To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Ekranizacje - Rozważna i Romantyczna Sense and Sensibility (1995)

zuza - Czw 15 Paź, 2009 23:43

Wszystko przez Was! Zamiast iść spać jak przywoiy czlowiek, oglądam S&S. Jak oni wszyscy ślicznie mówią po angielsku. Tak okragle :serduszkate: I ta Anglia taka sielska... OOOO i pan Palmer cudowny, zawsze go uwielbialam, ale teraz mam pewien problem z nim w tym filmie (wszystko przez House'a).
No coz, chyba rozloze lozko i dam sie uśpić wspaniałemu glosowi Alana sączącemu sie z ekranu...
Muszę przyznać, że wszystko w tym filmie lubię. No moze poza tym, że Willoughby zupełnie mnie nie kreci, a powinien...

Sofijufka - Pią 16 Paź, 2009 09:12

hehe, to poczekaj, aż zobaczysz Pekińczyka z ostatniej ekranizacji :thud:
Za to nowego Brandona wolę od Alana....

Trzykrotka - Pią 16 Paź, 2009 09:36

"Stary" Willoughby był - jak należy - bardzo przystojny, ale miał w twarzy coś łagodnego i niewinnego; jakoś nie mogłam przekonać się do jego bezwzględności. "Nowy" urodziwy nie jest (choć w Mamma Mia pokazał, że ma ładne, zgrabne ciało :wink: ). Ale ja sobie myślę, że Willoughby nie musiał być uderzająco przystojny. Marianna nie ładnej twarzy potrzebowała, zeby się zauroczyć jak wariatka. Ona potrzebowała słów. Potrzebowała, żeby ktoś do niej mówił tym specjalnym tonem, recytował wiersze i robił głupstwa udając, ze nie przejmuje się tym, jak funkcjonuje społeczeństwo i jego głupie normy.
Ja wolę Alana Rickmana. Jestem słuchowcem; dla jego głosu dałabym się posiekać. A na dodatek cudownie gra na sposób romantyczny. Trzy ukochane sceny z RiR 1995, to te z Alanem: 1. Brandon spotyka Mariannę po raz pierwszy, jego zapatrzenie jest niezwykle pięknie zagrane, 2.Brandon podczas choroby Marianny prosi Eleonorę o jakieś zlecenie, żeby nie oszaleć 3.Brandon czyta ozdrowiałej Mariannie. Jego głos gra w tej scenie i nic więcej nie jest potrzebne.
Ale i nowy Brandon był bardzo dobry. Tyle, że nie miał Alanowskiej charyzmy.

Sofijufka - Pią 16 Paź, 2009 09:57

ba! właśnie sęk w tym, że pan W. zupełnie nie wygladał na drania, którym był! A dramat - że miał zadatki na innego, porzadnego człowieka, tylko wychowanie i tryb życia go zwichrowały....
BeeMeR - Pią 16 Paź, 2009 10:17

Trzykrotka napisał/a:
rzy ukochane sceny z RiR 1995, to te z Alanem: 1. Brandon spotyka Mariannę po raz pierwszy, jego zapatrzenie jest niezwykle pięknie zagrane, 2.Brandon podczas choroby Marianny prosi Eleonorę o jakieś zlecenie, żeby nie oszaleć 3.Brandon czyta ozdrowiałej Mariannie. Jego głos gra w tej scenie i nic więcej nie jest potrzebne.
muszę sobie odświeżyć tą wersję - bo ten głos to i ja pamiętam :serduszkate: ale niewiele więcej :rumieniec:
Trzykrotka - Pią 16 Paź, 2009 11:16

Warto, naprawdę warto! To była świetna adaptacja i ekranizacja. Nie ma w niej tego, czym grzeszy na przykład DiU 2005, czy nasz kinowy Ogniem i mieczem - wrażenia zadyszki, jaką mają twórcy, żeby wyrobić się z materiałem. Tam nic nie pędzi, nikt nie pogania, akcja toczy się wartko, a choć brakuje paru postaci (lady Middleton, Anny, siostry Lucy, czy lady Ferrars, matki Edwarda), w niczym nie wpływa to na spójność akcji. Piękny film. I pan Palmer w nim jest :banan:
Trzykrotka - Pon 11 Sty, 2010 18:34

Kochane Panie, mam dla was cos pysznego. Przed chwila sama przeczytałam i rozpłynęłam się z zachwytu.
Lizzie udostępniła nam jakiś czas temu ebooki książek dotyczących JA. Ja postarałam się przetłumaczyć Making of DiU, a inną pozycją zainteresowałam moja przyjaciółkę. To jest rezultat.
Milka (pod takim nickiem jest u nas zarejestrowana) tlumaczy dla nas Pamiętniki Emmy Thompson z kręcenia RiR w reżyserii Anga Lee, z jej scenariuszem.

Na razie próbka i przedsmak, czyli wstęp producentki filmu. Dajcie znać, jak wam się podoba i czy chcecie więcej

Wstęp – Lindsay Doran (producent)

(cz.1)

