To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Królowa Lucia

Tamara - Pon 28 Paź, 2024 13:48

Oj, to chyba będzie wspaniała katastrofa, szefie !
Trzykrotka - Pon 28 Paź, 2024 22:20

Póki co będzie sporo towarzyskich kontredansów :banan_Bablu:

Doszedł do wniosku, że póki co Lucia nie planowała wojny. Chciała tylko, w ramach wielkiej zbrojnej demonstracji, pokazać ducha Riseholme w całej jego okazałości, a potem skruszyć wszelką potencjalną próbę rywalizacji. Zamierzała także dać lekcję pokazową, bo sama przyznała, że Olga ma wielkie talenty, więc zamierzała ćwiczyć i sublimować te talenty, żeby mogły pod łagodnym lecz stanowczym nadzorem służyć umocnieniu i uświetnieniu Riseholme. Naturalnie należało jej w tym lojalnie i kompetentnie asystować i Juruś zrozumiał, że żywy obraz z królem Cophetuą (jego obraz, jak powiedziała) jest czymś w rodzaju łapówki i – jeśli to dość obraźliwe słowo – podniesieniem jego pensji. Równie pewnym było, że ten przeciągający się festiwal powolnych akordów miał w jego głowie wywołać żywą świadomość kontrastu między wygłupami wczorajszego wieczoru, a obecną spokojną godziną – i ten zabieg nie zawiódł.
Lucia zamknęła klapę fortepianu i przemówiła niemal zanim znów zaczęli wzdychać
– Myślę, że najpierw wydamy małą kolacyjkę – powiedziała. – Zaproszę lady Ambermere. To da nam cztery osoby, z tobą Jurusiu, panną Bracely i panem Shuttleworthem będzie sześć osób. Resztę zaproszę na dziewiątą, bo wiem, że lady Ambermere nie lubi wizyt o później porze. A teraz omówimy nasze żywe obrazy?

A więc nawet umysł Luci nie był całkowicie zajęty Beethovenem, choć Juruś, jak zawsze, powiedział, że grała po prostu niebiańsko.



Rozdział jedenasty



Towarzyskie manewry następnego tygodnia tak zdumiewająco się skomplikowały, że koło środy Juruś z czystej rozpaczy był na granicy decyzji o wyjeździe nad morze z Foljambe i Dickym i nawet po latach nie był w stanie bez wielkiego wysiłku umysłowego ułożyć sobie tego wszystkiego w głowie, a od tego wysiłku aż mózg mógł parował… Wieczorem w niedzielę Lucia wysłała do lady Ambermere zaproszenie na „kolację i żywe obrazy,” na które to „ludzie” lady Ambermere odpowiedzieli telefonicznie w poniedziałek rano powiadamiając, że milady bardzo żałuje, ale nie zdoła przyjść.

Skoro tak, to Lucia porzuciła pomysł proszonego obiadu i wróciła do oryginalnego planu wieczornego przyjęcia na wzór tego, które urządziła Olga, z wielką starannością i gorączkowymi przygotowaniami. W międzyczasie próby do improwizowanych żywych obrazów trwały w najlepsze za zamkniętymi drzwiami, a Juruś zmagał się z dwudziestoma taktami „Przebudzenia Brunhildy.” Lucia zamierzała nie zapraszać nikogo przed piątkowym wieczorem, bo Olga powinna się przekonać, jakie przyjęcia wydaje się ad hoc w Riseholme.
Wczesnym rankiem we wtorek jakiś diabeł podkusił Daisy Quantock - pewnie drogą podświadomej telepatii – która ruszyła wokół błoń podczas porannego zgromadzenia, zapraszając wszystkich aby wpadli w sobotę wieczorem na dobrą zabawę, a oni przyjęli zaproszenie. Juruś, Lucia i Olga byli nieobecni, więc obchodząc domy ruszyła najpierw do Jurusia. Ten, wtajemniczony w sprawę żywych obrazów (w istocie szył sobie właśnie szatę, jaką mógłby nosić król Cophetua i pospiesznie upchnął ją pod stołem), żałował bardzo, ale miał już wcześniejsze zobowiązania. Brzmiało to raczej tajemniczo, ale z tego co pani Quantock wiedziała, mógł mieć zaplanowany wieczór „zajęć domowych,” a ponieważ do tych wieczorów nie wolno było się wtrącać, nie zadawała pytań, ale poszła do Luci, aby jej przekazać zaproszenie. Tam znów spotkała się z tą samą tajemniczą odmową. Lucia bardzo żałowała że ani ona ani Pepino nie są w stanie przyjść, ale życzy Daisy uroczego przyjęcia. Jeszcze nie skończyła mówić, a już usłyszała dzwonek telefonu i pospieszyła by dowiedzieć się, że Juruś, jej wierny wasal, powiadamia ją, że pani Quantock planuje przyjęcie na sobotę; nie wiedział, jak daleko doszła. W tej chwili była już w połowie drogi do Starego Domu, krocząc z niezwykłą szybkością. Lucia lotem błyskawicy pojęła sytuację, przerwała Jurusiowi jednym trzaskiem słuchawki i porzuciwszy pomysł improwizowanego przyjęcia zadzwoniła do Olgi. Musiała ją jakoś sobie zabezpieczyć.
Telefon stał w holu, a Olga w kapeluszu na głowie właśnie przygotowywała się do wyjścia, kiedy zadzwonił. Słowa wdzięcznej akceptacji ulatywały z jej ust gdy zadzwonił też dzwonek do drzwi, bardzo długi i natarczywy i ledwie ucichł, zadzwonił ponownie. Olga osobiście otwarła drzwi i na progu zobaczyła panią Quantock z zaproszeniem na sobotni wieczór. Była zmuszona odmówić, ale obiecała, że zajrzy jeśli nie wyjdzie zbyt późno z przyjęcia u pani Lucas (i wyszło szydło z worka). Następny ubaw będzie cudowny.
Zło decentralizacji i zazębiania się już zaczęło się manifestować. Lucia obdzwoniła dom po domu tylko po to, by dowiedzieć się, że ich mieszkańcy nie mogą się zjawić. Miała Jurusia i Olgę i mogła rozpocząć dobrą robotę edukacyjną oraz miażdżenie konkurencji nie mocą siły lecz czystego, wysmakowanego przykładu, ale pani Quantock wszystkich poza nimi zagarnęła. W dawnych czasach coś takiego nigdy by się nie wydarzyło, bo wszystko krążyło wokół punktu centralnego. Teraz, po pojawieniu się innej wielkiej gwiazdy wszystkie prawa grawitacji i przyciągania się zachwiały.
Juruś znów wezwany do telefonu rekomendował odwołanie się do dobrej natury pani Quantock, jednak Lucia wątpiła, czy ona takową ma.
– Ale co z żywymi obrazami? – zapytał Juruś. – Nasza trójka nie podoła scenom, które warto by pokazać pannie Oldze.
Lucia stanęła na wysokości zadania.
– Wartości obrazu nie mierzy się wielkością publiczności – odrzekła.
Zatrzymała się na moment.
– Czy twoja szata Cophetuy dobrze leży? – spytała.
– Och, wystarczająco – odpowiedział przygnębiony.
We wtorkowe popołudnie Olga zadzwoniła ponownie do Luci żeby powiedzieć, że jej mąż przyjeżdża tego dnia, czy więc może zabrać go ze sobą w sobotę? Lucia przystała na to z całą serdecznością, ale sama poczuła, że mąż i żona siedzący obok siebie i oglądający innego męża i żonę wykonujących żywe obrazy będzie rozrywką raczej dziwną i mało charakterystyczną dla najlepszych wzorców Riseholme. Zaczęła się wahać co do obrazów i rozważać w zamian kolację. Zastanawiała się także czy nie skrzywdziła drogiej Daisy i czy mimo wszystko nie ma ona naprawdę dobrej natury. Może Juruś mógłby to sprawdzić.

Telefon obudził Jurusia z krótkiej, męczącej drzemki, w którą zapadł nad szatą Cophetuy. Lucia wyjaśniła sytuację i zasugerowała ostrożnie, że cóż mu szkodzi „wpaść” do Daisy i zachować się bardzo dyplomatycznie. Jak chodzi o takt, nikt nie mógł równać się z Jurusiem. Ziewnął więc szeroko i wpadł.
– Przyszedłeś w sprawie soboty – trafiła Daisy. – Mam rację?
Juruś przypomniał sobie o swoim takcie.
– Jak cudownie to odgadłaś! – powiedział. – Pomyślałem, że może coś zorganizujemy jeśli połączymy siły. Szkoda byłoby się rozdzielać. My – to znaczy Lucia ma Olgę i jej męża, który ma przyjechać a….
– A ja mam wszystkich innych – odrzekła Daisy pogodnie. – A panna Bracely też przyjdzie, jeśli wyjdzie wcześnie od Luci. Pewnie tak się stanie, przy takim małym przyjęciu.
– Och, nie liczyłbym na to – odpowiedział. – Będziemy mieć żywe obrazy, a przy tym zawsze trochę schodzi. Ojej, nie powinienem był tego mówić, bo miały być zaimprowizowane, chyba w głowie mi się zakręciło. Wiesz, jaka Lucia jest skrupulatna, zadała sobie sporo trudu.
– Nie słyszałam o tym – powiedziała Daisy.
Zastanowiła się przez chwilę
– No cóż, nie chcę zepsuć Luci wieczoru – rzekła – bo pewna jestem że nie ma nic bardziej niedorzecznego niż troje ludzi robiących żywe obrazy dla dwojga. Ale z drugiej strony nie chcę też, żeby Lucia zepsuła mój wieczór, bo co jej szkodzi pokazywać żywe obrazy aż do porannego nabożeństwa w niedzielę, jeśli zechce utrzymać pannę Bracely z dala od mojego domu? Po tym jak postąpiła względem mojego guru… Zresztą nieważne. A może zrobilibyśmy obrazy u Luci, a potem przeszli tutaj? Jeśli Lucia zechce i to zaproponować, a goście się zgodzą, nie mam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Wto 29 Paź, 2024 08:39

No rzeczywiście, grawitacja zwariowała, a to oznacza że nic nie będzie tak jak być powinno , jak mniemam :lol: :twisted:
Trzykrotka - Wto 29 Paź, 2024 15:25

Bitwa o gości była przednia :banan: I ich łapanie, kto prędzej :mrgreen:
Trzykrotka - Wto 29 Paź, 2024 20:37

