North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
Anonymous - Pią 15 Gru, 2006 20:55
Biorąc pod uwagę statystki w Polsce przedwojennej - ponad 70% społeczeństwa była analfabetyczna. W XIX w. jedynie bogata szlachta i mieszczaństwo umiało czytać i pisać (dopiero komuna zlikwidowała analfabetyzm). ale i tak jako że nauka w większości była odpłatna, więc stojąc przed wyborem: nauka czy jedzenie, wiadomo co się wybierze. Jedynie jeśli znalazł się bogaty sponsor, można było otworzyć szkółkę, a i tak była prowadzona przez zapaleńców w stylu naszej Siłaczki.
Z tego co wiem, w Anglii sytuacja była jednak lepsza i odsetek wykształconych lub po prostu czytatych i pisatych był większy, Głównie dlatego, że panowie jednak byli mniej egoistyczni nisz nasi i dużo częściej sponsorowali szkoły. Rysiek to nie był odosobniony przypadek.
Zwróćcie uwagę na JE. Tam też to jest stosunkowo dobrze przedstawione.
Caroline - Sob 16 Gru, 2006 19:20
Ostatni odcineczek z tego rozdzialu
Rozdział XVIII "Likes and dislikes" - Sympatie i antypatie s.163, cz. III
- Czy robotnicy naprawdę zastrajkują? – zapytała pani Thornton z żywym zainteresowaniem.
- Ludzie Hampera już zastrajkowali. Moi przepracują jeszcze tydzień z obawy przed pozwem za zerwanie kontraktu - doprowadziłbym do ukarania każdego z nich, który by opuścił pracę przed czasem!
- Koszty sądowe byłyby większe niż oni sami są warci – banda niewdzięcznych nieudaczników! – powiedziała jego matka.
- To prawda, ale pokazałbym, jak dotrzymuję słowa i jak chcę by oni dotrzymywali swojego. Znają mnie. Ludzie Slicksona już wyszli, to niemal pewne, że on nie będzie wydawał pieniędzy na ukaranie ich. Jesteśmy u progu strajku, mamo.
- Mam nadzieję, że nie mamy zbyt wielu zamówień?
- Oczywiście, że mamy. Oni dobrze o tym wiedzą. Ale nie wszystko rozumieją, choć tak im się zdaje.
- Co masz na myśli, John?
Przyniesiono świece i Fanny zabrała się za swoją niekończącą się robótkę z włóczki, nad którą ziewała, od czasu do czasu odchylała się na krześle, by przyjrzeć się brakującym kawałkom i rozmyślać o niczym bez skrępowania.
- Chodzi o to, - powiedział – że Amerykanie tak zalewają swoją przędzą rynek, że naszą jedyną szansą jest produkcja za niższą cenę. Jeśli nie damy rady, od razu możemy zamknąć interes, a właściciele i robotnicy mogą wylądować na ulicy. A mimo to, ci głupcy upierają się przy płacach sprzed trzech lat, mało tego, niektórzy z ich przywódców mówią o kwotach Dickinsona, chociaż dobrze wiedzą, tak samo jak my, o potrąceniach u niego, których żaden inny honorowy człowiek by nie wymuszał i o innych sposobach, których kto inny wzdragałby się użyć, rzeczywiste pensje u Dickinsona są niższe niż u nas. Daję słowo, mamo, chciałbym, żeby stare Ustawy Związkowe* działały. Strasznym jest odkryć, że głupcy – samowolni ignoranci, tacy jak oni, tylko zbierając do kupy swoje słabe, głupie móżdżki mają władzę nad fortunami tych, którzy zdobywają mądrość, jaką tylko wiedza, doświadczenie, bolesne decyzje i troska mogą dać. Jeszcze trochę – właściwie dla nas wszystkich nastąpi to już wkrótce – będziemy musieli iść i prosić, z kapeluszem w ręce uniżenie prosić sekretarza Związku Tkaczy, żeby byli łaskawi zapewnić nam robotników na ich warunkach. Tego chcą, oni, którzy nie mają dość rozumu, by zrozumieć, że jeśli nie będziemy mieć rynkowego udziału w zyskach, który zrekompensuje nam nasz trud i znój tu w Anglii, możemy wynieść się do innego kraju i że przy krajowej i zagranicznej konkurencji żaden z nas nie jest w stanie zarobić więcej a i tak możemy być wdzięczni jeśli dostaniemy i to przez kilka lat.
- Nie możesz sprowadzić robotników z Irlandii? Nie trzymałabym tych ludzi choćby dnia dłużej. Nauczyłabym ich, że to ja jestem panem i mogę zatrudniać taką służbę, jaką chcę.
- Tak, z pewnością, mogę i zrobię to, jeśli strajk potrwa. To będzie kłopot i wydatek, może być pewne niebezpieczeństwo, ale zrobię to raczej niż się poddam.
- Skoro mają być dodatkowe wydatki, przykro mi, że właśnie teraz wydajemy kolację.
- Mi też, nie z powodu kosztów, ale dlatego że będę miał wiele do przemyślenia i wiele niespodziewanych wizyt. Ale musimy przyjąć pana Horsfalla, a on nie zostanie w Milton długo. A jeśli chodzi o innych – jesteśmy im winni kolację, a to taki sam kłopot.