Jeśli była jakakolwiek rzecz, którą kiedyś wiedziałam na 100%, to to, że „DiU” to bardzo głupia książka, JA to bardzo głupia pisarka, i że nigdy, nigdy więcej żadnej z jej beznadziejnych książek nie przeczytam. Miałam wtedy 13 lat.
Wiedziałam, że „DiU” jest uznawana za wielką klasykę i w ogóle, ale ja nie potrafiłam dostrzec w niej niczego wielkiego. Była to historia o 5 siostrach, które -zdaje się- żyły tylko dla jednej rzeczy: wizyt. Najważniejszą rzeczą, która mogła zdarzyć się w ich życiu było to, że ktoś akurat mógł wpaść z wizytą, lub że one mogły wpaść do kogoś lub – co najlepsze – że ktoś całkiem nowy mógł zamieszkać w ich sąsiedztwie, co stwarzałoby możliwość powstania całkiem nowego kręgu wpadających do siebie. I tak w kółko. Gadały między sobą, gadały z facetami, których spotkały, potem jeszcze więcej gadały między sobą. Następnie wychodziły za mąż, jako że każda jedna postać była związana z jakąś inną postacią, i następował koniec książki. Strasznie głupie.
Mrs Ritter, która uczyła 8 klasę w mojej szkole dla dziewcząt, chciała z pewnością dobrze polecając nam przeczytać tę książkę, ale myślę, że najbardziej chodziło jej o to, że była to bezpieczna lektura dla młodych panieńskich umysłów. Oczywiście nigdy nie pokusiła się, by wskazać nam, że jest to pozycja pełna mądrości i humoru, a my byłyśmy zbyt młode i niewyrobione aby pojąć to same. Przynajmniej ja byłam. Napisałam zatem referat o tym, jak ubierały się kobiety w 1800 r. (ubrania – jak zwierzałam się przyjaciółce- były równie głupie jak książka) i na tym – jak sądziłam – zakończył się mój związek z JA.
Myliłam się. Pięć lat później, gdy byłam studentką 1-go roku w Barnard College (następna szkoła dla dziewcząt), wpisałam się na zajęcia do profesora Johna Kowenhoeven, na których każdy student wybierał sobie anglojęzycznego autora i próbował przeczytać każdą rzecz (prozę i poezję) jego autorstwa, w porządku chronologicznym, bez zaglądania do opracowań krytycznych czy biograficznych na jego temat. Założeniem było nie tyle przeczytanie wszystkich utworów danego autora (jak pamiętam, dziewczyna, która wybrała Hermana Melville’a, nawet nie zajrzała do „Moby Dicka”), lecz pokuszenie się o wyrobienie własnego sądu na temat tych utworów, własnego – bez wpływów tego, co myślą o nich krytycy czy biografowie.
Na początku każdy student miał przedstawić nazwisko autora, którego twórczością chciałby się zajmować. Wybrałam Jamesa Joyce’a (prawdopodobnie dlatego, że pewien chłopak, w którym się durzyłam, uważał, że Joyce był Żyjącym Bogiem) i po kilku pytaniach od Kowenhoevena wybór został zaakceptowany. Tak było z większością studentów, dopóki jedna dziewczyna nie powiedziała, że chce studiowac JA. Wszyscy zamarli. Bardzo szybko stało się jasne, że JA była tym autorem, którego profesor Kowenhoeven najbardziej kochał i podziwiał i do tego uważał, że nikt z nas nie jest godzien studiować jej utworów. Maglował biedną studentkę przez jakieś pół godziny – dlaczego chce studiować JA? Które książki już przeczytała? Jak chce nazywać autorkę w swoich pracach semestralnych („JA” – padła odpowiedź; było jasne, że gdyby studentka zamierzała zwrócić się choć raz o autorce jako „Jane”, „Miss Austen”, „Ms Austen” czy „Bard z Bath” to Kowenhoeven kazałby jej pisać o kimś innym). Kiedy na każde pytanie padła satysfakcjonująca odpowiedź, profesor usiadł na swym krześle, popatrzył prosto na (i jakby trochę przez) biedną dziewczynę i spytał „Czy masz poczucie humoru?”. „Dla Jane Austen mam” – odpowiedziała, wytrzymując jego spojrzenie. To przesądziło. Wybór został zaakceptowany, a Kowenhoeven przeszedł do następnych studentek, wybierających Hardy’ego, Woolf, Yeatse’a itd.
Siedziałam tam oszołomiona. Uwielbiałam tego profesora (pomimo tego, lub może dlatego, że mnie przerażał) i nie mogłam uwierzyć, że tak bardzo ceni JA. A dziewczyna, która wybrała JA (nie pamiętam jej imienia, jedynie jej aurę) – byłam pod jej wrażeniem, gdyż była to najbardziej odjazdowa dziewczyna w grupie – miała krótkie, czarne, kręcone włosy, podczas gdy reszta z nas chciała wyglądać jak Mary Travers z zespołu Peter, Paul and Mary (długie, proste blond włosy) i zawsze przynosiła do klasy futerał od wiolonczeli. Nie umiałam tego pojąć – co ci ludzie widzą w JA? I co wspólnego z tym ma poczucie humoru? Jedyny dowcip, który kojarzyłam z JA był ten , który jako dziecko zrobiłam jej kosztem (?)
Raz w tygodniu w ciągu semestru każdy student musiał przed resztą grupy przedstawić ustny raport na temat wybranego autora. Kowenhoeven podchodził bardzo surowo do naszych raportów (Naliczyłem 37 „wiecie” zanim przestałem liczyć – powiedział do jednej studentki; Gdy mówisz: „Joyce dobrze to opisuje”, co masz na myśli mówiąc „dobrze” – zwrócił się do mnie), podczas gdy zaskakująco łagodnie traktował dziewczynę, która wybrała JA. Choć i tak nie można było być dla niej surowym. Jej prace były znakomite; mało tego – były porywające i zabawne.
Utworami Joyce’a, od których zaczęłam moje studia, były jego szkolne eseje, które napisał mając około 15 lat. Były raczej nudne i w żaden sposób nie pozwalały dostrzec jego późniejszej magii. Pierwszymi utworami JA, które nam przedstawiono, były opowiadania i sztuki, które napisała mając nawet mniej niż 15 lat. Byliśmy nimi urzeczeni, przed wszystkim dlatego, że były niesamowicie śmieszne. (Później Emma Thompson przyzna mi się, że wczesne prace JA najbardziej przypominają jej skecze Monthy Pythona).
Dla zobrazowania przytaczam fragment krótkiego opowiadania „Frederick and Elfrida”, napisanego, gdy autorka była o wiele młodsza niż ktokolwiek z naszej grupy (pisownia, gramatyka i interpunkcja autorki):

But e'er [Frederic, Elfrida and Charlotte] had been many minutes seated, the Wit and Charms which shone resplendentin the conversation of the amiable Rebecca, enchanted them so much that they all with one accord jumped up and exclaimed. 'Lovely and too charming Fair one, notwithstanding your forbidding Squint, your greazy tresses and your swelling Back, which are more frightfull than imagination can paint or pendescribe, I cannot refrain from expressing my raptures, at theengaging Qualities of your Mind, which so amply atone for the Horror, with which your first appearance must ever inspire the unwary visitor. 'Your sentiments so nobly expressed on the different excellencies of Indian and English Muslins, and the judicious preference you give the former, have excited in me an admiration
of which I can alone give an adequate idea, by assuring you it is nearly equal to what I feel for myself.'

