To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik - czyli D&U oczyma Darcy'ego

Anonymous - Pią 15 Gru, 2006 17:35

Jak to się zaczęło ? A, tak… od książek. Wolała czytać, niż grać w karty..."

:mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Maryann - Pią 15 Gru, 2006 19:40

Widać w "high lifie" to zainteresowanie lekturą było raczej na poziomie Victorii Beckham... :mrgreen:
bezpaznokcianka - Pią 15 Gru, 2006 20:27

jak dla mnie Mr. Darcy tez nie byl dumny tylko niesmialy. Doskonale go rozumiem, bo ja zachowuje sie dokladnie tak samo wsrod obcych. Rezerwa, powazna "wyniosla" mina, zeby nikt nie poznal, ze sie boje i unikanie kontaktu z kazdym nieznajomym. Takze ja tam pana Darcy'ego rozumiem.
He doesn't have a talent which some possess of conversing easly with strangers :D and nor do I. :razz:

Maryann - Pią 15 Gru, 2006 20:44

Być może mam umysł "skażony" znajomością dalszego ciągu (Macierz Przedłużona znowu powie, że nie mogę się powstrzymać :wink: ), bo będę się upierać, że Darcy JEST dumny. Nawet i w tym fragmencie, który już skonsumowałyśmy widać, że w jego mózgownicy wyraźnie zakorzenione jest przekonanie o własnej wyższości wobec tych wieśniaków z Hertfordshire.
Co nie znaczy, że nie zdradza również klinicznych objawów nieśmiałości... To akurat, Paznokietku, też znam z autopsji i dobrze rozumiem...

Alison - Sob 16 Gru, 2006 15:20

No dobra, pora na popołudniowy deser od Maryann.

Rozdz. 7, cz. V
- Panna Eliza Bennet gardzi kartami. Jest wielką miłośniczką książek i w niczym innym nie znajduje przyjemności.
Pochwała panny Bingley była elegancko podszyta pogardą. Darcy spojrzał na nią ze zdziwieniem. Jej atak na pannę Bennet nastąpił niemal natychmiast, gdy młoda dama pojawiła się wśród nich po kilku godzinach spędzonych przy łóżku siostry. Elizabeth była równie zaskoczona, a może jej chwilowa zwłoka w odpowiedzi była spowodowana znużeniem. Co do tego Darcy nie miał pewności. Otworzyła szeroko oczy na uwagę panny Bingley i zanim zaryzykowała odpowiedź, wróciła do trzymanego w rękach tomu.
- Nie zasługuję ani na tę pochwałę, ani na tę krytykę, – zawołała – nie jestem wielką miłośniczką książek, a przyjemność znajduję w wielu rzeczach.
Bingley, który, jak Darcy wiedział, miał romantyczną duszę błędnego rycerza, przyszedł Elizabeth na ratunek ze szczerym komplementem wspartym autoironicznym opisem własnych zwyczajów czytelniczych.
- Zdumiewa mnie fakt, że mój ojciec pozostawił tak niewielką bibliotekę – wtrąciła panna Bingley – Jakaż zachwycająca jest pańska, panie Darcy, w Pemberley.
Darcy miał ogromne wątpliwości, czy zawartość jego biblioteki wzbudzała w pannie Bingley aż taki zachwyt, jak to sugerował ton jej głosu. Dużo bardziej prawdopodobne było, że to bogactwo, o którym świadczyła ogromna liczba tomów, było tym, co w rzeczywistości wzbudzało jej podziw.
- Powinna być dobra – odparł i dodał, wyrzekając się jakichkolwiek zasług w tej dziedzinie – To praca wielu pokoleń.
Panna Bingley nie uznała jego skromności.
- No i pan sam tak bardzo ją wzbogacił, – i z odcieniem zażyłości dodała – przecież wciąż kupuje pan książki.
Prawie zazgrzytał zębami z irytacji na jej uporczywe pochlebstwa i na widok błysku rozbawienia, który na widok jego konsternacji pojawił się w oczach Elizabeth.
- Nie mogę pojąć, jak można zaniedbywać bibliotekę rodzinną w takich czasach, jak dzisiejsze – dodał tasując karty.
Panna Bingley w swoich zachwytach przeszła od biblioteki w Pemberley do samego domu i otaczających go ogrodów i okolicy, na zakończenie poradziwszy bratu, aby wziął go za wzór i zbudował dla siebie coś niemniej pięknego. Jej brat pogodnie zgodził się na jej pomysł i zaproponował, że kupi nawet samo Pemberley, jeśli Darcy zdecyduje się z nim rozstać. Ta możliwość była tak absurdalna, że wszyscy się roześmieli. Wyczerpawszy ten temat panna Bingley podjęła następny, aby zapewnić sobie jego uwagę.
- Czy panna Darcy bardzo urosła od zeszłej wiosny ? Jakżeż tęsknię za jej widokiem! Cóż za aparycja, jakie maniery! Co za wykształcenie w tak młodym wieku!
Bingley spojrzał ostro na siostrę, próbując, jak podejrzewał Darcy, pohamować jej przesadne komplementy. Poniósłszy porażkę spróbował skierować rozmowę na bardziej neutralne tory.
- Zawsze mnie zdumiewa, skąd młode damy biorą cierpliwość na zdobycie tak wielu kunsztów, jakie posiadają. Wszystkie malują na drewnie, haftują parawaniki przed kominki i szydełkują sakiewki…
- Charles, mój drogi – zaprotestował Darcy, zmusiwszy się do odwrócenia oczu od Elizabeth, aby spojrzeć na przyjaciela – Twoja lista umiejętności,. które wchodzą w najczęściej spotykany zakres wykształcenia jest niestety bardzo bliska prawdy – korzystając z okazji na skłonienie Elizabeth do zdradzenia jej opinii, wyraził swoją własną – Jestem daleki od twego uznania dla kobiet w ogólności. Mogę się szczycić znajomością zaledwie sześciu prawdziwie wykształconych dam spośród wszystkich, które mi są znane.
- Ja to samo, doprawdy – sekundowała mu panna Bingley.
Zignorował ją, zwracając wyczekujące spojrzenie na Elizabeth. Nie zawiodła go.
- Wobec tego pańskie pojęcie kobiety wykształconej musi wiele w sobie zawierać.
- Tak. Ja rozumiem przez to bardzo dużo.
- Oczywiście ! – pośpieszyła z interwencją panna Bingley – Nie można cenić za wykształcenie kogoś, kto nie wyszedł daleko poza wszystko, co pospolite.
Po czym przeszła do wymieniania wachlarza kunsztów i talentów, które może zapewnić tylko najlepsza edukacja i które tylko najbardziej oświeceni rodzice uznają za konieczne dla swoich córek.
- … by choć w połowie zasługiwać na to miano – zakończyła patrząc na swojego gościa ze współczującym uśmiechem..
Elizabeth odwzajemniła jej spojrzenie z pewną konsternacją. Usta miała zaciśnięte, a w oczach pojawił się wojowniczy błysk. Pragnąc poznać jej myśli, Darcy naciskał dalej dodając:
- Wszystko to winna posiadać, a prócz tego rozwijać swój umysł czymś bardziej istotnym – skinął na książkę w jej rękach – jak najczęstszą lekturą.
- Nie dziwię się teraz, że zna pan zaledwie sześć wykształconych kobiet. – odparła, dosyć poruszona – Raczej dziwię się, że się takie w ogóle znalazły.
Omal nie odrzucił głowy do tyłu i nie roześmiał się na jej zachwycające oburzenie. Powstrzymał się jednak i ograniczył do uniesienia brwi.
- Czyżbyś pani tak ostro sądziła własną płeć, by wątpić w podobną możliwość ? – prowokował ją.
W każdym razie nie widziałam takiej kobiety – zawołała Elizabeth. Jej pewność siebie wydawała się słabnąć – Nigdy nie spotkałam takich, jak pan opisywał, uzdolnień, pracowitości, gustu i elegancji połączonych w jednej osobie.
Darcy przypomniał sobie, że dwie pozostałe damy natychmiast zaczęły głośno protestować przeciwko jej wątpliwościom, ale pan Hurst szybko przywołał je do porządku, narzekając na ich nieuwagę podczas gry. Po kilku minutach Elizabeth opuściła pokój, zabierając ze sobą cały blask tego wieczoru. Zadowolony z uczynionego początku, Darcy wymówił się od następnej partii i posłał po swojego służącego, zostawiając Bingley'ów samym sobie. "Ona z pewnością nie należy do pochlebców!"
Zachichotał w duchu przewracając się na łóżku w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji. Nie przełknęłaby nonsensu z uśmiechem, aby komuś sprawić przyjemność, ani nie ugięłaby się w obliczu pojawiającego się sprzeciwu. "Panno Bennet – powiedział, jakby zwracał się do niej – niezależnie od twoich godnych pożałowania koneksji jesteś wyjątkową młodą damą. Zastanawiam się, z jaką bronią jutro staniesz do walki?"