Niezmordowanie chodził w tę i z powrotem, nic więcej nie mówił, ale od czasu do czasu głęboko nabierał tchu, jakby próbując odgonić dokuczliwą myśl. Fanny zadała matce mnóstwo pytań, żadne z nich nie związane z tematem, który jak bystrzejsza osoba by dostrzegła zajmował myśli pani Thornton. W efekcie dostała mnóstwo krótkich odpowiedzi. Nie było jej żal, kiedy o dziesiątej służba zebrała się do modlitwy. Tę zawsze odczytywała matka, poprzedzając ją rozdziałem z Biblii. Teraz czytali Stary Testament. Gdy modlitwa dobiegła końca i matka życzyła im dobrej nocy – z długim, spokojnym, typowym dla niej spojrzeniem, które nie miało w sobie cienia czułości wypełniającej jej serce, a mimo to niosło błogosławieństwo – pan Thornton nadal spacerował. Wszystkie jego plany zostały wstrzymane, niespodziewanie wyhamowane przez ten nadchodzący strajk. Namysł wielu godzin został odrzucony, całkowicie zmarnowany przez szalony kaprys, który większą krzywdę wyrządzi im niż jemu, choć nie sposób ocenić granic jakich sięgną straty. I to byli ludzie, którzy uważali siebie za zdolnych do kierowania panami i dysponowania ich kapitałem! Hamper powiedział jeszcze tego dnia, że jeśli zrujnuje go strajk, zacznie życie od nowa, pocieszony przekonaniem, że tym, którzy go zrujnowali wiedzie się jeszcze gorzej, bo on ma oprócz rąk jeszcze głowę, a oni mają tylko ręce, jeśli przemysł wyjedzie, oni za nim nie podążą i będą musieli zająć się czymś innym. Ta myśl nie była jednak pocieszeniem dla pana Thorntona. Być może zemsta nie sprawiała mu przyjemności, być może cenił sobie tak bardzo pozycję, którą zdobył w pocie czoła, że boleśnie odczuwał zagrożenie dla niej ze strony ignorancji albo głupoty innych, tak boleśnie, że nie poświęcił jednej myśli konsekwencjom, jakie na nich sprowadzi strajk. Chodził po pokoju zaciskając zęby od czasu do czasu. W końcu wybiła druga. Świece migotały w świecznikach, objaśnił jedną mamrocząc do siebie: „Raz na zawsze przekonają się z kim mają do czynienia. Daję im dwa tygodnie, nie więcej. Jeśli nie dostrzegą swojego szaleństwa do tego czasu, sprowadzę robotników z Irlandii. To robota Slicksona, niech go szlag i jego uniki! Myślał, że ma zapasy, więc udawał że się ugina na początku, gdy przyszła do niego delegacja, oczywiście tylko utwierdził ich w szaleństwie, tak jak zamierzał. Stąd się to wszystko rozeszło.
* Ustawy Związkowe („Combination Laws”) – zbiór aktów prawnych z 1799 i 1800 roku zabraniających zakładania związków zawodowych i ograniczające prawo do umów zbiorowych zawieranych przez angielskich robotników, zniesione w 1824 roku, ponownie wprowadzone, ale w mniej restrykcyjnej formie w 1825.
Caroline - Sob 16 Gru, 2006 21:33
Dzieks, Mag. Jestem pelna podziwu dla tych, którzy jeszcze czytają
Mag - Sob 16 Gru, 2006 22:32
| Caroline napisał/a: | Dzieks, Mag. Jestem pelna podziwu dla tych, którzy jeszcze czytają |
Jak to- to my czytające jesteśmy pełne podziwu dla tłumaczących
migotka - Nie 17 Gru, 2006 08:43
dziekuję pięknie za tłumaczenie;)
Caroline - Pon 18 Gru, 2006 23:33
Komunikat:
disejsze častecko z techničkih i božonarednych povodów budet jutro.
Koniec komunikatu w języku czeskim. Albo nie -
Divečki, božskie avatary u vas!
Pozdrawia vas
Karolína
Caroline - Wto 19 Gru, 2006 14:14
No to lecim:
Rozdział XIX „Angel visits” Przybycie anioła cz.I
Panią Hale bawiła i interesowała perspektywa przyjęcia u Thorntonów. Z czymś na kształt prostoty dziecka, które chce by mu opisać z wyprzedzeniem przewidywane przyjemności, nieustannie rozważała jego szczegóły. Monotonia życia prowadzonego przez chorych często sprawia, że są jak dzieci i tak jak one nie mają wyczucia ważności wydarzeń, zdają się wierzyć, że ściany i zasłony zamykające je w ich świecie odcinające wszystko inne, są większe niż to co za nimi. Poza tym pani Hale jako młoda dziewczyna była nieco próżna i być może nadmiernie odczuła ich poniżenie, gdy została żoną biednego pastora, żyli na niskiej stopie i z ograniczeniami, ale ich nie wykluczano. Podobała jej się myśl o zobaczeniu Margaret ubranej na przyjęcie, z gorączkowym niepokojem dyskutowała z nią co włoży. Wszystko to bawiło Margaret, która przez jeden rok na Harley Street miała więcej do czynienia z towarzystwem niż jej matka przez dwadzieścia pięć lat w Helstone.
- Myślisz więc, że powinnaś włożyć białą jedwabną? Jesteś pewna, że będzie pasować? Minął niemal rok od ślubu Edith.
- Ależ tak, mamo! Robiła ją pani Murray, na pewno będzie pasowała. Można ściągnąć lub poluzować sznurówkę w talii, zależnie od tego, czy przytyłam, czy schudłam, ale nie wydaje mi się, bym choć odrobinę się zmieniła.
- Może lepiej niech Dixon ją zobaczy, mogła pożółknąć nieużywana.
- Jak wolisz, mamo. Ale nawet jeśli stało się najgorsze, mam bardzo ładną z różowej gazy, którą ciocia Shaw dała mi ledwie dwa czy trzy miesiące zanim Edith wyszła za mąż. Ta nie mogła pożółknąć.
- Nie, ale mogła zblaknąć.
- No to jest jeszcze zielona jedwabna. Mam wrażenie, że kłopot tkwi raczej w nadmiarze.
- Chciałabym wiedzieć, co powinnaś włożyć! – powiedziała pani Hale nerwowo.
Zachowanie Margaret natychmiast się zmieniło.
- Mam pójść i włożyć każdą po kolei, mamo? Zobaczysz, która najbardziej ci się spodoba.
- Tak! Tak chyba będzie najlepiej.