(poniżej Davida przekład na współczesny angielski*)

The whole time during the several minutes that [Frederic, Elfrida and Charlotte] were sitting there, the wit and charm of friendly Rebecca's conversation enchanted them so much that they all jumped up at once and exclaimed. Oh so pretty and charming one (piekna), despite your menacing squint (mysle, ze chodzi tu o zeza), greasy long hair and hunchback, which
are more frightening than I can imagine and express in painting or writing, I cannot help myself from crying out how wonderful your mind is, which more than compensates for the horrible shock of the first impression you give to unsuspecting visitors. You express your views on the qualities of Indian and English cottonfabrics so well, and you have such a wise preference for the Indian fabric, that I have such great admiration that I can only describe by saying that I admire myself as much as I admire your views.


(poniżej przekład mój - przypisek tłumaczki)

W ciągu tych kilku minut, które [Frederic, Elfrida and Charlotte] spędzili z Rebeccą inteligencja i powab jej przyjaznych wypowiedzi oczarowała ich tak mocno, że powstając zakrzyknęli: „O, ty piękna i nadobna, choć przerażenie jakie wywołują twoje zezowate oczy, tłuste włosy i garbate plecy jest ponad wszelkie wyobrażenie, opisy czy obrazy, mimo to nie mogę się powstrzymać, by nie rozgłaszać piękna twego umysłu, który z nadwyżką wyrównuje straszliwy szok pierwszego wrażenia, jakie wywierasz na nieświadomych niczego gościach. Potrafisz tak wspaniale wyrazić swoje poglądy na temat zalet indyjskich i angielskich tkanin bawełnianych i potrafisz tak rozumnie skłaniać się ku tym pierwszym, że moje ogromne uwielbienie da się wyrazić jedynie stwierdzeniem, że podziwiam twoje opinie niemal tak mocno jak swoje własne”.

W trakcie zajęć, gdy słuchaliśmy o tym, jak krótkie nowelki JA rozwijały się w pełnowymiarowe powieści, byłyśmy nie tylko ubawione, ale i zadziwione starannością w tworzeniu zdań, zawiłością opowiadania i celnością obserwacji ludzkiej natury. Wszyscy wyczekiwali dni, w których wiolonczelistka przedstawiała swoje raporty, podczas gdy nie przypominam sobie nikogo (łącznie ze mną), kto by czekał na moje próby wyjaśniania Joyce’owskiej „nieuniknionej modalności widzialnego”.
Gdy nadszedł koniec roku szkolnego i naszego kursu byłam już zdecydowana, że jak tylko znajdę wolny czas, to pójdę w ślady naszej wiolonczelistki i przeczytam utwory JA, wszystkie, w kolejności chronologicznej. Ale inne zajęcia i obowiązki weszły w paradę i nie zdołałam dotrzymać danej sobie obietnicy aż do momentu, gdy mając 22 lata zamieszkałam na rok w Anglii. Wkrótce po moim przybyciu, gdy przechodziłam przez ulicę w okolicach mojego mieszkania w Earl’s Court, zostałam potrącona przez samochód (pewnie dlatego, że popatrzyłam w złą stronę). Byłam kontuzjowana na tyle poważnie, że nie mogłam pracować, ale nie na tyle, abym nie mogła każdego ranka kuśtykać do najbliższej biblioteki a wieczorem kuśtykać do domu. W moim mieszkaniu było przeraźliwie zimno, zatem biblioteka była ciepłą alternatywą. Gdy tak siedziałam pomiędzy półkami na książki i próbowałam wymyślić, co też bym chciała czytać przez najbliższe kilka tygodni, nagle przypomniałam sobie moje postanowienie dotyczące JA.
Podeszłam do półki z autorami na „A” i co prawda nie znalazłam tam wszystkich utworów JA, ale stał tam komplet jej powieści. Tak więc – jako że miała to być chronologiczna lektura – na pierwszy ogień poszła „RiR” (pamiętałam o tym z zajęć, że choć RiR została opublikowana w 1811, to JA napisała ją w 1795 jako swą pierwszą powieść).W ciągu najbliższych miesięcy przeczytałam po kolei wszystkie dzieła JA aż do „Perswazji”, rozkoszując się każda z nich i przeklinając, że byłam takim 13-letnim głąbem. Gdy tylko skończyłam całość na powrót zabrałam się do „RiR”, która okazała się moją zdecydowaną faworytką nie tylko spośród powieści JA, ale spośród wszystkich książek przeczytanych do tej pory (na szczęście, pomna na instrukcje Kowenhoevena, nie przeczytałam żadnych opracowań krytycznych ani biograficznych, zatem byłam nieświadoma przez ładnych parę lat, że „RiR” nie powinna była podobać mi się tak bardzo, jak to miało miejsce).
Przypuszczalnie jedną z przyczyn mojego uwielbienia dla „RiR” był fakt, iż widziałam ją jako wspaniały film. Mój ojciec, D.A.Doran, przez 40 lat był kierownikiem studia w Hollywood i przy obiedzie dzielił się z nami swoimi doświadczeniami związanymi z tworzeniem dobrego filmu. Część informacji przybierała postać prostych zasad, jak n.p. „Nigdy nie buduj akcji dialogami typu: „Czemu tak na mnie patrzysz?” czy „Po co mi to wszystko mówisz?”. Nauczył ponadto mnie i mojego brata Dana jak rozpoznać te cechy książki (sztuki lub scenariusza), które uczynią z niej dobry film. Wyglądało na to, że „RiR” ma wszystkie te cechy: cudowne postacie, przekonywającą historię miłosną (a w zasadzie trzy przekonywujące historie miłosne), nieoczekiwane zwroty akcji, celne dowcipy, trafny dobór tematów, wzruszające zakończenie. Właśnie tam, w czytelni Brompton Road Library zdecydowałam, że jeżeli tylko kiedyś będę miała do czynienia z branżą filmową (co było w wieku 22 lat jedynie mglistym pragnieniem), spróbuję przenieść „RiR” na ekran.