Alison - Nie 17 Gru, 2006 15:35

Sorki, że ten "sranek" to taki "popołudniczek" ale zakupy się byli przeciągnęli... :oops:

Rozdz. 7, cz. VI
Następnego ranka panna Bennet pod czułą opieką swojej siostry poczuła się odrobinę lepiej. Mimo to wysłano do Longbourn liścik, w odpowiedzi na który w Netherfield pojawiła się pani Bennet z córkami, według opinii Darcy’ego o wiele za szybko. Teraz były u panny Bennet, a on i Bingley'owie zostali w pokoju śniadaniowym, czekając na ich zejście na dół. Bingley spędzał czas chodząc po pokoju, siadając, aby wypić łyk herbaty, po czym zaabsorbowany wstawał i chodził znowu, tylko po to, aby w chwilę później rzucić się na krzesło stojące przy ścianie i bawić się nerwowo porcelanową pasterką stojącą na stoliku obok.
- Charles, odstaw to z powrotem, zanim się stłucze – syknęła panna Bingley. Najazd rodziny Bennet'ów sprawił, że jej niewielkie zasoby cierpliwości były na wyczerpaniu – I proszę nie chodź tak ! – dodała, gdy Bingley znowu poderwał się z krzesła – Pani Bennet nie może mieć żadnych zastrzeżeń. Jane została otoczona najlepszą opieką i niewątpliwie wraca do zdrowia. Wiejskie dziewczęta są silne, nieprawdaż, Luizo ?
- Z pewnością, Caroline. Jak w przeciwnym razie mogłyby być tak znakomitymi piechurami!
Chichot pani Hurst został przerwany przez dźwięk otwieranych drzwi.
Pani Bennet na czele swoich córek wkroczyła do pokoju, przejęta wyrażaniem obaw o stan zdrowia Jane i zgrozy na myśl o przewiezieniu jej do Longbourn, co zaskoczyło jedynie Bingley'a. Pod koniec jej długiej litanii obaw i wymieniania zalet Jane, Darcy był już pewien, że rozwiązał tajemnicę wyjątkowo nierozsądnej podróży panny Bennet do Netherfield przed dwoma dniami. Jedynym pytaniem, które pozostało bez odpowiedzi i które dręczyło go od momentu wysłania listu do Longbourn, było: kto teraz zostanie wezwany do pielęgnowania panny Bennet ? Było całkiem możliwe, że Elizabeth potrzebna jest w domu, a do Netherfield zostanie wysłana inna córka, aby poszukała swego szczęścia. Albo służąca… lub też, Boże broń, zawołał cicho zaciskając szczęki, może matka zechce zostać! Wpatrywał się w twarz Elizabeth, kiedy przechodziła przez pokój za matką i był zdumiony jej widocznym niepokojem. "To źle wróży… czyżby było trochę prawdy w zapewnieniach pani Bennet? Nie, jeśli ona jest zaniepokojona, to z powodu matki!" Nadal przyglądał im się ze swojego miejsca przy oknie. Słońce świeciło mu za plecami, jakby uczestnicząc w przedstawieniu. Pani Bennet uśmiechnęła się kokieteryjnie, podczas gdy młodsze córki pożerały wzrokiem przepych pokoju i sukien dam, chichocząc i szepcząc do siebie w najbardziej nieokrzesany sposób. Elizabeth znalazła ucieczkę przed błazeństwami rodziny w błyskotliwej pogawędce z Bingley'em. Zauważył, że zachowywała się teraz mniej sztywno.
- Lizzy – głos pani Bennet przedarł się przez żywość rozmowy jej córki – Pamiętaj, gdzie jesteś i zaprzestań proszę tych niesfornych wybryków, które znosimy w domu .
Rozmyślania Darcy’ego zostały gwałtownie zakończone przez przenikliwy głos, na dźwięk którego umilkły wszystkie rozmowy w pokoju. Wyprostował się i spojrzał na Elizabeth. Zanim odwróciła się do matki zauważył przez moment wyraz bólu w jej pełnej rezerwy twarzy. Ta kobieta była niemożliwa! Gotując się z niezadowolenia szybko odwrócił się plecami do pokoju, chcąc się pohamować, zanim sam przekroczy zasady dobrego wychowania. Czyż do tego stopnia zapomniała o właściwych uczuciach, że mogłaby do tego stopnia się zapomnieć, aby krzyczeć na Elizabeth w ich obecności!
W przejmującej ciszy Bingley przejął pałeczkę.
- Nie wiedziałem dotąd – powiedział, kontynuując wątek swojej rozmowy z Elizabeth – że zajmujesz się, pani studiowaniem ludzkich charakterów. To musi być niezmiernie interesujące.
- Tak – odparła. Jej głos brzmiał początkowo niepewnie, ale uspokajał się w czasie, jak mówiła – lecz skomplikowane charaktery są najbardziej interesujące. Mają przynajmniej tę jedną zaletę.
Darcy odwrócił się na jej słowa, zdecydowany dodać otuchy Elizabeth, a zniechęcić jej matkę.
- Wieś nie może dostarczyć pani wielu materiałów do takich studiów – Elizabeth spojrzała na niego pytająco – Na wsi – wyjaśnił – żyje się w bardzo ograniczonym i jednostajnym środowisku.
- Ale sami ludzie tak się zmieniają – odparła z wesołym błyskiem w oczach, świadczącym, że za jej słowami kryje się zabawny przykład – że wciąż można w nich dostrzec coś nowego.
- Masz rację – zawołała ostrym głosem pani Bennet, wyraźnie obrażona jego oceną wiejskiego sąsiedztwa – Zapewniam pana, że jeśli idzie o te sprawy, to tyle samo znajdzie ich pan na wsi, co i w mieście.
Darcy wpatrywał się w nią, pełen niedowierzania, że mógłby stać się obiektem rażących manier i otwartej niechęci kogoś takiego. Jego spojrzenie pomknęło do Elizabeth. Na jej twarzy pojawiła się znowu mieszanina obawy i zażenowania. Przełknął jadowitą ripostę, która cisnęła mu się na usta, zacisnął ponuro wargi i odwrócił się cicho.
Rozmowa potoczyła się dalej, podczas gdy on wolno spacerował po pokoju. Chociaż sprawiał wrażenie nie zainteresowanego, wyglądając przez okno, czy to zaglądając do książki, przez cały czas uważnie słuchał Elizabeth. Jego podstęp doczekał się małej nagrody. Pani Bennet, kiedy już raz kierowała rozmową, nie potrafiła zrezygnować z jej kontrolowania. Rozpływała się teraz nad względami, jakie okazywał Jane pewien dżentelmen z Londynu, kiedy miała zaledwie piętnaście lat.
- Napisał kilka wierszy o niej. Bardzo były ładne – zakończyła wyniośle.
- I tak skończyła się jego miłość – niecierpliwie przerwała Elizabeth. Darcy przerwał swój spacer i spojrzał na nią zdziwiony – Myślę, że nie ona jedna zginęła w ten sposób – ciągnęła tonem pełnym napięcia – Zastanawiam się, kto pierwszy odkrył, jak skutecznie poezja potrafi zniszczyć uczucie !
- Zniszczyć uczucie, panno Bennet ? Dziwne! Zwykłem uważać poezję za pokarm miłości, a nie za jej kata !
Podniosła głowę słysząc jego sprzeciw. Ku swemu zadowoleniu zauważył, że w jej oczach znowu pojawił się wyzywający błysk.
- Owszem, ale miłości pięknej, mocnej i zdrowej – odparła – Wszystko, co zdrowe, potrzebuje pożywki. Ale jestem pewna, że takie lekkie, wątłe zainteresowanie można zagłodzić na śmierć za pomocą jednego sonetu.
Nawet gdyby cały pokój im się przyglądał, nie byłby w stanie powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jego ustach.
Na moment zapadła cisza. Po krótkiej chwili pani Bennet zaczęła ponownie zaczęła dziękować za uprzejmość wobec jej biednej, chorej Jane i podniosła się do wyjścia. Darcy patrzył na nią z pewnym niepokojem, zastanawiając się na nowo, co zdecydowano ta temat opieki nad Jane.
- Panie Bingley – odezwała się jedna z wiercipięt – obiecał pan nam bal w Netherfield, jeśli pan pamięta. Wszyscy na niego czekają! To byłby straszny wstyd, gdyby nie dotrzymał pan obietnicy !
- Upewniam panią, że w pełni podtrzymuję swoją obietnicę – odpowiedział Bingley ku całkowitej rozpaczy Darcy’ego – Kiedy siostra wróci do zdrowia, będziesz pani mogła sama wyznaczyć dzień balu. Ale z pewnością nie miałaby pani ochoty tańczyć, kiedy siostra jest chora.
- Niektórzy z nas nie chcieliby tańczyć, niezależnie od tego, czy ona jest chora, czy nie – mruknął Darcy do Bingley'a, kiedy Lydia Bennet zachwycała się życzliwością jego przyjaciela.
Bingley rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, które przyjął z rezygnacją. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było wielkie balowe zgromadzenie, na wsi czy w Londynie. Jego spokój zostałby całkowicie zrujnowany przez zgiełk i zamęt przygotowań, nie wspominając o zniechęcającej perspektywie wypełniania obowiązków wobec dam z Hertfordshire w trakcie samego balu. Jego jedyną pociechą, co nagle stało się dla niego jasne, była możliwość prośby o taniec, którego odmówiono mu u sir Williama.

