Ekranizacje - "DiU" '95 contra "DiU" '05
Anonymous - Nie 13 Sie, 2006 22:30
chyba rzeczywiscie skonczmy, bo kompletnie sie nie rozumiemy i mówimy o czymś innym
Przysłowiowo - ja o niebie, Ty o chlebie
Agnesse - Nie 13 Sie, 2006 22:36
Ja Cię rozumiem, mnie też pewne rzeczy raziły i wydawały się niedopuszczalne.
Po prostu staram się serial i film oceniać oddzielnie jako ekranizacje jednej z moich ulubionych powieści, nie stawiając ich naprzeciw siebie. To tyle.
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 09:42
| Agnesse napisał/a: | | Po prostu staram się serial i film oceniać oddzielnie jako ekranizacje jednej z moich ulubionych powieści, nie stawiając ich naprzeciw siebie. |
Ja niestety nie mogłam tak oceniać, bo przy oglądaniu filmu cały czas miałam przed oczami serial. Nie dało się uniknąć porównań.
Całkowicie zgadzam się z Aine, oraz z Trzykrotką, która wcześniej napisała:
| Trzykrotka napisał/a: |
Nie ma za grosz logiki.
Nie ma ani dumy ani uprzedzenia.
To dla mnie grzechy podstawowe. |
Poza tym ja nie mogłam patrzeć na kostiumy, a teraz gdy zaczynam się trochę orientować w temacie, widzę coraz więcej błędów... To samo tyczy się fryzur - dla mnie te ich grzywki były straszne...
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 11:38
Porównywanie narzuca się samo.Jest to po postu naturalne, niezależnie czy ktoś się przed tym broni czy nie.
Agnesse - Pon 14 Sie, 2006 13:23
Ze mną było tak, najpierw przeczytałam parę razy książkę, potem obejrzałam film, a na koniec serial, więc w innej kolejności niż większość z Was.
Ani jedna, ani druga ekranizacja nie jest dla mnie idealna, obie mi się podobają, każda ma swoje plusy i minusy, subiektywnie [obiektywnie w zależności od obranego punktu lepsza bywa jedna lub druga] nie umiem wybrać która jest lepsza, chyba idealna była by kompilacja obu w jedną
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 13:30
Agnesse chyba jednak nie rozumiesz o co nam chodzi.
Agnesse - Pon 14 Sie, 2006 13:57
W większości uważacie wersję '95 za idealną i wspaniałą, a '05 za "nie do zaakceptowania". Ja po prostu lubię i akceptuję obie. Koniec.
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 14:09
Czyli jednak nadal nie rozumiesz.
Zejdźmy z tego tematu, bo nam nie wychodzi.
Agnesse - Pon 14 Sie, 2006 14:25
Więc wytłumacz mi Aine, bo usilnie staram się zrozumieć.
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 14:45
Próbujesz nam wmówić, że nie można porównywać obu filmów, bo to są różne formy artystyczne itd. W zasadzie jest to bzdura, bo jak pisałam można porównać twórczość Miłosza do malarstwa holenderskiego i możesz nie wierzyc, ale nie wyczerpiesz tematu nawet w 50 stronach.
To która wersja się podoba - to jest zupełnie inna bajka. Można krytykować coś co się podoba i można chwalić coś, co się nie podoba. Ja też lubię wersję 05, ale nie jest to w żadnym wypadku ekranizazja. Co najwyżej "na motywach". Motywem jest Darcy i Lizzy i ogólne tło - reszta wymysł reżysera. Ja oddzielam chłodną analizę i ocenę filmu od kwesti akceptacji lub jej braku. Czy jak powiem przyjaciółce, że ma nieładną sukienke, to znaczy że nie akceptuję jej osoby?
Twoja opinia na temat naszych (a już na pewno mojej) opinii wynika w głównej mierze z nadinterpretacji. W zasadzie swojej nie wyraziłam poza tym, że uważam, że nie ma porównania (co nie oznaczało, że oba filmy nie można porównać - ot gra słów )
Jedynym argumentem, który mógłby zadziałać w tym przypadku to jest właśnie to, że P&P nie jest ekranizacja JA, a jedynie filmem z wątkami austenowskimi. Ot niczym Bridget Jones.
