To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik Tom III

Maryann - Pią 20 Kwi, 2007 13:53

Alison napisał/a:
I byli ludzie co ich nie wpuszczała poza kuchnię, i ludzie co byli dopuszczani na salony :lol:
(...)
Tak mi się skojarzyło po tym kawałku...

Lady Catherine proponowała Lizzy, żeby przychodziła ćwiczyć na klawikordzie w pokoju pani Jenkinson, bo tam przecież nie będzie nikomu zawadzać... :grin:

Alison - Pią 20 Kwi, 2007 14:01

Marija napisał/a:
Ali, powinnaś to wszystko spisać i wydać jako quasi-pamiętnik z wielkim hukiem, z reklamami w egzaltowanej prasie kobiecej... Świetne historie :lol: .


Oooj historii rodzinnych to rzeczywiście starczyłoby na całą książkę. Bo ciocia od pączków była rodzoną siostrą mojego Dziadka po mieczu, który jako najstarszy syn dziedziczył sygnet z herbem. Jak go bolszewicy w 39. aresztowali, to sygnet został u żony, czyli mojej Babci, żeby go hordy bolszewickie nie zbeszcześciły, no i ona gdzieś ten sygnet zgubiła w zawierusze wojennej. Ta ciocia od wierszy jest córką młodszego brata mojego Dziadka i tej cioci od pączków. On był egiptologiem amatorem oraz genealogiem naszej rodziny i również przekazał w genach swojej córce nienawiść do mojej Babci. Kiedy ostatnio spotykałam się z dziewczynami w Warszawie (w zeszłym roku w maju, to a jakże, nie mogłam nie usłyszeć o tym "rzekomo" zgubionym sygnecie :wink: ). Były jeszcze 2 siostry. Najstarszej nie pamiętam w ogóle, drugą w kolejności Zofię kochałam nad życie, bo była to kobita ze stali, urodziła syna w zawalonej piwnicy w czasie powstania warszawskiego, nic jej nie zmogło, a tej swojej siostrusi od pączków nie cierpiała szczerze, właśnie za te arystokratyczne fochy. Mój Tata, który studiował w Warszawie z konieczności był częstym gościem u ciotek, był ulubieńcem ciotki Zofii (w rodzinie mówiło się o niej Zocha), bo wspólnie kpili z tej od pączków. Ciotka Zocha walila hasła z grubej rury, i jak to mówią, nie obcyndalała się i mowiła co myśli, czym przyprawiała swoją siostrę o przecudnej urody globusa, tudzież palpitacje serca. Oczywiście nie muszę nadmieniać, że nie była NIGDY zapraszana na duże przyjęcia. Ach, rozrzewniłam się, sorrki, że w tym wątku. Niech to ktoś potem wytnie, ale nie mogłam nie powspominać sobie :lol:

Marija - Pią 20 Kwi, 2007 14:09

A skąd Ty się wzięłaś wobec tego - w Katowicach? :shock: Które to lata, taka przeprowadzka? (uwielbiam historie rodzinne, jak to niedouczony historyk :mrgreen: )
Alison - Pią 20 Kwi, 2007 14:19

Marija napisał/a:
A skąd Ty się wzięłaś wobec tego - w Katowicach? :shock: Które to lata, taka przeprowadzka? (uwielbiam historie rodzinne, jak to niedouczony historyk :mrgreen: )


Tata dostał nakaz pracy po studiach na Śląsk i ja się już tu urodziłam. Bo mój brat to jeszcze niedaleko Ciebie, w Bolesławcu :wink: Acha, a lata to był koniec lat 50.

Marija - Pią 20 Kwi, 2007 14:24

Dalsze dramatyczne losy Polaków...
A Bolesławiec to rzut beretką :mrgreen: , bardzo ładne miasto.

Alison - Pią 20 Kwi, 2007 14:33

Marija napisał/a:
Dalsze dramatyczne losy Polaków...
A Bolesławiec to rzut beretką :mrgreen: , bardzo ładne miasto.