Margaret poszła. Wystrojona tak o nietypowej porze była w żartobliwym nastroju, rozkładając swoją sutą, baloniastą, jedwabną suknię wycofywała się przed matką niczym przed królową. Kiedy jednak stwierdziła, że te wybryki matka uważa za przeszkodę w poważnej sprawie i jako takie ją denerwują, spoważniała i uspokoiła się.
Mag - Wto 19 Gru, 2006 19:03
W opiece nad chorymi potrzeba tyle taktu i cierpliwości-ciekawe, czy córki pastorów rodzą się z tym?
Dzięki Caroline
Caroline - Śro 20 Gru, 2006 20:30
Tak to już dziewiętnastka
Rozdział XIX „Angel visits” Przybycie anioła cz.II
Co opętało ten świat (jej świat), że wszyscy przejmowali się jej suknią, nie mogła tego pojąć. W południe tego samego dnia, gdy wspomniała Bessy Higgins o zaproszeniu (a propos służącej, za którą pani Thornton obiecała się rozejrzeć), Bessy aż podskoczyła z ciekawości.
- Dobry Boże! Będziesz na kolacji u Thorntonów w Marlborough Mills?
- Tak, Bessy. Dlaczego aż tak cię to dziwi?
- No nie wiem. Oni widują się z najważniejszymi ludźmi w Milton.
- A nas nie uważasz za pierwszych ludzi w Milton, co Bessy?
Policzki Bessy zarumieniły się, gdy pomyślała, że tak łatwo było ją przejrzeć.
- Widzisz – powiedziała – oni dużo myślą o pieniądzach, a wy chyba nie macie ich zbyt wiele.
- Nie - powiedziała Margaret – to prawda, ale jesteśmy ludźmi wykształconymi, żyliśmy pośród ludzi wykształconych, czy jest coś zadziwiającego w tym, że zaprosił nas na kolację człowiek, który uważa, że ustępuje mojemu ojcu skoro przychodzi do niego na lekcje? Nie chcę ubliżać panu Thorntonowi, niewielu subiektów, którym kiedyś był, osiągnęłoby tak wiele.
- Ale czy jesteście w stanie zrewanżować im się obiadem w swoim małym domu? Dom pana Thorntona jest trzy razy większy!
- Myślę, że moglibyśmy zrewanżować im się obiadem jak to nazywasz. Może nie w tak dużym pokoju ani z tyloma ludźmi, nie wydaje mi się jednak byśmy myśleli o tym w ten sposób.
- Nigdy bym nie pomyślała, że będziecie jadać obiady z Thorntonami – odpowiedziała Bessy. – Sam burmistrz u nich bywa i członkowie parlamentu i inni.
- Myślę, że sprostam honorowi spotkania z burmistrzem Milton.
- Ale te panie ubierają się tak okazale! – powiedziała Bessy spoglądając niespokojnie na suknię Margaret z drukowanego materiału, który swoim miltońskim okiem wyceniła na siedem pensów za jard.
Margaret roześmiała się wesoło.
- Dziękuję ci Bessy, że tak miło przejmujesz się bym ładnie wyglądała między ważnymi ludźmi. Mam mnóstwo pięknych sukien, jeszcze tydzień temu powiedziałabym, że są zbyt okazałe, by okazały się jeszcze na cokolwiek potrzebne, ale skoro mam być na kolacji u pana Thorntona i być może spotkać burmistrza włożę moją najlepszą suknię, możesz być pewna.
- Jaką włożysz? – spytała Bessy nieco uspokojona.
- Białą jedwabną – odpowiedziała Margaret – suknię, którą miałam na ślub kuzynki w zeszłym roku.
- Ta będzie dobra! – powiedziała Bessy opadając na krzesło – Nie chciałabym, żeby patrzono na ciebie z góry.
- Och, będę wyglądać bardzo wykwintnie, jeśli to nie pozwoli by patrzono na mnie z góry.
- Chciałabym zobaczyć cię tak ubraną – powiedziała Bessy – chyba nie można o tobie powiedzieć, że jesteś ładna tak jak ludzie to rozumieją, nie jesteś jak to się mówi „krew i mleko”, ale wiesz co, śniłaś mi się na długo zanim cię spotkałam.
- Nonsens, Bessy.
- Ależ tak. Twoja twarz z czystym, nieugiętym spojrzeniem wyłaniała się z mroku, włosy zdmuchnięte znad brwi otaczały twoje czoło jak promienie, były gładkie i proste jak teraz, przychodziłaś i zawsze dodawałaś mi sił, zdawało mi się, że czerpię ją z twoich głębokich, kojących oczu. Miałaś na sobie świetlistą szatę, właśnie taką jak suknia, którą zamierzasz założyć. Widzisz więc, to musiałaś być ty!
- Nie, Bessy – powiedziała Margaret łagodnie – to był tylko sen.
- Dlaczego w swoim cierpieniu nie mogłabym mieć takich snów, jak inni? Przecież w Biblii wielu je miało. Tak, i mieli wizje! Nawet mój ojciec dużo rozmyśla o snach. Mówię ci, widziałam cię wyraźnie jak szłaś do mnie z rozwianymi włosami, miałaś na sobie białą, lśniącą suknię. Pozwól mi przyjść i zobaczyć cię w niej. Chcę zobaczyć cię i dotknąć dokładnie taką jak w moich snach.
- Moja droga Bessy, to kaprys.
- Kaprys, czy nie, pojawiłaś się, a wiedziałam, że przyjdziesz, gdy zobaczyłam cię we śnie, kiedy jesteś blisko jest mi lżej na duszy, czuję ukojenie, takie jakie daje ciepło ognia w ponury dzień. Powiedziałaś, że to będzie dwudziestego pierwszego, dobry Boże, przyjdę i cię zobaczę!
- Och, Bessy! Ależ przyjdź, będziesz mile widziana, ale już tyle nie mów, jest mi przykro, naprawdę przykro.
- Zachowam to więc dla siebie, ugryzę się w język, ale nie dlatego, że to nieprawda.