Agnesse - Pon 14 Sie, 2006 15:13
| Cytat: | | Próbujesz nam wmówić, że nie można porównywać obu filmów, bo to są różne formy artystyczne itd. | Nie chcę Wam wmówić, że nie można, mówię, że ja tego nie robię, bo uważam to za bezcelowe.
| Cytat: | | Ja oddzielam chłodną analizę i ocenę filmu od kwesti akceptacji lub jej braku. | Ja tak samo.
I wszystko jasne :grin:
Dzięki Aine
kikita - Pon 14 Sie, 2006 15:46
| Agnesse napisał/a: | | W większości uważacie wersję '95 za idealną i wspaniałą, a '05 za "nie do zaakceptowania". Ja po prostu lubię i akceptuję obie. Koniec. |
No moment moment.Jezeli chce porównac z soba dwie wersje to nie znaczy,ze jedna bezkrytycznie uwielbiam a drugiej totalnie nie akceptuje.Toz to absurd.
Do dwuch rzeczy jednak na pewno nigdy sie nie przyzwyczaje.
Wersja 05-za pyskata Lizzy
Wersja 95 - watpliwej urody Jane.
Za to kuzynek Collins , tu chyba nikt nie zaprzeczy w 95 byl cuuudowny z kolei Wickham mi osobiscie podobał sie bardziej w 05. Tak mozna wymieniac i wymieniac , bo do tego słuzy takie zwierze co sie porównaniem zwie.
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 16:14
Plus wresji 05 jak chcę to sobie ją szybko przeglądam. Widzę ulubione fragmenty bez zmieniania płyt :D
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 16:33
Ja bardzo pozytywnie podeszłam do wersji 05. pamietam jak jeszcze na forum JA gorliwie broniła Mateusza
Ale to nie zmienia faktu, że ogólnie wyszłam z kina rozczarowana. Nastawiono mnie na ekranizacje, a nie film na motywach. Zbyt dużo rażących podknięć scenariuszowych i scenograficznych. Po prostu reżyser ze scenarzysta chcieli ze mnie zrobić idiotke. a ja tego bardzo nie lubię.
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 19:35
| kikita napisał/a: | | Wersja 95 - watpliwej urody Jane. |
A mi się ona podoba, przy kolejnych razach coraz bardziej. Doszło do tego, że zaczęła mi się bardziej podobać od Rosamund Pike . Ale to raczej kwestia tego, że w filmie Jane jest przede wszystkim ozdobą, w serialu jest jej trochę więcej. Lubię ją szczególnie pod koniec, kiedy mówi Lizzy, że już nic nie czuje do Bingley'a, Lizzy patrzy na nią z uśmiechem, a Jane mówi "Stop Lizzy!". Po prostu zaczęłam ją lubić .
| AineNiRigani napisał/a: | Ja bardzo pozytywnie podeszłam do wersji 05. pamietam jak jeszcze na forum JA gorliwie broniła Mateusza |
Ja też pozytywnie i też broniłam, tyle że na innych forach .
| lady_kasiek napisał/a: | Plus wresji 05 jak chcę to sobie ją szybko przeglądam. Widzę ulubione fragmenty bez zmieniania płyt |
Ja mam wszystkie odcinki na jednej płycie, więc dla mnie to nie jest problemem .
Często słyszę, że DiU '05 nie można odmówić tego, że ma piękną muzykę i zdjęcia. Może i tak, ale muzykę doceniam, gdy jest tłem dla przyjemnego filmu, gdy sam film mi się nie podoba, to, co gra w tle jakoś mi umyka. Ze zdjęciami mam podobnie.
Anonymous - Pon 14 Sie, 2006 20:11
| Nimloth napisał/a: | | Często słyszę, że DiU '05 nie można odmówić tego, że ma piękną muzykę i zdjęcia. Może i tak, ale muzykę doceniam, gdy jest tłem dla przyjemnego filmu, gdy sam film mi się nie podoba, to, co gra w tle jakoś mi umyka. Ze zdjęciami mam podobnie. |
Ja bym to ujęła tak: są dwa rodzaje soundtracków
1. Wspomagające, które samodzielnie raczej nie moga egzystować z filmem stanowią nierozerwalną całość. Pamiętam, że podczas oglądania FOTRa zachwycił mnie soundtrack. Kupiłam sobie i cię ciutkę rozczarowałam. On bez filmu jest momentalnie zbyt duszny i ciężkostrawny. Podobnie jest z tym z P&P 05. Tzn on nie jest ciężkostrawny, wręcz przeciwnie - zbyt lekki i umyka gdzieś tam sobie ...