Tłumaczyła: Milka
Pomoc w przekładzie tekstu JA: David :kwiatek:

Fibula - Pon 11 Sty, 2010 19:37

A zastanawiałam się, Trzykrotko, czy Ci nie podszepnąć, że pamiętnik Emmy też jest ciekawy ;) . Bardzo się cieszę, że jest tłumaczka. :kwiatek:
Admete - Pon 11 Sty, 2010 20:42

Podoba się :)
Trzykrotka - Pon 11 Sty, 2010 22:54

No to jedziemy :kwiatek:
Milka tę wielką pracę traktuje jako ćwiczenie języka (żeby nie zardzewiał), a poza tym bardzo lubi ten film i Alana Rickmana w nim, a ja się z tego bardzo cieszę.

Ciąg dalszy tekstu. Przyznaje, ze niektóre informacje mnie zaszokowały

Wstęp – Lindsay Doran (producent)

Cd.


8 lat później moje mgliste marzenie spełniło się – byłam kierownikiem studia w Hollywood i nadal moim głównym priorytetem było zrobienie filmu z ukochanej książki. To oznaczało znalezienie scenarzysty, przy czym wiedziałam dokładnie jakiego scenarzysty potrzebuję: pisarza, który by sobie doskonale poradził z płaszczyznami i satyry i z romansu (przyznaję, niełatwa kombinacja, gdyż satyrycy są często zbyt zgryźliwi, by być romantyczni, a romantycy z kolei zbyt sentymentalni by być satyrycznymi); pisarza, który nie tylko byłby za pan brat z językiem JA, ale który potrafiłby myśleć w tym języku tak samo naturalnie, jak w swoim własnym. Zdawałam sobie sprawę, że aby przetłumaczyć dość rozbudowane powieści JA na przykuwającą uwagę, filmową opowieść, pewne sceny i dialogi będą musiały być zmienione lub wymyślone, a atmosfera i język nowego materiału będą musiały zgrać się z oryginałem. Usiadłam zatem do pracy i zabrałam się za czytanie scenariuszy pisarzy i pisarek, młodych i starych, Amerykanów i Anglików.
10 lat później nadal czytałam. Wszystko, do czego zaglądałam było straszliwie bezbarwne i ugrzecznione – scenariusze romantyczne nie były wystarczająco zabawne, te dowcipne – nie były wystarczająco romantyczne, próby wypowiadania się 18-wiecznej manierze brzmiały nienaturalnie i głupio. Zaczęłam już myśleć, że to czego szukam nie istnieje. Ale właśnie w tym czasie podjęłam nową pracę kierownika firmy produkcyjnej Sydney’a Pollack’a – Mirage. Marzeniem Sydney’a było uczynienie z Mirage firmy, w której powstaną filmy będące pragnieniami naszych serc, a nie przypadkowy materiał przedłożony przez agencje. Wraz ze swym kolegą z Mirage, Billem Horbergiem nalegali, bym się nie poddawała, więc raz jeszcze podjęłam poszukiwania.
Pierwszym filmem, który wyprodukowałam dla Mirage był „Umrzeć powtórnie” z Kenethem Branaghiem i Emmą Thompson. Po 12-tygodniowym okresie kręcenia zdjęć poznałam Emmę bardzo dobrze i szybko odkryłyśmy naszą wspólną pasję do JA. Widać było, że zna jej ksiązki na pamięć i że jej uznanie dla nich nie było beznamiętne i akademickie – te książki cieszyły ją, a ich dowcip uwielbiała na równi z ich mądrością. Co więcej, Emma miała na tyle dobre wyczucie (i satyryczną wrażliwość), aby pokochać książki JA w wieku 9 lat, dużo wcześniej niż ja, która studiowałam je dopiero w szkole średniej i w Cambridge University. (I znowu pomyślałam pogardliwie o sobie jako 13-latce, ale ostatecznie uprzytomniłam sobie, że Emma jest tak błyskotliwa i utalentowana w tak wielu dziedzinach, że każdy przy niej czuje, że nie dorasta jej do pięt. Widzieliście kiedykolwiek jak ona tańczy? Albo jak mówi po francusku?).
Zrządzeniem losu, jakieś dwa tygodnie po rozpoczęciu zdjęć do „Umrzeć powtórnie”, lokalna PBS stacja KCET rozpoczęła powtórkę brytyjskiego serialu telewizyjnego Thompson, do którego Emma napisała scenariusz. Na 6 półgodzinnych odcinków składał się szereg komicznych skeczy granych przez Emmę, Kennetha i cały szereg przyjaciół i krewnych Emmy. I mnie i mojego męża Rodney’a Kemerera nie można było co tydzień oderwać od telewizora. Jak nam powiedziała Emma prasa w Wielkiej Brytanii – w swej nieskończonej mądrości – zjechała serial, ale nas ubawił. Pierwszy odcinek składał się z dwu dziejących się w przeszłości skeczy: w pierwszym Ken i Emma byli Robin Hoodem i Marian w tym punkcie ich związku, gdy radości życia w lesie zaczynają przechodzić w nudę. Drugi przedstawiał wiktoriańską matkę usiłującą wyjaśnić swej świeżo wydanej za mąż córce, czym było to podobne do myszy stworzenie, które wypełzło ze spodni jej męża w noc poślubną. Skecz z wiktoriańską myszą miał dokładnie ten rodzaj humoru co JA, pomijając temat - o wiele bardziej sprośny od tych, które wybierała (lub miała odwagę wybrać) JA. A skecz z Robin Hoodem był w równej mierze zabawny, co prawdziwy, z nieoczekiwanie romantycznym zakończeniem. Odniosłam wrażenie, że Emma posiada łatwość pisania w języku z tamtej epoki. Krótko mówiąc- był to dokładnie ten rodzaj pisarstwa, którego poszukiwałam. Wiedziałam, że Emma nigdy wcześnie nie miała do czynienia z pisaniem scenariuszy, ale już w tych krótkich skeczach pokazała na tyle wyczucia scenarzysty, że pełny scenariusz nie powinien stanowić dla niej problemu.
Tak więc gdy zdjęcia do Umrzeć powtórnie” zostały zakończone, Bill i ja zapytaliśmy Emmę, czy byłaby zainteresowana zaadaptowaniem Rozważnej i Romantycznej na potrzeby pełnometrażowego filmu. Wydała się zdziwioną wyborem właśnie tej ksiązki spośród innych, „pewniejszych” tytułów jak Perswazje czy Emma, ale ostatecznie przychyliła się do mojej opinii, że w porównaniu z innymi jest tutaj więcej walorów doskonałego widowiska oraz zaleta dwu głównych kobiecych bohaterek, zamiast jak zwykle jednej. Obiecała spróbować swych sił i napisać scenariusz, choć ostrzegła, że zanim będzie mogła zacząć musi zagrać w „jednym małym filmiku”. Tym małym filmikiem był Howard’s End.