Margaret milczała w końcu powiedziała:
- Porozmawiamy o tym kiedyś, jeśli myślisz, że to prawda, ale nie teraz, powiedz, czy twój ojciec strajkuje?
Balbina - Czw 21 Gru, 2006 11:38
Dzięki dzięki Caroline
Caroline - Czw 21 Gru, 2006 12:26
Rozdział XIX „Angel visits” Przybycie anioła cz.III
- Porozmawiamy o tym kiedyś, jeśli myślisz, że to prawda, ale nie teraz, powiedz, czy twój ojciec strajkuje?
- Tak – powiedziała Bessy ciężko, zupełnie inaczej niż mówiła jeszcze minutę czy dwie wcześniej – ojciec i inni, wszyscy ludzie Hampera i nie tylko. Tym razem kobiety są tak samo zawzięte jak mężczyźni. Jedzenie jest drogie a muszą nakarmić dzieci. Powiedzmy, że Thornton oddałby swoją kolację, te same pieniądze wydane na ziemniaki i mięso uciszyłyby wiele płaczących dzieci i odrobinę ukoiły serca ich matek.
- Nie mów tak! – powiedziała Margaret – sprawiasz, że czuję się podle i mam poczucie winy, że idę na tę kolację.
- Nie – powiedziała Bessy – jednym dane są okazałe uczty, purpury i piękne nakrycia, może ty jesteś jedną z nich, inni trudzą się i męczą całe życie i nawet pies się nad nimi nie ulituje za ich dni, jak za dni Łazarza*. Ale jeśli poprosisz mnie bym zwilżyła ci język koniuszkiem mojego palca przejdę największą przepaść dla ciebie przez wzgląd na to, jak wiele tu dla mnie znaczysz.
- Bessy, masz gorączkę, czuję to po dotyku twojej ręki i poznaję po tym co mówisz. W ten okropny dzień nie będzie podziału na tych, którzy tu byli żebrakami i na tych, którzy byli bogaci, nie będziemy sądzeni w ten sposób, ale według tego jak wiernie podążaliśmy za Chrystusem.
Margaret wstała i znalazła wodę, zwilżoną chusteczkę położyła na czole Bessy i zaczęła rozcierać zimne jak kamienie stopy. Bessy przymknęła oczy i pozwoliła się ukoić. W końcu powiedziała:
- Ty też traciłabyś zmysły, gdyby przychodzili do ciebie jeden po drugim pytając o ojca, każdy ze swoją historią. Jedni opowiadali o śmiertelnej nienawiści i sprawiali, że krew krzepła mi w żyłach, gdy słyszałam przerażające rzeczy, jakie mówili o panach, ale wiele z nich, kobiet, nieustannie narzekało (łzy leciały im po policzkach, nie miał kto ich zetrzeć, nikt na nie nie zważał), mówiły o cenie mięsa i o tym, że dzieci nie mogą spać w nocy z głodu.
- I myślą, że strajk to naprawi? – spytała Margaret.
- Tak mówią – odpowiedziała Bessy – mówią, że rynek miał się długo dobrze i panowie zarobili nieskończenie dużo pieniędzy, ile – ojciec nie wie, ale związek oczywiście chce udziału w zysku, zwłaszcza teraz, gdy jedzenie podrożało, związek mówi, że nie będą wykonywać swoich obowiązków, jeśli nie zmuszą panów do dania im udziałów. Ale panowie mają przewagę i obawiam się, że zawsze ją utrzymają. To jest jak wielka bitwa, Armageddon, nie ustaną w groźbach i walce póki w jej trakcie nie zostaną strąceni w otchłań.
Właśnie wtedy wszedł Nicholas Higgins, pochwycił ostatnie słowa córki.
- Tak! I ja wytrwam w walce i dostanę tym razem czego chcę. Nie potrwa długo zanim się poddadzą, bo mają mnóstwo zamówień, wkrótce przekonają się, że lepiej dać nam nasze pięć procent niż stracić zysk, który przepuszczą, jeśli nie zrealizują kontraktu. Tak, panowie. Wiem, kto wygra.
Margaret odgadła z jego zachowania – nie z tego, co mówił, ale jak mówił – że musiał pić, był rozgorączkowany, utwierdził ją w tym przekonaniu niepokój z jakim Bessy próbowała przyspieszyć jej odejście. Bessy, powiedziała:
- Dwudziesty pierwszy to przyszły czwartek, mogę przyjść zobaczyć cię ubraną na wyjście do Thorntonów, o której jest ta kolacja?
Zanim Margaret odpowiedziała, Higgins wybuchł:
- Thorntonowie! Idziesz na kolację do Thorntonów! Poproś go o wzniesienie toastu za powodzenie jego zamówień. Dwudziestego pierwszego będzie sobie mocno łamał głowę, jak je zrealizować. Powiedz mu, że siedmiuset ludzi przymaszeruje do Marlborough Mills i pomoże mu skończyć kontrakt na czas dzień po tym jak da pięć procent. Wszystkich ich tam spotkasz. Mojego pana, Hampera, też. Ten to staroświecki typ, nie przejdzie koło człowieka bez przekleństwa albo zwyzywania go. Chyba by umarł, gdyby odezwał się do mnie grzecznie, ale ostatecznie głośniej szczeka niż gryzie, możesz mu przekazać, że jeden z jego strajkujących tak powiedział. Tak! Wielu znaczących fabrykantów spotkasz u Thorntona! Chciałbym się z nimi rozmówić, gdy akurat będą siedzieć spokojni po kolacji nie mogąc ratować się ucieczką, powiedziałbym im, jak twardo sobie z nami poczynają.
- Do widzenia – powiedziała Margaret pospiesznie – do widzenia Bessy! Będę czekać na spotkanie z tobą dwudziestego pierwszego, jeśli będziesz dość dobrze się czuła.