2. Wspaniały soundtrack, który wspaniale słucha się niezależnie od filmu. Tutaj niepodzielnie panuje Wiedźmin, Gangi NY i Ostatni Mohikanin Gladiator i Blade Runner tez są niezłe. No i Kingdom of heaven - motyw krzyżowców - mniam !!
Soundtack z P&P 05 jest bardzo ładny i wspaniale pasuje do krajobrazów pokazanych w filmie. Jak go słyszę, widzę biegnącą zielonymi łakami Keirę itd. Ależ ile ona może tak biec? Przez jakąś godzinę muzyki? Zmęczy się dziewczyna, a ja razem z nią.
Caroline - Wto 15 Sie, 2006 18:59
Hmmm, ja też broniłam P&P '05... i bronić będę.
Czy to oznacza, że nie razi mnie świnia? Razi. Czy nie razi mnie Bingley w sypialni Jane? Razi. I jeszcze na etapie zdjęć z planu zdziwiły mnie ciuchy. Ale szczerze mówiąc bardziej razi mnie zrobienie z Bingleya głupio rechoczącego kretyna niż wszystkie wymienione powyżej "błędy".
Wolałabym, żeby tej świni nie było, ale skoro była i ciuchy były bardziej pomięte i ściany obdrapane, to przyszło mi na myśl, że to co wiemy o epoce, może nam się tylko zdawać, co z tego, że nie było przyjęte, aby panienka biegała w koszuli po łące o 4 rano, czy to znaczy, że żadna nigdy tego nie zrobiła? Lizzy '95 ma zawsze idealną fryzurę i piękne suknie, wygląda jak na grafikach z epoki, czy Wy zawsze ubieracie się i wyglądacie jak dziewczyny z gazet dla kobiet? Czy bale w małym miasteczku zawsze przebiegały w białych rękawiczkach i z przylizanymi grzywkami? A może bardziej przypominały wiejskie potańcówki? Może pan Bennet mógł się interesować świniami, skoro od niego zależało, czy ta kobyła Bessy/Betty/nieważne, będzie potrzebna w polu, czy też Jane może na niej jechać do Bingleyów? Na czym właściwie opiera się nasze przekonanie, że coś w danej epoce powinno wyglądać tak, a nie inaczej. Można o tym podyskutować.
Ale to wszystko nie jest najważniejsze, sądzę, że Joe Wright doskonale wiedział, jakie były obyczaje w czasach Regencji, a raczej, jak je sobie widzowie wyobrażają i świadomie to pominął. P&P '95 jest na swój sposób genialne i jeśli ktoś chciał powiedzieć coś nowego na temat książki musiał to zrobić po swojemu. Joe Wright postawił nie na typy charakterystyczne a bardziej na psychologię postaci, nikogo w tym filmie nie można jednoznacznie ocenić, pastor jest tyleż postacią wstrętną przez swój oportunizm i lizusostwo, co godną współczucia, pani Bennet wkurza swoimi histeriami, ale jej celem jest dobro dzieci, dowcipny pan Bennet ogromnie kocha swoje córki, ale podporządkowuje się wymogom epoki i zostawia Lizzy samą z Collinsem - pamiętacie ten proszący wzrok Lizzy, by jej nie zostawiał?
To są wszystko ogromne plusy tego filmu, podobnie jak nowe spojrzenie na postać Darcy'ego, jest w tej ekranizacji bardziej zagubiony i nieśmiały, to jeszcze jedna możliwość interpretacji tej postaci. Dlaczego mówicie, że nie było Dumy i Uprzedzenia? Kluczowa dla początku znajomości Darcy'ego i Lizzy jest scena balu, wchodzi Darcy i jest kwintesencją Dumy (widać to w sposobie poruszania się i tym jak góruje nad resztą ludzi - wzrost aktora to nie tylko wymóg zgodności z powieścią) i Uprzedzenia (pogardza tymi ludźmi, albo takim się zdaje, odmawia tańca itd., widać, że nie chce przebywać w tym towarzystwie). Lizzy też się uprzedza - przede wszystkim ją uraził, wcale to po niej nie spłynęło, widać to po tym jak sobie z niego żartuje, później z łatwością łapie się na opowiastkę Wickhama, niemal jakby na nią czekała. itd. itd. Tak jak w książce. Nie zgadzam się, że film jest bez sensu i ma błędy scenariuszowe, jakie? Czy coś tam się nie zgadza, czy nie wynika logicznie jedno z drugiego? I dlaczego ektranizacja "na motywach", książka to opowieść o ludziach i miłości, a nie o ciuchach.