Do tego bigosu dołącza jeszcze lady Ambermere

Tak więc o osiemnastej we wtorek wszystkie telefony w Riseholme znów wesoło się rozdzwoniły. Pani Quantock zastrzegła, że przyjęcie Luci musi skończyć się dokładnie o 22:45 jeśli nie skończy się wcześniej i że wszyscy będą mogli swobodnie zebrać się w jej domu. Postawiła na zabawę, która zaćmi nawet przyjęcie u Olgi i była pochłonięta Księgą gier i zabaw towarzyskich, która zawierała nawet „Polowanie na pantofelek.”
Juruś i Pepino na zmianę dzwonili do wszystkich gości pani Quantock i informowali ich o podwójnej przyjemności, jaka czekała ich w sobotę. Skoro Juruś wygadał pani Quantock tajemnicę o zaimprowizowanych żywych obrazach, nie było powodu by całe Riseholme nie miało się o nich dowiedzieć od Domku pod Zagajnikiem zamiast z drugiej ręki (z obietnicą, że się nie wygada) od pani Quantock. Okazało się, że ma ona o wiele lepszy charakter niż przypisywała jej Lucia, ale spodziewać się że nikomu nie powie o żywych obrazach byłoby narażaniem jej cnót na próby nie do przejścia.
– A więc wszystko ustalone – rzekł Juruś wracając z ostatnią zgodą. – I jak ostatecznie wszystko dobrze się ułożyło. Ale cóż to był za dzień. Nic, tylko telefony od rana do wieczora. Jeśli tak dalej pójdzie, spółka telefoniczna zapłaci nam dywidendy w tym roku i odzyskamy trochę grosza.
Lucia siedziała nad stosem pereł, które nawlekała na potrzeby obrazu z Marią królową Szkotów.
– Teraz, kiedy wszyscy już wiedzą – powiedziała – możemy pozwolić sobie na bardziej rozbudowane przygotowania. W Ambermere Arms mają elżbietańską siekierę, którą mogłabym wypożyczyć dla Pepina. A teraz co do obrazu z Brunhildą. Dzieje się o świcie, prawda? Moglibyśmy zrobić scenę zupełnie ciemną kiedy kurtyna pójdzie w górę i w kulisach bardzo powoli podkręcać lampę, żeby oświetlała moją twarz. Rozpalana powoli lampa daje wspaniałe efekty. Stwarza doskonałą iluzję. Czy mógłbyś to zrobić jedną ręką a drugą grać melodię z przebudzenia, Georgino?
– Z całą pewnością nie mógłbym – odrzekł.
– No cóż, więc Pepino musi to zrobić zanim wejdzie na scenę. Będzie trochę ruchu w tym obrazie, myślę, że to całkiem nowatorski pomysł. Pepino wejdzie – tylko dwa kroki – po tym, jak włączy lampę i zdejmie moją zbroję i tarczę…
– Ale muzyka nie będzie grała tak długo! – wykrzyknął Juruś. – Musiałbym zacząć wcześniej.
- Tak, może tak byłoby lepiej – powiedziała spokojnie Lucia. – I ten kawałek prawdziwej kolczugi. Dobrze że sobie przypomniałam, że Pepino taki ma. Marshall teraz go czyści i efekt będzie o niebo lepszy niż z tym tandetnym materiałem, którego używają w operze. Potem usiądę bardzo powoli i uniosę najpierw prawe ramię, potem lewe, a potem oba. Muszę to zaraz przećwiczyć na sofie!
Ledwie Lucia się położyła telefon znów zadzwonił i Juruś się podniósł.
– Dzwonią w sprawie dywidendy – powiedział i podreptał do holu.
– Czy to dom pani Lucas? – odezwał się znajomy głos.
– Tak, panno Olgo, a to ja.
– Ach, panie Jurusiu, co za niefart – powiedziała. – Może pan przekazać wiadomość ode mnie pani Lucas, prawda? Doskonała ze mnie idiotka i w dodatku zapominalska.
– Co się stało? – spytał Juruś słabo.
– Chodzi o sobotę. Przypomniałam sobie, że Juruś i ja – ten Juruś to nie pan, oczywiście – wyjeżdżamy na weekend. Przekaże pan pani Lucas jak bardzo mi przykro?
Juruś wrócił do pokoju muzycznego, w którym Lucia właśnie unosiła oba ramiona. Ale na widok jego miny opuściła je i wzięła się mocno w garść.
– No mów, o co chodzi? – powiedziała.
Juruś przekazał jej wiadomość, a ona podniosła się z sofy, stanęła, a jej myśli skupiły się na nowych okolicznościach.
– Szkoda, że panna Bracely nie zobaczy naszych żywych obrazów – powiedziała. – Ale skoro w nich nie występowała, nie zrobi to chyba wielkiej różnicy.
Choć nieobecność Olgi nie robiła różnicy, na całą trójkę spadła śmiertelna obojętność. Lucia nie wróciła do ćwiczenia rąk, bo przez te wszystkie lata jej aktorstwo powinno już być wystarczająco dobre dla Riseholme bez dalszych prób i nie było już mowy o pożyczaniu siekiery z Ambermere Arms. Ale skoro zaczęła nawlekać sznury pereł, to je dokończyła; Jurusia jednak już nie obchodziło czy złota lamówka szaty króla Cophetuy układa się dobrze z tyłu i po dokończeniu kawałka nad którym pracował, zwinął ją w kłębek. W końcu to miało być zwyczajne przyjęcie. Jego kubek był pusty.
Ale Luci jeszcze ewidentnie nie był jeszcze całkiem pełny, bo w tej chwili przypominający wannę powozik panny Lyall zatrzymał się przy furtce, a mały chłopiec stajenny przyniósł bilecik, który wymagał odpowiedzi. Pomimo całej Lucinej samokontroli natychmiastową odpowiedzią był coraz czerwieńszy rumieniec na jej twarzy.
– Czysta impertynencja – powiedziała. - Przeczytam ci to.

Droga pani Lucas,

byłam dziś rano w Riseholme i dowiedziałam się od pani Weston, że panna Bracely będzie u pani w sobotę wieczorem. Będę więc zachwycona przychodząc jednak na kolację. Musi pani wiedzieć, że mam zasadę nie bywania wieczorami, z wyjątkiem nielicznych specjalnych okazji, lecz to będzie wielka dla mnie przyjemność móc posłuchać znów jej śpiewu. Zastanawiam się, czy mogłaby pani podać kolację o 19:30 zamiast o 20:00, bo nie lubię pozostawać poza domem o zbyt późnej porze.


Nastała krótka przerwa.
Caro – rzekła Lucia drżąc gwałtownie – czy byłbyś tak dobry żeby powiedzieć pannie Lyall, że ponieważ nie oczekuję w sobotę panny Bracely, to lady Ambermere także nie oczekuję.
– Moja droga… – zaczął.
– No to sama jej powiem – odrzekła.

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Wto 29 Paź, 2024 23:21

Uuuuuuuu :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Śro 30 Paź, 2024 21:02

A teraz mały skok w bok - inni bohaterowie wchodzą na scenę

Kiedy Juruś wracał do domu po dostarczeniu tej wiadomości, marzył tylko o tym żeby uciec gdzieś i odpocząć z Foljambe i Dickym. Od niedzieli znajdował się w stanie gorączkowego podniecenia na myśl o wystąpieniu przed Olgą w żywym obrazie, a dziś był szczególnie rozpłomieniony z powodu telefonowania i szycia, które skończyło się niczym, bo ani obrazy ani przyjęcie nie miały dla niego krzty uroku teraz, kiedy nie miało być z nimi Olgi. I nagle dotarło do niego, że musi być w Oldze zakochany, bo inaczej czemu jej obecność lub nieobecność miałaby stanowić dla niego tak ogromną różnicę? Stanął jak wryty pod morwą pani Quantock.
„Więcej nędzy! Więcej nieszczęścia!” powiedział w duchu. Naprawdę, jeśli życie w Riseholme miało stać się łańcuszkiem burzliwych dni zakończonych druzgocącymi odkryciami, to im szybciej wyjedzie z Foljambe i Dickym, tym lepiej. Nie do końca wiedział jak to jest być zakochanym, gdyż najbliżej tego był wtedy wtedy, gdy zobaczył jak Olga budzi się na szczycie góry i poczuł, że rozminął się z powołaniem nie będąc Zygfrydem, ale się domyślał. Tym razem także chodziło o Olgę, ale nie tę ujętą w ramy legendarnego romansu i pieśni, ale taką z krwi i kości jaka pojawiła się w Riseholme, okazując podobnie jak teraz ekstatyczne zainteresowanie sprawami tego miejsca. Jeszcze nie tak dawno temu, kiedy po raz pierwszy rozmyślała nad przyjazdem tutaj, określiła to miejsce jako nieruchawą mieścinę. Teraz była bardziej świadoma, bo była w stanie słuchać pani Weston dłużej niż ktokolwiek inny i prosić o więcej i więcej historii, tak że nawet pani Weston padła z wyczerpania. O dziwo Lucia ewidentnie w ogóle jej nie interesowała. Juruś zastanawiał się, dlaczego.
Podniósł wzrok mamrocząc oderwane słowa, a oto była i Olga, wychodząca właśnie do ogrodu Starego Domu. Juruś w pierwszej chwili chciał udać, że jej nie widzi i skręcić do swego kawalerskiego gniazdka, ale ona z całą pewnością go zauważyła i gwizdnęła na palcach tak świdrująco i przenikliwie, że nawet gdyby mógł udawać, że jej nie widział i nie mógł udawać, że jej nie słyszy. Pomachała do niego.
– Jurusiu, stało się coś najokropniejszego – powiedziała, kiedy znalazł się w zasięgu jej głosu. – Och, jednak nazwałam cię przez pomyłkę Jurusiem. Jeśli ktoś tak zrobi, musi to zrobić celowo. No sam widzisz! – powiedziała na najlepszą riseholmską modłę.
– Okazało się, że jednak możesz przyjść na przyjęcie Luci – odrzekł.
– Nie, nie mogę. Ech, nigdy nie zgadniesz, bo obracasz się w wysokich kręgach, więc ci powiem. Elizabeth pani Weston wychodzi za mąż za Atkinsona pułkownika Bouchera. Nie znam jego imienia, ani jej nazwiska, ale to o nich chodzi!
– Coś takiego! – powiedział Juruś, odciągnięty na chwilę od własnych zmartwień. – Ale to znaczy, że oboje podziękują za służbę? I co zrobią tamci? Pani Weston nie może nie mieć służącej i jak na miłość boską poradzi sobie bez Elizabeth? Poza tym...
Na jego policzkach pojawił się słaby rumieniec.
– Wiem. Chodzi ci o dzieci – rzekła bezlitośnie Olga. – Prawda?
– Tak – przyznał Juruś.
– To czemu tego nie powiesz? I ty i ja byliśmy kiedyś dziećmi, choć nikt nie jest na tyle dorosły żeby to pamiętać i nie chcielibyśmy żeby nasi rodzice czy przyjaciele rumienili się mówiąc o nas. Jurusiu, aleś ty pruderyjny.
– Wcale nie – odparł Juruś przypominając sobie zuchwale, że najprawdopodobniej jest zakochany w mężatce.
– Nieważne czy jesteś czy nie. Jest tylko jedno wyjście dla pani Weston i pułkownika Bouchera. Oni też muszą się pobrać. Atkinson w ten sposób będzie nadal lokajem pułkownika Bouchera, a Elizabeth pokojówką pani Weston, prócz tych chwil, które wywołują u ciebie rumieniec. Wtedy mogą poprosić o pomoc; pożyczysz im na przykład Foljambe. Nadszedł czas byś uczynił coś pożytecznego w tym swoim niegodziwym, egoistycznym życiu. A więc ustalone. Pozostaje nam tylko ich pożenić.
– Czy ty nie za bardzo się rozpędziłaś? – spytał Juruś.
– W tej chwili nigdzie nie pędzę, tylko mówię. Zajdź do od razu, napijemy się wermutu. Wermut zawsze budzi we mnie genialność, no chyba że budzi idiotyzm, więc
miejmy nadzieję na to pierwsze.

