Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - The Moth (Ćma)
Balbina - Czw 12 Paź, 2006 08:32
Dzięki Moniczko, uwielbiam takie długaśne kawałki :grin:
Anonymous - Czw 12 Paź, 2006 13:38
i bardzo dobrze się stało. Zawsze uważałam, że wszystko w życiu, to jak się układają nasze losy, ma sens. A w życiu bohaterów książkowych ten sens jest podwójny (bo zamierzony ).
Znamienne jest zdanie "on jest taki sam jak mój ojciec". Może ona stałaby się taka sama jak matka?
Monika - Czw 19 Paź, 2006 13:32
Kiedy jechali jego myśli pełne były głębokiego żalu nad tą biedną, młodą damą, siedzącą tuż obok niego, myślał o niej w tej chwili jak o „biednej dziewczynie”. Myślał też o Millie, zamierzali ją wysłać do przytułku, to było właśnie owym „odesłaniem”. Przeklinał ich w myślach ‘Przeklęci'. Co do tego Crockford’a, pomyślał że w pewien sposób miała cholerne szczęście, że w końcu się go pozbyła, reprezentował sobą typowego mężczyznę z wyższych sfer, żądnego władzy nad wszystkim i wszystkimi, pełnego egoizmu, małego rozumu, który traktował swoją kobietę jak służącą albo niewolnicę, ale nigdy jak równego sobie partnera. Z tego, co zdążył zauważyć w czasie rozmów u Palmer’a, dziewięćdziesiąt procent tych żon nie widziało na oczy książeczki czekowej, dostawały jakieś małe kieszonkowe i musiały jeszcze okazywać wdzięczność. Nawet, kiedy dzieci przychodziły na świat, takie zachowanie wciąż było na porządku dziennym, ponieważ mężczyzna musi mieć swoje piwo i swoje papierosy, nie zapominając o kilku stajennych do koni. Według niego Crockford nie był inny.
Taggart’owie co nieco wiedzieli o tej rodzinie i o ich początkach. Ich dziadek posiadał niewielki kram w Jarrow, a teraz nie było miasta na Tyne, gdzie nie znajdowałyby się ich sklepy. A co do matki, ona wszystkim rządziła i dawała to odczuć, dlatego też nie potrafiła długo utrzymać służby.
Usłyszał swój głos, pytający Agnes ‘Nie ma panienka żadnych krewnych, którzy by ją i panienkę Millie przyjęli do siebie?’.
‘Nie, żadnych. Kiedy Millie odejdzie, ja również sobie pójdę’ – odwróciła się teraz i spojrzała na niego nim dokończyła ‘Ponieważ i ja będę musiała znaleźć zatrudnienie. Życie jest dziwne. Nie sądzisz, Bradley?’.
‘Tak, panienko, to prawda. I nie od dziś tak myślę. Od dawna zastanawiam się nad sensem życia, dlaczego jedni rodzą się biali, inni czarni czy żółci. I dlaczego ktoś rodzi się bogaty, a inny biedny. I jak to się dzieje, że niektórzy ludzie mają władzę nad innymi, kiedy nawet nie mają zdolności czy kwalifikacji żeby podźwignąć taką odpowiedzialność’. Był na delikatnym gruncie, wiedział, że nie powinien był tego mówić.
Patrzyła przed siebie mówiąc ‘Lubisz czytać, jak rozumiem?’.
‘O tak, panienko. Lubię. Ale im więcej czytam tym bardziej zdaję sobie sprawę, jakim ignorantem jestem. Myślę też o tych, którzy są pozbawieni edukacji choćby podstawowej. Gdyby dano im szansę, wielu z tych ludzi mogłoby zrobić coś więcej dla siebie’.
Nic na to nie odpowiedziała, kontynuowali dalej podróż w całkowitej ciszy, do chwili kiedy byli już niedaleko bramy, obróciła głowę w jego kierunku i zapytała ‘Mogę cię o coś prosić, Bradley, o pewną przysługę?’.
‘Cokolwiek sobie panienka zażyczy’. On również zwrócił głowę w jej stronę, spoglądali na siebie i Robert powtórzył raz jeszcze ‘Cokolwiek…’.
Spuściła wzrok i spojrzała na swoje złączone ręce, mówiąc ‘Czy mógłbyś nikomu nie wspominać, w jakim stanie mnie dziś znalazłeś?’.
‘Nie musi panienka nawet o to prosić’.
Raz jeszcze zerknęła na niego ‘Jesteś bardzo miły i bardzo wyrozumiały’.
Chwycił za lejce i przeprowadził konia przez bramę, wzdłuż drogi, a kiedy zatrzymał się naprzeciw frontowych drzwi powiedziała po prostu ‘Wysiądę w podwórzu’.
Na podwórzu, zeskoczył z wozu i pomógł jej zsiąść. Podziękowała mu nie słowami, lecz spojrzeniem, wtedy on odwrócił się i poprowadził konia w kierunku stajni. Pewnie swoim zwyczajem wstąpiłby do kuchni na codzienną herbatę, ale już było dobrze po tej porze. Wiedział, że na pewno coś dla niego zostawili, ale ostatecznie nie był głodny. Obszedł podwórze, minął przybudówkę z narzędziami, wspiął się po stromych schodach, prowadzących prosto do jego pokoju, nad stajniami.
Usiadł na krześle, niedaleko stołu, położył na nim rękę, pochylił się całym ciałem do przodu i spoglądał w niewielkie, zakurzone okno, przez które mógł dostrzec podwórze i górną, północną część domu. Zdawał się przenikać wzrokiem mury i ściany, widział pokój i ją stojącą obok panienki Millie. I w tej samej chwili dziwne, niepokojące myśli zaczęły go nękać. Mimo, że nie miały konkretnej formy czy treści: były bezkształtne i abstrakcyjne. Nie potrafił ich zrozumieć, uchwycić znaczenia, gdy nagle gwałtownie podniósł się, spuścił wzrok na podłogę i wyszeptał przerażony ‘Boże drogi!’.
Koniec rozdziału pierwszego (III części)
Gitka - Czw 19 Paź, 2006 14:26
Moniko, jak zwykle bardzo efektowane zakończenie :grin:
Bardzo, bardzo dziękuję!!
Balbina - Czw 19 Paź, 2006 14:33
dziękuje Moniczko
Anonymous - Pią 20 Paź, 2006 00:10
jej, calusieńki dzień sobie odmawiałam, żeby móc się delektować na spokojnie. A tutaj Monika zakończyła tak, że pypcia dostanę.
CO ON ZOBACZYŁ NA TEJ PODŁODZE ?????
Monika - Śro 25 Paź, 2006 20:55
No, nie spodziewałam się, że aż tyle sensacji wzbudzi te kilka niewinnych słów
A co do tej podłogi, to hmmm... ciekawe co biedny Robert mógł tam ujrzeć... :grin:
A to kolejna część...
Rozdział 2, części III
W domu zapanowała atmosfera oczekiwania. Coś miało się wydarzyć; coś musiało się wydarzyć; tak dłużej być nie mogło, Stanley tymi właśnie słowami określił swój stosunek do sprawy. Patrząc poprzez stół na Agnes w pokoju śniadaniowym powiedział ‘Tak dalej być nie może. Nie wiem już, kim jestem. Nie wiem, co zrobić… co powinienem uczynić. Nie potrafię odnaleźć w tym wszystkim sensu, rozumiem tylko to, że nie mamy ani grosza’.
‘Przecież wiedziałeś o tym nie od dziś, na pewno’. Agnes powoli sięgnęła po kieliszek.