* Bessy nawiązuje to tego fragmentu Biblii: „Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: "Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu". Lecz Abraham odrzekł: "Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać" Biblia Tysiąclecia, Łk 16, 19-26
Caroline - Czw 21 Gru, 2006 12:27
Strasznie mi nie leży ta pompatyczna Bessy, chyba wolę filmową
***
Dzięki, dzięki Balbinko, ech nie ma jak prymulki w grudniu
Mag - Czw 21 Gru, 2006 13:00
| Caroline napisał/a: | - Widzisz – powiedziała – oni dużo myślą o pieniądzach, a wy chyba nie macie ich zbyt wiele.
- Nie - powiedziała Margaret – to prawda, ale jesteśmy ludźmi wykształconymi, żyliśmy pośród ludzi wykształconych, czy jest coś zadziwiającego w tym, że zaprosił nas na kolację człowiek, który uważa, że ustępuje mojemu ojcu skoro przychodzi do niego na lekcje? Nie chcę ubliżać panu Thorntonowi, niewielu subiektów, którym kiedyś był, osiągnęłoby tak wiele. |
Teraz chyba ważniejsze jest mieć pieniądze, a dyplom można kupić :sad:
Biorąc pod uwagą ile zarabiją ludzie z wyższym wykształceniem w państowych firmach....
Gitka - Czw 21 Gru, 2006 14:45
Wreszcie nadrobiłam moje braki w czytaniu :razz:
Trzeba Bessy zrozumieć, jest rozżalona, chora i chyba trochę zazdrosna...
Czy ona miała jakiegoś starającego się o jej rękę?
Caroline, bardzo dziękuję
Caroline - Pią 22 Gru, 2006 10:44
Jeszcze trochę patosu
Rozdział XIX „Angel visits” Przybycie anioła cz.IV
Lekarstwa i kuracja zalecona pani Hale przez doktora Donaldsona pomogła z początku tak bardzo, że nie tylko ona, ale i Margaret zaczęła żywić nadzieję, że się pomylił i że możliwe jest całkowite wyzdrowienie. Co do pana Hale, choć nigdy nie miał pojęcia jak poważne są przewidywania, triumfował nad ich troskami z wyraźną ulgą, która dowodziła tylko jak bardzo się przejmował. Tylko Dixon nieustannie krakała Margaret do ucha. Mimo to Margaret miała nadzieję i odrzucała złe przepowiednie.
Potrzebowali u siebie tej iskry radości, bo na zewnątrz, nawet ze swoim brakiem doświadczenia, dostrzegli jak zawisa ponury cień niezadowolenia. Pan Hale miał swoich znajomych wśród robotników i wprawiały go w przygnębienie ich szczerze opowiadane historie o cierpieniu i woli wytrwania. Unikaliby rozmów o tym, co musieli znieść z każdym kto mógłby, będąc w takiej samej sytuacji, zrozumieć ich bez słów, ale tu był człowiek z daleka, zdumiony działaniem systemu, w sam środek którego został wrzucony i każdy chciał odwołać się do jego osądu i przedstawić świadectwo swoich powodów do niezadowolenia. Potem pan Hale brał ten cały pakiet smutków i kładł go przed panem Thorntonem, by ten ze swym doświadczeniem fabrykanta uporządkował je i wytłumaczył skąd się wzięły, a zawsze to robił, w oparciu o zasady ekonomii, pokazując, że w handlu zawsze są okresy wzrostu i spadku koniunktury. W okresie spadku pewna grupa panów, tak samo jak robotników, musi popaść w ruinę, stracić swą pozycję szczęśliwych i mających powodzenie. Mówił tak, jakby te konsekwencje były tak oczywiste, że ani pracodawcy ani pracownicy, jeśli taki przypadnie im los nie mieli prawa narzekać. Pracodawcy, jeśli wypadli z wyścigu, w którym z gorzkim poczuciem zawodu i porażki nie mogli już brać udziału – zranieni w walce, pokonani przez swych towarzyszy w pogodni za bogactwem, poniżani, tam gdzie kiedyś ich honorowano, pokornie proszący o pracę, a nie rozdający ją pańską ręką. Oczywiście mówiąc tak o przeznaczeniu, które także jego jako pana mogło dotknąć z powody zmian na rynku, nie był skłonny okazywać więcej współczucia niż wobec robotników, których ominął bezlitosny postęp lub zmiana, ci odeszliby cicho ze świata, który ich nie potrzebował, ale czuli, że nie mogliby spocząć w spokoju przez nieustający płacz ukochanych i bezbronnych, których pozostawili., zazdrościli sił, jakie mają dzikie ptaki, które mogą karmić swoje młode własną krwią. Margaret całą duszą sprzeciwiała się, kiedy argumentował w ten sposób, jakby handel był wszystkim a człowieczeństwo niczym.
Gitka - Pią 22 Gru, 2006 12:24
Pan Hale byłby wspaniałym teściem dla Thortona...
Caroline dziękuję
Matylda - Pią 22 Gru, 2006 22:43
Dzieki Carolino
Te fragmenty ciągle się czyta z wielką przyjemnością
Ale ta Dixon jest denerwująca....