Przez następnych kilka miesięcy, gdy w Anglii Emma tworzyła kreację, która przyniosła jej w następnym roku Oscara, Sydney i ja objeżdżaliśmy Hollywood próbując znaleźć studio gotowe wpakować kasę na ekranizację liczącej 200 lat powieści zaadaptowanej przez scenarzystkę bez doświadczenia, która na dodatek była – w tamtym momencie – mało znaną aktorką (Czy ona musi brać w tym udział? – lamentował jeden z kierowników studia aby ostatecznie odrzucić nasz projekt). W końcu Amy Pascal i Gareth Wigan z Columbia Pictures chwycili pomysł. Zachwycili się pierwszym odcinkiem Thopsonów, który im pokazaliśmy, i przekonaliśmy ich, że Rozważna i Romantyczna, pomimo iż uznawana za jedną z „pomniejszych” powieści JA (do dziś, nie rozumiem dlaczego), da się przełożyć na wspaniały i interesujący film.
Emma od początku podeszła do swojej pracy scenarzysty bardzo serio. Nie tylko potrafiła myśleć w języku JA; rozumiała też jak pisać dobrze zrytmizowane sceny i jakie znaczenie ma tło i dekoracje. Jak wszyscy dobrzy scenarzyści (co masz na myśli mówiąc „dobry” – słyszę profesora Kowenhoevena w mojej głowie) nie protestowała, gdy była potrzeba przerabiać sceny raz za razem i nie obawiała się wycinania dialogów, scen czy całych partii scen, gdy widziała, że nie są one dobre. Jej doświadczenie aktorskie służyło jej znakomicie , gdy trzeba było tworzyć cięte i treściwe dialogi (zobaczycie, że nikt z bohaterów nie mówi „Dlaczego tak na mnie patrzysz?” ani „Dlaczego mi to wszystko mówisz?”, chociaż mają mnóstwo okazji ku temu), a także by rozumieć kiedy milczenie może powiedzieć więcej niż jakiekolwiek słowo.
W następnych latach Emma grała w filmie i pisała konspekty scenariusza, grała i pisała i tak w kółko. Niekiedy grała w filmie i pisała 3 konspekty. Przez cały ten czas otrzymywaliśmy uwagi z Columbia i z Mirage. Kierownictwo Columbia interesowało się szczególnie (i trafnie) tym, że nasza opowieść koncentruje się na związku pomiędzy dwoma siostrami i że całość nie zmierza do stworzenia filmu o grupie kobiet wyczekujących na męża. Z kolei Sydney był wyczulony, by język i wartości późnego 18 wieku były zrozumiałe dla 20-wiecznych kinomanów. W pewnym momencie powiedział mi: „Za bardzo w tym siedzisz, Lindsay. Zbyt dobrze znasz książkę. Większość ludzi nie będzie nawet wiedzieć, że Norland Park i Barton Park to nazwy domów – będą myśleć, że to imiona braci”.
Ostatecznie, po tym gdy Emma zagrała w 7 filmach i gdy napisała 2 razy tyle konspektów, mieliśmy scenariusz, który byliśmy gotowi pokazać reżyserom. Zaczęły się nowe poszukiwania – gdzie znajdziemy takiego reżysera, który będzie przejawiał podobną mieszankę dowcipu i romantyczności, jaką tak trudno było znaleźć u scenarzysty? Ile czasu nam to znowu zajmie? W czasie gdy Sydney, Bill i ja próbowaliśmy znaleźć kogoś, kto da radę wyreżyserować scenariusz Emmy (większość osób zakładała, że powinniśmy ograniczyć poszukiwania do reżyserów-Anglików, reżyserów-kobiet, albo reżyserów – Angielek) nasz nowy kolega z wytwórni Mirage, Geoff Stier, stał się wielkim wielbicielem tajwańskiego reżysera o nazwisku Ang Lee. Geoff był pierwszym w Mirage, który widział film Anga „Przyjęcie weselne” i powiedział nam, że musimy to natychmiast zobaczyć i wziąć pod uwagę osobę Anga w związku z jakimiś projektami, które realizowane są w Mirage. Następnym, który widział film był Sydney, a podczas entuzjastycznych rozmów jakie prowadził z Geoffem na temat dzieła Anga, pojawiały się wciąż 2 słowa: „zabawny” i „romantyczny”. To zestawienie nie było nam obce.
Po krótkim czasie Bill i ja zobaczyliśmy „Przyjęcie weselne” i wtedy stało się jasne, że wszyscy o tym myślimy, ale boimy się powiedzieć na głos: tajwański reżyser dla RiR? Czyżbyśmy zwariowali? (Później opowiadał nam Ang: „Gdy otworzyłem scenariusz i zobaczyłem nazwisko Jane Austen na stronie tytułowej, pomyślałem żeście wszyscy poszaleli”). Ale gdy zobaczyliśmy następny film Anga „Jedz i pij, mężczyzno i kobieto”, pomysł pożenienia ze sobą JA i Anga Lee spodobał nam się jeszcze bardziej. Film ten był opowieścią o siostrach, i zawierał elementy komedii i romansu. Mało tego – zawierał częściowo takie same dialogi, słowo w słowo, jak RiR (w obu filmach, jedna siostra mówi do drugiej w wyjątkowym momencie gniewu: „Co ty wiesz o moim sercu?”).
Przedłożyliśmy zatem scenariusz agentowi Anga. I wstrzymaliśmy oddech.
Dwa tygodnie potem otrzymaliśmy telefon, że Ang chce się z nami spotkać w sprawie scenariusza, i – jak się później okazało – było to spotkanie o jakim marzyliśmy. Ang nie tylko docenił humor zawarty w scenariuszu, ale powiedział: „Chciałbym , aby ten film złamał ludziom serca tak mocno, aby jeszcze po 2 miesiącach nie mogli oprzytomnieć”. Mówił też o głębokim znaczeniu, jaki ma dla niego ten tytuł – Rozważność i Romantyczność – dwa elementy, które charakteryzują sens życia, jak Jing i Jang, jak Chleb i Woda, jak Kobieta i Mężczyzna. Ang nie znał dzieł JA (chociaż James Schamus, jego koproducent i współscenarzysta był ich dużym znawcą), ale momentalnie odkrył uniwersalność historii i postaci.
Tak więc Ang podpisał umowę na reżyserowanie RiR a jego pierwszym działaniem jako reżysera było poproszenie Emmy, aby zagrała rolę Elinor Dashwood. Był to pomysł który Mirage i Columbia forsowali od pewnego czasu, a Emma łaskawie przyjęła propozycję.
W tym momencie mieliśmy scenariusz, reżysera i gwiazdę – czas było zacząć kręcenie filmu. Pierwsza część prac przy RiR – znalezienie scenarzysty, napisanie scenariusza, znalezienie reżysera – zajęła nam 15 lat. Pozostała część – kręcenie filmu – została utrwalona w pamiętnikach Emmy, które razem ze scenariuszem prezentuję poniżej.
Naszym największym marzeniem jest to, by ludzie kochający JA uznali, iż film prawdziwie oddaje humor i mądrość powieści, ale także marzymy, by film był satysfakcjonującym i zajmującym doświadczeniem dla tych, którzy nigdy nie czytali żadnej z powieści JA lub którzy przeczytali je i uznali za głupie. Jeżeli trafi się chociaż jedna 13-latka która po obejrzeniu filmu zdecyduje zmienić swoją opinię o JA, to mi wystarczy.