‘Tak’. Jego głos niecierpliwie wdarł się w jej myśli. ‘Lecz jest duża różnica między brakiem pieniędzy a biedą, jesteśmy na skraju przepaści. Zawsze mieliśmy jeszcze udziały w morskim handlu i fabrykę z łańcuchami’.
‘Sprawa wygląda tak, że musiał oddać część udziałów w fabryce. Z tego, co wiem, handel morski jest nadal w jego rękach, oczywiście zakładając, że nie zaryzykował go w jakiejś głupiej grze hazardowej lub nie oddał go w podarunku dla swojej’ – wypiła spory łyk z kieliszka zanim skończyła – ‘kobiety’.
‘Nie gadaj głupstw, Agnes. Nie daje się takich prezentów dla swoich kochanek’.
‘No cóż’ – jej głos nieznacznie podniósł się, przechyliła się ponad stołem, w jego kierunku z pretensją mówiąc ‘w takim razie powiedz mi gdzie podziała się reszta interesów? Miał największy udział w odlewni, miał prawo głosu w Beulah Mine i przy ceglanym biznesie’.
Stanley na moment zamknął oczy, zanim odpowiedział ‘To było dawno, z tego, co słyszałem, jego interesy uszczupliły się z powodu kryzysu i problemów z odlewnią, czy czymś w tym stylu’.
‘Tak, i czymś w tym stylu. Ty, tak samo jak twoi bracia, byliście zdala od tego wszystkiego przez wiele lat, a kiedy przebywaliście w domu, co zrobiliście? Nic. Myślicie jedynie o własnych przyjemnościach i o powrocie do Oxfordu. Czy wiedziałeś że od dawna już źle było z dostawcami. Nie tak dawno nie zostawiliby nawet ładunku węgla, gdyby Dave nie zapłacił. Czy rozumiesz to? Dave musiał zapłacić za nasz węgiel!’.
Kiwnął głową w jej kierunku, cicho cedząc słowa ‘No i co, co możemy zrobić? Ja… ja próbowałem z nim porozmawiać. Tak było. Ale tak się ululał że nie mogłem wyciągnąć z niego jednego sensownego słowa. Coś musiało doprowadzić go do takiego stanu’.
‘O tak, i nawet mogę zgadnąć cóż to takiego było. Jego plany sprowadzenia kochanki tutaj jako żonę spaliły na panewce’.
Stanley gwałtownie podniósł głowę i pogardliwie odpowiedział ‘Nigdy o tym nie myślał poważnie, zwyczajnie chciał cię postraszyć’.
‘To nie była groźba, wiem lepiej’.
‘Tak sądzisz?’.
‘Jestem pewna, całkowicie’.
Przez chwilę nie odzywał się, następnie wytarł wargi w chusteczkę; wstał od stołu mówiąc ‘Nie mogę sobie jej wyobrazić w tym miejscu’.
‘Widziałeś ją?’.
‘Właściwie to nie’ – odwrócił się do niej – ‘ale Arnold spotkał ją, uznał że jest całkiem fajną kobietą, mile dla oka ubraną, niezwykle inteligentną, i trochę młodszą od niego’.
Agnes również podniosła się od stołu, wsunęła krzesło z lekką niecierpliwością i wyszeptała do siebie ‘Fajna kobieta’, w końcu odwróciła się w kierunku drzwi, zatrzymał ją głos Stanley’a ‘Zaczekaj chwilę, Agnes. Powiedz mi, co mam zrobić? Semestr zaczyna się niedługo, muszę wiedzieć, co dalej’.
‘Dlaczego mnie pytasz? Jeśli nie możesz dogadać się z Ojcem, idź do Arnolda i z nim porozmawiaj’.
‘Ach, Arnold! On się niczym nie przejmuje. Tak samo jak Roland. Dostali australijskiej gorączki i zamierzają wyjechać, to już przesądzone. Dziwię się, zwłaszcza Rolandowi’.
‘Dlaczego więc nie wyruszysz wraz z nimi? Byłbyś poza naszymi problemami. Zapewniłbyś sobie pewniejszą przyszłość’.
‘Nie chce płynąć do Australii. A poza tym Roland i Arnold nie uwzględniają mnie w swoich planach. Nigdy nie zapytali, czy chciałbym do nich dołączyć’.
To była prawda. Żaden z braci nie był zżyty ze Stanley’em. Może, dlatego że widzieli w nim podobiznę ojca. Kiedy tak mu się przyglądała pomyślała, Ciekawa jestem czy kiedykolwiek pomyśleli, co ze mną się stanie; była zaskoczona, kiedy swoje myśli wypowiedziała na głos ‘Czy któryś z was zastanawiał się, co ze mną się stanie… czy z Millie?’.
Stanley zaczerwienił się, po chwili milczenia powiedział ‘No cóż… cóż, byliśmy pewni, że wyjdziesz za Crocford’a. I’ – ciągnął dalej z uśmiechem – ‘może jeszcze nie wszystko stracone. Każdy może się pokłócić… ale to nie musi oznaczać końca’.
‘Nie będzie żadnego godzenia się. A poza tym zostaje jeszcze Millie. Czy któryś z was poświęcił jej, choć jedną myśl?’.
Patrzyła na niego, jak skłania głowę, w końcu spojrzał na nią spod na wpół przymkniętych powiek, w końcu odpowiedział zwięźle ‘Tak’.
Nie zapytała ‘I co?’, nie czekała na to co dalej powie; zamiast tego rzuciła mu jedno ostre spojrzenie, odwróciła się i wyszła. To jego ‘tak’ uświadomiło jej dokładnie, co myślą o Millie jej bracia i co powinno się z nią zrobić.
Kiedy przeszła przez hall zdarzyły się dwie rzeczy. Usłyszała otwieranie i zatrzaskiwanie drzwi na piętrze, oznaczało to, że jej ojciec schodził na dół. Fakt ten sprawił, że pospiesznie skierowała się do kuchni. Ale zanim dotarła do drzwi prowadzących do przejścia przez okno ujrzała Millie przemykającą przez żwirowaną drogę, w kierunku wejścia na podwórze. Jej myśli pracowały intensywnie: Maggie powinna być z Millie, przynajmniej zostawiłam ją z nią.
Przez ostatnie kilka dni wprowadzili niemal więzienny rygor nad Millie, zamykali ją nawet na klucz. To było wręcz konieczne, najważniejsze, że nie wchodziła w drogę ojcu, jak to miało wcześniej często miejsce, w stanie, w jakim się znajdował jej widok mógłby rozniecić w nim najprawdziwszą furię.
Ale, w jaki sposób się teraz wydostała? Och! Maggie. A myślała, że może jej powierzyć opiekę nad Millie.
‘Agnes’. Usłyszała gruby głos, zupełnie zamroczony, obróciła się szybko i ujrzała ojca powoli pokonującego ostatnie kilka stopni. ‘Chciałbym zamienić z tobą słówko’. Nawet na nią nie spojrzał, zaczął iść w stronę gabinetu, który znajdował się na końcu krótkiego przejścia prowadzącego z hallu. Zatrzymał się jednak, kiedy usłyszał jej głos ‘Ja… przyjdę do ciebie Ojcze za kilka minut. Muszę tylko…’.
‘Natychmiast! Słyszysz mnie? Zaraz!’.
Wyglądał przerażająco, wystarczająco groźnie by podejść do niej i użyć siły, wiedziała, że jest do tego zdolny, jeśli tylko mu się postawi. Przez chwilę ważyła w myślach, co powinna zrobić, co było ważniejsze, Millie udająca się na jedną ze swoich małych eskapad, o tak wczesnej porze dnia, co było dowodem na to, że zmieniła swoje zwyczaje, czy uporać się z tym człowiekiem, którego się brzydziła i który dzień w dzień wzbudzał w niej strach.