Caroline - Sob 23 Gru, 2006 01:36
Rozdział XIX „Angel visits” Przybycie anioła cz.V
Z trudem zdobyła się na podziękowania za życzliwość, która sprowadziła go tego wieczoru i kazała mu zaoferować jej – w swej delikatności rozumiał, że musi złożyć tę propozycję na osobności – każde udogodnienie w chorobie, jakie jego zasoby lub przezorność matki pozwoliły im zgromadzić w domu, a którego jak dowiedział się od doktora Donaldsona pani Hale mogłaby potrzebować. Jego obecność po tym co mówił, postawienie przed nią zguby, która, jak słabo sama sobie wmawiała mogła być jeszcze oszczędzona jej matce – wszystko to sprzysięgło się, by Margaret zaciskała zęby, gdy patrzyła na niego i słuchała go. Jakim prawem był jedynym człowiekiem poza doktorem Donaldsonem i Dixon dopuszczonym do okropnego sekretu, który ona sama trzymała głęboko w ukryciu w najciemniejszym i nienaruszalnym zakątku swojego serca, nie mając śmiałości zaglądać do niego, chyba że uprosiła najpierw niebiosa o siłę do zniesienia widoku pewnego dnia, w którym zapłacze za matką a z pustej, niemej ciemności nie nadejdzie odpowiedź. A mimo to on wiedział wszystko, widziała to w jego współczujących oczach, słyszała w jego poważnym, drżącym głosie. Jak zmieniły się te oczy, ten głos, którym przedtem twardo, sucho, bezwzględnie przedstawiał zasady rządzące handlem i jasno pokazywał ich konsekwencje. Dysonans wstrząsnął nią niewypowiedzianie. Tym mocniej z powodu zapadającego w pamięć lamentu, który słyszała u Bessy. Nicholas Higgins, jej ojciec, mówił inaczej. Był zaprzysięgłym związkowcem i twierdził, że zna sekrety o jakich zwykli ludzie nie mieli pojęcia. Powiedział to wyraźnie i dokładnie na dzień przed przyjęciem pani Thornton, gdy Margaret, która przyszła pomówić z Bessy, znalazła go dyskutującego z Boucherem, sąsiadem, o którym często mówił, raz jako o nieporadnym robotniku z liczną rodziną na utrzymaniu, innym razem ze wściekłością, jaką wzbudzał w swym bardziej energicznym i pełnym nadziei sąsiedzie z powodu, jak Higgins mawiał, braku ducha. Było oczywiste, że kiedy Margaret weszła, Higgins był wzburzony. Boucher stał z rękami na wysokim gzymsie kominka, wspierając się na nim w ten sposób spoglądał dziko w ogień z rodzajem rozpaczy, która irytowała Higginsa, nawet jeśli wzbudzała jego współczucie. Bessy kołysała się w tył i w przód jak miała w zwyczaju (Margaret już to wiedziała), kiedy była zdenerwowana. Jej siostra wiązała budkę (na wielkie, niezdarne kokardy tak jak pozwalały jej na to jej duże, niezdarne palce), by udać się do wytwórni aksamitu, szlochała głośno w międzyczasie, najwyraźniej nie chciała uczestniczyć w scenie, która ją denerwowała. Margaret weszła akurat w tym momencie. Stała przez chwilę w drzwiach, potem z palcem na ustach przekradła się na mały stołek obok Bessy. Nicholas zobaczył ją wchodzącą, pozdrowił ją ponurym, ale przyjaznym kiwnięciem głowy. Mary wybiegła pospiesznie chwytając otwarte akurat drzwi i płacząc głośno, gdy umknęła spod obecności ojca. Tylko John Boucher nie zauważył kto wszedł, a kto wyszedł.
Gosia - Sob 23 Gru, 2006 07:34
| Caroline napisał/a: | | Z trudem zdobyła się na podziękowania za życzliwość, która sprowadziła go tego wieczoru i kazała mu zaoferować jej – w swej delikatności rozumiał, że musi złożyć tę propozycję na osobności – każde udogodnienie w chorobie, jakie jego zasoby lub przezorność matki pozwoliły im zgromadzić w domu, a którego jak dowiedział się od doktora Donaldsona pani Hale mogłaby potrzebować. [..]A mimo to on wiedział wszystko, widziała to w jego współczujących oczach, słyszała w jego poważnym, drżącym głosie. Jak zmieniły się te oczy, ten głos, którym przedtem twardo, sucho, bezwzględnie przedstawiał zasady rządzące handlem i jasno pokazywał ich konsekwencje. |
Och, jaki ładny fragment.....
Mag - Sob 23 Gru, 2006 09:42
W tym momencie Margarytka dostrzegła w nim człowieka- nie tylko handlowca.... szkoda,że połączył ich taki smutny sekret
Dzięki Caroline!
Caroline - Nie 24 Gru, 2006 02:12
Dzisiaj reszta XIX-ego ciacha, nie ma co dzielić.
Rozdział XIX „Angel visits” Przybycie anioła cz.VI
Tylko John Boucher nie zauważył kto wszedł, a kto wyszedł.
- To na nic Higgins, tak jak teraz, ona nie pożyje długo. Umiera, nie dlatego, że nie ma chleba dla siebie, ale dlatego że nie może znieść widoku głodujących maluchów. Tak, głodujących. Pięć szylingów na tydzień może wystarczać dla ciebie, przy dwóch osobach do wykarmienia, z których jedna może łatwo sama zarobić na siebie, ale dla nas to głodówka. Powiem ci prosto, jeśli ona umrze, tak jak się obawiam, zanim dostaniemy nasze pięć procent, rzucę te pieniądze panom w twarz i powiem „Bądźcie przeklęci! Niech będzie przeklęty cały wasz okrutny świat, skoro nie mógł oszczędzić najlepszej żony, jaka kiedykolwiek urodziła mężczyźnie dzieci!” A ty, człowieku, ciebie też nienawidzę i całą tę gromadę ze związku, tak, moja nienawiść będzie was ścigać jeszcze w niebie! Tak będzie, jeśli zwiedziesz mnie i w tej sprawie. Powiedziałeś, Nicholasie, w środę dwa tygodnie temu, a jest już wtorek, powiedziałeś, że zanim miną dwa tygodnie panowie przyjdą i będą błagać nas, żebyśmy wzięli naszą pracą po naszej pensji, czas się prawie skończył, a nasz mały Jack leży w łóżku, za słaby, żeby płakać, tylko od czasu do czasu ciężko wzdycha z głodu, nasz mały Jack! Ona nigdy na niego krzywo nie spojrzała , oddałaby za niego życie, odda je, taką cenę będę musiał zapłacić. Nasz mały Jack, który budził mnie rano dotykając swoimi słodkimi usteczkami mojej wielkiej, surowej twarzy szukając gładkiego miejsca, w które mógłby mnie pocałować, a teraz leży umierając z głodu! – głęboki szloch zdławił głos biednego człowieka.