Gunia - Nie 17 Gru, 2006 20:44

Alison napisał/a:
Przełknął jadowitą ripostę, która cisnęła mu się na usta, zacisnął ponuro wargi i odwrócił się cicho.

Jaki z niego potulny baranek! ;)
A czy ta rozmowa o absztyfikancie Jane nie odbyła się czasem na jakimś balu?

Maryann - Nie 17 Gru, 2006 20:50

Żaden BARANEK, tylko DŻENTELMEN, który nie chciał wdawać się w sprzeczkę z gościem, a na dodatek (a może raczej - przede wszystkim) wprawiać w zakłopotanie córki tego gościa.

A rozmowa to na 100 % była w trakcie tej wizyty. :smile:

Trzykrotka - Nie 17 Gru, 2006 21:43

Rozmowa była w trakcie wizyty, tam ją umieściła JA. Na bal przenieśli ją w filmie, zeby Elizabeth mogła na dzień dobry dociąć Darcy'emu uwagą o tańcu, nwet z ledwie znośnymi partnerkami.
Ulka - Nie 17 Gru, 2006 22:53

Alison napisał/a:
Przełknął jadowitą ripostę, która cisnęła mu się na usta, zacisnął ponuro wargi i odwrócił się cicho.

i to jest duma???? nie widzi mi sie...
Maryann napisał/a:
Żaden BARANEK, tylko DŻENTELMEN, który nie chciał wdawać się w sprzeczkę z gościem, a na dodatek (a może raczej - przede wszystkim) wprawiać w zakłopotanie córki tego gościa.

no wlasnie, jesli dżentelmen to dume troche hamowal...


ale w ogole jesli chodzi o "dume " jako poczucie wyzszosci nad pania Bennet......to któz z nas nie jest dumny ? :razz:

Anonymous - Nie 17 Gru, 2006 23:13

Dobrze powiedziane Ilka. Badzmy szczerzy, czy my nie odczuwamy jakiejś dumy w stosunku do innych ludzi? (nie mówie o pysze, ale o dumie). Czy w związku z wykształceniem, czy sytuacją majątkowa, rodzinną. Czyż znając swoją wartość, osiągając swój cel, sukces itd nie odczuwa się się dumy, którą inni odbierają jak pychę? To się zdarza na każdym kroku, czyż Darcy rózni się aż tak bardzo?
Matylda - Nie 17 Gru, 2006 23:19

Dzięki dziewczyny za kolejny kawałek
Nie cierpię fragmentów z mamą Bennet- mnie też drażni , choć czuję jakąś sprzeczność w moich uczuciach, bo ta jej prymitywna zapobiegliwość świadczy o tym , że była dobra matką i nawet nie czuła urazy do zięcia uwodziciela
Zastanawiałam sie też czy to spotkanie Darcyego i Elżbiety na plebani było przypadkowe????. Gdzieś mi to umknęło , ale tak w duchu sobie myslę , że Darcy zjawił się u cioteczki, bo się dowiedział o obecności Elżbiety

Anonymous - Nie 17 Gru, 2006 23:47

Matylda napisał/a:
prymitywna zapobiegliwość świadczy o tym , że była dobra matką


Jakoś zawsze cieżko było mi się zgodzić z tą opinią. Kobieta zaniedbująca swoje córki w dzieciństwie, wysyłająca córkę konno w nadciągający deszcz żeby zachorowała, życząca sobie aby jej córka popełniła samobójstwo aby ukarać konkurenta który ją porzucił, zostawiająca wdzieci same sobie i zwalająca na nie wszystko na ich głowie w obliczu kłopotów - to dla mnie wątpliwe dowody zapobiegliwości.
Ona po prostu działała zgodnie z utartym w tamtych czasach schematem: dorastasz - łapiesz męża.
Ale przecież żadna z córek nie mogła na nią liczyć, nie czuła się przy niej bezpieczna,

Matylda - Pon 18 Gru, 2006 00:06

Kobieta zaniedbująca swoje córki w dzieciństwie, wysyłająca córkę konno w nadciągający deszcz żeby zachorowała,

Eee tam od razu zaniedbująca- kasy nie mieli a dzieci zdolne przynajmiej niektóre z nich
A co do spaceru na koniku mamusia wiedziała co robi , była lepsza niz nasi meteorolodzy. W końcu wydała 3 córki za maz i to w dość krótkim czasie :mrgreen:

Anonymous - Pon 18 Gru, 2006 00:13

he he, ona jest jak ten kogut, który myślał, że gdyby nie on, nie byłoby dnia, bo jak pieje, to słońce wstaje :D
Trzykrotka - Pon 18 Gru, 2006 00:28

Święte słowa, Aine. Ta mamusia to było ciężkie nieszczęście. Wyobraźcie sobie, ze ona musiała jeździć z dziewczętami na wszystkie proszone imprezy, bo same jeździć nie mogły, ojciec się nie kwapił, a damy do towarzystwa nie miały. I wszędzie robiła takie wrażenie jak w Netherfield. Ja już pomijam stopień wrażliwości towarzystwa na jej zachowanie, ale dla subtelniejszych córek to musiały być męki. Pamiętam do dziś reakcję mojej siostry na scenę z balu w Netherfield, kiedy mamusia krzyczy na cały głos: "pan Collins chciał się żenić z Jane, ale Bingley był pierwszy!" - po prostu poczerwieniał ze wstydu i zacisnęła pięści. Tego nie dało się oglądać, a cóż dopiero mówić o bezpośrednim udziale.
Alison - Pon 18 Gru, 2006 10:14

Dzisiaj nasza siostra Maryannka
stawia ciastko dla osłodzenia poranka
A poranek dziś mamy kaprawy
Pędzę zatem pozałatwiać różne ważne sprawy :wink:

Rozdz. 7, cz. VII
Pani Bennet zwołała swoje kurczęta i ustawiła je w rzędzie, kłaniając się po kolei Bingley'om i w końcu jemu samemu. Skłonił głowę, kiedy jednak się wyprostował, zobaczył tylko tył jej czepka, gdy popędzała dziewczęta do wyjścia. Pragnienie dowiedzenia się, czy Elizabeth zostanie, pochłonęło całą jego uwagę. Stanął w drzwiach w samą porę, aby zobaczyć, jak Elizabeth posłusznie całuje matkę w policzek i jak dama odwraca się z ostatnim ostrzeżeniem. Po czym drzwi się zamknęły.
Elizabeth stała cicho w wejściowym hallu, patrząc za oddalającymi się sylwetkami matki i sióstr. Darcy nie mógł odgadnąć jej uczuć, bo stała tyłem do niego, ale zdecydowanie, z jakim wyprostowała szczupłe ramiona, powiedziało mu, że jego urocza przeciwniczka nie opuszcza Netherfield i ich wojny na dowcipy. Kiedy odwróciła się i poszła wolno w kierunku schodów, Darcy wycofał się do pokoju i zamknął cicho drzwi. Rozmyślania na temat wydarzeń tego poranka tak bardzo zajęły jego uwagę, że zupełnie mu umknęły przebiegłe wzmianki panny Bingley na temat szokującego zachowania gości.
***
11 października 1811
Netherfield Hall
Meryton, Hertfordshire
Najdroższa Georgiano,
Z wielką przyjemnością otrzymałem Twój list z X. Studiowałem go wystarczająco wiele razy, aby móc go cytować w całości za każdym razem, kiedy będę się chciał raz jeszcze upewnić o Twoim nowoodkrytym zadowoleniu. Ponieważ uczyniłaś mi ten honor i opisałaś wszystko tak dokładnie, odpowiem w tym samym duchu i przyznam, że bardzo się o Ciebie niepokoiłem od naszego powrotu z Ramsgate i przez tych następnych kilka miesięcy. Dziękuję Bogu, że rozpoznałaś szkodliwe skutki melancholii, w którą popadłaś i że już na nią nie cierpisz.
Piszesz, że sprawiły one, że „stałaś się silniejsza”. Chciałbym dowiedzieć się o tym więcej, ale mogę tylko żałować okoliczności, które doprowadziły do takiej lekcji i że musiałaś być tak przygnębiona przez te wszystkie miesiące. To nigdy nie była Twoja wina. Jeżeli ktokolwiek ma czuć się winnym za to, co stało się ostatniej wiosny, to największa część tej odpowiedzialności spada na mnie. Nie protestuj, kochanie, ponieważ jest tak, jak Ci wcześniej mówiłem. Powinienem bardziej o Ciebie dbać. Bardzo ciąży mi na sercu, że przez swoje niedopatrzenie sprawiłem Ci ból.
Czy pamiętasz – to było tak dawno temu ! – kiedy byłaś malutka, a ja wpadłem na głupi pomysł, że skakanie na Ciebie znienacka to znakomita rozrywka ? Pamiętasz, że po tym, jak odrzuciłem wszystkie apele, jakie nasz godny szacunku ojciec skierował do mojego rozsądku i poczucia sprawiedliwości, z wielkim żalem ukarał mnie szybko za pomocą trzciny. Ale to Twoje łzy z powodu mojego dobrze zasłużonego lania skruszyły moje dumne, chłopięce serce. I tak już zostało, aż do dzisiaj.
(Przerywam tutaj, aby spełnić życzenie panny Caroline Bingley, w której obecności piszę ten list. Jest jej najszczerszym pragnieniem, abym przypomniał Ci ją i powiadomił Cię o jej gorącym pragnieniu, aby zobaczyć się z Tobą raz jeszcze. Spełniłem swój obowiązek, a Ty możesz zrobić z jej sentymentami, co będziesz uważała).
Kontynuując: jeżeli zrobiłem dobrze, przysyłając Ci panią Annesley, to jest to balsam na moje sumienie i przyjmuję Twoje zapewnienia z sercem pełnym wdzięczności dla Bożego miłosierdzia. Sprawiała wrażenie wartościowej kobiety, a zjawiła się u mnie z najlepszymi referencjami i świadectwami, jakie kiedykolwiek widziałem. Jeżeli jej wpływ przyczynił się do Twojego powrotu do zdrowia i pobudził Twoją odwagę, to zapewnij ją o moim szacunku. Musi rzeczywiście być niezwykłą kobietą i nie mogę się doczekać, aby poznać ją lepiej, kiedy przyjadę do Pemberley na Boże Narodzenie.
(Błagam o wybaczenie, za chaotyczny styl tego listu. Panna Bingley znowu narzuca mi się z komplementami. Dość powiedzieć, że ona poważa wszystkich Darcy'ch).
Panna Bingley nie jest jedyną osobą obecną, gdy to piszę. Oczywiście jest tu Charles, podobnie, jak jego druga siostra, pani Hurst i jej mąż. Tymczasowo częścią naszego małego towarzystwa są jeszcze: panna Jane Bennet i jej siostra Elizabeth. Panna Bennet przyjechała kilka dni temu na obiad do sióstr Charles'a i rozchorowała się. Jej siostra, panna Elizabeth przyjechała, aby ją pielęgnować, zanim wyzdrowieje na tyle, aby wrócić do domu.
Przebacz mi, proszę, raz jeszcze, że po raz kolejny zaczynam ten list po przerwie. Wciągnięto mnie w dyskusję, trochę wbrew mojemu rozsądkowi, z Charlsem i panną Elizabeth. Nie będę opowiadać szczegółów, ale obawiam się, że gdybyś tu była, to słodko byś mnie zganiła za mój zupełny brak towarzyskiego wyrobienia. Z drugiej strony, moi nauczyciele filozofii na uniwersytecie byliby dumni z mojego występu. Jak dobrze wiesz, Charles często najbardziej odczuwa główne ostrze mojej logiki i pozwala mi, w swój dobroduszny sposób, nie zostawić suchej nitki na swoich nieprzemyślanych, nierozważnych opiniach, co nie odbija się w żaden nieprzyjemny sposób na naszej przyjaźni. Ale w tym przypadku znalazł nieoczekiwaną orędowniczkę w osobie wspomnianej wyżej panny Elizabeth Bennet, która stanęła w szranki z tarczą Wrażliwości, wobec której lanca Logiki uważana jest za ordynarną, niegodną broń. Niemniej jednak, polerując Logikę z przekonaniem, wyruszyłem tylko po to, aby roztrzaskać ją w drzazgi o tę niewzruszoną obronę. Teraz muszę znaleźć środki, aby odbudować się w oczach panny Elizabeth. Prosta sprawa dla większości mężczyzn, ale w moim przypadku to węzeł gordyjski. Obawiam się, że w tej chwili uważa mnie za nieczułego osobnika bez polotu i właśnie odprawiła mnie z zaleceniem, abym ”lepiej wrócił do mojego listu”. Tę radę przyjąłem, bo nawet Logika zgadza się z jej sensownością.
Kończę informacją, że Charles dobrze się zainstalował w Hertfordshire wśród miejscowego ziemiaństwa i jest całkiem zadowolony ze swojej sytuacji. Netherfield Hall jest przytulnym, niewielkim majątkiem, który doskonale odpowiada jego pierwszym, niepewnym krokom w roli właściciela ziemskiego. Tutejsze towarzystwo jest, moim zdaniem, całkiem dzikie. Przekonano mnie jednak, że można w nim znaleźć przyjemność. Charles, oczywiście, jest już na wpół zakochany w miejscowej piękności. Panna Bingley i pani Hurst nie znajdują tu nic czarującego i kiedy nie usychają z tęsknoty za Londynem, robią wyraźne aluzje, jak przyjemnie byłoby im w Pemberley.
W najbliższej przyszłości – niestety ! – w Netherfield ma się odbyć bal. Poza tym, ani ja, ani Bingley'owie nie mamy sprecyzowanych planów. Przewiduję wkrótce wyjazd w interesach do Londynu, ale nie jestem zdecydowany, czy wrócę do Hertfordshire, czy zostanę w mieście aż przyjadę do Ciebie na Boże Narodzenie.
Moja droga siostrzyczko, pozwól mi powiedzieć raz jeszcze, jak bardzo dodała mi otuchy wiadomość, że u Ciebie wszystko w porządku. Nie będę Ci przypominał o Twojej nauce, bo znam dobrze Twoją gorliwość i już przepełnia mnie duma na myśl o Twoich umiejętnościach.
Niech Bóg Cię prowadzi, kochanie, bo jesteś największym skarbem Pemberley, podobnie, jak mojego serca.
Pozostaję z wyrazami głębokiego szacunku,
Fitzwilliam Darcy

Dione - Pon 18 Gru, 2006 11:09

Ten list do siostry jest doprawdy wzruszający. Uwielbiam Darcy'ego :mrgreen:
Alison - Wto 19 Gru, 2006 10:30

Maryannek dziś wypieka
Siadać, czytać, nie uciekać.
Co tam Snickers, Bounty, Marsy
Jak tu ciastko z panem Darcy!!! :grin:

Rozdz. 7, cz. VIII
Darcy osuszył list, złożył go dokładnie na trzy części i zajrzał do biurka w poszukiwaniu wosku do pieczętowania. Znalazłszy kawałek w głębi pełnej rupieci szuflady, rozgrzał go, pozwalając kilku kroplom upaść na krawędź listu i zręcznie wyciągnąwszy swoją pieczęć z kieszeni kamizelki, zapieczętował list do siostry. Wypełniwszy ten miły obowiązek rozsiadł się wygodnie w krześle i rozmyślał, z roztargnieniem uderzając trzymanym w ręce listem o dłoń.
Panna Elizabeth siedziała nieopodal na kanapie, ponownie zaabsorbowana robótką, którą porzuciła w trakcie ich ożywionej rozmowy. Przedstawiała sobą obrazek sumiennej szwaczki. Przygryzła swoją pełną dolną wargę swoimi drobnymi, białymi ząbkami, prowadząc igłę przez materiał z łatwością świadczącą o wprawie. Poczuł niewytłumaczalny przypływ zadowolenia, kiedy przypatrywał się jej skupionej sylwetce i elegancji, z jaką szyła, z małym palcem zakrzywionym dokładnie, tyle, ile trzeba. To przyjemne uczucie zamieniło się nagle w konsternację, kiedy zastanowił się nad obecnym stanem ich znajomości.
Jak mógł odzyskać jej dobrą opinię, jeżeli kiedykolwiek ją miał? Czy powinien podziwiać jej robótkę? Bezowocny podstęp! Podziękuje mu tylko i znowu zostaniemy w tym samym punkcie. Rozejrzał się po pokoju rozpaczliwie poszukując inspiracji, kiedy jego wzrok padł na fortepian wsunięty w kąt pokoju. "Doskonale!... jeśli ona się zgodzi."
- Panno Bingley, panno Elizabeth – zaczął odrobinę niezręcznie – Czy raczą panie zagrać dla nas dziś wieczorem?
Znudzona twarz panny Bingley rozjaśniła się na tę prośbę. Podniosła się skwapliwie. Tak bardzo chciała go zadowolić, że była już prawie przy fortepianie, gdy przypomniała sobie, że zwracał się również do Elizabeth. Uprzejmość wymagała, aby gospodyni oddała gościowi pierwszeństwo w zabawianiu Darcy’ego. Odwróciła się wolno do pokoju i ze słabym uśmiechem zaoferowała Elizabeth pierwszeństwo.
Ku rozczarowaniu Darcy’ego Elizabeth stanowczo odrzuciła ofertę, odłożyła jednak swoją robótkę. To pragnął odczytywać jako oznakę, że spełni jego prośbę, kiedy panna Bingley skończy. Kiedy Elizabeth podeszła do instrumentu, Darcy nie mógł powstrzymać się od patrzenia za nią. Każdy jej krok i każdy szelest jej sukni wzbudzały jego zainteresowanie. Panna Bingley zaczęła pierwszy utwór. Pragnienie przyciągnięcia w jakiś sposób uwagi Elizabeth walczyło z odrazą do zgrywania głupiego, bo oczywiście takim by się wydawał za każdym razem, kiedy wdawał się we flirt. Flirt? Ta myśl zaszokowała go zarówno ze względu na to, że była nowością, jak i na swoją odkrywczą naturę. Zarumienił się akurat w momencie, kiedy Elizabeth przelotnie na niego spojrzała. Chcąc to ukryć, popatrzył na swoje ręce tylko po to, aby odkryć, że gwałtownie obraca sygnet na palcu.
Panna Bingley skończyła wybraną przez siebie łagodną, włoską piosenkę miłosną i przyjęła wyrazy uznania z wdziękiem, ale niezbyt widoczną satysfakcją. A to dlatego, że jak Darcy nagle zrozumiał przyłączając się do oklasków, że wybrała tę piosenkę z nadzieją, że jej słowa skierują jego uwagę w jej stronę. Uśmiech na jej ustach kłócił się z błyskiem w jej oczach, który mówił mu, że jego odstępstwo zostało zauważone. Zwróciła się w stronę Elizabeth.
- Piosenki o miłości mogą być takie nużące, kiedy się nie zna języka – powiedziała protekcjonalnym, złośliwością podszytym tonem – Czy pani też tak uważa, panno Elizo ?
Elizabeth przerwała przeglądanie leżących na fortepianie nut.
- O, to pech, panno Bingley! Szczególnie, że grała ją pani tak pięknie. Proszę mi pozwolić, abym ją pani przetłumaczyła !
Darcy omal się nie udusił, kiedy zrozumienie zgrabnej riposty na jej insynuację pojawiło się na twarzy panny Bingley.
- Nie miałam na myśli… to znaczy… to nie będzie potrzebne – wybełkotała.
W cichej furii chwyciła nuty i zagrała głośną i żywą szkocką melodię.
Swawolny dołeczek, który tak mu się podobał u sir Williama, pojawił się tylko na moment, jednak nie wpłynęło to na jego skutek. Nieświadomie podniósł się z krzesła i zanim w pełni odzyskał panowanie nad sobą znalazł się u jej boku.
- Czy ma pani ochotę wykorzystać tak świetną sposobność i zatańczyć reela ? – słowa popłynęły dziwiąc tak samo jego, jak wszystkich w pokoju.
"Idiota!" zganił się surowo. "Tańczyć reela ! Co ty wyrabiasz?" Darcy znał ją wystarczająco dobrze, aby ostrzegł go jej uśmiech. Nie spodziewał się jednak, że się nie odezwie. Powtórzył pytanie. Teraz brzmiało nawet jeszcze dziwaczniej, ale nie mógł się już wycofać.
- Och, słyszałam, jak pytał pan po raz pierwszy – zapewniła go Elizabeth – Nie mogłam jednak zdecydować się natychmiast, co odpowiedzieć – uniosła ostrzegawczo podbródek.
Darcy raz jeszcze poczuł napięcie między nimi i szybko wybaczył sobie tę niezręczną prośbę. Niezależnie od wymienianych między nimi uderzeń, jego twarz pozostała nieprzenikniona.
- Wiem dobrze, że chciał pan, bym odpowiedziała „tak”. Wtedy mógłby pan z satysfakcją wzgardzić moim gustem – powiedziała – Ja jednak bardzo lubię obalać podobne plany i wyszydzać taką zamierzoną wzgardę. Postanowiłam wobec tego powiedzieć panu, że nie mam ochoty na taniec. I teraz – spojrzała na niego władczo – niechże się pan ośmieli spojrzeć na mnie lekceważąco.
”Wspaniale!" Była to jedyna myśl, jak przyszła mu do głowy, kiedy dowcip i uczucie mieszały się z urokiem jej ślicznej postaci. Jeszcze nie zrozumiał poprawnie, ale co to miało oznaczać? Położył rękę na piersi, jakby przyznając się do ciosu i skłonił się poważnie.
- Doprawdy, madame – odpowiedział prostując się z kpiarskim uśmiechem na twarzy – Nigdy bym się na to nie ośmielił.
Skłonił się raz jeszcze i odszedł. Wymruczawszy przeprosiny do pozostałych wyszedł z pokoju i posłał po służącego. Wiedział, że tylko na dworze znajdzie ulgę dla swoich nieuporządkowanych myśli i rozbudzonych zmysłów. Zabierze psa na wybieg i zajmie się jego szkoleniem.
Kilka minut później wyszedł ze swoich apartamentów i zbiegł ze schodów naciągając po drodze rękawiczki. Wyszedłszy na zewnątrz nagle zwolnił i skierował się w stronę zagrody przylegającej do stajen. "Czarująca kokietka!" dumał, niezdolny do usunięcia jej ze swoich myśli. Te zuchwałe maniery i żywy umysł ! Tak oddana siostrze – pielęgnując ją w chorobie spowodowanej głupotą jej własnej matki. Obraz tej kobiety stanął mu nagle przed oczami. Chwilowe rozważania nad wulgarnością i chciwością matki pomogły mu w jakiś sposób zapanować nad ogarniającą go fascynacją osobą córki.
Dotarł do psiego kojca i szybko zwolnił zasuwkę, ale nie otworzył drzwi, zanim znajdujący się wewnątrz pies, nie posiadający się z radości na widok swojego pana, nie zaczął zachowywać się jak należy. Trafalgar uspokoił się na tyle, aby zostać nagrodzonym wypuszczeniem na swobodę. Jednak rytmiczne ruchy ogona zdradzały jego prawdziwe uczucia. Darcy otworzył drzwi. Trafalgar wystrzelił jak z procy i zaczął biegać wkoło niego, zanim jednym susem rzucił się do jego stóp. Darcy schylił się i pogłaskał psa. Został nagrodzony szybkim, ukradkowym liźnięciem w podbródek.
- Przysięgam ci – powiedział – Ona jest tak niezwykła, że gdyby nie pospolitość jej pochodzenia, twój pan znajdowałby się w pewnym niebezpieczeństwie.
Mięśnie psa nagle się napięły.
- Trafalgar ! – ostrzegł go Darcy i spróbował wstać – Leżeć!
Ale pies z triumfalnym szczeknięciem skoczył na równe nogi i przewrócił go na plecy, prosto w błoto.