W końcu poszła za nim, do jego gabinetu, zamknął drzwi, wcale nie łagodnie, ociężale ruszył w stronę fotela stojącego za biurkiem, które zawalone było stosem papierzysk, wyglądające tak jakby przed chwilą ktoś je tu niedbale przerzucał. Chwycił pióro, zaczął lekko stukać jego końcówką o blat biurka, jego wzrok był nieruchomo skierowany na tą czynność, kiedy odezwał się wartko ‘Mamy spore kłopoty, wiesz o tym? Jest spore zainteresowanie naszą hipoteką’. Przyglądał się jej, ciągnąc dalej ‘Ja… zamierzam sprzedać parę obrazów. Pojutrze ma przyjechać facet z Londynu. W międzyczasie potrzebuję pieniędzy, i to natychmiast. Ten… ten…’ – opuścił wzrok na pióro – ‘pierścionek, który dostałaś od matki…’. Kiedy zobaczył jak zmienia się jej twarz, zaczął krzyczeć ‘Co należało do twojej matki, prawnie jest moją własnością. Nie miała prawa oddawać go tobie’.
‘Ten pierścionek jest mój, ojcze, i pozostanie przy mnie’.
‘Na Boga!’. Podniósł się. ‘Nie zadzieraj ze mną, dziewczyno. Nie jestem w nastroju na takie sprzeczki. No dobrze’ – odetchnął głęboko – ‘Kiedy sprzedam obrazy zwrócę ci kwotę jaką jest wart. Wiem, że dużo na tym zarobimy’.
‘To samo mówiłeś o miniaturach, i sam wiesz jak było’.
‘To, co innego, zostały sprzedane tutaj, w Newcastle. Oszukali nas. A tamci z Londynu wydają się szczerzy, poza tym mają do tego smykałkę… więc zgódź się, daj mi go’.
‘Nie, zabrałeś całą biżuterię Matki. Dlaczego nie odbierzesz jej z powrotem od tego kogoś komu je podarowałeś. To nie powinno być trudne’.
Zatoczyła się do tyłu, zakryła twarz, kiedy ujrzała jak chwyta za ciężki przycisk do papieru, stała tak dopóki nie rozluźnił palców i nie powiedział ‘No dobrze. Dobrze’. Odburknął ‘Możesz zatrzymać swój pierścionek, aha, panienko, kiedy tylko otrzymam pieniądze za obrazy umieszczę tamtą w miejscu, gdzie powinna się była znajdować już do dawna… od bardzo dawna. Zaczekam tu jeszcze jakieś piętnaście minut; wszystko zależy od ciebie’.
Z trudem wyszła z pokoju o własnych siłach, a kiedy znalazła się na korytarzu, pierwszym jej odruchem było wbiec do kuchni i powiedzieć wszystkim, żeby zaczęli szukać Millie i rzucić się w objęcia Peggy, zapytać się ‘Co zrobić, co mogę zrobić?’. Ten pierścionek był jej jedyną własnością, jedynym zabezpieczeniem; chociaż właściwie nie do końca znała jego wartość. Wbiegła szybko na schody, na półpiętrze spotkała roztargnioną Maggie, która zaczęła szlochać ‘Panienko! Panienko! Czy panienka widziała ją? Zostawiłam ją dosłownie na minutę. Spała jak małe dziecko, a ja mam problemy z żołądkiem, miałam je całą zeszłą noc, przez owoce. Ja musiałam na chwilę wyjść. Nigdy nie pomyślałabym, że obudzi się tak szybko. Naprawdę, ona spała, jak…’.
‘Idź i poszukaj jej. Ja za chwilę przyjdę. Powiedz Dave’owi i Peggy. Idź prosto nad jezioro’.
Weszła prędko do swojego pokoju, podeszła do dolnej szuflady niewielkiej skrzyni, zaczęła przetrząsać bieliznę, wyjęła skrzyneczkę, w której spoczywały listy i gdzie znajdował się pierścionek, spoczywający w kawałku aksamitu. Celowo ukryła skrzynkę, wiedząc że ojciec zacznie przeszukiwać jej pokój, zwłaszcza, jeśli taka sytuacja powtórzy się znowu.
Podniosła pierścionek, przyglądając się mu, kamienie błyszczały na jej wyciągniętej dłoni. Gdyby tylko mogła się mu przeciwstawić. Ale wiedziała, że cokolwiek zrobi z pieniędzmi z obrazów i tak dotrzyma obietnicy co do Millie, i to z ogromną radością…
Minutę później ponownie stała przed biurkiem. I zrobiła bardzo śmieszną rzecz, rzecz, którą sobie później jeszcze długo wyrzucała; to był splot zdarzeń następujących po sobie; rzuciła mu w twarz drogim dla siebie przedmiotem. Pochyliła się w kierunku ojca, jej twarz na wyciągnięcie ręki od jego twarzy, zasyczała ‘Dobrze się mu przypatrz zanim go sprzedasz, i zapamiętaj, że to symbol miłości, miłości, którą moja matka żywiła dla człowieka, który i ją kochał. Miałeś swoje kochanki, tanie dziwki, jedna po drugiej, a ona miała jedną miłość prawdziwego mężczyzny'.
Po raz pierwszy i chyba jedyny raz ujrzała w jego oczach mord, odwróciła się i uciekła z pokoju. Biegła korytarzem, poprzez hall, prosto do kuchni; zatrzymała się tutaj, pochylając się nad stołem, patrzyła na puste pomieszczenie. Wszyscy szukali Millie, wiedzieli, że o tej porze dnia mogą ją zastać na drodze, jak to było kiedyś, kiedy wybrała się na wędrówkę. Wtedy, kierowca Parker’ów, roznosiciel z Newcastle, przywiózł ją, była już całkiem blisko Lamesley. Usłyszała po raz pierwszy przezwisko „Ćma Thormana’. Kierowca, miły człowiek powiedział ‘Słyszałem to i owo o ćmie Thormana. To zabawne, panienko, ale kiedy tylko ją ujrzałem wiedziałem, kim jest. To taka ładna, drobna dziewczynka’.
Ta drobna dziewczynka miała wtedy szesnaście lat.
Gdzie był Stanley? Na pewno nie szukał Millie, pewnie przyszedłby prosto do niej, od progu zawodząc ‘Och, nie, nie znowu’. Nie, Stanley pewnie jest w swoim pokoju, przyglądając się swojej twarzy, strzygąc wąsy. Był niezwykle próżny, i wyczulony na punkcie swojej cery i wąsów…
Którędy mogła iść? Zatrzymała się na podwórzu, skierowała się w kierunku dziedzińca, do bramy. Ale zanim do niej dotarła, nagle zamarła na odgłos delikatnego śmiechu. Obróciła się i spojrzała w stronę przybudówki z narzędziami. Za chwilę była już przed drzwiami, uchyliła je na oścież, ujrzała Millie siedzącą na drewnianym pieńku, jej twarzyczka jaśniała, trzymała się za boki, całe jej ciało trzęsło się ze śmiechu, a naprzeciw niej, blisko piecyka, siedział Bradley. Mieszał jakiś gruby, ciemny budulec w misce, patrzył na nią bez żadnej oznaki zdziwienia, kiedy tak stała trzymając drzwi, czuła równocześnie ulgę i gniew. Ale zanim mogła dać upust którejś z tych emocji, Millie powiedziała ‘Och, tu jesteś Aggie. Bradley mówił mi, w jaki sposób robi się statki i co muszą zrobić żeby upewnić się, że te żelazne pudełka nie zatopią się, kiedy kładą je na wodzie, bo żelazo jest ciężkie, wiedziałaś o tym, Aggie? Bradley wprawia mnie w śmiech. Prawda, Bradley? Poleruje teraz uprząż’.