No i siedzieli w saloniku muzycznym Olgi z butelką wermutu pomiędzy nimi.
– Teraz pij uczciwie, Jurusiu i opowiedz mi historię uczucia tych młodych ludzi.
– Atkinsona i Elizabeth?
– Nie, mój drogi; pułkownika i pani Weston. Ona mają romantyczną historię. Jestem pewna, że wszyscy myśleliście, że kiedyś się pobiorą. I wciąż jadają razem tete-a-tete. To naprawdę bardzo dobry początek. Pewien jesteś, że on nie ma żony i rodziny w Egipcie, albo ona męża i rodziny gdzieś indziej? Nie chciałabym wyciągać rodzinnych szkieletów z szafy.
– Nigdy o nich nie słyszałem.
– To uznajmy ich za niebyłych. Na pewno usłyszałbyś o nich gdyby istnieli i – co prawdopodobne – gdyby nie istnieli. I oboje lubią jedzenie, picie i najnowsze ploteczki. Dobrze mówię?
– Tak. Ale…
– Ale co? Czego więcej możesz chcieć, ty czy oni? Czy nie jest to lepszy wstęp do życia małżeńskiego niż wielu ludzi może sobie wymarzyć?
– Ale czy oni nie są trochę za starzy? – zapytał Juruś.
– Niewiele starsi od ciebie czy mnie, a gdyby nie to, że mam już swojego Jurusia, wkrótce miałabym kogoś innego. Wiesz, o kim mówię?
- Nie! – powiedział Juruś mocno. Choć wszystko to działo się pod koniec bardzo wyczerpującego dnia, wermut dodał mu skrzydeł.
– To powtórzę ci, co pani Weston właśnie powiedziała mnie. „Zawsze był oddany Luci,” powiedziała, „i nigdy nie oglądał się za nikim innym. Była też Świnka Antrobus…” Teraz wiesz, o kim mówię?
Juruś nagle zachichotał.
– Tak – odpowiedział.
– To nie mów tyle o sobie, mój drogi i przejdźmy do sedna. No więc gdy dziś po południu wpadłam do pani Weston, a ona opowiadała mi o tej tragedii, przez przypadek (tak jak ja teraz przez przypadek nazywam cię Jurusiem) powiedziała: „I nie mam pojęcia, co Jacob zrobi bez Atkinsona.” Czy Jacob to nie jest czasami imię pułkownika Bouchera? Sam widzisz! A to jedna strona sprawy. Nazwała go Jacobem przez przypadek, wkrótce będzie tak na niego mówić celowo.
Olga pokiwała głową wiernie udając panią Weston.
– Ledwie wyszłam z domu – powiedziała głosem pani Weston – a już spotkałam pułkownika Bouchera. Było około trzeciej – nie, nie mogła być trzecia, bo wróciłam do domu i stałam w korytarzu gdy wybiła trzecia, a mój zegar odrobinę się spieszy. No więc pułkownik Boucher powiedział do mnie: „Khem, hmm, co za kryzys domowy, na Jowisza.” No więc udałam, że nic nie wiem, a on mi o wszystkim opowiedział. Więc mówię mu: „Cóż, to jest kryzys domowy, a pan traci Atkinsona.” „Khem, hmm” mówi on „i biedna Jane, a raczej pani Weston, straci Elizabeth.” Proszę!

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Czw 31 Paź, 2024 13:53

Noooo, ciekawe skąd tak nagle ten ślub :twisted:
Trzykrotka - Pią 01 Lis, 2024 21:26

No cóż, tego się nie dowiemy, bo służbą w Riseholme się nie zajmujemy, choć bez służby ani rusz :mrgreen:

Olga i Juruś przechodzą na "ty" i cudownie konspirują :oklaski:

Wstała i zapaliła papierosa.
– Och, Jurusiu, pojmujesz, co się w tym kryje? – powiedziała. – Ich drogie, stare serca zostały obnażone przez kłopoty, które na nich spadły i każde z nich mówiło o drugim, tak jak drugiemu współczuło. Pewnie żadne z nich nie wypowiedziało słowa „Jacob” i „Jane” w całym swoim życiu. Ale zstąpił Anioł Pański i poruszył wodę. Jeśli uważasz to za profanację, nalej sobie jeszcze wermutu. Dzięki niemu robię się genialna, choć ty byś o tym nie pomyślał. Teraz słuchaj!
Usiadła znowu blisko niego z twarzą z twarzą jaśniejącą radosnym entuzjazmem. Humor w Riseholme miał czasami niezbyt miły charakter; jeśli wspominałeś o absurdach u twoich przyjaciół, w twoim dowcipie zawsze kryła się szczypta złośliwości. Ale u niej nie było jej ani odrobiny, parodiowała panią Weston z bezwzględną wiernością, ale było to do cna życzliwe. Lubiła jej stanowczy głos i to, że zawsze tak szczegółowo określała czas.
– A teraz, po pierwsze, musisz koniecznie przyjść do mnie na kolację – powiedziała Olga.
– Och, obawiam się, że dziś… – zaczął Juruś, wzbraniając się przed dalszymi komplikacjami. Naprawdę musi spędzić spokojny wieczór i wcześnie iść spać.
– Czego się znów dziś obawiasz? – spytała. – Miałeś tylko umyć włosy. Możesz to zrobić jutro. Więc ty i ja, to dwoje, pani Weston i pułkownik Jacob, to czworo, to będzie dość, bo nie wierzę, żeby w domu było coś do jedzenia. Ale za to jest co pić i o to mi chodzi. Nie dla ciebie czy dla mnie, uważaj, my musimy być trzeźwi i mądrzy. Nie pij już wermutu. Ale Jane i Jacob wypiją mnóstwo szampana. Nie mają się upić, rozumiesz, ale być w swoim najlepszym wydaniu i beztrosko życzliwi sobie nawzajem i nam. A kiedy już wyjdą, wymienią cnotliwy pocałunek na progu pani Weston i ona zaprosi go do środka. Nie! Myślę, że zaprosi go najpierw. A kiedy obudzą się jutro rano, nie będą mogli uwierzyć, że to się stało i wspólnie zadadzą sobie pytanie, co inni powiedzą. I wtedy podziękują Bogu, Oldze i Jurusiowi za to, co zrobili i będą żyć szczęśliwie nadzwyczajną liczbę lat. Mój drogi, jak nieskończenie szczęśliwsi będą razem niż są teraz. Zabawni poczciwcy! Każde przy swoim kominku, mówiąc, że są za starzy, niech im Bozia da zdrowie! A ty i ja zaśpiewamy „Głos, który oddychał nad Edenem” i w połowie nasze anielskie głosy się załamią i zaczniemy szlochać w chusteczki, a Eden będzie sobie oddychał głęboko sam jak guru. Czemu nigdy nie opowiadałeś mi o guru? Pani Weston jest mi lepszą przyjaciółką niż ty i muszę zadzwonić po kucharkę – nie najpierw zadzwonię do Jacoba i Jane, a potem sprawdzę, co jest do jedzenia. Ty siedź tu cichutko, a kiedy skończę, powiem ci, jaka jest twoja rola.
Podczas kolacji, zgodnie z planem kampanii ułożonym przez Olgę, rozmowa miała toczyć się ogólnie, bo jak twierdziła, nie znosiła ona dwóch wątków przy stole gdy obecne są tylko cztery osoby – odkryła, że zawsze woli uczestniczyć w tej drugiej. Była to główna zasada, którą wpoiła Jurusiowi, utrwalając ją w jego pamięci przez szczególnie wyraziste porównanie.
– Wyobraź sobie, że na środku stołu stoi elżbietańska spluwaczka – powiedziała – i nie przestawaj zdecydowanie do niej pluć. Twoim zadaniem będzie, gdy tylko nastanie przerwa w rozmowie, pluć na dwa tematy: pierwszy – jak głęboko nieszczęśliwi będą Jane i Jacob bez swoich nieocenionych pomocników, drugi – jak przyjemna jest rozmowa i towarzystwo drugiego człowieka. Pamiętaj, jak będę się z tobą drażnić przez cały czas i powtarzać, że to ty musisz się ożenić. Po kolacji pewnie wezmę Jacoba na spacer po ogrodzie. Ty nie wychodź. Przytrzymaj go przez jakiś czas po kolacji, bo w ten sposób będę miała okazję porozmawiać z Jane i nalej mu przynajmniej trzy kieliszki porto. Czuj duch, czas się przebrać i niech nam Opatrzność błogosławi.