Nicholas spojrzał oczami pełnymi łez na Margaret zanim zebrał odwagę, by przemówić.
- Trzymaj się, człowieku. Mały Jack nie umrze, mam pieniądze, zaraz pójdziemy kupić maluchowi trochę mleka i dobrego czterofunotwca. Co moje to i twoje, jeśli tylko chcesz, bądź tego pewien. Tylko nie trać ducha, człowieku! – mówił dalej grzebiąc w czajniczku w poszukiwaniu pieniędzy, które tam trzymał. – Daję ci słowo, że wygramy, musimy wytrzymać jeszcze tydzień, zobaczysz jak panowie przyjdą prosząc nas, byśmy przyszli do fabryki. A co d związku – powiem tylko tyle – postaram się, żebyś miał co trzeba dla dzieci i swojej kobiety, więc nie upadaj na duchu! Nie idź do tyranów szukać pracy.
Boucher odwrócił się na te słowa, twarz miał tak białą i zmizerowaną, pełną bruzd i pozbawioną nadziei, że jego spokój przyprawił Margaret o łzy.
- Dobrze wiesz, Nicholasie, że jest tyran gorszy od wszystkich panów, ten który powie ci „umieraj z głodu i patrz jak twoi umierają, ale nie waż się działać wbrew związkowi!”. Dobrze o tym wiesz, Nicholasie, bo jesteś jednym z nich. Możecie być życzliwi każdy z osobna, ale zebrani razem nie macie dla człowieka więcej litości niż zdziczały, wygłodniały wilk.
Nicholas trzymał już rękę na klamce, zatrzymał się i odwrócił do Bouchera podchodząc blisko.
- Boże broń, jeśli nie robię tego, co najlepsze dla ciebie i dla nas wszystkich. Jeśli postępuję źle, a zdaje mi się, że robię dobrze, to ich wina, bo zostawili mnie samego z moją niewiedzą. Dużo nad tym myślałem, uwierz mi, John, bardzo dużo, i powtarzam, nie ma dla nas innego wyjścia niż pokładać wiarę w związku. Poddadzą się na dniach, zobaczysz, że tak będzie!
Ani Margaret, ani Bessy nie odezwały się jednym słowem, ledwie odważyły się oddychać, spoglądały tylko na siebie dodając sobie otuchy. W końcu Bessy powiedziała:
- Nigdy nie przypuszczałam, że ojciec odwoła się jeszcze do Boga, ale sama słyszałaś, powiedział „Boże broń”.
- Tak – powiedziała Margaret. – Przyniosę trochę pieniędzy, jakie zdołam zaoszczędzić i trochę jedzenia dla dzieci tego biednego człowieka. Postaraj się, żeby nie wiedział, że to ode mnie, tylko że od twojego ojca. To i tak niewiele.
Bessy położyła się nie zważając na słowa Margaret. Nie płakała, tylko łapała z trudem oddech.
- W moim sercu nie ma już łez – powiedziała – Boucher był już tu w ostatnich dniach, opowiadał o swoich kłopotach i lękach. To słaby człowiek, wiem o tym, ale jednak człowiek. Wiele razy byłam głodna, tak jak on i jego żona, i tak jak oni nie wiedziałam co począć. Nie wszyscy ludzie są mądrzy, a Bóg daje im życie i kogoś, kogo kochają i są przez nich kochani, tak samo im jak Salomonowi, a kiedy przychodzi nieszczęście na tych, których kochają cierpią równie dotkliwie jak Salomon. Nie mogę tego zrozumieć, może to dobrze, że taki Boucher ma związek, który się nim zajmie. Chciałabym tylko zobaczyć zamiary związku, postawić ich twarzą w twarz z Boucherem, myślę że gdyby go usłyszeli (gdyby spotkali się z nim każdy sam na sam), Boucher mógłby pójść do takiej pracy, jakiej chce, nawet nie za tyle ile oni nakazali.
Margaret siedziała zupełnie cicho. Jak miała wrócić do swojej wygody i zapomnieć głos tego człowieka pełen niewypowiedzianej agonii, która mówiła więcej niż słowa, ile musiał wycierpieć. Wyjęła swój portfelik, niewiele tam miała dla siebie, ale to co było, bez słowa włożyła w rękę Bessy.
- Dziękuję, wielu jest takich jak on, może nie wiedzie im się tak źle, a przynajmniej tak tego nie okazują, ojciec nie pozwoli, by czegoś im brakło teraz, gdy już wie. Widzisz, Boucher jest przytłoczony dziećmi, ona łatwo wpada w gniew, wszystko co mogli zastawić, rozeszło się w ostatnim roku. Nie myśl, że pozwolilibyśmy im umrzeć, chociaż u nas nie jest najlepiej, jeśli sąsiad nie zatroszczy się o sąsiada, to nie wiem, kto to zrobi – Bessy wydawała się przestraszona, że Margaret pomyśli o nich, że nie mieli chęci i do pewnego stopnia także możliwości pomagać tym, którzy mogli czegoś oczekiwać.
- Poza tym – dodała – ojciec jest pewien, że panowie poddadzą się w kilka dni, że nie wytrzymają już długo. Ale dziękuję ci, dziękuję ci za siebie i za Bouchera, teraz będę myśleć o tobie jeszcze cieplej.
Bessy wydawała się cichsza tego dnia, ale dziwnie apatyczna i wyczerpana. Gdy zamilkła była tak słaba i wycieńczona, że Margaret się wystraszyła.
- To nic – powiedziała Bessy – to jeszcze nie śmierć. Miałam straszną noc, pełną okropnych snów, czy czegoś na kształt snów, bo nie spałam, dziś jestem trochę znużona, tylko ten biedny człowiek mnie przebudził. Nie, to jeszcze nie śmierć, ale już jest blisko. Tak, przykryj mnie, może zasnę, jeśli kaszel mi pozwoli. Dobranoc, choć może powinnam powiedzieć do widzenia, dzień jest taki ponury i mglisty.