To jest wersja bardziej współczesna, ale na tym uwspółcześnieniu dobrze wychodzi, dzięki temu mamy postacie bardziej ludzkie, wielowymiarowe i przekonujące.
Widzę w tej ekranizacji ogromny szacunek dla Jane, ale też kreatywność, inteligencję i odwagę mówienia własnym głosem. +zdjęcia +muzyka +aktorstwo
Możemy podyskutować o ciuchach, świnkach i bieganiu boso w kontekście epoki, ale nie przekreślajmy z tego powodu filmu, ma mnóstwo zalet, a pomięte ciuchy są jego częścią, tworzą pewien klimat dają i inne spojrzenie na rodzinę Bennet. Nie sądzę, aby można tu było mówić o błędzie wynikającym z niewiedzy, czy braku szacunku dla epoki.
Anonymous - Wto 15 Sie, 2006 20:42
| Caroline napisał/a: | | to co wiemy o epoce, może nam się tylko zdawać, co z tego, że nie było przyjęte, aby panienka biegała w koszuli po łące o 4 rano, czy to znaczy, że żadna nigdy tego nie zrobiła? Lizzy '95 ma zawsze idealną fryzurę i piękne suknie, wygląda jak na grafikach z epoki, czy Wy zawsze ubieracie się i wyglądacie jak dziewczyny z gazet dla kobiet? Czy bale w małym miasteczku zawsze przebiegały w białych rękawiczkach i z przylizanymi grzywkami? A może bardziej przypominały wiejskie potańcówki? Może pan Bennet mógł się interesować świniami, skoro od niego zależało, czy ta kobyła Bessy/Betty/nieważne, będzie potrzebna w polu, czy też Jane może na niej jechać do Bingleyów? Na czym właściwie opiera się nasze przekonanie, że coś w danej epoce powinno wyglądać tak, a nie inaczej. Można o tym podyskutować. |
Niestety w tym przypadku się nie zgodzę. Może jeszcze inaczej - nie stanowi to dla mnie argument.
Możnaby tak powiedzieć na temat epoki średniowiecza (chociaż i ona jest przebadana), ale nie XIX w. kiedy to pamiętnikarstwo kwitło, prowadzono bardzo dokładne wykazy wydatków i spisy rzeczy, przemiotów, ubrań. U nas w Polsce wiadomo dokładnie ile średniozamożny szlachic (ot chociażby na przykładzie Duklana-OChockiego) wydawał na praczkę, ile miał gaci i ile chusteczek do nosa. Tym bardziej jest to znane w skrupulatnej Anglii, gdzie dokumenty nie uległy takiemu zniszczeniu jak w Polsce Doskonale wiemy jak ubierano się na bale i jak ubierano się na co dzień. 200 lat to nie jest na tyle długi okres czasu, aby bariera czasowa stanowiła jakikolwiek problem.
Skoro u nas w Polsce jest kilkudziesięcioksiążkowa (ja znam 20) bibliografia na temat polskich obyczajów i ubioru, w Anglii jest podobnie. Pamiętników jest multum i to one stanowią wiarygodne źródło informacji.
Aczkolwiek ja się strojów nie czepiam, bo to jednak trzeba wybitnego znawcy. jednakże obcyczajowości, czy ducha ksiązki - będę się czepiać.
Takie traktowanie zgodności z epoką jest dla mnie lekceważeniem odbiorcy. Bo gdyby zależało wyłącznie na wątkach psychologicznych, nie wklejonoby tyle rażących szczegółów. Po prostu stanowiłyby tło, w mierę możliwości niedostrzegale, skupiając się na wątkach psychologicznych - tak miało miejsce w ekranizacji Wichrowych Wzgórz. Obie wersje są inne i obe wnoszą coś nowego, a czy którakolwiek zwróciła tak dużą uwagę na scenografię? Krajobrazy - tak. Muzyka - tak. Ale wątki osobiste bohaterów ich przeżycia i uczucia dominują.