Robert spojrzał na dół, na swoją dłoń, która nadal mieszała miksturę z żółtego wosku, glejty, czarnej kości słoniowej. Powiedział ‘Nie zawsze wiadomo, co jest śmieszne, panienko. Kiedy starasz się być zabawny, nigdy się nie udaje’.
Och! Ten człowiek. Agnes zacisnęła zęby. Był najbardziej niemożliwym mężczyzną, jakiego spotkała. Był dla niej taki miły poprzedniego wieczoru, że zmieniła zdanie o nim, a on siedział sobie tutaj, wiedząc że wszyscy szukają Millie, nic nie zrobił żeby ich uspokoić, po prostu tu siedział i opowiadał jej opowiastki.
Przerwała w myślach tą ostrą krytykę, kiedy wstał i podchodząc blisko niej wyszeptał cicho ‘Przyprowadziłem ją do domu, ale nikogo tam nie było i wtedy usłyszałem’ – przerwał – ‘pana domu, jego głos nie brzmiał przyjemnie, więc pomyślałem, że najlepszą rzeczą będzie przyjście z panienką Millie tutaj’. Patrzył jej teraz prosto w twarz ‘Dobrze zrobiłem, prawda panienko?’.
Pomyślała raz jeszcze, Och! Ten mężczyzna. Miał w zwyczaju przyznawać sobie rację, tak jak to zrobił w sprawie swojej kuzynki. No cóż, wtedy postąpił dobrze, pewnie i teraz tak było, gdyby jej ojciec zobaczył Millie tego ranka nie mogła sobie wyobrazić, co by się mogło stać.
Wyciągając dłonie w kierunku Millie powiedziała ‘Chodź’. Spojrzała na Roberta dodając ‘Czy możesz powiedzieć reszcie, że z nią wszystko dobrze?’.
‘Oczywiście, że ze mną wszystko dobrze. Zawsze czuję się dobrze ilekroć jestem z Bradley’em’.
Agnes powoli odwróciła głowę i popatrzyła na Roberta, powiedziała miękko ‘Przepraszam’, tak jakby przepraszając za niewypowiedziane słowa nagany, on odpowiedział na to ‘Wszystko w porządku, panienko. Nie ma panienka, za co przepraszać. Pójdę teraz i powiem wszystkim’.
Gitka - Czw 26 Paź, 2006 18:33
Mniam, mniam Moniko, jaki duży fragment.
http://www.bbc.co.uk/tyne...kson_moth.shtml
Monika - Czw 26 Paź, 2006 18:43
Gitko, skąd bierzesz te zdjęcia? W necie ciężko coś znaleźć, a tak w ogóle to strasznie nieznany jest ten nasz filmik szerszej publice :cry: A ja nadal nie ustaję w wysiłkach, żeby go zdobyć, eh... jak to się mówi, nadzieja matką głupich ??:
Monika - Pią 27 Paź, 2006 11:42
Cd...
Około godziny dziesiątej Reginald Thorman pojechał dwukołówką do Newcastle. Wrócił o czwartej. Był wstawiony, choć nie całkiem pijany, uważał tak Greg Hubbard, powiedział to Robertowi, który wrócił z pola, gdzie pomagał Arthur’owi Bloom’owi. ‘Jeśli przebrnie przez jedną czwartą butelki to przeważnie zabiera ją ze sobą na później . Potrafił zawsze sporo wychylić, ale jeszcze nigdy nie widziałem go w tak złej kondycji, nie o tak wczesnej porze dnia. Coś złego musiało się wydarzyć’.
O tak, coś naprawdę złego działo się w tym domu, rozmyślał Robert; zamierzał uczynić jakiś krok, ponieważ miał dziwne wrażenie, że niebawem zostanie wciągnięty w coś co nie przyniesie mu nic dobrego. O nie, nie będzie w tym nic dobrego, coś co może go zniszczyć, a on nie zamierzał siedzieć i czekać z założonymi rękami.
Będąc rozsądnym człowiekiem, zdał sobie sprawę jak bardzo żałuje opuszczenia Jarrow i Palmer’ów, ponieważ patrząc w przeszłość, życie tam może nie było łatwe, ale było to jak przyjemne wody laguny przyrównane do niespokojnych mórz, po których żeglował odkąd tylko przybył w rejony tej części świata. O tak, powinien stąd odejść, najszybciej jak to możliwe, z dala od tej okolicy.
Miał dziś wolny wieczór, zamierzał wybrać się do The Bull, omówić pewne sprawy z Billy’m i Mary. Byli tu chyba jedynymi rozsądnymi ludźmi, których spotkał, i na pewno mieli dobrze poukładane w głowie.
Był już ubrany i gotowy do drogi. Istniał jednak zwyczaj, który wprowadził Dave Waters, należało powiedzieć w kuchni, dokąd się wychodzi i mniej więcej, o której godzinie zamierza się wrócić. Wszyscy siedzieli w kuchni, wokół stołu jedząc posiłek, Dave, Peggy i Ruthie Waters, Maggie i Betty Trollop oraz Greg Hubbard.
Peggy odezwała się ‘Nie chcesz czegoś przegryźć?’. Prawie zawsze pytała go o to, w jego wolne dni a on zazwyczaj odpowiadał ‘Nie, dziękuję pani Waters’.
Maggie powiedziała ‘Niezły z ciebie gość. Gdyby nie dziewiątka dzieci i mąż, który zbzikował z zazdrości na moim punkcie, to kto wie…’.
Dave, którego twarz zesztywniała odwrócił się w jej stronę, żeby przywołać ją do porządku, ale wszyscy pozostali wybuchli śmiechem, który zagłuszył jego słowa, a kiedy ucichła wrzawa usłyszeli jak mówi ‘Przystojny ten, kto przystojnie zachowuje się…’.
Robert spoglądając na tego Starego Sztywniaka, jak go w myślach często nazywał, uśmiechając się szeroko, powiedział ‘No, no, pierwszy raz słyszę żeby ktoś mi nadawał taki przydomek’.
Ucichł śmiech, nawet z twarzy Maggie zniknął uśmiech, pomyślała, że oto co różni Roberta od tych wszystkich durni, którzy najmowali się tu i odchodzili przez ostatni rok: bardzo często ton i słowa, które dobierał brzmiały inteligentnie, mądrze, a wszystko dlatego, że tyle czytał. Na przykład wczoraj wieczorem, tutaj w kuchni rozmawiali o tym, że większość służby potrafi czytać i pisać, nie gorzej od niego, ale oni nie wykorzystywali tej wiedzy w taki sposób jak Robert. Czasem przedrzeźniali jego zwyczaj mówienia przez nos. Ale nie uważała, że w taki sposób mówi, jego głos był zbyt głęboki i szorstki żeby ktokolwiek wziął go za kogoś z wyższych sfer.
‘Pójdę już. Powinienem być z powrotem zanim się ściemni’.
Kiedy dotarł do niego szept Dave’a Waters’a ‘Zobaczymy’, zamierzał odwrócić się i powiedzieć ‘A żebyś wiedział’. Ale dał sobie spokój i wyszedł, minął wybieg dla koni i zapuszczony ogród, gdzie drzewa przerzedzając się prowadziły ścieżką do jeziora, jak nazywano tutejsze rozlewisko. Dzisiaj nawet nie zatrzymał się by choćby rzucić na nie okiem; chciał być jak najdalej od tego miejsca.