Juruś pojawił się na kolacji u Olgi jako ostatni i cała trójka uścisnęła sobie dłonie jak ludzie składający kondolencje. Zasiedli od razu do stołu i Olga wystartowała od razu:
– Mówił pan, że ile lat pański nieoceniony Atkinson jest u pana? – spytała
– Dwadzieścia, teraz mamy zaczyna się dwudziesty czwarty – odpowiedział. – Co za uciążliwość, słowo daję, uciążliwość to mało powiedziane.
Jurusiowi zaświtał świetny pomysł.
– Ale jaka uciążliwość, pułkowniku? – zapytał.
– Ech, nie słyszał pan? Myślałem, że w każdym domu już o tym trąbią. Atkinson się żeni.
– Nie! – powiedział Juruś. – Z kim?
Pani Weston nie wytrzymała aby nie oznajmić tego osobiście.
– Z moją Elizabeth – odrzekła. – Elizabeth przyszła do mnie dziś rano. „Mogę na słówko, p’szę pani?” spytała, a mnie nie przyszło do głowy nic ponadto, że pewnie stłukła spodeczek od filiżanki. „Tak” powiedziałam całkiem wesoło, „co chciałaś mi powiedzieć?”
Robiło się wręcz tragicznie, więc wtrąciła się Olga.
– Wyrzućmy to z głów na godzinkę czy dwie – powiedziała. – Jesteście wszyscy kochani, że zlitowaliście się nade mną i przyszli na kolację, bo inaczej jadłabym ją w zupełnej samotności, Jeśli jest coś, czego nie mogę znieść, to samotne wieczory. Pomyślcie, że ktoś woli być sam jeśli nie musi! Choćby ten tu nieszczęśnik – tu wskazała na Jurusia – który mieszka sam jak palec zamiast się żenić. Upodobanie do samotnictwa to najgorsza przywara jaką znam, gorsza niż picie.
– Mnie zostaw w spokoju – odpowiedział Juruś.
– Nigdy w życiu, mój drogi, a po kolacji pani Weston i ja połączymy siły i kiedy do nas wrócicie, ogłosimy ci imię twojej oblubienicy. Moim zdaniem powinni nałożyć podatek dwadzieścia szylingów od funta na wszystkich kawalerów; niech albo się wszyscy żenią, albo głodują.
Nagle odwróciła się do pułkownika Bouchera.
– Ach, panie pułkowniku – powiedziała. – Co też ja wygaduję? Jakie to okropnie głupie z mojej strony żeby nie pamiętać, że pan też jest kawalerem. Ale za nic nie pozwolę panu głodować. Proszę natychmiast wziąć jeszcze trochę ryby na znak, że mi pan przebacza. Jurusiu, zmień temat, ty zawsze mówisz tylko o sobie.
Juruś z podziwu godną łagodnością zwrócił się do pani Weston.
– To naprawdę niefortunne dla pani – powiedział. – Jak pani da sobie radę bez Elizabeth? Jak długo ona z panią jest?
Pani Weston wróciła do miejsca, w którym poprzednio przerwała.
– No więc powiedziałam: „Co chciałaś mi powiedzieć?” całkiem wesoło, bo myślałam, że chodzi o spodek. A ona odpowiedziała: „Wychodzę za mąż, p’sze pani” i zarumieniła się tak ślicznie, że można było pomyśleć, że to dwudziestoletnie dziewczę, choć miała siedemnaście – nie, zaczęła osiemnaście, gdy u mnie nastała, a było to piętnaście lat temu, więc ma trzydzieści dwa lata. „No cóż, Elizabeth” powiedziałam, „nie mówiłaś jeszcze, kto to jest, ale jestem pewna, że czy to arcybiskup Canterbury czy książę Walii – bo czułam, że muszę dodać tutaj jakiś żarcik – na pewno będzie z tobą tak szczęśliwy, jak ja byłam przez te wszystkie lata.”
– Och, kochana pani – powiedziała Olga. – Ja pewnie wpadłabym w histerię i zakazałabym wywieszać zapowiedzi.
– Nie, panno Bracely, nie zrobiłaby pani tego – odrzekła pani Weston. – Byłaby pani tak samo wdzięczna jak ja, że ona dostanie dobrego męża o którego będzie dbać i który zadba o nią, bo potem powiedziała: „Nie, p’sze pani, to nie żaden z tych wspaniałych panów. To Atkinson pułkownika Bouchera.” Panno Bracely, byłaby pani tak samo wdzięczna losowi jak ja byłam.
– Ten Atkinson pułkownika Bouchera to straszny ślimak, tak jak Juruś – powiedziała Olga. – On i Elizabeth całe lata mieszkali obok siebie, czemuż ten człowiek wcześniej się nie zdeklarował? Jedyne co go usprawiedliwia to to, że teraz w końcu to zrobił. Ale nasz biedny Juruś…
– I znowu powiesz coś przykrego pułkownikowi Boucherowi – powiedział Juruś. – Pułkowniku, zaprosiła nas, żeby obrażać.
Najsilniejszym uczuciem, jakie pułkownik Boucher żywił do Jurusia była łagodna tolerancja i raczej lubił go lekceważyć.
– No, jeśli kielich takiego wina i taką kolację uważasz pan za obelgę, to nie wiem, co nazywasz pan komplementem.
– Ja wiem, co to jest komplement – powiedziała Olga – to to, że wszyscy przyszliście do mnie na kolację bez wcześniejszego zaproszenia. Teraz, co do zbliżających się zaślubin Jurusia….
– Ależ ty jesteś męcząca – odpowiedział. – Jeśli nie przestaniesz, nie zaproszę cię na ślub. Mówmy o Elizabeth. Kiedy zamierzają się pobrać, pani Weston?
- To samo powiedziałam Elizabeth. „Bierz almanach, Elizabeth” rzekłam, „żebyś sobie nie wybrała niedzieli. Nie mów dwudziestego w przyszłym miesiącu póki nie sprawdzisz. Ale jeśli dwudziesty to niedziela albo piątek, pamiętaj – choć nie wierzę w takie rzeczy, to nigdy nie wiadomo… Była przecież pani Antrobus – powiedziała pani Weston nagle, dodając przypis do historii o Elizabeth – W piątek brała ślub i nie minął rok, a ogłuchła tak jak teraz ją widzicie. Następnie wujek pana Westona, jego powinowaty właściwie, to było kolejny piątkowy ślub i spóźnili się na pociąg kiedy wracali z miesiąca miodowego i musieli zostać na noc tam gdzie byli bez gąbek i szczoteczek do zębów, bo cały ich bagaż załadowano do pociągu pędzącego do Torquay. „Niech to więc będzie dwudziestego, Elizabeth” – powiedziałam, „tylko nie niedziela ani piątek, a ja będę miała czas na szukanie, pułkownik także, choć nie spodziewam się, że którekolwiek z nas znajdzie kogoś równego wam! I nie płacz, Elizabeth” – powiedziałam, bo robiło się coraz wilgotniej – „Jeśli płaczesz nad ślubem, to co zrobisz na pogrzebie?”
– Ha, słowo daję, to wspaniale się pani zachowała – powiedział pułkownik. – Ja powiedziałem Atkinsonowi, że żałuję, że go kiedykolwiek nająłem, zanim życzyłem mu szczęścia.

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Nie 03 Lis, 2024 22:03

O proszę , Olga się aktywnie włącza w życie społeczności :mrgreen: !
Trzykrotka - Pon 04 Lis, 2024 10:06

Tak, Riseholmianka się z niej robi :lol:
Tamara - Pon 04 Lis, 2024 10:26

Czy Lucia to przeżyje :paddotylu: :mrgreen: ?
Trzykrotka - Pon 04 Lis, 2024 22:05

Przekonamy się, czy Luci korona z głowy spadnie, czy nie spadnie :lol:
Swatów ciąg dalszy