Caroline - Wto 15 Sie, 2006 21:59
| AineNiRigani napisał/a: | | Takie traktowanie zgodności z epoką jest dla mnie lekceważeniem odbiorcy. Bo gdyby zależało wyłącznie na wątkach psychologicznych, nie wklejonoby tyle rażących szczegółów. Po prostu stanowiłyby tło, w mierę możliwości niedostrzegale, skupiając się na wątkach psychologicznych | To znaczy, że celowo w P&P '05 wstawiono tyle elementów, które mogłyby drażnić widza, nie rozumiem?
Na pierwszym miejscu jest opowieść o Lizzy i Darcy'm, dwojgu ludziach, których połączyło uczucie, a na początku dzieliły uprzedzenia, dowiadują się coraz więcej o sobie nawzajem, ale i o sobie samych, przeskakują bariery, które w nich tkwiły - Darcy, nieśmiałość i dumę, Lizzy, też dumę i trochę zarozumialstwo i to jest wątek główny. Nic się pod tym względem nie zmienia.
Co do obyczajów epoki, mam wrażenie, że Austen sama podkreślała nonkomformizm i swobodę Elżbiety, a także świadome łamanie reguł dobego zachowania przez Bennetów (wysłanie Jane konno, żeby musiała zostać na noc), tylko że to co oczywiste dla czytelnika z XIX wieku nie jest już czytelne dla nas, a Jane nie podaje niczego na tacy. Na początku raziła mnie scena z nocnym wjazdem Lady C., przeczytałam ją jeszcze raz i stwierdziłam, że wybranie takiej właśnie pory było jak najbardziej odpowiednie, Lady C. zachowywała się okropnie i pojawiła się w porze urągającej zasadom dobrego zachowania. I widzowie to czują.
Dla mnie potknięcia tej ekranizacji tkwią w scenach niezgodnych z książkowym charakterem postaci - Lizzy grubiańsko zwracająca się do matki, albo Bingley-kretyn.
Anonymous - Wto 15 Sie, 2006 22:19
Nie, nie wydaje mi sie, że reżyser specjalnie się potykał. Potknięcia na ogól są przypadkowe.
Mnie chodziło o to, że jesli zlekceważył realia historyczne i obyczajowe po prostu się z nimi nie zapoznając, na zasadzie "pewnie i tak nikt nie zauważy", albo "jak mały Jasiu wyobrażasobie XIX-wieczną Anglię", to już przy tworzeniu scenariusza zlekceważono jednocześnie widzów. Bo to nie jest żadna fatyga przeczytanie chociażby jednej ksiązki na ten temat. Nieprzeczytanie jej - to zwykłe lenistwo.
Mnie akurat scena z wizytą Lady C specjalnie nie razi. Tę scenę rozumie podobnie jak i Ty - symboliczna zmiana, która jednocześnie nie zniekształca sensu.
Ja rozumiem, że to ma być ekranizacja pewnej książki opowiadającej o pewnej miłości. Ok. Tylko jeśli ma być mowa o uczuciach, to na Jowisza, niech oni się tak nie pławią i delektują w swoich przekłamaniach i przekształceniach.
Do reżysera mam zasrtrzeżenia jedynie do tego jak prowadzi Lizzy i Bingley'a (tutaj chyba wszystkie mamy takie samo zdanie ). Dla mnie Keira jest urodzoną Lizzy. To jej twarz teraz widze podczas lektury. Ale to, jak ona się zachowuje przede wszystkim wobec matki (co do reszty - nie jestem aż tak bardzo krytyczna) jest dla mnie skandaliczne.
Natomiast scenariusz to dla mnie masakra.
Gosia - Wto 15 Sie, 2006 22:29
Dla mnie akurat nocna wizyta Lady Catherine jest jedna z tych niescislosci, ktore raza najbardziej, podobnie razi mnie nieokrzesanie Lizzy, jej lekka bezczelnosc. Mogla byc swobodniejsza, ale taka to juz przesada (chocby - Co pan tu robi?).
A swinia to juz totalne przegiecie.