Mam tam większość rodzinnych grobów, ze strony Mamy i Taty. Rodzice poznali się tam w gimnazjum. Mama zjechała z rodziną zachodu (byli wywiezieni na roboty do Niemiec), a Tata ze swoją Mamą ze wschodu. Jakiś czas mieszkali we Wrocławiu, mój Tato chodził tam 2 lata do Liceum Plastycznego, potem jakis czas mieszkali w Lubinie czy Lubiniu (nigdy nie wiem jak to odmienić), tam jest pochowana moja prababcia, aż w końcu wylądowali w Bolesławcu. Po maturze Tata wyjechał na studia do Warszawy, a potem wylądowali na Śląsku. I jo żech już jest hanyska z kfi i kości :wink:
No to dzieki temu skromnemu kawałkowi fanfika poznałyście dzieje mojej rodziny. Niech to ktos potem wytnie, żeby nie zaśmiecać tematu. :grin:

Maryann - Pią 20 Kwi, 2007 14:46

Alison napisał/a:
Jakiś czas mieszkali we Wrocławiu, mój Tato chodził tam 2 lata do Liceum Plastycznego

O parę kroków dalej, za skrzyżowaniem, jest moja podstawówka... :grin:

Marija - Pią 20 Kwi, 2007 14:55

Alison napisał/a:
No to dzieki temu skromnemu kawałkowi fanfika poznałyście dzieje mojej rodziny. Niech to ktos potem wytnie, żeby nie zaśmiecać tematu. :grin:

Szkoda wyrzucać, może lepiej założyć nowy wątek "Polaków losy rodzinne"? Chyba każdy ma coś do powiedzenia na taki temat, a rodzinne opowieści, anegdoty i tradycje przepadają w mrokach niepamięci.
Zdecydowanie "w Lubinie" :wink: (brzydko się mówi "w Lubiniu? w dupiu"! :cool: )

Marija - Pią 20 Kwi, 2007 14:56

Maryann napisał/a:
O parę kroków dalej, za skrzyżowaniem, jest moja podstawówka... :grin:
Maryann, to Ty chodzisz jeszcze do podstawówki? :paddotylu:
:rotfl: :rotfl:

Maryann - Pią 20 Kwi, 2007 15:00

Niestety nie... Ale czy to oznacza, że ona przestała być moja ? :grin:
Alison - Pią 20 Kwi, 2007 15:01

Marija napisał/a:
Zdecydowanie "w Lubinie" :wink: (brzydko się mówi "w Lubiniu? w dupiu"! :cool: )


Jezu, co za skojarzenie?! :shock: :lol: ale oczywiście, tak jest, będę mówić w Lubinie. Będę w nim w drugiej połowie czerwca, w Bolesławcu zresztą też (prywatnie) i w Karkonoszach (służbowo). :wink:

Marija - Pią 20 Kwi, 2007 15:02

Maryann napisał/a:
Niestety nie... Ale czy to oznacza, że ona przestała być moja ? :grin:
Ja nie żałuję, że podstawówka już mną. A miej sobie, miej :wink: .
Marija - Pią 20 Kwi, 2007 15:03

Alison napisał/a:
Marija napisał/a:
Zdecydowanie "w Lubinie" :wink: (brzydko się mówi "w Lubiniu? w dupiu"! :cool: )


Jezu, co za skojarzenie?! :shock: :
Zastrzegam, że to cytat!! Się nie wyrażam na forum...
Alison - Pią 20 Kwi, 2007 15:08

Marija napisał/a:
Alison napisał/a:
Marija napisał/a:
Zdecydowanie "w Lubinie" :wink: (brzydko się mówi "w Lubiniu? w dupiu"! :cool: )


Jezu, co za skojarzenie?! :shock: :
Zastrzegam, że to cytat!! Się nie wyrażam na forum...


Uff, bo już się przestraszyłam :rotfl:

Maryann - Pią 20 Kwi, 2007 15:11

Marija napisał/a:
Ja nie żałuję, że podstawówka już mną.

Ja czasami bardzo. To nawet nie chodzi o sentyment do dzieciństwa. Po prostu spotkałam tam najbardziej fantastycznego nauczyciela w życiu...

Marija - Pią 20 Kwi, 2007 15:14

Maryann napisał/a:
Marija napisał/a:
Ja nie żałuję, że podstawówka już mną.