Bill i Mary Taggart przywitali go ciepło i w przerwie między obsługiwaniem klientów podchodzili do niego do baru i rozmawiali z nim. Nie było nowych wiadomości o wuju, ciotce i Carrie: dziecko w brzuchu Carrie rosło, ojciec kazał jej chodzić, co niedzielę do kościoła, gdzie biedna dziewczyna siedziała w ławce z pochyloną głową. Całe szczęście, że pastor miał na tyle taktu, że w kazaniach nie poruszał tematu grzechu rozpusty. Co musiało, jak mówił Billy, bardzo rozczarować jego wuja.
Oboje, Bill i Mary rozumieli jego uczucia, jego pragnienie opuszczenia Foreshaw Park. Nikt nie zagrzewał tam dłużej miejsca, poza kilkoma starymi mieszkańcami, którzy i tak nie mieli dokąd iść. A przecież pracy było mnóstwo, nie tylko tutaj. Chociażby Birtley. Sporo się tam działo, mógłby dostać pracę wszędzie. W Birtley prosperowała fabryka żelaza i kopalnia węgla. Oczywiście niemal wszystko było własnością lorda Ravensworth’a i Spółki żelaznej Birtley. I jak z każdym szefem, tak i z nimi trzeba walczyć o lepsze pensje. Rekompensatą było jednak mnóstwo wolnych pokoi, bibliotek i tysiące książek w nich. To powinno go przekonać. I oczywiście, mówiąc o pracy, nie powinien zapominać o pracach budowlanych. O tak, tam właśnie powinien się udać, do Birtley.
Tak, tak jak mówili, Birtley byłoby najlepszym posunięciem, jutro z rana powie w domu dokładnie gdzie mogą sobie wsadzić pracę, w której jest parobkiem do wszystkiego. Pracuje po dwanaście, czternaście godzin na dobę i za co? Ech! Musiał zwariować żeby zgodzić się na taką robotę. Dziesięć szylingów na tydzień!...
Zmierzchało, kiedy żegnał się z przyjaciółmi, machając też do trójki bywalców knajpy. Pomimo półmroku świat spowity był ciepłą łuną poświaty, zawieszoną nad ziemią, dziś jednak nie potrafił dostrzec w tym piękna. Uwielbiał zachody słońca bardziej od wschodów. Kochał tą porę dnia, kiedy światło powoli gaśnie i nastaje noc, a zwłaszcza, kiedy opromieniona jest księżycem. Ta chwila tchnęła spokojem, którego nie było przy wspaniałych wschodach słońca. Wschody zwiastowały nastanie nowego dnia: tego co mógł przynieść, ciało i umysł przygotowywało się do pracy, podczas gdy wieczór dawał wytchnienie.
Boczna droga stała się dla niego znajomym traktem. Zawsze przeskakiwał rów, gdzie sztachety ogrodzenia leżały na ziemi, nie miał dotąd czasu się tym zająć. Przez ostatnie dwa tygodnie pracował przy ocieplaniu ściany graniczącej z główną drogą podjazdową, od południowej strony. A kiedy teraz kroczył po ogrodzeniu pomyślał sobie, no cóż, to nie ja się tobą zajmę, to już pewne.
Kiedy zeskoczył z płotu zdarzyło się coś dziwnego, usłyszał płacz, wiedział mniej więcej skąd go słychać i kto płacze. Nie było drugiego takiego śmiechu czy płaczu, nikt nie mówił w sposób, w jaki rozmawiała Ćma. I tak właśnie o niej w tej chwili myślał, to określenie pasowało do niej jak żadne inne.
Płakała urywanym łkaniem, które ustawało zanim mógł ustalić dokładnie miejsce, zaczął biec między drzewami, w kierunku, który wybrał pierwszej nocy, a nie w lewą stronę na ścieżkę, którą przemierzał przez ostatnie tygodnie wracając do domu.
Kiedy dotarł na polanę, gdzie trawa chlupotała pod stopami, rosnąc niedaleko jeziora, momentalnie zatrzymał się, ponieważ tam, w gasnącym już świetle ujrzał dwie szamoczące się postacie...
Gitka - Sob 28 Paź, 2006 16:46
Moniko, jak szybko następny fragment, dziękuję
Rzeczywiście zdjęć z "The Moth" jest bardzo mało, tym bardziej się cieszę, że coś tam znajduję w wyszukiwarce.
Mag - Pon 30 Paź, 2006 13:35
Dziekuje Moniko -to na prawdę wciągająca powieść. :smile:
Monika - Sob 11 Lis, 2006 16:21
Dziewczyny, wybaczcie tą przerwę w tłumaczeniu, naprawdę staram się jak mogę
Cd...
Nie dobiegał od nich żaden dźwięk, przynajmniej on z tej odległości nic nie słyszał. Niedaleko nich ujrzał leżącą na ziemi panienkę Millie. Zamierzał tam podejść, kiedy usłyszał z oddali stłumione pojękiwanie. Na krawędzi kamieniołomu stał już tylko jeden mężczyzna. Kiedy zbliżył się do niego i obrócił twarzą do siebie zobaczył Dave’a Waters’a, jego usta były szeroko otwarte, a w jego wytrzeszczonych oczach kryła się groza. Patrzył na szczękę mężczyzny, którą otwierał i zamykał, zdołał w końcu wydusić z siebie ‘Próbo… próbował ją zabić. Chciał ją zabić…’.
Robert zostawił go i odwrócił się w kierunku Millie, jej stopy zwisały nad krawędzią szybu. Natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że była nieprzytomna, kiedy chwycił ją pod ramiona i odciągnął od przepaści krzyknął do Waters’a ‘Kto? Kto to był?’, chociaż tak naprawdę nie musiał pytać. Mężczyzna nie odpowiadał, Robert stał przed nim i potrząsał nim, stał nadal z otwartymi ustami, patrząc w kierunku postaci leżącej jak bezwładny worek na samym dole.
Odwrócił się i spojrzał na Roberta, dramatycznie, niemal dziecinnym głosem wyszeptał ‘Pan.. on… próbował ją zrzucić. On… zamierzał ją… chciał… chciał’.
‘Już dobrze. Dobrze. Zobacz, podejdź tu’. Robert odciągnął go od krawędzi i poprowadził w kierunku Millie, powiedział ‘Usiądź przy niej. No już’. Zmusił go do żeby usiadł na trawie. ‘Bądź przy niej na wypadek gdyby przyszła do siebie. Nie ruszaj się stąd; wrócę za chwilę’.
Odwrócił się i zbiegł ze skarpy na plażę, graniczącą z jeziorem, biegł naprzód, wzdłuż leżących głazów. Lecz zanim zbliżył się do spoczywającej na ziemi postaci, zatrzymał się nagle. Głowa mężczyzny leżała na kamiennym występie. Jego twarz zalana była krwią; jedno ramię spoczywało wzdłuż piersi, drugie leżało na ziemi, lecz obie ręce ułożone były bezwładnie.
Dygotał z każdym krokiem zbliżając się. Nie od razu dotknął ciała, ale w końcu chwycił nadgarstek mężczyzny szukając pulsu. Nie było go. Ale, przekonywał siebie, cóż on mógł wiedzieć o pulsie. Ten człowiek mógł po prostu być nieprzytomny. Powinien zobaczyć czy serce bije. Ostrożnie wyciągnął dłoń i wsunął pod płaszcz i pod koszulę. Palcami wyczuł guziki koszuli i jedwab kamizelki. Przesunął je nieznacznie w lewo i kładąc płasko dłoń na żebrach mężczyzny czekał kilkanaście sekund, ale nic nie poczuł.
Kiedy wyprostował się, spojrzał na dół na ciało mężczyzny i głośno wymamrotał ‘Boże wszechmogący! Co robić?’.