Przypominam sobie scene z "Nad Niemnem", gdzie po domu lekko zubozalej szlachcianki, ktora sama zajmowala sie gospodarstwem, bo maz wolal sie bawic (nie pomne nazwiska, chyba Kirło) biegaly kury (i to bylo juz dla Rózyckiego niesmaczne), ale swinia to juz zupelnie co innego... i byloby niedopuszczalne. To w koncu nie chlopi.
Anonymous - Śro 16 Sie, 2006 07:25
| Caroline napisał/a: | | Lizzy '95 ma zawsze idealną fryzurę i piękne suknie, wygląda jak na grafikach z epoki, czy Wy zawsze ubieracie się i wyglądacie jak dziewczyny z gazet dla kobiet? |
Ale weź pod uwagę to, że w tamtych czasach one w każdej chwili mogły się spodziewać w domu wizyty i cały czas musiały być w stanie "gotowości". Gdy Ty wiesz, że zaraz przyjdą goście, chodzisz ubrana byle jak?
| Caroline napisał/a: | | Czy bale w małym miasteczku zawsze przebiegały w białych rękawiczkach i z przylizanymi grzywkami? |
Przylizanymi nie, bo raczej takich nie noszono, ale loczki - jak najbardziej.
| Caroline napisał/a: | | Ale to wszystko nie jest najważniejsze, sądzę, że Joe Wright doskonale wiedział, jakie były obyczaje w czasach Regencji, a raczej, jak je sobie widzowie wyobrażają i świadomie to pominął. |
Mi się wydaje, że nie wiedział, chyba że chciał się popisać ignorancją... Przecież mogły być stroje pomięte, ale z epoki, fryzury nieporządne, ale w loczkach. Poza tym jak napisała Aine:
| Cytat: | | Bo gdyby zależało wyłącznie na wątkach psychologicznych, nie wklejonoby tyle rażących szczegółów. Po prostu stanowiłyby tło, w mierę możliwości niedostrzegale, skupiając się na wątkach psychologicznych |
| Caroline napisał/a: | | Dlaczego mówicie, że nie było Dumy i Uprzedzenia? |
Ja tak mówię, bo tego nie widziałam tak wyraźnie, jak moim zdaniem powinno być. I przez to, że tego nie widziałam, film był nielogiczny.
| Caroline napisał/a: | | I dlaczego ektranizacja "na motywach", książka to opowieść o ludziach i miłości, a nie o ciuchach. |
W takim razie równie dobrze można wszystkich było ubrać w jednakowe czarne suknie i garnitury i akcję umieścić w innym miejcu, w innych realiach - wtedy to byłaby opowieść o ludziach! Ciuchy itp są ważnym elementem filmu, umiejscawiają w czasie, dają tło. Gdybym miała oceniać, kiedy dzieje się akcja dumy tylko i wyłącznie na podstawie filmu, nie mogłabym dać zbyt wąskiego przedziału lat, bo one noszą tam stroje z elementami z różnych okresów XIX wieku, plus takie rzeczy, jakie w ogóle się wtedy nie pojawiały (i nie pisz mi, że reżyser chciał coś przez to "przekazać", bo to będzie już interpretacja naciągana).[/quote]
Caroline - Śro 16 Sie, 2006 21:00
| AineNiRigani napisał/a: | | Mnie chodziło o to, że jesli zlekceważył realia historyczne i obyczajowe po prostu się z nimi nie zapoznając, na zasadzie "pewnie i tak nikt nie zauważy", albo "jak mały Jasiu wyobrażasobie XIX-wieczną Anglię", to już przy tworzeniu scenariusza zlekceważono jednocześnie widzów. | Mając nakręcony serial taki jak P&P'95, pracując nad książką, która ma tylu wielbicieli i wzbudza takie emocje, tylko dureń zdałby się na "pewnie nikt nie zauważy". Znalazłam wywiad z reżyserem (http://www.indielondon.co.uk/film/pride_prejudice_wright.html), oto jego fragment:
Austen wrote the first draft of the story in 1797, and it wasn’t published until 1811. I felt that the earlier period looked more interesting, it was a more interesting period socially and therefore those social changes were reflected in everything, including costumes.
The Empire Lines were just coming in, so high society such as Caroline Bingley, would be wearing an Empire Line dress. Whereas the Bennet girls might not be, so the waistlines could be a little lower.