Ja czasami bardzo. To nawet nie chodzi o sentyment do dzieciństwa. Po prostu spotkałam tam najbardziej fantastycznego nauczyciela w życiu...
Cyt. "Więcej szczegółów, córko..." :wink: Najwyżej się wytnie, trudno. Kolejna historia rodzinna!!!!!!
Alison - Pią 20 Kwi, 2007 15:18

Maryann napisał/a:
Marija napisał/a:
Ja nie żałuję, że podstawówka już mną.

Ja czasami bardzo. To nawet nie chodzi o sentyment do dzieciństwa. Po prostu spotkałam tam najbardziej fantastycznego nauczyciela w życiu...


Ja też wspaniale wspominam podstawówkę i pamiętam stamtąd 3 cudownych nauczycieli. Może kiedyś zeskanuję zdjęcie jednego z nich, pana Filipka, geografa, był naszym wychowawcą, pracował jednocześnie w Planetarium Śląskim. Człowiek cudownej łagodności, chodziliśmy za nim stadem na przerwach i zwyczajnie kochaliśmy, i chłopaki i dziewczyny. Miał uśmiech anioła. Muszę znaleźć to zdjęcie! Drugi, historyk, dyrektor, pan Sowa, kiedy kończyliśmy VIII klasę płakał razem z nami. A trzecia to pani Herasimowicz, taka starsza wówczas pani o niesamowitej kulturze osobistej, mówiła z takim śpiewnym wschodnim akcentem. Również pamiętam jej pełen dobroci uśmiech. Strasznie mi żal, że mój syn nie zaliczył ani jednego nauczyciela, którego darzyłby takim sentymentem.
Liceum nienawidziłam, i noga moja nie stanęła tam od matury.

Maryann - Pią 20 Kwi, 2007 15:32

Marija napisał/a:
Maryann napisał/a:
Marija napisał/a:
Ja nie żałuję, że podstawówka już mną.

Ja czasami bardzo. To nawet nie chodzi o sentyment do dzieciństwa. Po prostu spotkałam tam najbardziej fantastycznego nauczyciela w życiu...
Cyt. "Więcej szczegółów, córko..." :wink: Najwyżej się wytnie, trudno. Kolejna historia rodzinna!!!!!!

Od początku podstawówki moja klasa miała wyraźnego pecha do nauczycieli matematyki. Nie dość, że zmieniali się co roku (a nieraz nawet częściej), to albo nie umieli się wykazać odpowiednimi kompetencjami, albo zwyczajnie im się nie chciało, albo też szli na urlop zdrowotny... I tak było aż do siódmej klasy. Wtedy przyszedł ON. Niemłody facet o dosyć zasadniczych poglądach i nieco staroświeckich manierach. Wymagający i konsekwentny. Świetnie potrafił tłumaczyć wszelkie matematyczne niuanse. I był fantastycznym wychowawcą naszej klasy. Śmiem powiedzieć, że mimo znacznej różnicy wieku, rozumieliśmy się z nim lepiej niż ze wszystkimi poprzednimi wychowawczyniami.

Alison - Pią 20 Kwi, 2007 15:42

I teraz niech mi ktoś powie, gdzie są tacy nauczyciele?
trifle - Pią 20 Kwi, 2007 15:55

Marija napisał/a:
A Bolesławiec to rzut beretką :mrgreen: , bardzo ładne miasto.


No ba, moje rodzinne :mrgreen:

Hej, ale wiecie, zróbmy taki wątek, ja też uwielbiam takie historie :) Alison - z książką wspomnieniową to też dobry pomysł, super piszesz o tych wszystkich - no już niech będzie trochę z Austen - koneksjach :lol:

Swoją podstawówkę też wspominam bardzo miło. Przyznam, że do wychowawczyń miałam szczęście, na każdą - w podstawówce miałam 2 - można było liczyć. Gimnazjum wspominam najgorzej. Jakie macie szczęście, że tej "radości" nie musiałyście doświadczać.. No i w liceum też świetnie się udało. Moją wychowawczynią była polonistka, traktowała nas jak swoje dzieci i w przypływach czułości mówiła do nas "dzieci moje kochane", co nie zmienia faktu, że jak ją hmm zdenerwowaliśmy to już była inna śpiewka :lol: Niestety, już w tym roku kończy pracę i przechodzi na emeryturę. Chyba tylko nauczyciele ze starszego pokolenia są tacy niesamowici. W młodych jakoś pasji i powołania ni hu hu..