Olga wstała.
– Zajmij się pułkownikiem Boucherem, Jurusiu – powiedziała – i dzwoń, jeśli czegoś będziecie potrzebowali. Popatrzcie jaki księżyc! Prawda, że nieziemski? Jak Atkinson i Elizabeth muszą się nim zachwycać.
Dwaj panowie spędzili kolejne pół godziny na średnio przyjemnej rozmowie, bo Juruś uparcie stawiał przed oczy pułkownika milowy kamień jego nieszczęścia bez Atkinsona i opiewał zalety posiadania kogoś u boku. Nie było sensu zmieniać tematu na zbliżające się przyjęcie z żywymi obrazami czy niejasną plotkę, że Świnka wpadła twarzą w dół do stawu z kaczkami, że u pani Quantock i jej męża dziś po południu stolik zawirował z niezwykłym rezultatem, bo przekazał im, że on ma na imię Robert, a ona Daisy. W którąkolwiek stronę by się nie zwrócił, Juruś zapędzał go na powrót na kamienistą ścieżkę, którą odtąd miał kroczyć, a rezultat był taki, że kiedy Juruś w końcu pozwolił mu pójść do saloniku muzycznego, ten spragniony był już bardziej życzliwego towarzystwa pań. Kiedy weszli, Olga wstała.
– Juruś jest strasznie leniwy – powiedziała – nie ma sensu go prosić. Ale pan, pułkowniku, proszę dać się zaprosić na spacer po ogrodzie. Księżyc jest niebiański, a wieczór ciepły.
Wyszli razem w bezwietrzną noc.
– Pomyśleć tylko, że to już październik – powiedziała. – Nie wierzę w jakąkolwiek zimę w Riseholme, jesień także, prawdę mówiąc. Wszyscy jesteście tacy młodzi, tak rozkosznie młodzi. Proszę choćby spojrzeć na Jurusia: wciąż wygląda jak chłopiec, a pani Weston ma dwadzieścia pięć lat, ani dnia więcej.
– Tak, wspaniała kobieta – powiedział. – Zawsze miła i żwawa. I ładna; uważam panią Weston za bardzo ładną kobietę. Nie zmieniła się ani trochę od kiedy ją znam.
– To właśnie jest tak cudowne w was wszystkich – odrzekła. – Jesteście tak samo energiczni i młodzi jak przed dziesięciu laty. To aż niewiarygodne. A co do pana, to nie wiem, czy nie jest pan najbardziej niewiarygodny z was. Mam wrażenie, jakbym dziś jadła kolację z trójką uroczego kuzynostwa trochę – nie bardzo ale trochę – młodszego ode mnie. Jejku! Ależ wszyscy świetnie się niedawno bawiliśmy . Co za tempo, pułkowniku! Jak wygląda pana zwykły krok, jeśli nazywa pan przechadzką?
Pułkownik Boucher zwolnił kroku. Pomyślał, że to Olga bardzo szybko chodzi.
– Bardzo przepraszam – powiedział. – Rzeczywiście Riseholme to miejsce sprzyjające zdrowiu. Być może rzeczywiście dłużej zachowujemy naszą młodość. Ale Boże prowadź, dni mijają ani się spostrzeżesz. Pomyśleć tylko, że przyjechałem tu z Atkinsonem prawie dziesięć lat temu.
To była woda na młyn Olgi; błyskawicznie skręciła w tamtą stronę.
– To okropne, że traci pan lokaja – powiedziała. – Służący stają się przyjaciółmi, czyż nie? Zwłaszcza dla osób samotnych. Choćby Juruś i Foljambe! Ale nie zdziwiłabym się, gdyby i Foljambe wkrótce nie miała adoratora.
– Nie, naprawdę? Myślałem, że tylko dokucza mu pani przy kolacji. Juruś się żeni, prawda? Żona odciąży go trochę od robótek ręcznych. Mogę … ach… czy mogę zapytać o imię tej damy?
Olga postanowiła zagrać va banque. Świetna karta, można rzecz, właśnie wpadła jej w ręce i ryzyko było bardzo kuszące. Zatrzymała się.
– Nie domyślił się pan? – zapytała. – Może to ja jestem niedomyślna?
– Ach, panna Antrobus – odrzekł. – Ta na którą chyba mówią Świnka. Nie, zapewniam panią, tam nic nie ma.
– Och, nigdy nie przyszło mi to do głowy – odrzekła. – Ośmielę się twierdzić, że się mylę. Oceniam jedynie na podstawie tego co, jak myślałam, zauważyłam u biednego Jurusia. Śmiem twierdzić, że powinien to zrobić już z dziesięć lat temu, ale chyba wciąż tli się w nim ta iskra. Pomówmy o czym innym, bo przecież jeszcze nie wracamy, prawda?
Czuła się absolutnie bezpieczna z pozorną niechęcią do zdradzenia sekretu; zachłanność Riseholme na nowinki nakazała mu domagać się odpowiedzi.
– Naprawdę, ja chyba jestem tępy powiedział. – Jednak nowe oko w nowym miejscu widzi więcej. Kto to jest, panno Bracely?
Roześmiała się.
– Ach, jak mężczyźni nie umieją obserwować innych mężczyzn! – powiedziała. – Nie widział pan Jurusia dziś przy kolacji? Niemal nie odrywał od niej oczu.
Jej nagroda była wielka i wspaniała. Twarz pułkownika Bouchera w świetle księżyca wręcz zastygła w wyrazie bezgranicznego zdumienia.
– No, zaskoczyła mnie pani – powiedział. – To z pewnością piękna kobieta, choć utyka, nie wygląda raczej na szwaczkę… Cóż, zostawmy to.
Potupał nogami i włożył ręce do kieszeni.
– Robi się trochę zimno – powiedział. – Może się pani przeziębić, panno Bracely i co powie pani mąż jeśli się dowie, że wybrałem się z panią na spacer po kolacji?
– Tak, wracajmy do środka – odrzekła. – Robi się chłodno. Ależ pan jest wobec mnie troskliwy.
Juruś, kompletnie nieświadomy, jak się właśnie nim posłużono, patrzył jak pułkownik rozdziela go z panią Weston, co mu zresztą bardzo odpowiadało. Bo Olga właśnie oznajmiła, że zaśpiewa jeśli zebrani nie mają nic przeciwko i wezwała go, aby jej akompaniował. Stanęła tuż za nim, pochylając się nad nim czasami z dłonią na jego ramieniu i zaśpiewała trzy bezpretensjonalne angielskie piosenki, adekwatne do sytuacji. Zaśpiewała "I Attempt from Love's Sickness to Fly," i "Sally in Our Alley," i "Come Live with Me" i czasami kiedy zagłuszał ją szelest odwracanej kartki z nutami szeptała do niego: Jurusiu, jestem mądrzejsza niż wszyscy razem wzięci, powinnam umrzeć tej nocy. I bardziej enigmatycznie: Jestem oszustką, ale powiem ci dopiero jak już pójdą. Zostań trochę dłużej. Potem podano whiskey a ona nalegała, aby „młodzi ludzie” koniecznie się jej napili, a końcu odprowadziła ich do drzwi i biegiem wróciła do Jurusia.
– Oszukaństwo, bo zasugerowałam pułkownikowi, że jesteś zakochany w pani Weston. Kochany, to był prawie genialny ruch! Uważam, że to była ostatnia kropla i jeśli mi nie wybaczysz, to trudno. Prawda, jakie to było chytre? Nie mógł wręcz tego znieść, bo podkreślałam jeszcze, jaki ty jesteś młody.
– No naprawdę… - zaczął Juruś.
– O tak. I znowu będę musiała pooszukiwać. Idę na górę do sypialni, ty też możesz jeśli chcesz, bo stamtąd jest widok na ulicę Kościelną. Oka nie zmrużę póki się nie dowiem, czy z nią wszedł. To będzie jak kiedy Faust i Małgorzata wchodzą do domu. A ty i ja jesteśmy jak Mefistofeles i Marta. Chodź szybko!
Z ciemnego okna obserwowali jak wózek pani Weston sunie po oświetlonej ulicy.
– To pułkownik go pcha – wyszeptała Olga, wciskając go w róg okna. – Patrz! Na ścieżce jest Tommy Luton. Teraz zatrzymali się przy jej furtce… Nie wytrzymuję tego napięcia…. Och, Jurusiu, weszli do środka! I Atkinson zostanie i Elizabeth, a ty musisz obiecać, że pożyczysz im Foljambe. Jak myślisz, w którym domu zamieszkają? Jesteś szczęśliwy?

Koniec rozdziału jedenastego

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Pon 04 Lis, 2024 22:38

O rrrrany, ciekawe czy przewidywania Olgi sie sprawdzą :mrgreen:
Trzykrotka - Wto 05 Lis, 2024 09:13

No ba, nastraszyć kogoś Jurusiem w charakterze rywala, z jego tamborkiem i treską - to tylko Olga potrafi :rotfl:
Trzykrotka - Wto 05 Lis, 2024 09:27

Uwaga, rozdział dwunasty - znów więcej Luci

Rozdział dwunasty

Mniej więcej w tym czasie dla nieszczęsnej Luci rozpoczął się czas wyjątkowo paskudnego pecha, którego preludium było szczęście czy nieszczęście poznania guru, a może to wieści, że zlekceważyła sierpniowy księżyc, który Juruś tak uroczyście pozdrowił, mogły dotrzeć do tego satelity w październiku. Bo przecież niemal nie dostrzegła istnienia sierpniowego księżyca...
Nie udało się zaprosić Olgi na ruchome obrazy, skutkiem czego Lucia wysłała do lady Ambermere za pośrednictwem panny Lyall bardzo cierpką odpowiedź na jej impertynencki list, a już następnego ranka Lady Ambermere przyjechawszy do Riseholme potraktowała Lucię tak, jak Lucia księżyc: zlekceważyła ją. Było to wysoce irytujące, ale pewną pociechą był fakt, że lady Ambernere wybrała się do Olgi, ale tam powiedziano jej, że Olgi nie ma w domu, choć w tej chwili ćwiczyła ona bardzo głośno w swoim saloniku muzycznym. Skutkiem czego lady Ambermere rzuciła tylko swoim ludziom krótkie „dom” i zamknęła się w nim tak obojętna na świat materialny, że usiadła na mopsie.
Pani Quantock usłyszała zarówno „dom” jak historię o mopsie i powtórzyła je zlekceważonej Luci, która była o sto mil od tego wszystkiego. Opowiedziała jej też o zaręczynach Atkinsona z Elizabeth, a było to wszystko, co wiedziała o wydarzeniach w tych domach. Na te wieści Lucia powiedziała z miłym uśmiechem:
– Droga Daisy, niektórzy ludzie stają się niewolnikami własnych służących. Jestem pewna, że pani Weston i pułkownik Boucher są godni współczucia, biedactwa. Muszę pędzić do domu. Jakże chciałabym móc się zatrzymać na pogawędki na błoniach!
I roześmiała się swym srebrnym śmiechem, bo humor jej się poprawił od kiedy dowiedziała się, że Olga kazała powiedzieć lady Ambermere, że jej nie ma, gdy tak ewidentnie i głośno była w domu.
Potem nadeszła kolejna porcja pecha. Lucia mijała dom Jurusia o mniej niż sto jardów, kiedy on wybiegł z niego w ogromnym pośpiechu. Szybko ocenił odległość między sobą a Lucią i sobą a panią Quantock i ruszył w stronę pani Quantock, bo stała bliżej. Olga właśnie zadzwoniła…
– Dzień dobry – powiedział bez tchu, zdecydowany przekazać wszystko, co mu powiedziała. – Jakieś nowiny?
– O tak – odrzekła. – Nie słyszałeś?
Jurusiowe serce na chwilę stanęło.
– O czym?
– Atkinson i Eliz…. – zaczęła.
– A, to – odpowiedział lekceważąco – A skoro o nich mowa, to oczywiście znasz ciąg dalszy? Nie znasz? No przecież pani Weston i pułkownik Boucher mają zamiar pójść w ich ślady i pobrać się przed nimi.
– Nie! – pani Quantock wydała z siebie najgłośniejszą wersję riseholmskiego okrzyku zaskoczenia.
– O tak. Wiedziałem już wczoraj wieczorem. Jadłem kolację w Starym Domu i oni też tam byli. Olga i ja orzekliśmy, że rano będzie o czym rozmawiać. Pospacerujemy się po błoniach przez parę minut?
Juruś cudownie się bawił. Spieszył od osoby do osoby, pozwalając pani Quantock zebrać trochę upadłych kłosów. Byli tam wszyscy prócz Luci, a ona, gdyby nie przypadek, że znajdowała się dalej niż pani Quantock, dowiedziałaby się pierwsza.
Kiedy obchód został zakończony, Juruś usiadł by rozkoszować się ciepłym i miłym blaskiem zazdrości, który go otaczał. W ostatnich czasach miejsce spotkań na błoniach przesunęło się nieświadomie na wprost Starego Domu, bo nie było ciekawszej rzeczy niż słuchanie jak Olga ćwiczy, jak co rano.
Choć było to bardzo interesujące, to w pierwszej chwili Riseholme było nieco rozczarowane, bo każdy myślał, że będzie ona śpiewać partię Brunhildy albo Salome przez cały dzień lub jakiś inny drobiazg tego rodzaju. Zamiast tego wyśpiewywała ona skalę w stopniowym crescendo i w najwyższej, najwspanialszej nucie wyśpiewywała na całe gardło Yawning York! Potem znów zaczynała miękko i schodziła w crescendo do cudownej niskiej nuty i wyśpiewywała Love’s Lilies Lonely. Potem po dziesiątkach powtórzeń zaczynała pełnym głosem, a potem coraz ciszej i ciszej, póki niemal nie szeptała, że York ziewa i to samo robiła z liliami miłości. Ale nigdy nie było wiadomo, co tym razem będzie śpiewać i w niektóre poranki były to długie trele i przeskoki do wysokich nut, długie nuty i przeskoki do treli, a z rzadka śpiewała też prawdziwą piosenkę. Warto było na to czekać i Juruś nie wahał się napomknąć, że wczorajszego wieczoru śpiewała do jego akompaniamentu. I powtarzał to ledwie po raz trzeci, kiedy ona pokazała się w oknie i przed całym Riseholme krzyknęła „Jurusiu!” z trelem na końcu, jak ptak potrząsający piórami. Przed całym Riseholme!
Wszedł więc. Gdyby Lucia o tym wiedziała, wymazałoby to poczucie winy za odmowę przyjęcia lady Ambermere. A właściwie zmyło to poczucie winy kiedy około godziny później Juruś przyszedł na lunch, bo jej powiedział. I gdyby jeszcze pozostało w niej jakieś poczucie winy to zniknęłoby też kiedy w odpowiedzi na jakąś raczej przykrą uwagę jaką zrobiła o wtykaniu przez biedną Daisy nosa w sprawy miłosne służących innych ludzi, dowiedziała się, że to o sprawach miłosnych ich pracodawców mówi całe Riseholme od co najmniej godziny.