:banan:

Alison - Śro 20 Gru, 2006 10:46

Hej dziewczynki! Czekoladka!
Dzisiaj ciasto piecze Matka! :hello:

Odcinek średnio ciekawy, ale za to jutro.... miód i pierniki ;-)

Rozdz. 8, cz. I "Pojedynek na serio"

Do czasu zanim Darcy skończył doprowadzać się, przy pomocy służącego, do porządku po wybrykach Trafalgara i niewybaczalnym faux pas, pozostało już zbyt mało czasu do obiadu, by zająć się paczką, która właśnie do niego przyszła. Był całkowicie pewien co ona zawiera a oczekiwanie na to, co znajdowało się między stronicami dwóch cienkich książek, niemal świerzbiło go w dłonie. W końcu nie mogąc się oprzeć pokusie, rozdarł papier pakowy i sięgnął po piękne, oprawne w safianową skórę tomy, i podniósł je do światła, wpadającego przez okno.
"Tak! Tak jak się spodziewałem! Bitwa pod Cidudad Rodrigo: Chronologiczny Zapis Wielkiego Zwycięstwa Wellesley'a.*" Tytuł pierwszego tomu błyskał w jego kierunku złotymi literami. Drugi , z podobnym błyskiem ogłaszał "Triumf w Fuentes de Onoco: Wrażenia Dżentelmena-Żołnierza". Zamówił je natychmiast kiedy tylko zaczęło się mówić o ich wydaniu, o czym doniósł mu właściciel jego ulubionej księgarni, który bardzo dobrze znał jego gust i zainteresowania, i miał w zwyczaju powiadamiać go o wszystkich nowych publikacjach. Jak cała Anglia Darcy śledził kampanie Wellesley'a w gazetach, w których od lata zamieszczano reportaże z Hiszpanii, ale te książki były pierwszym kompletnym zbiorem informacji publikowanym, już po wydarzeniach, przez anonimowego autora, uważanego za jednego z największych członków sztabu generalnego. Darcy niecierpliwie oczekiwał na to wydawnictwo od dwóch miesięcy. Zdecydowanym ruchem wsadził książki pod pachę, przemaszerował przez pokój i mijając otwarte przez Fletcher’a drzwi, postanowił unikać wszelkich rozrywek jakie by mu oferowano po obiedzie.
Dzięki Bogu, obiad tego wieczora minął spokojnie, a jedyne ożywienie pojawiło się kiedy panna Elizabeth ogłosiła, że jej siostra pierwszy raz opuściła dziś swoje łoże boleści, i że dołączy do nich dziś wieczorem w salonie. Panna Bingley była absolutnie zachwycona tą nowiną i poleciła lokajowi sprawdzić czy sofa w tamtym pokoju została przysunięta bliżej do ognia "żeby droga Jane nie cierpiała najdrobniejszej niewygody czy chłodu".
- Ciekawa jestem jak ją zabawimy? - zapytała, zwracając się do Darcy'ego - Partyjka wista czy jakaś gra?
Darcy odłożył widelec i sięgnął po kieliszek wina.
- Być może, ale na to pytanie najlepiej odpowie panna Elizabeth, która wie co jej siostrze sprawi największą przyjemność. Ja, przede wszystkim, nie zamierzam grać tego wieczora. Bingley! - zwrócił się do przyjaciela - Opowieści o letnich kampaniach nareszcie przyszły.
Wskazał w kierunku stolika stojącego obok drzwi.
- Doprawdy? Darcy! Mogę? - po twierdzącym skinieniu Darcy'ego, Bingley przyniósł je i usiadł z powrotem na swoim krześle. Znając doskonale stosunek swojego przyjaciela do książek, wytarł palce w serwetkę, delikatnie otworzył pierwszą z nich i wolno przewracał strony.
- Znakomite! - szepnął, dochodząc do sztychu przedstawiającego brytyjskie i hiszpańskie siły zbrojne w walce pod Ciudad - Już same ryciny są warte ceny tej książki! Nie dziwię się, że karty nie pociągają cię dziś wieczór. Będę mógł pożyczyć kiedy skończysz?
Pełen akceptacji uśmiech Darcy'ego zamienił się w pełen lęku grymas, kiedy panna Bingley sięgnęła po drugą książkę, zanim jej brat zdążył położyć na niej rękę.
- Panie Darcy, pozwoli mi pan ją przeczytać, kiedy pan będzie rozkoszował się drugą? Nie zniosę czekania aż Charles przeczyta, on czyta tak wolno, że minie rok zanim ją skończy. A ja sądzę, - dodała z przesadną skromnością - że to święty obowiązek zapoznać się z prawdziwą odwagą naszych dzielnych żołnierzy.
Oczywiście nie było alternatywy, jak tylko zgodzić się na zatrzymanie przez nią tak długo oczekiwanego tomu, więc Darcy zrobił to z docinkiem:
- Oczywiście, panno Bingley. Cóż za szlachetne uczucie, doprawdy.
Wolno pociągnął łyk wina, krzywiąc się na widok swojej książki kładzionej przez nią wśród okruchów i plam na obrusie. Obiecał sobie posłać do Londynu po drugi egzemplarz. Ten zapewne wróciłby do niego w stanie wskazującym na udział w bitwie, którą opisuje.
Wtedy damy przeprosiły dżentelmenów i wyszły, zostawiając ich z kieliszkiem porto. Bingley oddał Darcy'emu książkę, którą przeglądał, kiedy służący wniósł tacę z likierem, kieliszki i postawił ją na stole obok trzech mężczyzn.
- Hurst? - Bingley podał szwagrowi wypełniony po brzegi kieliszek, po czym dużo mniej nalał do dwóch pozostałych dla siebie i Darcy'ego. Ich rozmowa w całości była właściwie o niczym i Darcy nie mógł doczekać się chwili, kiedy udadzą się do salonu, gdzie będzie mógł zagłębić się w swojej książce bez wydania się niegrzecznym. Bingley także wydawał się niecierpliwie oczekiwać końca męskiego rytuału, jego wzrok raz po raz błądził w kierunku drzwi do salonu, kiedy tylko mógł przez nie zerknąć. Za obopólną, choć nie wypowiedzianą, zgodą obaj podnieśli się i wolno ruszyli w kierunku salonu z Hurst'em wlokącym się za nimi.

* Generał Wellesley, dowódca połączonych sił zbrojnych, walczył przeciwko Napoleonowi, w 1814 roku, z woli wdzięcznego społeczeństwa brytyjskiego obdarzony tytułem Księcia Wellington.

Alison - Czw 21 Gru, 2006 09:44

Dziś fajny kawałek ciasteczka
Lecz jutro niech każda córeczka
Zaparzy melisy filiżankę wielką
Bo bez ziółek skończy się przejażdżką eR-ką :wink:

Rozdz. 8, cz. II

Panie domu skupiły się wokół panny Bennet w cudnym przedstawieniu, pełnym troski i chęci niesienia otuchy, Darcy zauważył to, gdy tylko wszedł do pokoju. Panna Elizabeth siedziała w pewnym oddaleniu, pozornie zajęta haftem, ale spoglądała na obrazek przy kominku z czułym rozbawieniem. Bingley, oczywiście przed nim, złożył swoje gratulacje pannie Bennet, z powodu jej powrotu do zdrowia. Wtedy Darcy również okazał uprzejmość poprzez szczerość reakcji, co zostało z wdzięcznością przyjęte przez jej adresatkę, natomiast wprawiło w zdumienie jej siostrę. Zdezorientowany jej reakcją na jego właściwe zachowanie, niemal zapomniał o trzymanej w ręku książce, wpatrując się w Elizabeth, w jej łagodne linie twarzy, której wyraz świadczył o tym jak kochającą jest siostrą, a który zwrócił jego uwagę, już przy pierwszym spotkaniu.
"Nie, nie zapytam jej!" Odwrócił się od niej, znalazł krzesło stojące w pobliżu jasno świecącej lampy, po czym delikatnie otworzył długo oczekiwany zbiór opowieści o letnim drogo okupionym zwycięstwie.
***
- Czy pański fotel jest wystarczająco wygodny, panie Darcy?
- Wystarczająco, madam. Dziękuję.
- A lampa...wystarczająco jasna?
- Doskonała, panno Bingley. Dziękuję.
- A nie jest zadymione? Może pana rozboleć głowa od dymu.
- Nie jest zadymione - słowa Darcy'ego były naznaczone grzecznością, on sam mężnie opanowywał chęć zazgrzytania zębami z powodu natrętnego wtrącania się panny Bingley, ale delikatne parsknięcie tłumionego rozbawienia, które doszło go z kierunku gdzie siedziała panna Elizabeth wskazywało na to, że jego prawdziwe uczucia nie dają się ukryć. Przynajmniej, część z nich. Jak się zdawało, panna Bingley niczego nie zauważyła i już po kilku chwilach błogosławionej ciszy gdy przeglądała książkę, którą tak szaleńczo chciała przeczytać, odrzuciła ją, tłumacząc mu jak wielką jest wielbicielką czytania i takiego właśnie spędzania wieczoru.
Darcy nie podtrzymał tematu. Zamiast tego, mocniej ścisnął książkę i głębiej zatopił się w fotelu, mając próżną nadzieję ucieczki przed dalszymi zaczepkami. Uważnie zajął się tematem Ciudad Rodrigo i zobaczył, że jakimś cudem panna Bingley skierowała uwagę na swojego brata. Z ulgą usadowił się z powrotem na czołowych pozycjach w pobliżu hiszpańskiego miasta. Było tak cicho, że słyszał majestatyczne tykanie zegara stojącego pod ścianą salonu, naprzeciw niego.
- Panno Elizo Bennet - sylaby staczały się z języka panny Bingley w sposób wyćwiczony przez członków towarzystwa tak, by być słyszanym nawet w zatłoczonym pokoju - proszę mi pozwolić namówić się na pójście za moim przykładem i przejść się po pokoju. Upewniam panią, że to bardzo odświeżające po tak długim siedzeniu w jednej pozycji.
Darcy podniósł głowę znad książki, z pewnym wyrazem zaskoczenia na twarzy z powodu tego zaproszenia, a kiedy zobaczył pannę Bingley posyłającą Elizabeth urocze spojrzenie, jego ciekawość przeważyła jego ostrożność i bezwiednie, zamknął książkę.
- Panie Darcy, przyłączy się pan do nas? - zaprosiła go panna Bingley, przełożywszy sobie ramię Elizabeth przez swoje własne. Darcy był ciekaw co Elizabeth zrobi z tym nagłym, wylewnym zainteresowaniem Caroline. Był ciekaw także, czego oczekuje się po nim w związku z tym.
"Lepiej pozostać obserwatorem" - zdecydował kiedy odłożył książkę i wyciągnął nogi, krzyżując je w kostkach. Stanowczo figlarna uwaga wpadła mu nagle do głowy. "Jeśli nie mogę być pozostawiony w spokoju z moją książką..."
- Dziękuję panno Bingley, ale raczej pozostanę tu gdzie jestem. Przychodzą mi do głowy jedynie dwa powody, dla których zdecydowały się panie razem spacerować po pokoju, tam i z powrotem, w obu przypadkach moje towarzystwo byłoby oczywistą zawadą.
Brwi Elizabeth uniosły się po tym stwierdzeniu a usta Darcy'ego ściągnęły się z przyjemności, kiedy ona wyraźnie walczyła ze sobą by nie okazać zaciekawienia jego słowami. Panna Bingley nie miała takich skrupułów.
- Panie Darcy! Co pan ma na myśli? Umrę jeśli nie dowiem się o co panu chodzi? - delikatnie szarpnęła ramię Elizabeth - Panno Elizo, czy pani w ogóle rozumie co on ma na myśli?
- Nie, w ogóle - odpowiedziała beztrosko, uroczo panując nad ciekawością - ale proszę mi wierzyć, że ma zamiar być surowy wobec nas, - spojrzała na niego drwiąco - naszym najpewniejszym sposobem rozczarowania go, będzie o nic nie pytać.
Darcy odpowiedział na jej ripostę łobuzerskim spojrzeniem zwieńczonym rozbawionym uniesieniem brwi.
- Och, to nie może być, panno Elizo! - zachichotała panna Bingley - Prawdziwa dama nigdy nie rozczarowuje dżentelmena. A dżentelmen, mój panie - zwróciła się do Darcy'ego - nigdy nie rozczarowuje damy, szczególnie w taki irytujący sposób. No proszę nam powiedzieć, co pan miał na myśli.
- Nie mam najmniejszych obiekcji przed złożeniem wyjaśnień, - zaprotestował Darcy - albo cieszycie się panie wzajemnym zaufaniem i macie do omówienia jakieś tajemne sprawy - przerwał, pocierając skroń palcami, przyglądając się im przez moment aż ściągnął uwagę Elizabeth - albo ponieważ jesteście świadome, iż wasze postaci najlepiej prezentują się w ruchu.
Reakcja Elizabeth na jego śmiałe stwierdzenie była taka o jakiej mógł tylko marzyć. Jej oczy rozszerzyły się a rumieniec pokrył jej twarz i ramiona.
- Jeśli to pierwszy powód - kontynuował nonszalacko - byłbym paniom całkowitą zawadą, lecz jeśli drugi, - przerwał delikatnie, dając jej czas na przypomnienie sobie drugiego powodu - dużo lepiej mogę panie podziwiać z mego miejsca przy kominku.

Kaziuta - Pią 22 Gru, 2006 00:13

Alison napisał/a:

- Czy pański fotel jest wystarczająco wygodny, panie Darcy?
- Wystarczająco, madam. Dziękuję.
- A lampa...wystarczająco jasna?
- Doskonała, panno Bingley. Dziękuję.
- A nie jest zadymione? Może pana rozboleć głowa od dymu.
- Nie jest zadymione - słowa Darcy'ego były naznaczone grzecznością, on sam mężnie opanowywał chęć zazgrzytania zębami ...


No zabiłabym taką babę, co by mi notorycznie przeszkadzała w czytaniu. :wink:
Okna umyte, pierogi sie lepią rączkami mojej siostry, mieszkanie po remoncie odgruzowane więc z przyjemnością zasiędę jutro przed moim PC.
Dzięki Alisonku. :przytul:

Trzykrotka - Pią 22 Gru, 2006 00:17

Ale Darcy'ego celowo wywołującego rumieńce zawstydzenia na panieńskich liczkach - tego się nie spodziewalam. Jakoś tak - mężnieje mi on w oczach. Czymże byłyby zaloty, nawet subtelne, bez szczypty prowokacji? Wyjątkowo mi się podoba ten rozdział.
Alison - Pią 22 Gru, 2006 09:17

Panny moje i mężatki
Odpływają nudy statki
Dziś sam siebie Darcy przejdzie
Potem tylko lepiej będzie ;-)

Rozdz. 8. cz. III.