Tłumaczenie: Milka

Admete - Wto 12 Sty, 2010 19:31

Ciąg dalszy nastąpi? :) Moze wtedy obsadzenie na stanowisku rezysera Anga Lee wydawało sie szaleństwem, ale jak widac był to strzał w dziesiątkę.
Anonymous - Wto 12 Sty, 2010 19:49

Wielki smakolyk - padam do nog obu paniom (w sensie Trzykrotce i niemal mej imienniczce :) ) :thud: :thud: :thud:
Trzykrotka - Wto 12 Sty, 2010 19:50

To prawda! Ang Lee i Jane Austen to zestawienie co najmniej szokujące. Mnie jeszcze zaskoczyła cyfra - 15 lat. Nie wiem, czy byłabym w stanie zabiegać o coś tak długo i nie tracić nadziei. Ja ten film uwielbiam. Nigdy oglądając go nie przyszło mi do głowy, że ktoś jest za stary/za brzydki, za jasny, za ciemny, podobny, niepodobny... Film, jako dzieło jest cudowną całością.

Będzie, będzie dalszy ciąg. Teraz już przejdziemy do tekstu Emmy Thompson. Tylko cierpliwości :wink:

Nellie - Wto 12 Sty, 2010 23:57

:hello: Świetny tekst, znakomicie sie czyta !!! :kwiatki_wyciaga: Czekamy na jeszcze:) :) :)
anasta - Śro 13 Sty, 2010 11:48

Trzykrotko, bardzo dziękuję za zamieszczenie tekstu, a Milce - za doskonałe tłumaczenie! :kwiatki_wyciaga:

Po przeczytaniu tej przedmowy producentki naszła mnie taka reflekcja: jak jednak wiele w hollywoodskich produkcjach zależy właśnie od producenta, prawdę mówiąc, nie myślałam wcześniej, że producent jak dalece decyduje o kształcie filmu. W tym przypadku cieszę się, że producentka była tak bardzo przejęta ekranizacją i że jej tak zależało na dokładnym oddaniu klimatu powieści Jane Austen, bez jej zaangażowania Emma Thompson pewnie nie zabrałaby się za pisanie scenariusza, a Angowi Lee nie przyszłoby do głowy wyreżyserowanie takiego filmu. Cieszę się też, że film odniósł sukces, zarówno artystyczny, jak i kasowy. Ale jednak widzę, że praca reżysera i aktorów jest przykrawana do wizji producenta, a wcale nie jest powiedziane, że producentowi, w przypadku adaptacji powieści, będzie zależało na wierności oryginałowi i podobnych sprawach, na których zależy nam - czytelnikom i widzom. Przez to spojrzałam też innym okiem na "Dumę i uprzedzenie" z 2005 roku - teraz widzę, że te różne rzeczy, które mnie irytują w tym filmie, mogą wynikać właśnie z dyktatu producenta, który musi przecież na filmie zarobić. Warto zdać sobie sprawę z "kuchni" filmowej.

Alicja - Śro 13 Sty, 2010 16:18

Trzykrotka napisał/a:
Zbyt dobrze znasz książkę. Większość ludzi nie będzie nawet wiedzieć, że Norland Park i Barton Park to nazwy domów – będą myśleć, że to imiona braci”.