Tłum Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Wto 05 Lis, 2024 09:46

Łohoho, robi się coraz ciekawiej :twisted:
Trzykrotka - Pią 08 Lis, 2024 21:50

Przepraszam za przerwę, byłam bez internetu :kwiatek:

To lecimy: luciny fall from grace się zaczyna od tego, że ostatnia dowiedziała się o planowanym ślubie pani Weston i pułkownika Bouchera :kwiatek:

Teraz będzie tylko gorzej (i śmieszniej)
Sobotnie ruchome obrazy znów przyniosły pecha, bo w scenie z Brunhildą Pepino był tak roztrzęsiony, że wyłączył zupełnie lampę, która miała udawać wschód słońca i Brunhilda musiała witać północ, lub co najmniej dość ciemny zmierzch. To prawda, Juruś, ze znakomitą przytomnością umysłu włączył światło elektryczne gdy skończył grać, ale wyglądało to już bardziej jak uderzenie pioruna niż powolny, cudowny świt. Obrazy skończyły się na długo przed 22:45 i choć Lucia w odpowiedzi na zwyczajowe nalegania powiedziała, że „zobaczy,” może urządzi je znowu, to czuła, że pani Weston i pułkownik Boucher, którzy pojawili się po raz pierwszy oficjalnie jako szczęśliwa para, przyciągali więcej niż odpowiednia dozę uwagi. Jedyną pociechą był fakt, że wygłupy u biednej Daisy skończyły się kompletnym fiaskiem. Na próżno też podczas kolacji chodziła od stołu do stołu częstując gości sałatką z homara i szampanem i że było za mało krzeseł i że w ogóle skopiowała wszystko, co uczyniło przyjęcie u Olgi tak wielkim sukcesem. Ale tym razem podano przepis na potrawę, nie samą potrawę a polowanie na pantofelek nie wywołało wśród ścigających żadnych emocji...
Potem jednak nastąpiły wydarzenia o wiele bardziej nieoczekiwane. Olga wróciła w następny poniedziałek i zaraz potem Lucia otrzymała kartę z zaproszeniem na wieczór „w domu” i „z muzyką” w lewym dolnym rogu. Tak się złożyło, że popołudnie było deszczowe i widząc samochód Olgi jadący ze stacji i wiozący czterech mężczyzn, doszła do wniosku, że jadą nim czterej muzycy. Za nimi jechał drugi samochód z bagażem, a ona całkiem wyraźnie zobaczyła nieomylny kształt wiolonczeli na tle okna. Po tym nie było już potrzeby zgadywać, bo stało się jasne, że biedna Olga wynajęła okropny kwartet smyczkowy z Brinton, który grywał po kolacji w bawialni hotelu Royal. Kwartet smyczkowy z Brinton! Słyszała ich raz z daleka i ten jeden raz wystarczył. Lucia aż strząsnęła się na wspomnienie o tych rzępolących skrzypkach. To było naprawdę dziwne, że Olga, mając wszelkie możliwości słuchania dobrej muzyki, wynajęła kwartet smyczkowy z Brinton, ale z drugiej strony zgadzało się do przecież z jej poglądami na temat gramofonu. Być może podczas tego muzycznego wieczoru znajdzie się miejsce i dla gramofonu. Ale powiedziała, że przyjdzie, bo byłoby to niegrzeczne w stosunku do Olgi, gdyby odrzuciła zaproszenie, bo do tego czasu Olga musiała już poznać jej zamiłowanie do muzyki, więc poszła. Miała szczerą nadzieję, że nie będzie zmuszona zająć honorowego miejsca i powiedzieć po koncercie kilku miłych słów muzykom z kwartetu smyczkowego.
Ponownie zjawiła się dość późno, bo muzyka już zaczęła grać. Dopiero się zaczęło, bo rozpoznała – któż miał rozpoznać jeśli nie ona? – pierwsze takty kwartetu Beethovena. Położyła dłoń na ramieniu Pepina.
– Brinton, Beethoven – powiedziała słabo.
Wsunęła się na krzesło obok Daisy Quantock i przybrała swą dobrze znaną pozę do słuchania muzyki, z głową wysuniętą do przodu, brodą spoczywającą na dłoni i oczami utkwionymi gdzieś daleko. Nic oczywiście nie mogło całkowicie ująć splendoru tej olśniewającej kompozycji i bardzo była zadowolona, że nie klaskano między częściami, bo spodziewała się raczej, że Olga będzie biła brawo i zakłócała jedność kompozycji. Od czasu do czasu była także miło zaskoczona kwartetem smyczkowym z Brinton: wydawało się, że poczynili postępy, choć niezbyt wielkie. Raz mocno się skrzywiła gdy struna pękła.
Olga (była bardzo ruchliwą gospodynią) podeszła do niej po koncercie.
– Tak się cieszę, że pani przyszła – powiedziała. – Czyż nie są boscy?
Lucia posłała jej bardzo pobłażliwy uśmiech.
– Doskonała muzyka! Cudowna! – odrzekła. – I naprawdę grali bardzo przyzwoicie. Ale wie pani, ja jestem trochę zepsuta, bo kiedy słuchałam tego ostatnio, grał Kwartet Hiszpański. Wiem, że nie powinno się porównywać, ale słyszała pani kiedyś Kwartet Hiszpański, panno Bracely?
Olga spojrzała na nią zaskoczona.
– Ależ to właśnie jest Kwartet Hiszpański! - powiedziała wskazując na muzyków.
Lucia odruchowo podniosła głos gdy mówiła, bo gdy tematem była muzyka, mówiła tak, żeby wszyscy słyszeli. I mnóstwo ludzi bez wątpienia ją usłyszało, a między nimi oczywiście była Daisy Quantock. Wydała z siebie przenikliwy rechocik, jak zgrzyt rysikiem po papierze i od tej chwili udzieliła rozgrzeszenia „biednej drogiej Luci” za całą jej zachłanność i zagarnięcie guru.
Natychmiast jednak obudziła się cała życzliwość Olgi, niechcący (bo jej uwaga, że to jest kwartet Hiszpański była zwykłym okrzykiem zdziwienia) postawiła gościa w niekomfortowej sytuacji i musiała natychmiast zrobić coś, żeby temu zaradzić.
– W tym pokoju szokująco wręcz niosą się echa – powiedziała. – Jeśli podejdziecie trochę bliżej, to będziecie słyszeć muzykę o wiele wyraźniej. Tutaj gubi się cała finezja, całe cieniowanie. Podeszłam specjalnie żeby prosić panią o przeniesienie się w inne miejsce, pani Lucas: tuż obok podestu jest z pół tuzina nie zajętych krzeseł.
Intencja była życzliwa, ale z punktu widzenia Riseholme cała przemowa poszła na marne, bo wiele osób usłyszało uwagi Luci, a Pepino też krzywił się na kwartet z Brinton. W tej fatalnej chwili bolszewizm położył swe kościste palce na berle jej muzycznego jedynowładztwa… Ale kto mógłby przypuszczać, że Olga sprowadzi do Riseholme Kwartet Hiszpański z Londynu?

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Nie 10 Lis, 2024 21:51

Ooooooooj :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 11 Lis, 2024 11:34

Taka kompromitacja jej się należała za udawanie znawczyni. A to nie będzie jedyna - kolejne już w drodze :kwiatek:

Już osłabiona pod wpływem tylu ciosów, musiała stawić czoła kolejnemu. W dziedzinie wywiadu już była na smutnym końcu jak chodzi o nowiny, jej przyjęciu z żywymi obrazami daleko było do sukcesu, jedna uwaga Olgi zachwiała jej autorytetem muzycznym, ale do tej pory ukazywała samą siebie jako mistrzynię języka włoskiego, dla podkreślenia czego pilnie używała słownika, podręcznika do gramatyki i Paradiso Dantego. Potem, jak za uderzeniem gromu z jasnego nieba, i ta świątynia została całkowicie zburzona w najtragiczniejszy sposób.
Kilka dni po katastrofie z Kwartetem– z Brinton – Hiszpańskim, Olga dostała list od signora Cortese, słynnego włoskiego kompozytora, oznajmiający, że skończył on nową operę, Lukrecję. Czy mógłby przyjechać na kilka dni do Riseholme i, w przenośni, złożyć ją u jej stóp w nadziei, że się nad nią pochyli i wyda na świat? Wiedziała, że pisząc operę miał przed oczami ją w głównej roli i że jest zdolny zjawić się dziś, jutro, prawie bez powiadomienia, o każdej porze dnia i nocy aby jej ją zaprezentować. Olga była zachwycona i wysłała wylewny telegram składający się z wielu arkuszy, pełen gratulacji i zaproszeń, bo nade wszystko pragnęła wcielić się w tę rolę. Czy zatem signor Cortese pojawi się jeszcze tego samego dnia?
Pobiegła na górę z nowinami dla męża.
– Mój drogi, Lukrecja jest gotowa – powiedziała – a ten anioł praktycznie przynosi mi ją na tacy. Co zrobimy z dzisiejszą kolacją? Przychodzą Jacob i Jane, ale ani ty, ani oni – jak przypuszczam – nie mówicie słowa po włosku, a wiesz jaki jest mój włoski – mocny, zrozumiały i operowy, ale nie konwersacyjny. Co tu zrobić? On nienawidzi mówić po angielsku… Och, już wiem, muszę zdobyć panią Lucas. Oni chyba w domu cały czas rozmawiają po włosku. Ciekawe czy może przyjść. Jest też muzykalna i chyba zaproszę też jej męża, to już będą wszyscy panowie, ale drugi włoskojęzyczny…
Olga od razu napisała do Luci wspominając, że jest u nich Cortese, ale, co całkiem naturalne, nie powiedziała ani słówka o pożyteczności Pepina i jej samej jako interlokutorów dla muzyka w jego własnym języku, bo uznała to za oczywiste. Odpowiedzią było entuzjastyczne potwierdzenie („jakaż ogromna przyjemność”) i przez resztę dnia Lucia i Pepino układali zgrabne, krótkie zdania, które rzucą oszołomionemu Cortese zaraz po słowie „dobranoc,” aby pokazać, że mogli rozmawiać po włosku przez cały czas gdyby była po temu sposobność.
Kiedy Lucia i jej mąż weszli do Starego Domu, pani Weston i pułkownik Boucher już tam byli i Lucia była zaszokowana widząc, w jak zażyłych stosunkach są oni z ich gospodynią. Zwracali się do siebie per „Olgo” „Jacobie” i „Jane” co było nie tylko zaskakujące, ale i bolesne.
Lucia (być może dlatego, że nie dowiedziała się o nich wystarczająco wcześnie) podchodziła do tych zaręczyn raczej uszczypliwie, jakby było wręcz dla niej lekką obrazą, że Jacob nie był zachwycony celibatem, a Jane nie wystarczyła jej przyjaźń, ale pewna była, że obojgu życzy wyłącznie „wszystkiego najlepszego.” Rzeczywiście, gdy otrząsnęła się z szoku po zobaczeniu ich w tak serdecznych stosunkach z Olgą, nikt nie mógł prześcignąć jej w serdeczności.
– Niewiele teraz widujemy naszych starych przyjaciół – powiedziała do obu, Olgi i Jane – ale musimy zrozumieć ich pragnienie samotności w pierwszych blaskach szczęścia.
Pepino i ja pamiętamy ten słodki czas, och, jak bardzo, bardzo dawno temu…