Z maleńkim uczuciem złośliwości Darcy szybko stwierdził, że być może, przekroczył granice prowincjonalnego pojmowania stosowności, ale zgodnie z jego wstępnymi oczekiwaniami, dama otrząsnęła się i potraktowała go ze ściągniętymi ustami, jak u klasycznej guwernantki, co cudownie kontrastowało z ogniem w jej oczach. W sumie, uśmiechnęła się do niego ironicznie, a jemu natomiast, widoczną przyjemność sprawiła ta wycieczka do nieznanej mu dotąd krainy flirtu.
- Och! Szokujące! Nigdy nie słyszałam czegoś bardziej paskudnego! – krzyknęła panna Bingley, ożywiona jego tak rzadkim popisem – jak go ukażemy za taką wypowiedź?
- Żartujmy z niego, – odpowiedziała Elizabeth stanowczo – śmiejmy się z niego, w tak bliskich stosunkach, w jakich państwo jesteście, musi pani wiedzieć jak to robić.
„Śmiać się ze mnie?” Jej słowa wywołały dreszcz urazy, która przesunęła się jak błyskawica po jego kręgosłupie, dobry humor, którym cieszył się podczas tej wymiany zdań, gdzieś wyparował. Rozbawienie zniknęło z twarzy i zostało zastąpione przez napiętą ostrożność.
- Żartować ze spokojnego charakteru i bystrości umysłu! – zawołała panna Bingley – Boję się, że by się nam przeciwstawił.
Niedowierzanie na twarzy Elizabeth jasno mówiło, że nie jest jeszcze usatysfakcjonowana i chociaż nie spuszczał oczu z jej twarzy, Darcy poruszył się niespokojnie w fotelu, zastanawiając się jaką formę przyjmie jej atak.
- Pan Darcy nie ma być wyśmianym! To niecodzienny przywilej – jej oczy wydawały się go przeszywać na wylot – mam nadzieję, że nadal będzie niecodzienny, byłoby dla mnie wielką stratą mieć wielu takich znajomych. – zwróciła się do panny Bingley – Ja uwielbiam się śmiać.
Cały wcześniejszy zapał do ich przekomarzania się opuścił go, wraz z jej jawną próbą ponownego zredukowania go do obiektu żartów. Zachowanie Darcy’ego powróciło do tych form, którymi posługiwał się dawniej. Chłodny, praktyczny logik zastąpił salonowca i szybko przegrupował siły obrony oraz linię ataku.
- Panna Bingley wierzy we mnie bardziej niż mi się należy, panno Elizabeth. Najmądrzejsi i najlepsi z ludzi, albo ich działanie, mogą sprawiać wrażenie śmiesznych na osobach, które wszystko obracają w żart.
- Oczywiście – chłodno zgodziła się Elizabeth – są tacy ludzie, ale mam nadzieję, że ja do nich nie należę. Spodziewam się, że nigdy nie śmieję się z rzeczy mądrych i dobrych. Przyznaję, że to głupota i nonsens, grymasy i sprzeczności - skłaniają mnie do śmiechu, i to z nich śmieję się gdzie tylko mogę. Ale tych wad, jak sądzę, jest pan całkowicie pozbawiony.
Darcy wiedział, że jest sprawdzany. „Któż mógł o sobie powiedzieć, że zachowuje się zawsze w mądry i rozważny sposób? Sprawdzany...ale nie zaszachowany, jeszcze nie, moja panno!”
- Być może nikt nie jest od nich wolny – oddał jej punkt w rozgrywce, lecz zaraz stanowczo się w nią wpatrzył – ale ja całe życie uczę się jak unikać tych słabości, które często wystawiają poważnych ludzi na śmieszność.
- Chodzi o próżność i dumę – zasugerowała z uciechą.
„Nooo, więc w końcu wracamy do zabawy w Meryton!” Darcy w lot pochwycił jej ukryty zamiar, zbyt kuszony wizją zwycięstwa, by zważać na ostrzegawczy sygnał, który głosił wygraną bitwę, ale ostrzegał przed przegraną wojną.
- Tak, próżność rzeczywiście jest słabością. Ale duma, tam gdzie jest prawdziwą wyższością umysłu, duma pozostanie zawsze pod właściwą kontrolą.
Odwróciła się na jego słowa, nie wiedział czy w poczuciu klęski, czy ze złości, ale spowodowała, że słodycz zwycięstwa, nagle zmieniła mu się w ustach w smak popiołu. "Zrób coś z tym, człowieku. Byłeś za szorstki." Przygryzł wargę i próbował odgadnąć z jej postawy o czym teraz myśli, ale bezskutecznie.
- Domyślam się, że egzamin pana Darcy'ego został zakończony? - zapytała panna Bingley - Proszę powiedzieć, panno Elizo, jaki jest jego wynik?
- Jestem przekonana dzięki niemu, że pan Darcy nie ma wad. - Elizabeth odwróciła się do niego - Sam się do tego przyznaje, nie zatajając niczego.
"Poniżony, lecz nie pokonany!" Darcy potrząsnął głową, nie będąc pewnym czy ma być rozbawiony, czy urażony tym nowym atakiem.
- Nie roszczę sobie praw do takiej opinii - odpowiedział przypadkowo.
Zdecydowany wypróbować inną taktykę, kontynuował głosem złagodzonym szczerością.
- Mam sporo wad, ale mam nadzieję, że są zrozumiałe. Nie śmiem ręczyć za swoje usposobienie. Wiem, że jest nazbyt nieustępliwe - nazbyt jak na to, czego oczekuje świat. Mógłbym to wyrazić mówiąc, że łatwo mnie zrazić. Kiedy tracę o kimś dobrą opinię, tracę ją na zawsze.
- To rzeczywiście wada! - zawołała Elizabeth - Dobrze pan wybrał. Nieprzejednana uraza jest wadą, z jakiej nie umiem się śmiać. - wyciągnęła przed nim ręce pokazując, że się poddaje - Z mojej strony nic panu nie grozi.
Darcy gapiąc się na nią, ściągnął wargi nie mogąc się zdecydować, co byłoby najlepszą odpowiedzią na tak gwałtowny atak. "Rozum musi być moim sprzymierzeńcem" zawyrokował i zdecydowanie się do tego zastosował.
- Wiem, że jest w tym skłonność do jakiegoś szczególnego zła - naturalnego defektu, którego nie zmieni nawet najlepsza edukacja.
- A pańskim defektem jest skłonność do darzenia wszystkich niechęcią! - Elizabeth przerwała mu zadowolona z siebie. Oskarżenie było tak absurdalne, że Darcy nie mógł opanować uśmiechu, którym musiał dać wyraz swojej frustracji. Jednakże, przyrzekł sobie, że opuści pole bitwy, jeśli nie zwycięsko, to przynajmniej w dobrym stylu...."Niech sobie ginie od własnej broni". Podniósł się z krzesła, uśmiechając się i patrząc z góry na jej zaróżowione i wyzywające oblicze, powiedział spokojnie:
- A pani wadą, madam, jest umyślnie opacznie wszystkich rozumieć.
Obdarzył ją pełnym szacunku ukłonem, sięgnął po książkę i życzył wszystkim obecnym dobrej nocy.
Potem, już po powrocie do swojego pokoju, zerwał z siebie surdut i rzucił go na jedno z krzeseł. Kamizelka i halsztuk też wkrótce poleciały za nim, tworząc niedbały stos. Dyskretne pukanie Fletcher'a spowodowało, że Darcy obrócił się, ale odmówił pomocy, dając lokajowi wolne na całą resztę wieczoru, ordynując jedynie by przygotował mu wszystko do jazdy konnej i Nelsona na siódmą rano. Nerwowo przeczesując włosy palcami, usiadł na łóżku i zajął się zdejmowaniem butów. Kiedy skończył, położył się na plecach, a potem naciągnął się dotykając palcami czubków stóp, aż opuściło go napięcie związane z dzisiejszym wieczorem. Wtedy poderwał się i podszedł do okna, wpatrując się w noc.
"To ci dopiero mała, uparta szelma, nikt by nie uwierzył! Co za tupet, co za impertynencja!...a jaka gotowa do walki pod najmniejszym pretekstem." Przerwał na chwilę. Jego sumienie domagało się oceny siły wybuchu jego umysłu. Darcy podniósł niechętne spojrzenie. "Gotowa do walki ze mną, oczywiście. To ja jestem tym, który prowokuje ten zuchwały opór niszczącego dowcipu. Być może, nawet w jakiś sposób ją zachęciłem, bo przecież ona jest najmilsza i najczulsza dla tych, których kocha. Jej twarz...kiedy patrzy na innych, z tym pełnym ciepła uczuciem...Czego zatem chcesz od niej?" - jego wewnętrzny głos przerwał pytanie. Darcy odszedł od okna i rzucił się na łóżko, pytanie zaś drgało w całym jego ciele. Wtedy nagle, odpowiedź wyskoczyła mu na usta, zanim myśl zdążyła złagodzić jej siłę. „Wszystkiego…i bitewnego wyzwania i miłosnego poddania” (ups! Bzykło mi się :oops: . Prozą, babo, prozą!!! No to jeszcze raz proszę)
"Wszystkiego...i wyzwania do walki, i poddania w miłości." Odpowiedź jakiej udzieliło jego serce, zszokowała go i jakiś czas nie mógł opanować drżenia i przerażenia tym wyznaniem. Ale nie na próżno od urodzenia był przygotowywany do tego jaką ma zająć pozycję w życiu i co jest winien swojej rodzinie. Kiedy odwrócił się na bok i wsunął sobie poduszkę pod policzek, postanowił, że od teraz, żaden wyraz podziwu nie powinien mu się już wyrwać. Szybko bijące serce uspokoiło się, ale mimo prób zaśnięcia, sen opuścił go aż do wczesnych godzin rannych.
:banan:

Gitka - Pią 22 Gru, 2006 09:47

Cytat:
W sumie, uśmiechnęła się do niego ironicznie, a jemu natomiast, widoczną przyjemność sprawiła ta wycieczka do nieznanej mu dotąd krainy flirtu.


Biedny Darcy, dlatego jest tak sztywny, bo jeszcze nie flirtował :wink:
Alisonku, padam do nóżek :thud:
Mniam...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group