W drodze powrotnej nie biegł na plażę, ani do miejsca, gdzie Dave siedział przy swojej ukochanej, małej niezrównoważonej panience. Szedł powoli, lecz jego umysł pracował intensywnie, jak nigdy do tej pory. Mężczyzna nie żył. Będzie to ulga dla tylu osób, zwłaszcza dla jednej, choć nawet w myślach nie używał jej imienia. Zanim zbliżył się do Dave’a miał już zarys tego, co zamierzał uczynić, uważał, że cholernie niesprawiedliwe byłoby gdyby ktoś miał iść do więzienia i zawisnąć przez tego tu mężczyznę. Nie zaznał cienia sympatii od starego Waters’a lecz nie chciał żeby spotkało go coś złego; i cokolwiek stałoby się z nim uderzyłoby to także w jego najbliższych.
Waters siedział skulony, nadal trzymając rękę Millie, raźnym głosem Robert przemówił do niego ‘Wstań. No proszę wstać, panie Waters’. Niczym rozkazu, posłuchał go i podniósł się, mamrotać ‘Zamierzał… on… chciał…’.
‘Tak, wiem, wiem’.
‘Czy… jest ranny?’.
Robert popatrzył mu prosto w oczy i powiedział ‘Z tego, co wiem, nie żyje’.
‘O Boże!’. Waters pochylił się jakby zamierzał zwymiotować, wtedy Robert szorstko przywołał go do porządku ‘Człowieku, zbierz się do kupy. Nic o tym nie wiesz. No szybko, zabierz ją stąd’.
‘Ale… znajdą go’.
‘O to się nie martw’. W głosie Roberta pobrzmiewało żądanie i brutalność. ‘No już. Pomóż mi z nią’. Uklęknął przed nią, ujął jej twarz w swoje dłonie i mocno uderzył, mówiąc ‘Proszę się obudzić panienko Millie. Proszę. No już, proszę wstać’.
Powoli otworzyła oczy i popatrzyła na niego. Spróbowała wstać, ale cały jej wysiłek zdawał się na nic, opadła bez sił. Ujął ją pod ramiona, podniósł i powiedział ostro do Waters’a ‘Chwyć ją pod drugie ramię’. Kiedy Dave Waters nie ruszył się z miejsca, Robert niemal wrzasnął na niego ‘Człowieku! Co z tobą? Czy nie dostrzegasz powagi sytuacji? Musisz wziąć się w garść. No chodźże!’. Mówiąc to okręcił jedno ramię wzdłuż talii Millie, drugie ramię położył na ramionach Dave’a, ruszył najszybciej jak mógł w kierunku drzew, ciągnąc ich za sobą.
Anonymous - Sob 11 Lis, 2006 16:53
Jejku, jejku...
Coś sie dzieje...
Gitka - Nie 12 Lis, 2006 12:05
Moniko, bardzo dziękuję za kolejny fragment.
Dzieje się dzieje...
Monika - Nie 12 Lis, 2006 13:11
Było już niemal ciemno, kiedy dotarli na podwórze i w końcu na korytarz. Kopniakiem Robert otworzył drzwi kuchni, Peggy i Ruthie zaczęły wrzeszczeć, lecz kiedy krzyknął ‘Zamknijcie się i weźcie ją’ chwyciły Millie i usadowiły ją na ławce, podczas gdy Robert podprowadził Waters’a do fotela niedaleko paleniska.
Kiedy mężczyzna już siedział, Robert opadł na krzesło i obrócił się naprzeciw Dave’a i gwałtownie zaczął mówić ‘A teraz posłuchaj mnie. Słuchaj i zrób, co powiem. Nic nie wiesz, nic nie słyszałeś. On był pijany, na pewno był, bo tam na dole było czuć od niego jak z gorzelni. Poszedł się przejść i spadł ze skarpy. Czy rozumiesz?’.
‘Ale…’.
‘Wiem. Musiałeś stanąć w jej obronie’. Szarpnął głową do tyłu. ‘Ale czy uwierzą w to?’.
‘Uwierzą w co?’. Peggy Waters stała teraz przed nim, spojrzał na nią i odpowiedział krótko ‘Thorman zamierzał zabić panienkę Millie, a pani mąż próbował go powstrzymać. Wdali się w bójkę i… pan ześlizgnął się ze zbocza kopalni. On… on nie żyje’.
‘O… mój… Boże! Och nie!’.
‘O tak. I przestań, nie wpadaj w panikę. Wysłuchajcie, co chcę powiedzieć’. Obrócił głowę w kierunku Maggie, która właśnie do nich dołączyła i to ona właśnie przemówiła ‘Coś powiedział? Czy dobrze słyszałam? Pobił się z panem i teraz on nie żyje?’.
‘Nie bił się z nim. Wbijcie to sobie do głów. Nie wychodził z kuchni tej nocy. I lepiej uwierzcie w to, bo nie chcecie chyba zobaczyć go na stryczku? Chociaż byłem tego świadkiem, czy myślicie, że dadzą wiarę słowom zwykłego robotnika, w to że Dave próbował ocalić niezrównoważoną dziewczynę? Bo tak na pewno ją określą, szaloną, niezrównoważoną i nic ich nie będzie obchodził jakiś służący przechodzący tamtą drogą… gdzie jest panienka Agnes?’.
Maggie raz jeszcze odpowiedziała ‘Jest w łóżku. Ma ten sam problem, co my wszyscy. To przez owoce, za dużo ich zjedliśmy’.
‘No to lepiej obudź ją i powiedz żeby tu zeszła’.
‘Tak zrobię. Tak zrobię’. Maggie odwróciła się i wybiegła z kuchni. I nie więcej niż w trzy minuty była z powrotem, razem z Agnes.
Agnes stała po środku kuchni spoglądając na tego mężczyznę, mężczyznę, którego czasami nawet lubiła, ale do którego najczęściej czuła intensywną antypatię, jaką czują pewnie wszyscy właściciele do służących nieznających swego miejsca. A kiedy już powiedzieli jej o wszystkim, wyszeptała ‘Nie żyje? Ojciec nie żyje?’. Patrząc na nią, Robert powtórzył cicho ‘Tak, jest martwy. I wszystko będzie łatwiejsze jeśli… jeśli znajdą go trochę później. My.. no cóż… może panienka zacząć się martwić o niego. Czy… czy panicz Stanley jest w domu?’.
Przez moment nie odpowiadała, zastanawiała się, w końcu odrzekła ‘Nie, nie. Wcześniej pojechał do Davidson’ów, ale… powinien niebawem wrócić’.
‘No więc, jeśli mogę coś zasugerować, niech się panienka ubierze i spotka się z nim i powie… No cóż’ – popatrzył po twarzach wszystkich osób – ‘i powie mu, że martwi się o ojca, ponieważ był znowu pijany i to bardzo i możecie zacząć szukać go. Najlepiej będzie, jeśli to on go znajdzie. Jeśli tak się stanie, wszystko powinno pójść gładko. Chodzi mi o to, że nie będzie trzeba tłumaczyć, co się naprawdę stało’.
Teraz Agnes obróciła się i spojrzała na Dave’a i Peggy, która stała blisko niego, podeszła do nich, wzięła jego dłoń i powiedziała ‘Och, Dave. Dave’.
‘Ja… tak mi przykro, panienko Agnes’. Głos, który przez te wszystkie lata nabrał autorytetu teraz brzmiał ledwie jak szept. Mówił, że przeprasza. A przecież nie powinno być mu przykro. Jakaś część w niej przepełniona była ulgą, mimo że czuła się przez to winna.
‘Tata wziął mnie na spacer’.
Wszyscy odwrócili się w kierunku Millie, która patrzyła na nich. W jej oczach było oszołomienie i zakłopotanie, powtórzyła ‘Tata zabrał mnie na spacer’.