Mógł to być respekt, albo mógł to być despekt. To, że Pepino i ona sympatyzowali z nową parą wspominając własne piękne czasy było respektem, ale wspominanie o upływie czasu to już był despekt. Przy dobrej woli można było uznać, że jest to beczka respektu z łyżką despektu, w słowach Luci była nutka protekcjonalności a jeśli było coś, czego pani Weston nie mogła, nie chciała i nawet nie zamierzała znosić, była protekcjonalność. Poza tym doszło do jej uszu, że pani Lucas powiedziała coś o druhnach – że nietrudno będzie znaleźć druhny młodsze od panny młodej.
– Proszę, proszę! Jakie to sprytne z pani strony, że pamięta pani te przedpotopowe czasy – powiedziała. – Musi pani mieć nadzwyczajną pamięć, proszę ją dobrze pielęgnować!
Olga pospieszyła z interwencją.
– Jak miło, że pani i pani Lucas przyszłyście mimo tak krótkiego powiadomienia – powiedziała – Cortese nie znosi mówić po angielsku, więc posadzę go między panią a mną i będzie pani rozmawiać z nim przez cały czas, dobrze? I proszę, niech pani nie śmieje się ze mnie kiedy się przyłączę z moim okropnym akcentem? A z drugiej strony wspomogę się pani mężem, który będzie mógł rozmawiać z nim zza mojego ramienia.

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Wto 12 Lis, 2024 12:18

O kurdeeeeeeeeee, chyba nie mogło być gorzej :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Śro 13 Lis, 2024 21:08

No to wskoczmy w środek czyśćca Luci :rotfl:

Lucia musiała coś powiedzieć. Demaskacja była tuż tuż, na wyciągnięcie ręki. Nie było teraz sensu przypominać sobie, że ona i Pepino są już umówieni gdzie indziej.
– Och, mój włoski jest okropnie zakurzony – powiedziała czując, że pani Weston nie spuszcza z niej oka… Czemu nie wysłała jej pięknego prezentu ślubnego dziś rano?
– Zakurzony? Zapytamy o to Cortese, kiedy pani już się z nim nagada. Ach, oto i on.
Cortese wszedł do pokoju, rozgadany i zamaszysty, zalewając Olgę potokiem przeprosin za spóźnienie, z czego Lucia nie zrozumiała ani słowa. Domyśliła się co mówi, a w następnej chwili Olga, która ewidentnie rozumiała go doskonale i odpowiedziała z godną zazdrości biegłością, że ani trochę się nie spóźnił, przedstawiała ich sobie i wyjaśniała, że „la Signora” (to Lucia zrozumiała) i jej mąż mówią po włosku.
Nie musiała odpowiadać na potoki miłych słów z jego strony, bo został zabrany żeby zostać przedstawionym pani Weston i pułkownikowi. Ale natychmiast odwrócił się znów do niej i o coś zapytał. Nie mając bladego pojęcia, o co chodzi, odpowiedziała:
Si, tante grazie.
W pierwszej chwili wyglądał na zaskoczonego i powtórzył pytanie po angielsku:
– W którą część Italii pojechała pani najczęsto?
To Lucia zrozumiała, podobnie jak pani Weston, a Lucia wzięła się w garść.
– Do Rzymu – odpowiedziała. – Che bella citta! Adoro Roma e il mio marito. Non e vere, Pepino?
Pepino potwierdził z całego serca: znajome dźwięki zrozumiałej włoszczyzny przywróciły mu pewność siebie i spytał Cortese, czy lubi muzykę...
Kolacja dla Luci wydawała się nie mieć końca. Bacznie obserwowała Cortesa, a kiedy tylko wyczuwała, że chce on odezwać się do niej, zwracała się spiesznie do pułkownika Bouchera, który siedział po jej drugiej stronie pytając o coś odnośnie jego cari cani, co mu przetłumaczyła. Gdy on odpowiadał, wymyślała kolejne zdanie po włosku o niebieskim niebie lub Wenecji, lub złośliwie powiedziała, że jej mąż tam był mając nadzieję, że na niego skieruje potok włoskiej elokwencji. Wiedziała jednak, że reputacja i jej i Pepina jako biegłych w włoskiej konwersacji była w strzępach i gorzko żałowała, że zamiast włoskiego nie wybrali francuskiego, który oboje znali tak samo, na wagonik ich lingwistycznej charakterystyki.
Olga tymczasem doskonale rozumiała każde słowo Cortese i odpowiadała mu z wstrętną płynnością i w końcu Cortese powiedział coś, na co się roześmiała i zwrócił się ku Luci.
– Powiedziałem dla pani Shottlewort… i zaczął tłumaczyć swój żart na angielski.
Molto bene – powiedziała resztką sił – Molto divertente. No e vero, Pepino?
Si, si – rzekł Pepino żałośnie.
A potem nadeszła ostateczna hańba i Lucia poczuła coś w rodzaju ulgi, że to już koniec. Cortese, w doskonałym humorze po kolacji i winie i z perspektywą, że Olga zaśpiewa główną partię w jego Lukrecji, odwrócił się znów do Luci, cały rozpromieniony.
– A teraz mówione tylko angielski – powiedział. - Bardzo szyjemny wieczór. Bawię siebie świetnie. Ecco!
Lucia jeszcze raz stanęła w płomieniach.
Parlate Inglese molto bene – powiedziała i od tej chwili, prócz momentów gdy Cortese zwracał się do Olgi, nie było już więcej włoskiego tego wieczoru.
Nawet wyjątkowa ekscytacja słuchaniem jak Olga „próbuje” wielką scenę z ostatniego aktu nie była w stanie zająć uwagi Luci po tej strasznej klęsce i choć siedziała wychylona do przodu z brodą opartą na dłoni i nieobecnym wzrokiem, jej umysł pracował na pełnych obrotach usiłując wymyślić jak wyjść z twarzą z tej okropnej sytuacji. Wszyscy obecni już wiedzieli, że jej mówiony włoski został całkowicie skompromitowany i nie miało już sensu, gdy Olga nie do końca weszła w rytm frazy, mamrotać odruchowo uno, due, tre; równie dobrze mogła powiedzieć raz, dwa, trzy niezależnie od wrażenia, jakie odniesie pani Weston. Historia dzisiejszego wieczoru będzie jutro na ustach całego Riseholme, a ona była pewna, że pani Weston, doskonała obserwatorka i nadzwyczajna reporterka, nie pominie niczego i odda temu pełną sprawiedliwość. Na wrota jej zamku padał cios za ciosem, nic dziwnego, że cały budynek chwiał się w posadach. Planowała zimą rozpocząć lekcje z Dantego, bo włoski na papierze, kiedy miało się słownik i tłumaczenie na podorędziu powinien być łatwy do przekładu; to słowo mówione trzeba było zrozumieć bez żadnego przygotowania i nie wiedząc, co zaraz nastąpi i to właśnie stwarzało nieprzezwyciężone trudności. Poza tym, kto – znając historię dzisiejszego wieczoru – zdecydowałby się na taką nauczycielkę? Czy pani Weston przyszłaby na lekcje z Dantego? Przyszłaby? Przyszłaby? Nie, nigdy w życiu.
Lucia długo nie mogła zasnąć tej nocy wiercąc się i przewracając z boku na bok w swojej ślicznej sypialni Sen Nocy Letniej i przeglądając w myślach cały szereg nieszczęsnych wydarzeń ostatnich dni. Gdy się im przyjrzała, jak czarnym cieniom na tle blasku światła z kominka, uderzyło ją, że u ich początku było to samo złowrogie źródło. Bo co spowodowało niepowodzenie i mdłość jej żywych obrazów (pomijając niefortunny incydent z lampą) jak nie nieobecność Olgi? Kto wywołał tę niefortunną uwagę na temat Kwartetu Hiszpańskiego, jak nie Olga, której oczywistym obowiązkiem było, gdy rozsyłała zaproszenie na przyjęcie muzyczne, poinformować (żeby nikt nie popełnił pomyłki) że wystąpią ci właśnie znakomici muzycy? Kto mógłby się domyślić, że pokryje ona gigantyczne koszty sprowadzenia ich z Londynu? Kwartet z Brinton był szczytem wszystkiego, co zdrowa wyobraźnia mogłaby podsunąć i niezwykle zdrowa wyobraźnia to właśnie Luci podsunęła z taką wyrazistością, że do głowy by jej nie przyszło, że to ktokolwiek inny. Olga po prostu powinna była w dolnym lewym rogu zaproszenia napisać „Kwartet Hiszpański” zamiast „Muzyka” i wtedy Lucia wiedziałaby wszystko i mowę by jej odebrało z emocji kiedy skończyli grać Beethovena i ocierała oczy i musiała powściągać na nowo emocje. To naprawę wyglądało, jakby Olga zastawiła na nią pułapkę…
Koszmarne wypadki tego wieczoru jeszcze bardziej wyglądały jak pułapka. Pułapka wcale nie była tu za mocnym słowem. Żeby zaprosić ją do domu, a potem nagle postawić ją przed faktem, że oczekuje się od niej rozmowy po włosku… Czy to się nazywa otwartą, honorową postawą? Co z tego, że Lucia właściwie powiedziała Oldze (niejasno to sobie przypomniała), że często z Pepinem rozmawiają w domu po włosku? Nie dawało to podstaw do oczekiwań, że ot tak od ręki będzie mówiła po włosku gdziekolwiek indziej. Powinni ją uprzedzić, czego od niej oczekują, aby dać jej szansę wycofania się pod pozorem wcześniejszych zobowiązań. Lucia nie znosiła spontanicznych działań, a szczególnie odrażające wydały się jej one ze strony osoby, którą pragnęła kształcić i kształtować do najwyższych standardów Riseholme. Naprawdę wyglądało na to, że natury Olgi nie da się kultywować. Szła własną, autorską drogą, jednego wieczoru urządzając imprezę, drugiego nie przychodząc na żywe obrazy, a trzeciego sprowadzając Kwartet Hiszpański bez konsultacji z kimkolwiek, a czwartego wydając tę kolację z piekła rodem. Olga z całą pewnością chciała jej dokuczyć: sama chciała się ustanowić liderką Sztuki i Kultury w Riseholme. Jej zachowania nie dało się inaczej wytłumaczyć.
Dobroczynny plan Luci mający na celu edukację i wysubtelnianie rozwiał się jako poranna mgła, a blask ognia przez opadające powieki wydał się jej dziwnie czerwony… Za miła była, zbyt otwarta: teraz musi zebrać wokół siebie wszystkie siły i zachować spokój. Zapadając w sen przypomniała sobie, żeby zaprosić Jurusia na lunch następnego dnia. On, ona i Pepino muszą się poważnie naradzić. Ostatnio widywała Jurusia stosunkowo rzadko i na wpół śpiąc zastanowiła się z ukłuciem niepokoju, czemu tak było.