And it’s true, I thought the Empire Line dresses, especially when they’re made of muslin, they would make you blow out like a balloon and looked quite unflattering. But really it was a decision made on the basis of the social changes at the time.
Brenda’s character, Mrs Bennet, was wearing a costume from the 1770s really. Lady Catherine, Judi’s character, is wearing a costume from earlier.
I imagined it was like now, where the Queen Mother might have looked like she was wearing clothes out of the 60s and 70s, with the younger generation a little bit more up-to-date with their fashions
To nie wygląda na wynurzenia gościa, który ignoruje epokę, o której kręci film. Postawił na historię, a nie na galerię idealnie leżących ciuchów, może to my, widzowie filmów kostiumowych jesteśmy zbyt przywiązani do podziwiania na równi, albo nawet bardziej idealnych ubrań, a nie ludzi, dlatego tak ciężko jest nam zaakceptować inne spojrzenie na film kostiumowy.
Jeszcze jeden cytat:
You just have to ignore the fact that it’s a historical drama. We really got involved with the emotions and the realities of the characters, and that’s what’s important in any story whether it’s set in 2005 or 1797.
We also questioned why it is that in period dramas you always see carriages pull up beside big houses, you’d have the wide shots of the houses and big wide shots of the rooms simply because you’re in a nice location. You wouldn’t do that if you were filming in some semi-detached house in Bromley.
So it was really to ignore the fact that it was a period drama, and yet at the same time look at the detail of the period as much as possible.
Tłumaczenie wrzucę niedługo. Chyba że nie jest potrzebne.
Anonymous - Śro 16 Sie, 2006 21:18
Caroline, ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby główny akcent dac na historię pewnej miłości. Gdyby tylko tak nie pławił się, niemal, w scenach które krzyczą brakiem realiów. I nie chodzi mi tutaj o te nieszczęsne stroje, bo jak dla mnie taka drobiazgowość nie jest konieczna w tym przypadku (aczkolwiek mile widziana). Chodzi mi o nieścisłości w stosunku do książki, o ten brak realiów historycznych - pyskata Keira, świniak w domu itd. Mnie to bardzo razi. Bo takie gadanie, że zależy mu na ukazaniu ludzkich charakterów, to może sobie strzelać do fanklubu KK, czy MM. Oni przyjmą wszystko jak leci. Tyle, że to się nie trzyma kupy. Dla mnie to jest tzw. pieprzenie kotka przy pomocy młotka. Gdyby chciał ukazach aspekt psychologiczny to by się na nim skupił, bez takich głupich scen i akcentowania tego co głupie
Caroline - Śro 16 Sie, 2006 21:43
Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę na pierwszy fragment, w którym gość tłumaczy dobór strojów dla każdej postaci. To jest chyba dowód na znajomość realiów historycznych.
I nie chodzi tylko o stroje, ale też układ sił w rodzinie, konieczność zamążpójścia, role - córek, matron, ojców, dziedziców itd., wykształcenie kobiet. I to wszystko jest. A na ich tle niezależna, samodzielna Lizzy i nieco zagubiony, ale starający się stanąć na wysokości zadania Darcy.
Pyskata Keira w scenie z matką jest błędem, który razi, właśnie dlatego że jest wyraźnym odstępstwem od tego co powyżej, ale to nie przekreśla filmu.
Drugi fragment z rozmowy ja rozumiem tak, że Joe Wright przedstawił znaną historię i ludzkie charaktery z DiU, ale zerwał z eksponowaniem eleganckich kostiumów i wnętrz, choć taka wystawka wydaje się wymogiem, do którego przyzwyczaili się widzowie w dramacie kostiumowym. Porównanie może nie z tej samej półki, ale to tak jak Dynastia - ludzie oglądali ją dla ciuchów i rezydencji Carringtona, szczyt kreacji, pozory realizmu dla zaspokojenia pragnień widzów. My mamy potrzebę oglądania eleganckich sukni i idealnych fryzur w filmie kostiumowym razem z historią miłosną, bo tak się przyzwyczailiśmy, bo tak lubimy, potargani i w kiepskich ciuchach byli w filmie kostiumowym żebracy, wieśniacy, robotnicy, szwarccharaktery. Duma '05 dostaje po łapach, bo zrywa z tą konwencją. Ale to nie znaczy, że reżyser jest niedoukiem, a kostiumograf się nie zna.
|
|
|