Odwracając się do Maggie, Agnes powiedziała ‘Pozwoliłaś… ją zabrać?’.
‘To było tak panienko. Grałyśmy w karty w jej pokoju i wtedy przyszedł pan. On był… no… pijany. Ale był miły.. i rozmawiał z nią a ona wydawała się być szczęśliwa z tego powodu. I zabrał ją na zewnątrz, więc co mogłam zrobić? Wydawało mi się to takie zabawne, on nigdy dotąd nie pragnął jej towarzystwa, więc poszłam do panienki, ale panienka spała i tak się wcześniej źle czuła, że ja… pomyślałam, że zaczekam cierpliwie. Zeszłam na dół i… mówiłam ci Ciociu, prawda? I powiedziałaś mi żebym lepiej o wszystkim powiedziała Wujkowi. Był w szklarni i opowiedziałam mu co zaszło. Wtedy wróciłam… a panienka nadal spała. Więc… co mogłam zrobić’. Rozłożyła szeroko ramiona, w geście bezradności.
‘Tata zabrał mnie na spacer’.
‘Zabierz ją, Maggie, dobrze? I zostań przy niej’ – akcentując ostatnie słowa – ‘zanim nie wrócę’. Wydawało się, że Millie nie jest w stanie ani zaoponować ani ruszyć się z miejsca, Ruthie wstała i pomogła Maggie, wyprowadziła z kuchni utykającą, biedną istotę. Dopiero wtedy Agnes, patrząc na Roberta powiedziała ‘Myślę… że twoja propozycja jest bardzo dobra, Bradley. Jeśli tylko zdołamy wszyscy się opanować i pamiętać żeby zachowywać się jak ustaliliśmy’.
‘Nie widzę powodu dlaczego nie miałoby się udać, panienko’. Wtedy, zniżając ton dodał ‘Jeśli tego nie zrobimy, konsekwencje będą… no cóż, raczej’- przerwał i rzucił spojrzenie w kierunku Dave’a, siedzącego ze spuszczoną głową, podążyła za jego wzrokiem, zwracając się nie do niego, lecz do Peggy, rzekła szybko ‘Gdzie jest… gdzie jest Betty?’.
‘Wysłałam ją do łóżka, boli ją ząb’.
‘Czy wie cokolwiek na ten temat?’. Patrzyła znowu na Roberta, odpowiedział jej ‘Będzie lepiej, jeśli nic nie wie, jest bardzo młoda i mimo że jest rozsądną dziewczyną, nigdy nie wiadomo. Mogłaby zacząć gadać, rozmawiać z tą swoją ciotką. I chyba to samo tyczy się pana Bloom’a i Hubbard’a’. Nie musiał dodawać, że Bloom wrócił do domu, a Greg był w łóżku, z tą samą przypadłością, która dopadła niemal wszystkich domowników. Wyjął zegarek z kieszeni, otworzył wieczko, mówiąc ‘Czas ucieka’. Nie powiedział dosłownie ‘Nie powinnaś iść na górę i się ubrać?’, ale Agnes zrozumiała go, spojrzała na Peggy mówiąc ‘Nie zajmie mi to dużo czasu’ i szybko wyszła z kuchni.
Po jej wyjściu, Robert patrząc na Peggy Waters powiedział cicho ‘Pójdę do swojego pokoju. Kiedy panicz Stanley wróci, przyślijcie po mnie natychmiast. Rozumiesz?’.
Peggy skinęła głową, jej oczy były szeroko otwarte, ujrzała go niczym pana tego domu, słyszała jego ton pełen autorytetu i ciężko jej było to wszystko ogarnąć.
Kiedy ruszył w kierunku drzwi, wymamrotała ‘Dziękuję. Dziękuję’. Odwrócił się, skłonił głowę w jej kierunku zanim wyszedł.
Jeśli nawet tam w kuchni czuł się kimś innym, czuł jak rośnie jego siła i pewność, to kiedy wkroczył do pokoju, wszystko wróciło do normy, kiedy odkrył jak cały się trzęsie. Na kredensie stała butelka whisky, nadal była pełna więcej niż w połowie. Wieczorami, kiedy wracał do pokoju zmęczony, życie wydawało mu się monotonne i nudne, podgrzewał kubek wody na kuchence, brał go ze sobą na górę i uwieńczał go kapką whisky i łyżką brązowego cukru. Pozwalało mu to zasnąć, bez przykrych myśli. Wcześniej zdarzało się, że to myślenie, zwłaszcza w późną noc, było niezwykle niepokojące, nie lubił kiedy jego myśli prowadziły go na manowce.
Wypił czystą whisky, ale nic nie mogłoby uspokoić jego nerwów, czy rozgrzać go. Noc była chłodna, w pokoju nie było odrobiny ciepła, patrząc wokół siebie w świetle lampy ujrzał, nie pierwszy raz surowość i ponurość tego miejsca: belki pokryte pajęczyną tuż nad jego głową; szorstka, nierówna podłoga, która jak podejrzewał nigdy nie widziała wody; małe okno z bezbarwnymi firankami. No cóż, i tak nie zamierza długo tu mieszkać, bez względu na wszystko musi stąd odejść, ale kiedy upora się z dzisiejszą sytuacją zabierze się za to miejsce. ‘Bradley’.
Podszedł to szczytu schodów i popatrzył na dół, zobaczył Maggie. Przytrzymywała ręką otwarte drzwi, w drugiej trzymała lampę, zawołała głośno ‘Czy zejdziesz na dół? Jesteś potrzebny. Panicz Stanley jest tu i chce cię widzieć’.
‘Oczywiście. Za minutę zejdę’.
Zanim opuścił pokój minęły dwie, może trzy minuty, schodząc po schodach zabrał przy okazji płaszcz, na podwórzu zapytał ‘Co się stało?’.
Odpowiedź otrzymał od Stanley’a ‘Mój ojciec wyszedł na spacer, prawdopodobnie już jakiś czas temu i nie wrócił. Chciałbym żebyś pomógł w przeszukaniu okolicy’.
Nie odpowiedział ‘Tak, paniczu Stanley’, ale patrząc w kierunku Dave’a Waters’a, stojącego na zewnątrz, podszedł do niego i bąknął, na tyle głośno jednak by wszyscy go słyszeli ‘Jest dopiero dziesiąta, właściciel z pewnością zna swoje tereny’.
‘Zrób to, co ci kazałem, człowieku’.
Robert odwrócił się i spojrzał w kierunku młodego chłopaka, od którego nigdy nie usłyszał jednego dobrego słowa i pomyślał sobie, Boże. Jakże chciałbym cię spotkać kiedyś w ciemnej alejce, młody paniczu. Nauczyłbym cię, że uprzejmość nic nie kosztuje. Nie było tak, że nie był przyzwyczajony do przyjmowania rozkazów od innych. Wrzeszczano na niego często odkąd przekroczył to podwórze, ale to był inny rodzaj obelg, ton głosu nie sugerował, że jesteś nikim, szumowiną czy innym rodzajem podlejszej istoty ludzkiej, stworzonej po to by służyć.
