surowa:
- Myślę, że odwiedzę – powiedział chłodno – mam na myśli, że odwiedzę pana Hale’a. Być może przyjmie mnie pojutrze albo kiedyś...
Mówił tak jakby było mu to całkowicie obojętne. Ale tak nie było. Z powodu całego swojego bólu pragnął zobaczyć jego sprawczynię. Chociaż czasami nienawidził Margaret, kiedy pomyślał o tej delikatnej, zażyłej pozie w jakiej ją widział i tych wszystkich towarzyszących temu okolicznościach, miał nieustanne pragnienie odnowić jej obraz w swoim umyśle, pobyć trochę w atmosferze, którą oddychała. Był w szponach namiętności, jak w szponach Charybdy* i musiał z konieczności krążyć i krążyć coraz bliżej wokół fatalnego punktu.
- Ośmielę się powiedzieć sir, że mój pan się z panem spotka. Było mu bardzo przykro, że musiał odmówić tamtego dnia, ale okoliczności były wtedy niesprzyjające.
Z takiego czy innego powodu Dixon nigdy nie wspomniała Margaret o tej rozmowie z panem Throntonem. Może przez przypadek, ale raczej nigdy, Margaret nie dowiedziała się o tym, że towarzyszono jej podczas pogrzebu jej biednej matki.

* Charybda – mityczny potwór. Wg mitologii greckiej dwa potwory Scylla i Charybda (Skylla i Charybdis) czyhały na żeglarzy po obu stronach wąskiej cieśniny. Potocznie używa się zwrotu – znaleźć się pomiędzy Scyllą i Charybdą tj. znaleźć się w sytuacji bez wyjścia. Gaskell dosłownie użyła zwrotu: „znalazł się w Charybdis namiętności” – tak jakby była to nazwa jakiejś miejscowości, więc pozwoliłam sobie skorygować to w tłumaczeniu, a w tym miejscu „udokładnić” szanownemu czytelnictwu – przyp. tłum.
:cool:

Trzykrotka - Śro 31 Maj, 2006 09:28

Alison napisał/a:
No to teraz już nie będzie tak smutno tylko bardziej ekscytująco. [/i]


O rany... poranna kawa całkiem inaczej smakuje przy takiej czytance :oops: .
Znowu fragment pełen napięcia i emocji, Alison - świetna robota.
Ja naprawdę nie rozumiem, czemu o epoce wiktoriańskiej mówi się, jako o wzorze wstrzemięźliwości. Poczciwa pani Gaskell....!! Jak ona opisuje to kłębowisko uczuć szarpiące biednym Johnem!

Gitka - Śro 31 Maj, 2006 09:37

Dziekuję za tłumacznie.
To prawda Thorton strasznie "poszarpany" , on nawet zazdrosny jest taki interesujący...

Gosia - Śro 31 Maj, 2006 09:56

Takiego wlasnie Thorntona kochamy!

"Prześladowało go wspomnienie przystojnego młodego mężczyzny, z którym stała w takiej poufałej bliskości. To wspomnienie przeszywało go jak cierpienie, aż zaciskał pięści tak mocno by zmiażdżyć ten ból. O tak późnej godzinie, tak daleko od domu! Tak wielkiego moralnego wysiłku trzeba było, by utrzymać jego ufność – przedtem tak doskonałą – w czystość Margaret, w jej śliczną dziewczęcość. Gdy tylko powstrzymał te starania, jego ufność upadła bezsilna i martwa, a wszystkie możliwe dzikie wyobrażenia prześcigały się nawzajem jak sny w jego głowie"
Tak! Wiedział jak potrafiła kochać. Nie pokochał jej bez uzyskania tej instynktownej wiedzy o tym jakie w niej tkwią możliwości. Jej dusza kroczyłaby cudownie rozświetlona, gdyby jakiś mężczyzna zdołał siłą swych uczuć, zasłużyć na jej miłość.

Jego meki sa takie rozkoszne ;)
Swoja droga, czemu Dixon nie powiedziala nigdy tego Margaret ? Co by jej tam zalezalo pisnac slowko ? ;) A Margaret by wiedziala, ze nie przyslano jeno pustego powozu, i ze Thornton byl na tym pogrzebie. Zawsze to jakos cieplej na duszy ...
W filmie jak wiemy, jest inaczej, w kosciele pojawia sie nie tylko Thornton, ale takze jego matka i siostra, choc i tam Margaret nie zwraca na nich uwagi. No i jest obecny pan Bell, ktory w ksiazce z pwoodu podagry :D przyjechac nie mogl.



Dzieki Al!

izek - Śro 31 Maj, 2006 10:05

Dzięki Alison za fragment przemyśleń JT... nie ma nadziei, ale pcha się jak ćma do ognia...
Trzykrotka - Śro 31 Maj, 2006 10:14

Gosia napisał/a:
Takiego wlasnie Thorntona kochamy!
Swoja droga, czemu Dixon nie powiedziala nigdy tego Margaret ? Co by jej tam zalezalo pisnac slowko ? ;)


Oni wszyscy, łacznie z Dixon, mieli tego biednego Thorntona w ... wielkim poważaniu. Margaret pierwsza się nawróciła. Pan Hale na samą wzmiankę, że "coś" jest między jego córką, a ulubionym uczniem, prawie wzruszył ramionami...

A my jak pijawki żądne krwi czekamy na te rozkoszne męki. Oj, nieładnie...

Narya - Śro 31 Maj, 2006 10:51

A cóż my na to poradzimy, że jego męki są takie ekscytujące? :mrgreen:
Alison - wspaniały fragment...
A co do Dixon, to może nie powiedziała Margaret, bo miała wtedy głowę czym innym zajętą. A potem może nie chciała wracać do tych przykrych wydarzeń.

Narya - Śro 31 Maj, 2006 10:59

Gosia napisał/a:
Takiego wlasnie Thorntona kochamy!
[url=http://img444.images....th.jpg]Obrazek[/URL]

Piękne ujęcie Gosiu. Ten wyraz jego twarzy, niewyraźny zarys twarzy Margaret, wspaniale rzeźbiony fragment ławki między nimi i w ogóle nastrój całej sceny... :thud:
Należy wspomnieć również o dobrze dobranym jasny tle, od którego sylwetka Thorntona wyraźnie się odznacza :mrgreen:

Alison - Śro 31 Maj, 2006 11:44

Gosia napisał/a:
Takiego wlasnie Thorntona kochamy!

No i jest obecny pan Bell, ktory w ksiazce z pwoodu podagry :D przyjechac nie mogl.


Prawda o panu Bell'u jest taka, że miał dnę moczanową :grin: sorry panie Bell za ten bezwstydny brak współczucia, ale tak to brzmiało "nieliteracko" - Pan Bell miał dnę moczanową. :banan: że dajcie spokój, więc "zachorowałam" go na podagrę. Mam nadzieję, że pani Gaskell wybaczy mi tę medyczną nieścisłość ;-)



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group