***
a teraz będzie kilkudniowa przerweczka
Jola - Nie 24 Gru, 2006 10:24
Witam sredecznie wszystkie Panie, a szczególnie te, które dostarczają wszystkim tak wiele przyjemności z poznawania coraz to nowych fragmentów książki N&S.
Chociaż dawno się nie odzywałam, to często zaglądam na stronę Salonu śledząc z podziwem możliwości i umiejętności wielu z Was, jestem również ogromnie wdzięczna za to, że pomimo wymaganego trudu i poświęcenia znajdujecie czas aby przedstawiać tutaj tyle nowych i ciekawych informacji.
Nie wiem, czy to właściwe miejsce, ale pozwolę sobie tutaj złożyć Wszystkim Damom Salonu oraz Adminowi Świąteczne Bożonarodzeniowe życzenia szczęścia i wielu radości.
"Chociaż z daleka, lecz w sercu z Wami dzielę się opłatkiem i życzeniami. To o czym marzycie by się spełniło, to co kochacie by Wasze było".
Wszelkiej pomyślności życzy Jola.
Gitka - Nie 24 Gru, 2006 11:57
Dziękuję Caroline
Smutny fragment...
Mag - Nie 24 Gru, 2006 13:26
Smutny i pełen rezygnacji- a o dzieleniu się z biedniejszymi- w sam raz na Wigilię.
Dzięki Caroline
Gosia - Śro 27 Gru, 2006 18:05
No to koniec świątecznej laby. Leci kolejny rozdzial
Rozdział XX
Men and Gentlemen
cz. 1
Margaret weszła do domu tak boleśnie przejęta tym, co usłyszała i zobaczyła, że z trudem mogła zmusić się do obowiązków, które na nią czekały, konieczności prowadzenia pogodnej konwersacji z matką, która teraz nie mogła wyjść z domu i zawsze czekała na powrót Margaret nawet z najkrótszego spaceru, aby posłuchać przynoszonych przez nią nowinek.
- Czy twoja przyjaciółka z fabryki może przyjść w czwartek, żeby zobaczyć, jak się ubrałaś?
- Ona jest tak chora, że nigdy nie pomyślałabym, żeby ją o to zapytać – powiedziała Margaret ze smutkiem.
- Kochanie! Każdy jest teraz chory, jak sądzę – powiedziała pani Hale z odrobiną zazdrości, którą każdy chory jest skłonny czuć wobec innego chorego. – Ale to musi być smutno chorować na jednej z tych małych bocznych uliczek (Jej życzliwa natura przeważyła, i powrócił stary sposób myślenia z Helstone). Tu jest wystarczająco źle. Co mogłabyś dla niej zrobić, Margaret? Pan Thornton przysłał mi jakieś stare wino, zanim przyszłaś. Czy butelka wina dobrze by jej zrobiła?
- Nie, mamo! Nie sądzę, że oni są naprawdę biedni – przynajmniej nie mówią, jakby byli; w każdym razie choroba Bessy to suchoty – ona nie może pić wina. Być może mogłabym wziąć dla niej trochę konfitury z owoców z naszego drogiego Helstone. Nie! Jest inna rodzina, której chciałabym to dać. Och, mamo, mamo! Jak mam się stroić i wyjść na to eleganckie przyjęcie po tych smutnych rzeczach, które widziałam dzisiaj. – zawołała Margaret, przekraczając granice, które sobie wyznaczyła zanim weszła, i mówiąc matce o tym, co widziała i słyszała w domu Higginsów.
To zbyt zdenerwowało panią Hale. Uczyniło ją niespokojną i zirytowaną, aż do chwili, gdy mogła coś zrobić. Skierowała Margaret do salonu, aby zapakować koszyk i wysłać go potem do tej rodziny; i była prawie zła na nią, gdy Margaret powiedziała, że zostanie posłany dopiero rano, gdyż wiedziała, że Higgins zaspokoił najpilniejsze potrzeby i ona sama pozostawiła pieniądze dla Bessy. Pani Hale nazwała ją bezduszną za to, co powiedziała i nie dała sobie czasu na oddech, aż koszyk został wysłany z domu. Potem powiedziała:
- Mimo wszystko może robimy źle. Dopiero co pan Thornton tu był i powiedział, że nie jest prawdziwym przyjacielem ten, kto pomaga w przedłużeniu walki poprzez wspieranie strajkujących. A ten Boucher strajkuje, czyż nie?
Pytanie skierowała do pana Hale’a jego żona, kiedy wszedł na górę, prosto z lekcji z panem Thorntonem, która zakończyła się konwersacją, jak to mieli w zwyczaju. Margaret nie dbała o to, czy ich dary przedłużają strajk, nie sięgała myślą tak daleko w swoim obecnym wzburzeniu.
Pan Hale wysłuchał i próbował być tak spokojnym jak byłby nim sędzia. Przypomniał sobie to wszystko, co wydawało mu się jasne ledwie pół godziny wcześniej, gdy wyszło z ust pana Thorntona. A potem uczynił niezadowalający kompromis. Jego żona i córka nie tylko zrobiły dobrze w tym przypadku, nie wyobrażał sobie, by mogły postąpić inaczej. Pomimo to jako generalna reguła było prawdą to, co pan Thornton powiedział, że jeśli strajk jest przedłużany, musi zakończyć się tym, że panowie wynajmą robotników z zewnątrz (jeśli w istocie finał nie będzie taki, jak to często było wcześniej, wynalezienie jakiejś maszyny która mogłaby zmniejszyć całkowicie zapotrzebowanie na siłę roboczą), dlatego to było dość jasne, że najlepiej byłoby odmówić wszelkiej pomocy, która mogłaby umacniać robotników w ich szaleństwie. A co do tego Bouchera, pójdzie rano zobaczyć się z nim, aby sprawdzić, co mógłby dla niego zrobić.
|
|
|