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Czw 14 Lis, 2024 13:52

O bogowie, co za hańba :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: czyżby szykowała się zemsta na Oldze?
Trzykrotka - Pią 15 Lis, 2024 00:15

Najpierw trzeba ratować resztki twarzy koneserki sztuki i poliglotki :mrgreen:

Juruś do tego czasu zdążył już otrząsnąć się z chwilowej rozpaczy gdy stojąc na drodze naprzeciw morwy pani Quantock dał jej upust gorzkiemu okrzykowi „Więcej nędzy! Więcej nieszczęścia!” Był w tamtej chwili bezgranicznie wyczerpany całym zamieszaniem i fiaskiem planowanych żywych obrazów, więc wyobrażanie sobie, że jest zakochany, było ostatnią kroplą. Ale fakt, że to on był zaufanym powiernikiem Olgi w jej cudownym planie skłonienia pani Weston i pułkownika do zaręczyn, a także wyróżnienie, że Olga okazuje mu wyraźne względy za tę przyjacielską zażyłość stał się świetnym środkiem wzmacniającym. Było całkiem jasne, że istnienie pana Shuttleworth stanowiło beznadzieją przeszkodę w urzeczywistnieniu jego pasji i, jeśli miał być zupełnie szczery sam przed sobą, był świadom, że nie nienawidzi pana Shuttleworth za to, że stanął mu na drodze. Juruś był łagodny z natury i zakochał się również łagodnie. Bezgranicznie uwielbiał Olgę, uważał jej towarzystwo za urocze i stymulujące i skoro, że zostanie jej ukochanym nie wchodziło w rachubę, cieszyłby się czymś tylko odrobinę gorszym – byciem jej bratem, a takie małe ukłucia zazdrości jakich mógł od czasu do czasu doświadczać były czymś jak małe porażenia prądem, na które wystawiał się z własnej woli. Był jej oddany z takim ciepłem, jakiego nigdy nie rozpaliło w nim rzekome oddanie Luci; posunął się nawet do tego, że śnił o niej rozgorączkowane, choć pełne szacunku sny. Nie mając świadomości nierealności swoich uczuć tak naprawdę chciał pozować na kochanka zamiast nim po prostu być, bo nie miał w tej chwili pojęcia, jak to jest być zaabsorbowanym kimkolwiek innym. Życie było kompletne już teraz: naprawdę nie miał już miejsca na cokolwiek innego, zwłaszcza jeśli to coś miałoby mieć tę jakość, wobec której wszystkie inne straciłoby smak.
Ten stan umysłu, ta jakość emocji była całkowicie przyjemna i dość ekscytująca i zamiast krzyczeć „Więcej nędzy! Więcej nieszczęścia!” mógł teraz, mijając morwę, powiedzieć sobie „Więcej przyjemności! Więcej radości!”
Jednak kiedy spieszył drogą na lunch u Luci świadom był, że stanie ona – może jak anioł, ale już na pewno z ognistym mieczem – między nim, a wszystkimi sprawami tego nowego życia, które bez wątpienia zaczynało musować w Riseholme i które dla Jurusia stało się tak przyjemne, że wziął swój mały kubek i napełnił go tym podniecającym napojem. I gdyby Lucia próbowała stanąć mu na drodze broniąc dostępu, on też był uzbrojony do bitwy w rewolucyjną broń w postaci zwiniętych w rulon nut utworu Debussy’ego na fortepian – Olga pożyczyła mu je kilka dni temu, a on był pilnie ćwiczył Poissons d’or.
Dodatkową bronią była szczegółowa wiedza o włoskiej klęsce z wczorajszego wieczoru, która, jak znał Lucię, musiała wywołać kryzys. Coś musiało się stać… W ostatnim czasie Olga, można rzecz, kilka razy zderzyła się z Lucią, a kiedy odchodziła, zostawiała Lucię w rozsypce. I w każdym przypadku, co Juruś widział wyraźnie, Olga nie miała najmniejszego zamiaru nikomu szkodzić. Za każdym razem nokautowała Lucię czystym przypadkiem, ale jeśli te przypadki wydarzały się z tak okropną częstotliwością, można się było spodziewać, że Lucia inaczej je nazwie: trzeba je będzie przechrzcić. Z całym riseholmskim apetytem na komplikacje i wydarzenia Juruś domyślił się, że z tego lunchu nie wyjdzie bez smacznych kąsków. W dodatku były jeszcze inne nieprawdopodobnie ciekawe tematy, bo zaiste pani Quantock doświadczyła czegoś bardzo dziwnego wczorajszego wieczoru kiedy działo się włoskie nieszczęście, całkiem niedaleko. Ale tego nie zamierzał ujawniać od progu.
Lucia przywitała go bardzo serdecznie i z niezwykłym tupetem zaczęła jak zwykle mówić po włosku, choć musiała się domyślić, że Juruś słyszał już relację o wczorajszym wieczorze.
Bon arrivato, amico mio – powiedziała. – Nie widzieliśmy się już dobre trzy dni. Che la falto il signorino? I co tam niesiesz?
Juruś, który szczęśliwie uniknął konfrontacji z włoskim, postanowił nie mówić już w tym języku nigdy przenigdy.
– Och kilka drobiazgów Debussy’ego – powiedział. - Chciałem jeden z tobą później przegrać. Już go lekko przeglądałem.
– Bene, molto bene – powiedziała. – Chodźmy na lunch. Ale nie obiecuję, że mi się spodoba, Georgino. Czy Debussy to nie ten człowiek, przez którego mam zawsze ochotę wyć jak pies na dźwięk gongu? Skąd to wziąłeś?
– Olga mi pożyczyła – rzekł Juruś niedbale. Teraz naprawdę zwracał się do niej po imieniu, sama go prosiła.
Luci werble zaczęły grać.,,
– Tak, powinnam się spodziewać, że panna Bracely podziwia ten rodzaj muzyki – powiedziała. – Ja jestem na to chyba zbyt staromodna, choć nie potępiam twojego kawałka Debussy’ego póki go nie usłyszę. Staromodna! Tak! Zdecydowanie jestem zbyt staromodna na tę muzykę, jaką zaprezentowała nam wczoraj. Dio mio!
– O, nie podobało ci się? – spytał Juruś.
Lucia usiadła za stołem nie czekając na Pepina.
– Biedna panna Bracely! - powiedziała – To bardzo miło z jej strony, że zechciała mnie zaprosić, ale byłoby jeszcze milej, gdyby zamiast mnie zaprosiła panią Antrobus i powiedziała jej, żeby nie zabierała za sobą trąbki. Słyszeć ten piękny głos, bo muszę przyznać, w jej głosie są piękne tony, piękne…. Słyszeć ten głos skrzeczący i piszczący to, co nazwała wielką sceną, było niemal bolesne. Nie było w tym melodii, nie było formy. Kompozycja muzyczna jest jak budynek, musi być zaprojektowana i skonstruowana. Jak często to powtarzam! Musi być kolor, musi być kształt, w przeciwnym razie nie masz prawa twierdzić, że tworzysz muzykę.
Lucia w pośpiechu skończyła jajko i oparła łokcie na stole.
– Ufam, że nie jestem zaściankowa i ograniczona – powiedziała – i myślę że przyznasz Jurusiu, że nie jestem. Nawet w najbardziej niebiańskiej muzyce jestem świadoma defektów, jeśli one tam są. Weźmy Sonatę Księżycową. Często mówiłam przy tobie, że druga i trzecia część nie dorównują pierwszej doskonałością formy. A jeśli wolno mi krytykować Beethovena, to mam nadzieję, że mogę zasugerować, że pan Cortese nie stworzył opery, która zawstydziłaby Fidelia. Ale głównie współczuję pannie Bracely. Powinna przemyśleć, jak wybierać to, co jest godne jej talentu, a nie przeszkodzi jej być godną interpretowania Fidelia niezależnie od trudu i czasu, jaki ją to kosztowało, zamiast szukać rozgłosu w pomaganiu narzucaniu światu nowej kombinacji świstów, gwizdów i pomruków silników. Non e vero, Pepino? Ależ się spóźniłeś.
Lucia nie podjęła decyzji o wypowiedzeniu wojny bez wcześniejszego niespokojnego namysłu. Ale było dla niej dość jasne, że wróg z dnia na dzień rośnie w siły i dlatego im szybciej przejdzie ona do otwartego ataku tym lepiej, bo równie jasnym było dla niej, że Olga jest pretendentką do tronu, który ona sama od tak dawna zajmowała. Nadszedł czas na mobilizację i musiała zacząć od przedstawienia zamiarów i planu kampanii szefowi zespołu.

Tłum. Trzykrotka
c.d.n

Tamara - Pią 15 Lis, 2024 15:07

Nooooo, rycerz w pełnej zbroi staje w szrankach :twisted: :rotfl: :rotfl: :rotfl:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group