Trzykrotka napisał/a:
Naszym największym marzeniem jest to, by ludzie kochający JA uznali, iż film prawdziwie oddaje humor i mądrość powieści, ale także marzymy, by film był satysfakcjonującym i zajmującym doświadczeniem dla tych, którzy nigdy nie czytali żadnej z powieści JA lub którzy przeczytali je i uznali za głupie. Jeżeli trafi się chociaż jedna 13-latka która po obejrzeniu filmu zdecyduje zmienić swoją opinię o JA, to mi wystarczy.

to są mądre słowa. Film tak właśnie został nakręcony, że nawet osoby, które nie czytały książki rozumiały fabułę. Często bywa tak, że dopiero dobry film zachęci do sięgnięcia po książkę, natomiast film nieciekawy może skutecznie zniechęcić nawet do czytania pierwowzoru.

Trzykrotka - Śro 13 Sty, 2010 21:52

Alicja napisał/a:
Film tak właśnie został nakręcony, że nawet osoby, które nie czytały książki rozumiały fabułę.

I mnie się tak wydaje. A na dodatek zrobiony był tak, że przeskakiwał w jakiś sposób epokę. To znaczy - nie trzeba było w nim objaśnienia bo wtedy tak to wyglądało. I uczucia były bardzo czytelne, choć subtelnie pokazywane. Tęsknota i rezygnacja Elinor: jedne obraz, kiedy siedzi na łóżku z chusteczką Edwarda w ręku. Miłość Brandona, o którą nie zamierza walczyć: krótki uśmieszek kiedy mija go Willoughby spieszący do Marianny, bezgraniczne zapatrzenie kiedy Marianna śpiewa. Strasznie podobało mi się zdanie Anga Lee o tym, że film ma łamać serca. tak widzę w ogóle sztukę: po co ona, jeśli nie wprawia serca w ruch
anasta napisał/a:


Po przeczytaniu tej przedmowy producentki naszła mnie taka reflekcja: jak jednak wiele w hollywoodskich produkcjach zależy właśnie od producenta, prawdę mówiąc, nie myślałam wcześniej, że producent jak dalece decyduje o kształcie filmu.

Właśnie! Też mnie to zaskoczyło, już przy DiU. Jakoś zawsze myślałam, że produent ma zorganizować fundusze i zadbać, żeby reżyser i ekipa mieli wszystko,czego im trzeba do pracy. A tu okazuje się, że to on jest właściwie "pierwszym po Bogu."
Człowiek dowiaduje się czegoś przez całe życie.

milenaj - Śro 13 Sty, 2010 22:20

Trzykrotka napisał/a:
Jakoś zawsze myślałam, że produent ma zorganizować fundusze i zadbać, żeby reżyser i ekipa mieli wszystko,czego im trzeba do pracy. A tu okazuje się, że to on jest właściwie "pierwszym po Bogu."


On kombinuje tak, żeby te fundusze mu się zwróciły.
Tak mnie naszło, że właśnie producent odbiera np. Oscara za najlepszy film, czyli faktycznie wszystko zależy od niego. Ale w adaptacji ważna jest relacja film - książka. w wypadku kostiumowego filmu dochodzi jeszcze szereg innych elementów historycznych. Gdzieś czytałam, że Emma Thompson podczas pisania scenariusza obawiała się, że współcześni widzowie nie zrozumieją. dlaczego dziewczęta nie mogły na siebie zarobić. Było dużo takich wątpliwości. Ale kiedy ogląda się R&R wszystko jest całkowicie jasne, nawet dla tych, którzy nie czytali Austen.
Kiedy byłam w kinie ze znajomymi na DiU, ci, którzy nie czytali książki nie widzieli w filmie nic złego. Nie raziła ich chichocząca Elizabeth, rzeźba Darcy'ego, czy świnie w domu. Jedna z koleżanek stwierdziła, że nic dziwnego, że dziewczęta myślały o wyjściu za mąż, skoro mieszkały w takich warunkach.
Moim zdaniem w tej adaptacji nam przeszkadzają te niedociągnięcia. Mnie brakło tego co było bardzo widoczne w serialu. Obrazu Lizzie jako naprawdę rozumnej osoby. A samej pary Darcy/Lizzie jako jednakowo dumnych i uprzedzonych. Owszem w DiU 05 osoby, które nie czytały zrozumieją fabułe, ale te, które czytały mają spore problemy ze zrozumieniem dlaczego Darcy jednak zakochał się w Lizzie.

Trzykrotka - Czw 14 Sty, 2010 20:28

Na początek mały fragment, ale niestety - małopolskie ferie weszły nam w paradę, bo tłumaczka wyjeżdża na narty

Wstęp.
Spotkanie producentów na Oxford Street w słotny, wietrzny, poniedziałkowy poranek 15 stycznia 1995 r. Lindsay Doran (producent), James Schamus (koproducent), Ang Lee (reżyser) i ja mieliśmy już spotkanie w tym miesiącu, by przedyskutować konspekt scenariusza, nad którym mamy teraz pracować. Tony Clarkson (kierownik planu) i Laurie Borg (koproducent) znali się już wcześniej, jest to natomiast pierwsze spotkanie przygotowawcze całego trzonu grupy odpowiedzialnej za zdjęcia.

Lindsay chodzi wokół stołu i wszystkich przedstawia – dając wszystkim do zrozumienia, że ja jestem tu obecna w charakterze bardziej scenarzystki niż aktorki, zatem nikt nie musi być dla mnie szczególnie miły. Jest 9 rano i wszyscy wyglądają na nieco wykończonych. Z wyjątkiem Anga, który ma w sobie wewnętrzny spokój gdziekolwiek się znajduje. Samo patrzenie na niego wykańcza mnie i sprawia, że mi włosy stają dęba.