Alison - Pią 20 Kwi, 2007 16:18

Naprawdę? Mieszkasz w Bolesławcu? To pewnie chodzisz lub chodziłaś do tego starego liceum, teraz chyba nosi imię państwa Tyrankiewiczów. Moi rodzice jako klasowa para byli ich ulubieńcami. Kiedy moją Babcię UB zamknęło na 3 miesiące, przygarnęli mojego Tatę, żeby nie umarł z głodu. Profesora Tyrankiewicza już nie zdążyłam poznać, ale mam trochę zdjęć jego w otoczeniu uwielbiającej go młodzieży. Panią profesor Tyrankiewiczową pamiętam z wczesnego dzieciństwa, bo rodzice ją czasem przy okazji odwiedzali. Pochodziła z Szaferów. Profesor Szafer, ten słynny botanik, był jej stryjem. Pamiętam taką starszą panią w granatowej sukni z koronkowym żabotem, wiele obrazów w domu (jej ojciec był malarzem), i że miała w ogrodzie pawie. Kiedyś wyjeżdżając dostaliśmy na pamiatkę kilka piór. Bawiąc się w dzieciństwie robiłam z nich ozdoby do moich "findecieclowych" kapeluszy, uwielbiałam przebieranki i robiłam stroje z epoki wykorzystując co się dało. To byli nauczyciele z powołania, on humanista, ona uczyła przedmiotów ścisłych. Nie mieli własnych dzieci, kochali swoich uczniów, z wielką wzajemnością. Cały majątek przepisali szkole, którą stworzyli w Bolesławcu, chyba do dziś uczniowie dostają stypendia fundowane z tego ich majątku.
Gdzie te czasy i ich szlachetni ludzie?

trifle - Pią 20 Kwi, 2007 16:41

A tak, chodziłam do tego liceum. Państwo Tyrankiewiczowie założyli szkołę, ale nosi ona imię Władysława Broniewskiego. Za to ulica, przy której stoi, dawna Leningradzka, to teraz ulica Tyrankiewiczów. Nie pamiętam, w którym roku ta zmiana się dokonała, ale wiem, że to za mojej świadomości, pamiętam, jak rodzice musieli dokumenty zmieniać, jak wiele osób się myliło i niektórzy do tej pory mówią o "Leningradzkiej". Stypendium w szkole jest, dla najzdolniejszych uczniów. Moja wychowawczyni, na którejś lekcji wychowawczej opowiadała nam o małżeństwie Tyrankiewiczów, mówiła nam, że to byłby wstyd, gdyby uczniowie założonej przez nich szkoły o nich samych nic nie wiedzieli. Ech, ale chyba malutko uczniów rzeczywiście coś o nich wie.
Anonymous - Pią 20 Kwi, 2007 17:35

Ja z takim wspaniałym i cudownym pedagogiem niemal starej daty mieszkam pod jednym dachem
Niedościgniony wzór...

Marija - Pią 20 Kwi, 2007 17:40

A propos jeszcze historii rodzinnych i Bolesławca na Dolnym Śląsku: na cmentarzu spoczywa tam dziadek mojego męża. Był na wojnie, potem w lagrze niemieckim, po wojnie z nikim nie chciał rozmawiać, co przeżył, i zmarł w 1958 r. w szpitalu dla nerwowo chorych :? ??: . Po prostu już się do normalnego życia po wojnie nie nadawał...Jeździmy tam przed 1 listopada.
julianna - Pią 20 Kwi, 2007 19:44

Alisonko kochana! Opowiedz jeszcze o tych swoich ciotkach! Tak odmienne charaktery w jednej rodzinie musiały owocować wieloma zabawnymi historiami! Uwielbiam takie opowieści, więc proszę o kolejny "kawałek ciacha"! :-) :-* (buziak za to! )


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group