W tej samej chwili myśli Stanley’a podążały tym samym torem, tyle, że z innego punktu widzenia: ten gość chciał tu rządzić, był za bardzo wyzwolony w swoich wypowiedziach. Ale tak jak powiedział, ojciec zna swoje ziemie. Przed chwilą Agnes poinformowała go, że ojciec wyszedł około siódmej godziny, zataczał się, znając go i jego zwyczaje, wiedział, że nigdy na myśl by mu nie przyszło spacerować po okolicy, wolał podróżować dwukołówką lub na konno. Może leży gdzieś w lesie, lub nad jeziorem nieprzytomny. Trzydzieści akrów nic nie znaczą jako mienie, ale w ciemności łatwo można zbłądzić. Zawołał do Dave’a ‘Poszukaj przy wybiegu dla koni, Waters. A ty, Bradley, idź w kierunku północnej stróżówki. A ty Hubbard, pójdziesz ze mną’. A kiedy odwrócił się by odejść zatrzymał się i dodał ‘Zagwiżdż, jeśli znajdziesz mego ojca’. Robert usłyszał pytanie Agnes ‘Czy mam iść z tobą?’, pomyślał „Dobrze gra swoją rolę”. Dosłyszał głos jej brata ‘Nie, ale może trzeba jeszcze raz przeszukać dom, na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo’.
Tak, to prawda. Robert myślał: może jego duch właśnie sobie gdzieś tu spaceruje. Dziś w nocy i jutro będzie się tu dużo działo. Ale co właściwie dzieje się w takich sytuacjach? Czy rozpoczną śledztwo, policja, sąd? A może lekarz po prostu powie, naturalna przyczyna, bez zbędnych słów, alkohol, upadek z dużej wysokości.
...
Monika - Nie 12 Lis, 2006 17:30
Znalazłam kilka zdjęć
The Moth
Anonymous - Nie 12 Lis, 2006 19:31
No i mnie znowu zatkało...
A i zdjątka do tego. W końcu jakieś wyraźna.
Ja chcę obejrzeć ten film!!!
Gitka - Pon 13 Lis, 2006 00:20
Moniko, rozpieszczasz Nas
A te zdjęcia extra, szczególnie jedno bardzo interesujące
Monika - Pon 13 Lis, 2006 14:39
| AineNiRigani napisał/a: |
Ja chcę obejrzeć ten film!!! |
Ja też!!!
| Gitka napisał/a: | Moniko, rozpieszczasz Nas
A te zdjęcia extra, szczególnie jedno bardzo interesujące |
Chyba nie muszę zgadywać, o które zdjęcie Ci chodzi
Gitka - Pon 13 Lis, 2006 15:16
To prawda, bez zgadywania wiemy o które zdjęcie chodzi :oops:
Ja też chcę obejrzeć film!
Mag - Wto 14 Lis, 2006 19:10
I ja!!!
Dzięki Moniko!
Monika - Wto 14 Lis, 2006 23:52
Półgodziny później wnieśli ciało do domu. Niedługo przed północą przybył doktor Miller i potwierdził to, o czym Robert wcześniej myślał. Tak, trzeba wezwać policję; i owszem, zacznie się śledztwo. Informacje te dotarły do kuchni, do Peggy. Powiedziała ‘Trzeba go gdzieś położyć, a ja nie mogę ścierpieć tego żeby go dotknąć’. Odwracając się do Ruthie dodała ‘Musisz mi pomóc’.
‘Nie ja, proszę pani’, odpowiedziała Ruthie. ‘Nie mogłabym tego zrobić, chyba zwymiotowałabym’. W tej samej chwili Robert znowu zdumiał się elastycznością i pełną kompromisu postawą Maggie, która cicho, bez cienia rozbawienia w głosie powiedziała ‘Nie martwcie się, ja się tym zajmę, ułożę go w jego pokoju. Nie raz pomagałam tam przy takich czynnościach’. Skinęła nieznacznie głową w prawo, tak jakby Irlandia leżała niedaleko, tuż za podwórzem.
Maggie była dobrą dziewczyną, jedną na tysiąc. Co sobie myślał Bóg dając jej taką twarz? Ale przecież, kiedy lepiej się ją pozna, zapomina się o tym jak wygląda… Mężczyźni popełniają błąd nie dostrzegając jej. Kiedy opuściła kuchnię powiedział ‘Pójdę się położyć, bo jutro będzie ciężki dzień. Dobranoc’. Skinął Peggy, następnie Ruthie i na końcu Dave’owi. Kobiety odpowiedziały na jego gest mówiąc ‘Dobrej nocy, Bradley’. W tonie ich głosu dosłyszeć można było jakąś miękkość, jakby coś się zmieniło.
Waters nic nie odpowiedział, ale kiedy Robert ruszył w kierunku drzwi podążył za nim, przez sień aż do drzwi na podwórze, które nadal było oświetlone blaskiem lampy, huśtającej się na żelaznym kinkiecie przy ścianie; i tu zatrzymał się wpatrując się w Roberta, lecz nadal nie mówiąc słowa. Robert kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny powiedział ‘Wszystko będzie dobrze, najgorsze już za nami. Nie martw się jutrzejszym dniem’. Odwrócił się i spojrzał w niebo. ‘To co powiedziałeś dziś lekarzowi, powtórzysz jutro: ostatni raz widziałeś pana w jadalni, tuż po posiłku. I tak, dużo pił. I to wszystko. Dobranoc, spróbuj się przespać trochę’. Odwrócił się, lecz dodał jeszcze ‘Mam pomysł, jak sprawić żeby sytuacja była znośniejsza dla nas wszystkich tutaj’.
Dave Waters nie powiedział słowa, ale nie spuszczał wzroku za postacią oddalającą się podwórzem, z mężczyzny, którego nie znosił, od kiedy po raz pierwszy go zobaczył: w jego oczach był za bardzo mieszczański, nie pasował do tutejszych zwyczajów. Rzucała się w oczy ta jego hardość, brak poszanowania dla ludzi z wyższych sfer. Był uprzejmy, to na pewno, ale pod powłoczką grzeczności tkwiła arogancja i każdy z ich stanu wiedział, że taka ambicja i wyniosłość była przywilejem jednej klasy, i daleko się nie zajdzie pracując dla ludzi wyżej od nas stojących. I jeśli, tak jak ten typ tu, będziesz miał na tyle odwagi żeby obnosić się z tym, jest to już zwykła zarozumiałość. No cóż, może i w jego słowach nie znać zarozumialstwa, nie widać po nim by zadzierał nosa. Jednakże było w nim coś takiego, co upominało się o więcej, o coś, do czego nie miał żadnych praw, nie jako jeden z nich.
Ale dzisiaj, teraz, wziął wszystko na siebie. Tak, naprawdę uratował mu życie, i on wiedział i Bradley, że to nie był wypadek. Kiedy od siebie odskoczyli, i kiedy pan Thorman zawisnął nad krawędzią mógł jeszcze wtedy chwycić go za ramiona i odciągnąć od przepaści; i tak zrobił, chwycił go i odepchnął od siebie. I dobrze wiedział, że nie było to wyłącznie w obronie jego ukochanej panienki, ale było zapłatą za wdzięczność, jaką mu okazano za lata służby, bo nie usłyszał od niego jednego słowa uznania, czy zrozumienia. I przez to teraz Robert uzyskał nad nim władzę, na resztę jego życia, strach pomyśleć, co mógłby powiedzieć po jednym drinku. A przecież lubił sobie wypić, ponoć wielokrotnie widziany był w The Bull, poza godzinami pracy. Jedna rzecz to być służalczym i zginać kolana przed państwem, ponieważ było im to należne, ale robić to samo przed facetem, który był nikim, stał niżej w hierarchii służby. Ciężkie to było do przełknięcia. W rzeczy samej, nie wiedział, w jaki sposób się zmierzyć z zaistniałą sytuacją.
A co jeśli zażąda pieniędzy? Ta myśl sprawiła, że złapał się za włosy, chwycił rzadkie kosmyki, obrócił się i zamknął za sobą drzwi.
Anonymous - Wto 14 Lis, 2006 23:59
w sumie biedny Dave...
Gitka - Śro 15 Lis, 2006 11:10
Przeczytałam i dziękuję
|
|
|