Pierwszym punktem dyskusji jest polowanie (w czasie którego, w tej wersji, jesteśmy świadkami wypadku, który uśmierca pana Dashwooda). Gdzie się ono odbędzie? Wygląda na to, że potrzeba będzie co najmniej 25 kaskaderów płci męskiej jeżdżących konno lub że zdamy się na prawdziwe polowanie, takie jak to w Beaufort, wzięte do „Okruchów dnia”. Ang chce obecności przyglądających się wieśniaków i robotników i żeby było widać ściganego lisa. Ja mam pomysł, by rozpocząć film od lisicy wypuszczonej na wolność z zamknięcia. Jej przerażenie, gdy gna przez pola. To wielkie przedsięwzięcie. Oznacza tresowanie lisa od urodzenia lub ucharakteryzowanie psa na lisa. Lub wynajęcie Davida Attenborough, który prawdopodobnie zna kilka lisów na tyle dobrze, że może je prosić o przysługę. Laurie w końcu stwierdza, że się nie da.

To, czego później sobie Ang życzy jest jeszcze bardziej kosztowne: ma obsesję na punkcie sceny w kuchni w Norland Park (dom Dashwoodów – zagra go Saltram House w Devon), która pokazuje cały personel Norland przygotowujący wystawny posiłek. Ja chcę, aby przez kuchenne drzwi został wniesiony krwawiący pan Dashwood i żeby leżał na kuchennym stole otoczony przez surowe kawały mięsa. Ang i ja entuzjazmujemy się symboliką sceny, Laurie delikatnie przypomina nam o kosztach. To są drogie sceny, a film nawet się jeszcze nie rozpoczął.

Rozglądam się wokół i uświadamiam sobie – chyba po raz pierwszy – co tu się właśnie dzieje. Po 5 latach pracy nad scenariuszem (fakt, że z przerwami) włożona w to praca wreszcie nabiera sensu. Mamy budżet, personel i jest tutaj kilka właściwych osób. Na chwilę oczy zachodzą mi mgłą ze wzruszenia. Wyrwana z zadumy przez Jamesa, który pyta, czym zajmiemy Elinor i Marianne. Malowanie, szycie, haftowanie, pisanie listów, robienie zielników - wszystko to takie koszmarnie „dziewczyńskie”. „Podciąganie się na drążku” -proponuję, ale ostatecznie obiecuję przemyśleć sprawę później.

Zaczynamy pracę nad całym scenariuszem, dodając, odejmując, targując się, negocjując, próbując oszczędzić pieniądze gdzie się da. Jesteśmy przy scenie balu i sugeruję aby stworzyć kilka scenek, które pojawią się jako tło – bogaty, stary zbereźnik wpatrujący się w młodą dziewczynę, której chciwy ojciec udaje, że nic nie dostrzega; tłusta matrona otoczona przez kuzynów-donosicieli – 19-wieczne przejawy chciwości i hipokryzji w duchu Cruikshanka. Bardziej kosztowne niż proste wypełnienie pokoju statystami, ale dużo bardziej interesujące. Laurie wywraca oczami ale przyznaje, że rzecz jest warta zachodu i pieniędzy.

Tłumaczyła: Milka

Admete - Czw 14 Sty, 2010 20:32

Te pierwsze scenariuszowe przymiarki swietne. Chyba musze sobie przypomniec RiR 1995.
Alicja - Czw 14 Sty, 2010 20:34

Trzykrotka napisał/a:
Pierwszym punktem dyskusji jest polowanie (w czasie którego, w tej wersji, jesteśmy świadkami wypadku, który uśmierca pana Dashwooda). Gdzie się ono odbędzie? Wygląda na to, że potrzeba będzie co najmniej 25 kaskaderów płci męskiej jeżdżących konno lub że zdamy się na prawdziwe polowanie, takie jak to w Beaufort, wzięte do „Okruchów dnia”. Ang chce obecności przyglądających się wieśniaków i robotników i żeby było widać ściganego lisa. Ja mam pomysł, by rozpocząć film od lisicy wypuszczonej na wolność z zamknięcia. Jej przerażenie, gdy gna przez pola. To wielkie przedsięwzięcie. Oznacza tresowanie lisa od urodzenia lub ucharakteryzowanie psa na lisa. Lub wynajęcie Davida Attenborough, który prawdopodobnie zna kilka lisów na tyle dobrze, że może je prosić o przysługę. Laurie w końcu stwierdza, że się nie da.

To, czego później sobie Ang życzy jest jeszcze bardziej kosztowne: ma obsesję na punkcie sceny w kuchni w Norland Park (dom Dashwoodów – zagra go Saltram House w Devon), która pokazuje cały personel Norland przygotowujący wystawny posiłek. Ja chcę, aby przez kuchenne drzwi został wniesiony krwawiący pan Dashwood i żeby leżał na kuchennym stole otoczony przez surowe kawały mięsa. Ang i ja entuzjazmujemy się symboliką sceny, Laurie delikatnie przypomina nam o kosztach. To są drogie sceny, a film nawet się jeszcze nie rozpoczął.


właśnie, dopiero początek, dwie krótkie scenki w stosunku do całości, a ile dyskusji i planów. Pomyśleć tylko z jakim wysiłkiem wiąże się najkręcenie takiej całości jakim było R&R

Trzykrotka - Czw 14 Sty, 2010 20:37

Uwaga o lisach - znajomych Davida Attenborough mnie ubawiły - właśnie oglądałam jego Życie ssaków. Ale w kwestiach poważnych: nie zdawałam sobie sprawy, że śmierć pana Dashwooda uznano za gwałtowną i przedwczesną. W powieści nie było o tym mowy, o ile pamiętam. Szkoda, że przepadły mięsiste sceny kuchenne.
Alicja - Czw 14 Sty, 2010 20:51

pan Dashwood na stole pośród krwawych sztuk mięsa :thud:
Anonymous - Pią 15 Sty, 2010 12:31

ja to właśnie myślę uśmiechnąć się do kogoś po tą ekranizację bo chciałam koleżance pokazać i okazało się, że moja płyta się uszkodziła i pooglądane :wsciekla:
BeeMeR - Wto 19 Sty, 2010 13:14

O, kolejne ciekawe tłumaczenie :kwiatek:
*idzie drukować*



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group